(navigation image)
Home American Libraries | Canadian Libraries | Universal Library | Community Texts | Project Gutenberg | Children's Library | Biodiversity Heritage Library | Additional Collections
Search: Advanced Search
Anonymous User (login or join us)
Upload
See other formats

Full text of "Krytyka"

Google 



This is a digital copy of a book that was prcscrvod for gcncrations on library shclvcs bcforc it was carcfully scannod by Google as part of a projcct 

to make the world's books discoverablc onlinc. 

It has survived long enough for the copyright to cxpirc and thc book to cntcr thc public domain. A public domain book is one that was never subjcct 

to copyright or whose legał copyright term has expircd. Whcthcr a book is in thc public domain may vary country to country. Public domain books 

are our gateways to the past, representing a wealth of history, cultuie and knowledge that's often difficult to discovcr. 

Marks, notations and other maiginalia present in the original volume will appear in this file - a reminder of this book's long journcy from thc 

publishcr to a library and finally to you. 

Usage guidelines 

Google is proud to partner with libraries to digitize public domain materials and make them widely accessible. Public domain books belong to the 
public and we are merely their custodians. Nevertheless, this work is expensive, so in order to keep providing this resource, we have taken steps to 
prevent abuse by commercial partics, including placing technical rcstrictions on automatcd querying. 
We also ask that you: 

+ Make non-commercial use ofthefiles We designcd Google Book Search for use by individuals, and we request that you use these files for 
person al, non-commercial purposes. 

+ Refrainfrom automated ąuerying Do not send automatcd queries of any sort to Google's system: If you are conducting rcsearch on machinę 
translation, optical character recognition or other areas where access to a laigc amount of text is hclpful, pleasc contact us. We cncourage the 
use of public domain materials for these purposes and may be able to help. 

+ Maintain attributłonTht Goog^s "watermark" you see on each file is essential for in forming peopleabout this project andhelping them lind 
additional materials through Google Book Search. Please do not remove it. 

+ Keep it legał WhatCYcr your use, remember that you are responsible for ensuring that what you are doing is legał. Do not assumc that just 
becausc we believc a book is in the public domain for users in the United States, that the work is also in the public domain for users in other 
countries. Whcthcr a book is still in copyright varies from country to country, and we can'l offcr guidancc on whcthcr any specific use of 
any specific book is allowed. Please do not assume that a book's appearance in Google Book Search means it can be used in any manner 
anywhere in the world. Copyright infringement liabili^ can be quite severe. 

About Google Book Search 

Google's mission is to organize the world's information and to make it universally accessible and useful. Google Book Search helps rcaders 
discoYcr the world's books while helping authors and publishers reach new audiences. You can search through the fuli icxi of this book on the web 

at |http : //books . google . com/| 



Google 



Jest to cyfrowa wersja książki, która przez pokolenia przechowywana była na bibliotecznydi pólkach, zanim została troskliwie zeska^ 

nowana przez Google w ramach projektu światowej bibhoteki sieciowej. 

Prawa autorskie do niej zdążyły już wygasnąć i książka stalą się częścią powszechnego dziedzictwa. Książka należąca do powszechnego 

dziedzictwa to książka nigdy nie objęta prawami autorskimi lub do której prawa te wygasły. Zaliczenie książki do powszechnego 

dziedzictwa zależy od kraju. Książki należące do powszechnego dziedzictwa to nasze wrota do przeszłości. Stanowią nieoceniony 

dorobek historyczny i kulturowy oraz źródło cennej wiedzy. 

Uwagi, notatki i inne zapisy na marginesach, obecne w oryginalnym wolumenie, znajdują się również w tym pliku - przypominając 

długą podróż tej książki od wydawcy do bibhoteki, a wreszcie do Ciebie. 

Zasady uźytkowEinia 

Google szczyci się współpracą z bibliotekami w ramach projektu digitalizacji materiałów będących powszechnym dziedzictwem oraz ich 
upubliczniania. Książki będące takim dziedzictwem stanowią własność publiczną, a my po prostu staramy się je zachować dla przyszłych 
pokoleń. Niemniej jednak, prEice takie są kosztowne. W związku z tym, aby nadal móc dostEu^czać te materiały, podjęliśmy środki, 
takie jak np. ograniczenia techniczne zapobiegające automatyzacji zapytań po to, aby zapobiegać nadużyciom ze strony podmiotów 
komercyjnych. 
Prosimy również o; 

• Wykorzystywanie tych phków jedynie w celach niekomercyjnych 

Google Book Search to usługa przeznaczona dla osób prywatnych, prosimy o korzystanie z tych plików jedynie w nickomcrcyjnycti 
celach prywatnych. 

• Nieautomatyzowanie zapytań 

Prosimy o niewysylanie zautomatyzowanych zapytań jakiegokolwiek rodzaju do systemu Google. W przypadku prowadzenia 
badań nad tlumaczeniEimi maszynowymi, optycznym rozpoznawaniem znaków łub innymi dziedzinami, w których przydatny jest 
dostęp do dużych ilości telfstu, prosimy o kontakt z nami. Zachęcamy do korzystania z materiałów będących powszechnym 
dziedzictwem do takich celów. Możemy być w tym pomocni. 

• Zachowywanie przypisań 

Znak wodny"Googłe w łsażdym pliku jest niezbędny do informowania o tym projekcie i ułatwiania znajdowania dodatkowyeti 
materiałów za pośrednictwem Google Book Search. Prosimy go nie usuwać. 



Hganie prawa 

W ItEiżdym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za zgodność swoich działań z prawem. Nie wolno przyjmować, że 
skoro dana łisiążka została uznana za część powszecłmego dziedzictwa w Stanach Zjednoczonych, to dzieło to jest w ten sam 
sposób tralrtowane w innych krajach. Ochrona praw autorskich do danej książki zależy od przepisów poszczególnych lirajów, a 
my nie możemy ręczyć, czy dany sposób użytkowania którejkolwiek książki jest dozwolony. Prosimy nie przyjmować, że dostępność 
jakiejkolwiek książki w Google Book Search oznacza, że można jej użj'wać w dowolny sposób, w każdym miejscu świata. Kary za 
naruszenie praw autorskich mogą być bardzo dotkliwe. 

Informacje o usłudze Google Book Search 

Misją Google jest uporządkowanie światowych zasobów informacji, aby stały się powszechnie dostępne i użyteczne. Google Book 
Search ułatwia czytelnikom znajdowanie książek z całego świata, a autorom i wydawcom dotarcie do nowych czytelników. Cały tekst 
tej książki można przeszukiwać w Internecie pod adresem [http : //books . google . comT] 



/ 



KRYTYKA 

V 

MIESIĘCZNIK 
poświęcony sprawom społecznym, nauce i sztuce 

pod redakcją 
WILHELMA FELDMANA 




Rok lU. — Tom I. 



LWÓW. 

NAKŁADEM RBDAKCYI 



'JhiHitaHonslIele 
2>ilf4tifuna(teita3 



r 





r 
1 . 



Wr 



i. Artykuły polityczne. 

btront. 

(f). Po wyborach I 

Ignacy Daszyński. Po otwarciu parlamentu 117 

H. w. Kwe.^tya niepodległości w programach socyalistów polskich 16K 

Ignacy Daszyński. Analizy polityczne 184 

„ Spłoszony klerykalizm 3 '2 4 

II Sprawy kultury. 

(f). Obrachunek 69 

(^. Sztuka a zyeie 130 

(f). Filareci a społecznicy • 207 

\f). Nasi dekadenci . . . . ' 275 

Dr. Zofia Daszyńska- Golińska. Alkohol, jako objaw współczesnej 

kultury 286 

(f). o Złoty Róg 341 

K. Radosławski. Z ruchu społecznego i artystycznego Młodej 

Belgii 308, 395 

III. Poezya. 

Kaz. Tetmajer. Ballada z dramatu ^Zawisza Czarny" .... 8 
Zygm. Krasiński. Z zapomnianych utworów: Spowiedź str. 17, 
Wankana str. 7(>, Le rajret tłóra. J. Czarnowskiej, wydał 

dr. H. Biegeleisen 14"^ 

D-mol. Z pojtniiertnych strof 25 

SŁ RoSSOWSki. ^Circe**, baśń dramatyczna 35 

A. Niemojewski. Fragment z dramatu „Rokita'' ^5 

Wł. Orkan. Przekleństwo ^i> 

Leopold Staff. W mroku 104 

F. Mirandolla. życie IH 

H. Zbierzchowski. Sonety I5i 

M. Konopnicka. Młody żołnierzu 215 



III. 

Strona. 

Józef RufTer. O słońcu — Souety 238 

Juliusz Słowacki. Niezuaue poezye : 1. Daję wam tę ostatnią 
koronę. 2. Biada wam. 3. Polsko, Ojczyzno. 4. Na jednej 
górze. 5. Młodości, wierz.., 0. Matecznik. Wydał dr. H. 

Biegeleisen 283 

D-mol. Sonety zimowe 307 

bh. Sąd. Bajka 312 

T. Micińsici. W głębiny 327 

Wł. Perzyńsici. Pie^ń niewolnika. (Skonfiskowane). Preludyum . 300 

Leopold Statr. Tajemnica .... 368 

Jan Pietrzycki. Fragmenty 394 

IV. Nowele i opowiadania. 

Włodz. Perzyński. Opowiadanie mego przyjaciela 115 

Maciej SzukiewiCZ. Ben Hotur 161, 247 

Stefin Żeromski. Aryman mści iiię 292, 376 

SŁ Przybyszewski. Requiem aeternam (Skonfirtkowane) . . . . 345 

V. Filozofia. 

Prof. Dr. A. Riehi. Znaczenie Fryd. Nietzschego 19 

Wł. M. Kozłowski. Kilka słów o pozytywizmie 241 

B. Elmer. Filozofia Ernesta Macha 370 

VI. Socyologia. Nauki 5Połecziie. 

Ludwik Kulczycki. Główne kierunki współczesnej socyologii . . 9, 97 

Prof. Dr. L. GumplOWiCZ. Suggestya społeczna 145, 232 

Dr. Z. Daszyńska - Golińska. Dokąd daiy dzisiejszy ruch kobiecy 218 

W. BudzynOWSki. Chłopska posiadłość w Galicy i 351 

VII. Estetyka. Malarstwo, rzeźba, muzyka. 

6. Zapolska. W^ród różowych wrzosów ^2 

Adolf Neuwert-Nowaczyński. Boecklin 88 

Ostap Ortwin. Utopie o dramacie 107 

Władysław Wit¥/icl(i. Sztuka we Lwowie 178 

Jerzy BrandeS. Rzeźba kolorowa 224 

Wł. Wankie. Aleks. Gierymski . 313 

H. ZbierZChoWSki. Paderewski 361 

VIII. Literatura polska i obca. 

T. Sobolewski. Gabryel D^Annuuzio 188 

Adolf N. N. Ostatni występ St. hr. Tarnowskiego 194 

Jan Sten. Stanisław Wyspiański 229 

A. Chołoniewski. Czarno i biało o H. Sienkiewiczu 300 

Jan Sten. Leopold Staff 321 

Leo Belmont. z literatury rosyjskiej. Maksym Gorkij 385 



IV. 



IX. Sprawy przemysłowe r techniczne. 

Dr. Jan Roszkowski. Zasady podniesienia przemysłu / . . . . 

Edmund Libański. Opanowanie ziemi 

Dr. Jan Roszkowski. Samopomoc kraju w uprzemysłowieniu Ga- 
lieyi 



Strona. 

152 



319 



X. Sprawy bieżące. 

Bb. Życie umysłowe lwowskiej młodzieży akademickiej .... 47 

LambrO. Kronika warszawska str. 52, 262, 32^ 

K. Radostawski. Konstytucya ekonomiczna we Francy i .... 28 

Dr. X. Z powodu głośnego procesu (Skonfiskowane) . . . . . 201 

Witold Regor. Szkice z celi więziennej 255 

XL Teatr. 

(x). Teatr lwowski str. 58, 205, 331, 402 

Jan Sten. Teatr krakowski 5^ 

LambrO. Teatr ludowy w Warszawie 120 



XII. Sprawozdania. 

Przegląd przeglądów 124 

Nowe czasopisma 108 

Sprawozdania naukowe i literackie str. 02, 130, 204, 271, ;?34, 405 





(V.) 



PO WYBORACH. 



„Wiadomości o... przebiegu wyborów w Galicyi stwier- 
dzają niewątpliwie zwycięstwo Kola polskiego. Zasada solidar- 
ności bezwarunkowej, solidarności od zmian w statucie nieza- 
leżnej, odnosi tryumf po tryumfie. Kurya powszechna nie zadała 
Kołu tycłi ciosów, których oczekiwali jego przeciwnicy, kurya 
włościańska zawiodła ich oczekiwania w jeszcze wyższym sto- 
pniu... Koło zyskało tu cztery mandaty nowe, a ks. Stojałowski 
i Stapiński przepadli. Grupy, protestujące przeciw jednolitej 
organizacyi poselstwa polskiego w Wiedniu, osierocone dziś 
i rozbite, idegną zapewne prędzej czy później sile atrakcyjnej, 
jaką posiadać będzie Koło, wzmocnione liczebnie i moralnie." 

I moralnie. 

Takie słowa trymnfu i zadowolenia można było czytać 
w wybitnem czasopiśmie, zapatrującem się zresztą dość kryty- 
cznie na stosunki galicyjskie, po wyborach z V. i IV. kuryi ; 
ton ów podniesiony do diapazouu ^Hosanna" i „Tedeum" 
brzmiał też ze wszystkich otwarcie- i wstydliwie-, cało-, pół- 
i ćwierć - konserwatywnych dzienników galicyjskich. Gdyby 
wielki piewca walki o okopy świętej Trójcy żył, musiałby swój 
poemat przerobić: Pankracy, rażony światłem gloryoli nad gło- 
wami szlachetnych przeciwników, ginie w czasie szturmu, Le- 
onarda właśni jego zwolennicy wtrącają do lochów podziemnych, 
a hr. Henryk silny dzielnością swej partyi i wiarą w swą 
sprawę, tryumfuje... Dobra sprawa zwyciężyła — jak zawsze. 

Jak wygląda ta dobra sprawa i to zwycięstwo w świetle 
faktów ? 

Przyjrzawszy się dziejom politycznym Galicyi ostatnich 
lat dziesięciu, spostrzeżemy takie znaki na jej niebie, że nie 

1 



2 KRYTYKA 

trzeba być przesądnym, aby wierzyć, że zwiastują one niechy- 
bną, wielką wojnę. Treścią tych dziejów jest rosnący, jak 
lawina, ruch opozycyjny kidnuści, zradykalizowanie się kraju. 

Pod jakiemi auspicyami dokonały się wybory do llady 
państwa w r. 1891 1 Społeczeństwo było nieruchomą, niezró- 
żniczkowaną na partye, nieobracająeą się około osi ideowej, 
bryłą. C^y ów ruch umysłów, niezliczony szereg stronnictw, 
szum proporców, koncert haseł, bez którego dzisinj sobie Gali- 
cy] wyobmzia nie można, kipiączka owa i burza, sprawiająca 
nieraz szkody, lecz świadcząca, że jest dusza, jest ferment, 
jest wola do życia i „wola do potęgi" — wszystko to' było 
wówczas tylko we emich marzycieli i... poUcyi. Jedynym 
momentem politycznym kampanii wyborczej z 1891 roku Jest 
walka we Lwowie między należącym jeszcze do Kola drem Ka- 
rolem Lewakowskirn i St. Szczepanowskim, walka raczej tem- 
peramentów, niż zasad, dwóch ideologów, nie praktycznych 
polityków. 

Piątej kuryi nie było, czwarta drzemała spokojnie a obu- 
dzona szła, gdzie ciągnął zapach wódki i kiełbasy lub instynkt 
biernego posłuszeństwa. Wynik wyborów z tej kuryi schara- 
kteryzował „Kurjer lwowski" słowami, pełnemi rozygnacyi : 
„Z pomiędzy — pisał — 27 wybranych posłów, mamy pod 
względem stanowiska społecznego i zawodu : właścicieli 
większych posiadłości 14, księży 5, członków stanu nauczy- 
cielskiego 4, sędziego 1, notaryusza 1, starostę 1 i włościanina 1. 
Jak widzimy, włościaństwo i inieligeneya prowineyonalna dały 
sobie tym razem świetne świadectwo niedojrzałości. Włościań- 
stwo złożyło większą połowę mandatów w ręce klasy, która ma 
wprawdzie niektóre interesy z niem wspólne, ale daleko więcej 
sprzecznych. Wlościiiństwo i małoraieszczaństwo galicyjskie 
w wyborach poniedziałkowych prawie zupełnie oddało swo 
losy w i^ęce Boga, c. k. rządu i swej „starszej braci" z kuryi 
dworskiej. Wogóle powiedzieć można, że zaufanie włościaństwa 
złożone zostało w dwie ręce : szlachty i rządu ; do tej drugiej 
kategoryi posłów należą nietylko księża i nauczyciele, ale także 
ci prawnicy, kiórzy i)rze.'izlT,'' [ tak dalej tym tonem minoro- 
wym, pozbawionym nawet akcentu wojowniczego, wiary — 
nadziei... 

Lat kilka minęło. Nagle podniósł się na wsi z brzękiem 
i szumem, pełen tem"eramentu chłop mazurski ; przeciągując 
ulicami z rewolucyjną pieśnią zdobył piątą kuryę robotnik 



PO WYBORACH 3 

socyal lityczny ; sutannę swą, poplamioną łzami nad dolą chło- 
pską i żótdą niejednej krzywdy, niemniej brudem wła- 
snym, wywiesił jako sztandar Slojałowskl. Rojno naraz i gwarno 
stało się w cichej Galicyi. Podczas wyborów w r. 1897 kraj był 
już wielkim, pełnym animuszu, krzyżujących się haseł, namię- 
tności, nawet szabel sejmem; zdała odeń trzymały się tylko 
kierowane nietyle dumą patrycyuszowską, ile anemią, wodogło- 
wiem i instynktami perwersnemi miasta. Przyszły wybory 
ostatnie... 

Ale oto cyfr kilka z rezultatów wyborczych 

1897 1900 

Kur. V. Lwów. Głos. 24.500. Opoz. 19.029') Gł. 23.388 oi). 18.960 *) 

Kraków „ 29.758. 



26.729 


. 22.103 „ 


13.168 


4.825 


. 11470 „ 


4.788 


5.228 


. 16.181 . 


6.728 



Prow.") „ 10.885. 
Kur. IV. Głosowało 13.943. 

Trudno w cyfry ująć rezultat wyborów z kuryi miejskiej, 
bo procesy tutaj najbardziej złożone, premisy zupełnie nowe, 
wyniki wprost niespodziane. Walka sympatyj, osobistości i inte- 
resików lokalnych, zmieniła gruntownie swój charakter. Poprzez 
grubą ścianę tępości, niewyrobienia politycznego, demoralizacyi, 
poprzez teroryzra z góry a ciemnotę z dołu, przebija się myśl 
polityczna: opozycyoniści wszystkich odcieni łączcie się! Po- 
Tffstaje jawna fronda przeciw komitetowi centralnemu, wsty- 
dliwa — przeciw Kołu. Niedołężnie kierowana „koncentracya" 
przeprowadza w stolicach z trzech — dwa R., łamie -dogmat" 
solidarności, w zasadzie, a lierezya z umysłów dąży do objekty- 
wizacyi w czynach... 

Fakta te świadczą o taklem spotęgowaniu nastroju opo- 
zycyjnego w kraju, o tak silnem podmuleniu podstaw dotych- 
czasowej jego polityki, polityki Kola polskiego, że dziwnego 
doprawdy potrzeba architekta, któryby powiedział, że gmach 
na podmulonym gruncie wznosi się silnie i zwycięsko. 

Ostatnio wybory są tryumfem opozycyi i tylko opozycyi 
■Są jej tryumfem mimo zmniejszonej liczby głosów, oddanych 
tu i ówdzie na opozycyonistę, bo f;ikt przystąpienia w kuryi 
V. do urny wyborczej mniejszej liczby wyborców, niż w r. 1897, 



') Głoey Da Kozakiewicza i Breilera. 
*) Breiter i Hudec, 

'} Zliczone wszystkie Kłoł>r, oddane przeciw kacdydatum komi- 
letu cestralnego, waględ.iie iz^du (u rueinów). 



4 KRYTYKA 

lakt, ż(3 w Krakowskiem stopniała liczba uprawnionycli do 
glosowania w porównaniu z r. 1897, fakt rozlicznych nadużyć, 
więzienia kandydatów na postów, internowania posła i redakto- 
rów, postępowania według zasady: „Gcgen Demokralon — 
łielfen nur Soldaten": fakla te świadczą, że potęga ruchu anti- 
oficyalnego stoi w prostym stosunku do środków, któremi go 
zwalczano. A długo tak zwalczać go niepodobna będzie. 
Z ostrzami piór biurokratycznych, tak jak z bagnetami, wszy- 
stko zrobić można, tylko siedzieć na nich nie można. 

Wybory ostatnie są tryumfem opozycyi, choć zagłuszo- 
nym tu i ówdzie pobożnym chichotem klerykatów i głośnem 
„hep-hep" antysemitów. Budzą oni masy i organizują, ale nie 
dla siebie. Sieją, ale nie oni będą zbierać. Wypadki we Fran- 
cyi, w Niemczech, niedawno we Wiedniu okazały, że głupota 
ludzka ma także kres swój, że niech niemy dotąd lud nauczy 
się tylko śpiewać piosnkę powstańczą — tekstu przez czarny 
internacyonał nie da sobie długo dyktować. Wybory ostatnie 
są tryumfem opozycyi, choć „Koło wychodzi z nich wzmo- 
cnione", a przewódcy ruchawki chłopskiej (Stojałowski, Sta- 
piński, Winkowski) padH. Klio postępuje nieraz z poHtykami, 
jak dobry szachista z bezmyślnym, sangwinicznym partnerem, 
poświęca mu kilka pionków, lub nawet ważnych figur, by omy- 
liwszy jego czujność — nagle go pobić. Historya notuje nnió- 
stwo przykładów, w których partye opozycyjne nie mogły — 
dzięki „technice" wyborów — przez długi czas doczekać się 
odpowiedniej reprezentacyi, gromadziły więc siły, pocichu, 
w sobie, i pewnego duia, niespodzianie dla przeciwników^ 
w sposób zrozumiały dla uważnego obserwatora, siły te [)rze- 
laly się, podmyły brzegi i zalały terytoryum wroga... W związku 
północno-niemieckim mieli socyaliści 8 przedstawicieli, w pierw- 
szym parlamencie liczba ta stopniała do 2 — wzrosła nato- 
miast liczba głosów socyalistycznych; co potem — wiemy. 
W Belgii od r. 1894 — 1898 liczba posłów socyalistycznych 
zmalała z 29 na 28, wzrosła natomiast liczba głosów z 300.000 
do 500.000; liczba mandatów socyalistycznych we Francyi ro- 
śnie bardzo powoli, choć liczba głosów socyalistycznych wzro- 
sła z 400.000 na 800.000. 1 nie znajdzie się chyba w tych 
krajach naiwny polityk, któryby mówił o „tryumfie^ przeci- 
wników socyalistów. Delegacye, w ostatniej linii i rządy, są 
tylko wyrazem faktycznej siły społecznej, tej żywiołowej i hu- 
raganowej, której długo sztuczkami i szacherkami pętać nie 



PO WYBORACH 5 

można. Kto chce, niech za silę iiwiiża owe sztuczki ; doc/.eka 
się chwili, kiedy olbrzym pęta odrzuci i wiążącym go liliputom 
sprawi niespudziiinkę... 

I do tego przyjść musi ; powszechne glosowanie nasuwa 
się politykom austryankim comz nicprze parciej, jako jedyne 
wyjście z obecnego chaosu i bczrządu monarchii. Rosnucii ra- 
dykiilizacya krajn — w tempie tak szybkiem, jak nigdzie może 
w Europie, odpowiednio du jedynej w swym rodzaju «nędzy 
Galicyi" ma więc daleko idące znaczenie i zmieniaji|c stosunki 
faktycznej siły politycznej, musi z czasem zmienić też stosunki 
władzy... 

Wobec tego procesu dziejowego najsmutniej i najtrudniej 
przedstawia się rola demokracji galicyjskiej. Zadaniem jej jest 
przygotowanie gruntu realnego do owej zmiany stosunku wła- 
dzy; wyrobienie takiej sity faktycznej w miastacli, aby te nie 
zostały starte na mmz4ą między ścierajiicemi się kamieniami 
mlyńskiemi: między szlachtą a proletaryatem. Zadaniem jej: 
stworzenie w miastach najwyższej możliwie kultury materyiil- 
nej, a z nią równolegle — kultury etycznej i umysłowej ; bez 
owej wyższej kultury ekonomicznej niema mowy o zrócaniko- 
waniu się w kraju klas, o wyrobieniu wyższych form produ- 
kcyi a sprawiedliwszych — konsuracyi, o zastąpieniu idei feu- 
dalno-klerykalnych nowoczesnemi, o wyłonieniu ze stopienia 
wszystkich tych czynników — syntezy narodowej, przyszłości 
narodowej. Zadaniem jej : zbliżyć się do naturalnegn swego sprzy- 
mierzeńca, tak samo jak ona zainteresowanego w Uzyskaniu 
swobód konstytucyjnych i wielkiego przemysłu : do stanu 
robotniczego, i pomóglszy mu do zupełnej emancypacyi — przy- 
gotować 1«ren dla zajęcia stanowiska, wyzyskiwanego dotąd 
dla swych interesów przez klikę feiidalno-kleiykalną. 

Praca parlamentarna nad stworzeniem warunków rozwoju 
dla klasy mieszczańskiej i robotniczej, oraz troskliwa dezyn- 
fekcya atmosfery administracyjno - publicznej kraju, praca 
z kielnią w jediiej ręce a miottą Hentklesową w drugiej — 
oto główne zadania demokracyi, to cel jej parlamentarny — 
wszystko inne jest tylko środkiem. I tylko środkiem jest także 
sprawa Kola polskiego. 

Środkiem tylko a nie celem jest forma organizacyi Koła 
polskiego i potrzeba istotnie fetyszyzmu, z jakim bezmyślność 
konserwatywna się odnosi do pewnych wyrazów, aby z formy 
uczynić „dogmat". Nie ulega żadnej wątpliwości, iż w obecnym 



(1 KRYTYKA 

stanic tej organizaoyi, przy statucie Kola dzisiaj obowiązujucym, 
cel wyżoj iinkreńlony osięgnąć się nie du. Dezynfekcya niu- 
mlno-polilyezoa, oraz uprzomyslowienie Galicyi — to priówne 
zadania postępowych polityków — si^ dyainetralnie przeciwne 
pojtjciom i interesom panuji^ccj obecnie większości. Oczyszcze- 
nie atmosfery unicestwi technikr; jej rządów, uprzpinyslowicnie 
kraju wytworzy silne, niezależne mieszczaństwo i stan robo- 
tniczy. Koło było, jest i będzie organem kliki z chariikterem 
głównie agi'arnyra. Klika boi się czystej atmosfeiy, aararzyści — 
uprzemysłowienia. Czy trzeba przypominać pi'zesz)ość KoLi : 
politykę jego w sprawie traktatów handlowych, oeln'oiiy prze- 
mysłu naftowego, upaństwowienia kolei półnoenfj, budowy 
kanałów, obrotu iplewcn", aby stwierdzić, że bzIo ono raczej 
zawsze za p. Abndiamowiczem, niż śp. Hzczepanuwskim 'i Fra- 
zesem jest to, co się mówi, iż Kolo jest c. k. wyli«znie uprzy- 
wilejowaną reprezentaeyą narodową; poseł Daszyński, który 
pierwszy wymierzył policzek Woltfowi, za obelgę nii naród 
rzuconą i najeiiorgicznioj :,zą miał mowę za npaństwowieniinn 
gimnazyiim cioazyńskiego, reprezentuje też chyba interosa naro- 
dowe. Ale i-eprozontuje on także intccsa proletaryatu, a dla 
nich w objęciach Kota niema miejsca, jak niema inifjsra dla 
posła, który rozpocznie postępową, ńwiadomii, energiczną akcye 
socyalno-polityezną. Z fhwihi, kiedy demokraci zaczną seryo 
starać się, iiby np. przy odnowieniu traktatów bandlnwyi-h 
ludowi zapewniono tani chleb i tanie miijso, przemysłowi zaś 
galicyjskienui ochronę, aby przy biidowacli kolei lokalnych 
uwzględniano intertłsa przemysłu, nie pojedynczych agrai-zy- 
8tt'iw , aby z subweiityj państwowych iia rzeirz rolnictwa wy- 
kreślono np. rubrykę wyścigów a fundusz teu luzeniesiono na 
popieranie powstających fabryk; aby konsekwentny odpoczynok 
niedzielny i ubezpieczanie robotników obowiązywało także wła- 
ścicieli dóbr i gorzelń — z tą chwilą, choćby odslaniiili pierś 
ranami za ojczyznę okryta, zosUuią zdrajcami narodi', aobr(;cz 
„solidarności" ściśnje ich do uiraiy ostatniego tchnieina. 

Nio, jeśli demokmei soiyo myślą o prowadzeniu polityki 
demokratycznej, muszą odpuwiediiio do celu przystiwować śro- 
dek. Nio wysliuczy w tym wypadku zEuienió statui Kota 
w kierunku rozszerzenia swobody wnoe;zenia inter,)elacyj ; „zdo- 
bycz" byłaby to śmieszna, nawet, nie mysz z trzęs.jcej się 
góry. Interpelaeya, jeśli za nią nie idzie groźba dyskusyi i wo- 
tum w Izbie, żadnej ekscelleiicyi humoru nie zepsuje. Domłj- 



PO WYBORACH 7 

kratyczni posłowie powinni zastrzedz sobie w sprawach, nie 
dotyczących interesów narodowych, swobodę nietylko przemawia- 
nia, lecz także głosowania, wedle swych przekonań. 

Za przykład organizacyi Koła niech służy organizacya 
centrum berlińskiego, którego nikt dotąd za wzór nie stawiał. 
Czem dla wiedeńskiego Koła dogmat narodowościowy, tern dla 
centrum dogmat wyznaniowy. Może ono być ideałem wierności 
dla naczelnej swej zasady, w jej obronie jest solidarnem, je- 
dnohtem i nieubłaganem, a przecie w sprawach, stojących poza 
dogmatem, pozostawia swym członkom częstokroć pełną wol- 
ność postępowania w parlamencie. W r. 1887 głosowało 37 
członków centrum przeciw ustawie wódczancj, w r. 1889 gło- 
sowała część przeciw ustawie o ubezpieczeniu niezdolnych do 
pracy, w r. 1890 — przeciw powiększeniu siły zbrojnej, w r. 
1899 — przeciw ustawie wojskowej, tak samo były przy gło- 
sowaniu zdania podzielone co do reformy finansowej itd. Jednem 
słowem, najpotężniejsza partya parlamentu, fanatycznie przywią- 
zana do swego dogmatu, w obronie jego konsekwentniejsza 
i szczęśliwsza, niż Koło w obronie swojego — daje jednak 
swym członkom swobodę bronienia interesów swych wyborców. 
Nie panuje tam frazes, że „każda sprawa jest sprawą dogmatu", 
co nie przeszkadza prowadzić pohtyki wysoce utylitarnej z rzą- 
dem i innemi partyami wedle kupieckiego: do ut des. Za- 
sada solidarności jest zachowana, ale nie jako moloch, pożera- 
jący żywe ofiary. 

W ten sposób przeprowadzona reforma statutu Koła pol- 
skiego, dająca poza kwestyą, którą np. ^4 czł. uzna za naro- 
dową, swobodę interpelowania, przemawiania, głosowania w par- 
lamencie, dozwalająca członkom należeć też do innych klubów 
czysto-gospodarczych (więc do agrarnego, monetarnego, prze- 
mysłowego, robotniczego) -- zdoła skupić około sztandaru pra- 
wdziwie narodowego wszystkich posłów polskich, a równocze- 
śnie da stronnictwom demokratycznym i ludowym możność 
prowadzenia pohtyki socyalnej, dążącej do odrodzenia kraju. 

Konieczność tej reformy jest nieodzowną. Od dziesięciu 
lat radykahzuje się Galicya, wszelkie następująco po sobie wy- 
bory świadczą o wzroście sił i uczuć opozycyjnych. 

Stan ten powinien znaleść wyraz w składzie i działalności 
delegacyi kraju we Wiedniu ; posłowie, pragnący uczciwie re- 
prezentować opinię kraju, powinni pracować nad oczyszczeniem 
Augiaszowych jego stajni i zainaugurować planową, energiczną 



s KRYTYKA 

działalność w kierunku uprzemysłowienia Galicyi i racyonal- 
nych reform socyalnych. Akcya ta w ramach obecnego statutu 
Kola jest niemożliwą — forma solidarności musi tedy być 
zastosowaną do najżywotniejszych interesów i dążeń kraju. 

I stanie się to, jeśli nasi politycy, którzy nie byli mądrzy 
przed szkodą, będą mądrzy — po wyborach. 



^^^S*^ 



Kaz. 2'etmaje7\ 

BALLADA 

Z dramatu „Zawisza Czarny" 



Hej hetmanie, hctmaDie, 
Gdzie to jedziesz, gdzie jedziesz tak skoro? 
Czyli żona cie czeka, czy ci droga daleka, 
A do stada rabusie się biorą? 

Ej Die jadę, nie jadę 
Ni do zony, ani teź do stada, 
Jeno jadąc tak w drogę, przecie woale niemogę 
Ani uciec ni dognad — powiada. 

Hej hetmanie, hetmanie, 
Co cie ściga, cod zasic uchodzi? 
Czyd z grzmiącemi podkowy ściga rycerz krzyżowy? 
Czy tatarski umyka ci złodziej ? 

Nie to, nie to — powiada — 
Ni uciekam, ni gonię przez drogę, 

Lecz przed własnym mym bólem zbiec niemogę tern polem, 
Ni wesela dojechad niemogę... 




OBECNY STAN SOQYOLOGII. 



LUDWIK KULCZYCKI. 



Obecny stan socyologii, 

Zadaniem artykułu niniejszego jest zwięzłe przedstawie- 
nie obecnego stanu studyów socyologicznych, oraz wykazanie 
waźniejszyełi w nich braków. 

Zaczniemy od tak zwanej socyologii szczegółowej, opisu- 
sującej powstanie, rozwój i upadek różnycłi instytucyi społe- 
cznycłi, następnie przejdziemy do socyologii ogólnej. 

Profesor Gumplowicz słusznie bierze za punkt wyjścia 
w swym systemie socyologii wieloplomiennośó rodu ludzkiego 
i walkę różnoplemiennych hord pierwotnych między sobą. Jak- 
kolwiek twierdzenie powyższe opiera się głównie na dedukcyach, 
jednakże ma ono nierównie więcej argumentów za sobą, niż 
przeciwne. 

Najnowsze studya etnologiczne, opisujące hordy, wpra- 
wdzie nie najpierwotniejsze, lecz najniżej stojące ze znanych nam 
obecnie, dają nam dość dokładne pojęcie o tych zawiązkach 
organizacyi społecznej. 

W naszej literaturze mamy wartościową pracę, streszcza- 
jącą rezultaty badań powyższych w artykule Krzywickiego, 
w IV. tonne Biblioteki Warszawskiej z roku 1899. 

Pierwotna niezróżniczkowaua horda, złożona z małej ilości 
członków, zmieniająca się w różnych miejscach i czasach — 
oto pierwotny zawiązek organizacyi społecznej. 

Powstanie organizacyi rodowej z hordy pierwotnej, bu- 
dowa społeczeństwa rodowego w różnych jego odmianach, upa- 
dek tego społeczeństwa pod wpływem całego szeregu czynni- 
ków, jak: rozwój wymiany, pojęć, podziału pracy, rozsiedlania 
się ludności, są dziś dokładnie zbadane. Dzieła etnologów: Mor- 
gana, Howitta, Fisona, Kubarego, Dorseya, Powella i iimych; 
studya pmwników-socyologów: Maine'a, Kowalewskiego, Dar- 
guna, Steinmetza, Zibera i innych, ugruntowały powyższe zdo- 
bycze naukowe. 

Małe monarchie despotyczne 1 wielkie państwa tego typu, 
powstanie ich i rozwój, wreszcie upadek, znalazły także su- 
miennych badaczy. 

W rozmaitych społeczeństwach procesy te, w formach 
ogólnych odbywały się jednakowo i są nam dość dobrze 
znane. 



10 KRYTYKA. 

Wreszcie społeczeństwa stanowe i klasowe, szczególnie 
w Europie, były i są przedmiotem troskliwych stndyów histo- 
ryków i publicystów. 

W ten sposób rozwój typów społecznych jest wogóle do- 
brze opracowany w socyologii. Trudno też przypuścić, aby 
nowe stiidya mogły zmienić zasadniczo panujące obecnie teorye 
w tym przedmiocie. 

Te ostatnie dadzą się streścić jako przejście komunizmu 
pierwotnego do indywidualizmu początkowo człowieka wybra- 
nego wraz z najbliższem jego otoczeniem, potem wybranych, 
należących do wyższego stanu, wreszcie do indywidualizmu lu- 
dzi warstw różnych, który dla dalszego swego rozwoju wy- 
maga zwrotu do komunizmu wyższego, różnego od pierwotnego. 
Są i dziś jeszcze uczeni, twierdzący, że w czasiu-h najodlefrlej- 
azych istniała ogromna różnorodność form życia społecznego. 
Twierdzenie to jednak op'em siQ na błędnym wniosku: boya- 
ctwo narzeczy i języków uogólnia się i przenosi na wszystkie 
inne przejawy życia społecznego, 

Ale jeż(3)i rozwój społeczny w formach najogólniejszych 
jest nam dobrze znany, jeśli wiemy, jakie czynniki społeezntł 
spowodowały powstanie społeczeństwa stanowego lub klaso- 
wego, to kweslya powstawania różnych odmian jednego typu 
społecznego nie znalazła dotychczas badaczy. 

Dotąd nie znamy nawet og(>lnie przyjętej klasyfikar^yi ty- 
pów spolecznycli i ich odmian. Holenderski soeyolog Steinmetz 
w III, tomie Annće Sociologiąue porusza tę doniosłą sprawę. 
Praca jego jednak jest dopiero początkiem. Klasyfikacya taks 
jest jedneni z najpilniejszych zadań socyologii i bez niej nie- 
podobieństwem jest określić ściśle ["acyonalność pewnych uogól- 
nień socyologicznych. 

Innem zagadnieniem niezmiernie ważnom siv przyczyny, 
któi-e spowodowały powstanie takich, a nie innych cywilizacyj, 
będących wynikiem pewnych odmian ogólnego schematu ewo- 
lucyi. W studyach takich nie chodziłoby już o zbadanie przy- 
czyn rozwoju takiej, lub innej odmiany danego typu społecznego ; 
lecz o przyczyny odmieiniych przebiegów ewolucyjnych w ró- 
żnych typach społecznych, następujących po sobie. 

W powyższym kierunku dotychczas nie prawie nie zro- 
biono i tu się otwiera wdzięczna praca dla socyologów. Po- 
przednio trzebaby jednak przedsiębrać studya porównawczo- 



OBECNY 8TAN SOCYOLOGn. 11 

historyczne w różnych krajach, według wspólnego planu 
i metody. 

Przed laty 7, w jednym z artykułów w „Głosie'', mieliśmy 
sposobność wypowiedzieć pogląd powyższy, niestety jednak, od 
tego czasu niema żadnych zmian na lepsze. Wogóle zauwa- 
żyć można, że w czasach ostatnich studya socyologiczne opie- 
rają się przeważnie na materyale etnograficznym, dotyczącym 
ludów niżej stojących w rozwoju społecznym, nie mających hi- 
storyi. Do tego przedmiotu wrócimy jeszcz.e w dalszym ciągu 
niniejszego artykułu. 

Od poglądu na obecny stan studyów socyologicznych nad 
rozwojem form życia społecznego wogóle, przejdziemy do obe- 
cnych wiadomości o ewolucyi poszczególnych instytucyj społe- 
cznych. 

Rozwój własności, władzy i pojęć prawnych jest znacznie 
lepiej zbadany od przemian, jakim ulegała rodzina. 

Ewolucya tej ostatniej jest najbardziej spornem ze wszyst- 
kich analogicznych zagadnień. 

Kwestya pierwotnego komunizmu płciowego, rodzina ma- 
tr)'archalna, stopień jej rozpowszechnienia, przejście do patryar- 
chatu, egzogamia i endogamia, t. j. małżeństwa zewnątrz i we- 
wnątrz grupy społecznej, przyczyny ich — oto najbardziej 
sporne punkty w zagadnieniach, związanych z historyą rodziny. 

Pomimo różnorodności zdań specyalistów w powyższych 
kwestyach, większość badaczy współczesnych przechyla się na 
stronę Morgana, robiąc jednak znaczne zastrzeżenia i dopeł- 
nienia. 

Nie możemy tu rozbierać tych wątpliwych kwestyj, gdyż 
są ona tak zawiłe, że chociażby tylko ogólne ich przedstawie- 
nie wymagałoby specyalnego artykułu. 

Rozwój pojęć religijnych został dobrze opracowany zaró- 
wno w szeregu monografij specyalnych, jak i w dziełach, 
uogólniających te ostatnie. 

Tosamo da się powiedzieć o zwyczajach i zabobonach. 
Literatura folklorystyczna, rozwijająca się wspaniale we wszyst- 
kich krajach a nawet i u nas, dostarczyła olbrzymią ilość ma- 
teryału. 

Jeżeli jednak rozwój poszczególnych instytucyj społe- 
cznych, wierzeń różnorodnych i zwyczajów został dostatecznie 
opracowany i dziś, w początkach XX. wieku, możemy się po- 
szczycić bogatą literaturą tego przedmiotu, to nie da się za- 



< 



4* 



12 KRYTYKA. 

przeczyć, że nie zdołano jednakże dotychczas powiązać tych 
ewolucyi poszczególnych stron życia społecznego. 

Monograficzne opracowania, z konieczności wyspecyalizo- 
wane, oddzielające sztucznie różne strony życia gromadzkiego, 
dały nam szereg obrazów niepowiązanych ze sobą. 

Jednem z najpilniejszych zadań socyologii, jest przedsta- 
wienie rozwoju społecznego w jednolitym obrazie przekształceń 
różnych instytucyj i wierzeń si)ołecznych. 

Narodowość jest nadzwyczaj złożonym wytworem życia 
zbiorowego. Socyologia współczesna nie zdołała dotychczas ści- 
śle sformułować przyczyn, które wytwarzają narodowość i je- 
żeli do pewnego stopnia określoną została rola czynników, skła- 
dających się na pojęcie narodowości, to mechanizm jej two- 
rzenia się nie jest znany i nie mamy prawie w tym przedmiocie 
monografij specyalnych, a tembardziej dzieł ogólnych. 

W ostatnich czasach zjawiło się kilka prac w tym kie- 
runku — wymienię tylko Morlillie-go, o formowaniu się narodo- 
wości francuskiej i Fouillće'go o charakterze narodowym fran- 
cuzów — nie stoją one jednak na wysokości swego zadania, 
zawierają ogólniki powszechnie znane i niekiedy zwracają 
uwagę na jakąś kwestyę specyalną. 

Dzieło Le Bon'a, który chciał postawić całą teoryę socyo- 
logiczną na podstawie psycłiologii narodów, jest banalne i po- 
zbawione wartości naukowej. Niedaw^no Julian Ochorowicz 
praedsięwziął w „Tygodniku Ilustrowanym"* charakteryzow^anio 
germanów i słowian. W pracy tej, napisanej bez żadnej metody, 
całe rozumowanie opiera się na wyjątkach z różnych kronik. 

Samo zresztą postawienie kwestyi jest błędne; nie [)odo- 
bna bowiem traktować słowian, jako coś jednolitego. Różne 
szczepy słowiańskie rozwijały się pod wpływem najróżnoro- 
dniejszych czynników. Właściwie jedyną realną łącznością mię- 
dzy nimi jest pewna ilość wspólnych pierwiastków prasłowiań- 
skich w(^ współczesnych językach : polaków, czechów, rosyan, 
Serbów i innych. 

W ten sposób zagadnienia o powstawaniu, rozwoju i za- 
niku narodów, o wzajemnem niszczeniu się grup narodowych, 
czekają jeszcze na opracowanie. 

Rz(}cz dziwna, że żaden z naszych historyków, a mamy 
ich wielu, nie pomyślał o przedstawieniu tworzenia się naro- 



') Psychologia rozwoju narodów. 



OBEOJY STAN SOCYOLOGII. 13 

dowości polskiej, polonizacyi innych plemion i narodów, wre- 
szcie walki innych prądów narodowych z polskością. 

Po tym bardzo ogólnym przeglądzie obecnego stanu stu- 
dyów socyologicznych nad poszczególnymi związkami i insty- 
tucyami społecznymi przechodzimy do rozpatrzenia podstawo- 
wych zagadnień socyologii ogólnej. 

Długi czas łudzono się, że socyologia osiągnie wielkie ko- 
rzyści z analogii między społeczeństwem i organizmem. Są- 
dzono, że dzięki jej, biologia, jako nauka bardziej rozwinięta, 
naprowadzi uczonych na doniosłe uogólnienia socyologiczne. 

Organiczna szkoła w socyologii w osobie najwybitniej- 
szego swego przedstawiciela, Spencera, uważa procesy społeczne 
za zjawiska samorzutne, wobec których człowiek pojedynczy 
i państwo zorganizowane są bezsilnymi. 

Kilkodziesięeioletnie doświadczenie wykazało, że metoda 
analogii jest szkodliwii, nie przyczyniła się bowiem w niczem 
do wyjaśnienia rzeczy nieznanych, natomiast wprowadziła 
w błąd wiele skądinąd potężnych umysłów. 

Różni zwolennicy analogii między organizmem a społe- 
czeństwem, różnie ją pojmowali i często przychodzili do wnio- 
sków wręcz sobie przeciwnych. Zamiast więc jedności w so- 
cyologii, powstał chaos, wkradło się mnóstwo błędów, z któ- 
rymi trzeba było walczyć potem Civłe lata. 

Najcenniejsze ustępy w dziełach zwolenników analogii 
społeczeństwa i organizmu nie znajdują się z nią w żadnym 
związku przyczynowym. 

Dziś kierunek ten nie posiada wielu wyznawców. Z młod- 
szych pisarzy hołdują mu jeszcze Nowicov i Worms. Ten osta- 
tni w pracy swej, specyalnie temu przedmiotowi poświęco- 
nej, zebrał wszystkie argumenty na korzyść wzmiankowanej 
analogii. 

Biologia może i powinna mie6 wpływ na socyologię, w in- 
nem jednak znaczeniu, niż to wyobrażali sobie zwolennicy teo- 
ryi organizmu społecznego. Biologia jest nauką pomocniczą 
dla socyologii nie dlatego, że społeczeństwo jest organizmem, 
lecz dlatego, że ludzie, składający je, są organizmami. 

Najbardziej natchniony zwolennik analogij biologiczno-so- 
cyologicznych, Alfred Fouillee, przyznaje, że s[)ołeczeństwo 
staje się coraz więcej organizmem kontraktowym, to jest, że 
czynnik umowy dobrowolnej stopniowo nabiera coraz większego 
znaczenia. 



14 KRYTYKA 

Pogląd powyższy, pozostawiający szerokie pole dla dzia- 
łalności społecznej, politycznej i wszelkiej innej, znajduje się 
w rażącej sprzeczności z teoryą Spencera, wedle której planowa 
działalność polityczna nic, albo tylko bardzo mało zdziałać 
może. 

Usiłowano też sprowadzić zjawiska społeczne do energie- 
tyki, w najszerszem tego słowa znaczeniu. Usiłowania te nie 
przyniosły żadnej korzyści socyologii, pozostały tylko po- 
stulatem filozoficznym, łączącym zfawiska społeczne ze wszyst- 
kiemi innemi; nie mogły przyczynić się do wykrycia nowych 
praw socyologicznych i nie umożliwiły nam ilościowego bada- 
nia zjawisk społecznych. 1 nie mogło być inaczej : nauka współ- 
czesna nie zdołała jeszcze, a wątpić można, czy zdoła kiedy- 
kolwiek, sprowadzić wszystkie zjawiska psychiczne do pewnych 
form energii, albo też znaleźć ścisłe odpowiedniki energietyczne 
dla zjawisk psychicznych. 

Wszelkie zaś inne stosowanie zasad energietyki do zja- 
wisk społecznych, pomijając stronę psychiczną, nie doprowa- 
dzi do celu. 

Ale i wyłącznie psychiczna metoda w socyologii, jest nie- 
dostiiteczną, istnieje bowiem cały szereg zjawisk społecznych, 
nie będących wynikiem świadomych i celowych aktów woli 
ludzkiej ; dalej wskazania o naturze ludzkiej, które nam 
daje psychologia, są zbyt ogólne, aby się stać mogły główną 
podstawą badnń socyologicznych; wreszcie psychologia współ- 
czesna, przeważnie analityczna, zajmująca się rozkładaniem zło- 
żonych zjawisk na pierwiastki i ich analizę, nie wiele przyczy- 
nia się do rozjaśnienia procesów społecznych, w których wy- 
stępują ludzie z bardzo złożoną i zawiłą psychiką. 

Dusza ludzka zależy od całego szeregu warunków społe- 
cznych, które właśnie stanowić muszą punkt wyjś(^ia badań so- 
cyologicznych; psychologia może być tylko pomocną przy ob- 
jaśnianiu niektóiych zjawisk, nie może być jednak podstawą 
studyów socyologicznych. 

Są całe dziedziny psychologii prawie że nietknięte, które, 
gdyby były należycie obrobione, mogłyby o wiele ułatwić za- 
danie socyologom. 

Niema prawie badań nad tworzeniem się charakterów 
i ich oddziaływaniem. Nie znamy dobrze warunków, przy któ- 
rych zjawieniu się, wola ludzka szuka ujścia w czynach spo- 
kojnych, lub gwałtownych. 



OBECNY STAN 80CY0L0GII. 15 

Jeżeli psychologia indywidualna posiada wiele braków, to 
cóż dopiero powiedzieć o psychologii zbiorowej. Ta ostatnia 
zaledwie teran stała się przedmiotem poważniejszych studyów, 

Jesl rzeczą godną zastanowienia, czy więcej dać może 
psychologia zbiorowa socyologii, czy ta ostatnia pierwszej. Za- 
równo psychologia zbiorowa, jak i socyologia, czerpać muszą 
dane przedewszystkiem z historyi i życia bieżącego. Właściwie 
obie le nauki zlewają aię razem. 

Jeżeli psychologia, jako nauka, nie może być podstawą 
socyologii, to jednakże należyte uwzględnienie czynnika psy- 
chologicznego w tej ostatniej jest niezmiernie ważne. 

W miarę rozwoju cywilizacyi, odgrywa on coraz większą 
rolę. 

Widzieliśmy, że ani analogie biologiczno-społeczne, ani 
stosowanie energietyki, ani wreszcie dane psychologii nie mogą 
być podstawą socyologii. 

Widzieliśmy również, o ile biologia, energietyka i psycho- 
logia, wywierać mogą wpływ na soeyologię. 

Energietyka ma dla niej znaczenie, że tak powiemy, czy- 
sto filozoficzne, biologia — większe z tego względu, że właści- 
wości organiczne człowieka i ras ludzkich wpływają na sto- 
sunki społeczne, wreszcie psychologia — jeszcze większe od bio- 
logii z tego względu, że właściwości umysłu ludzkiego i świa- 
domości celów, odgrywają coraz znaczniejszą rolę w społeczeń- 
stwie. 

Co więc służyć powinno za podstawę dla socyologii? 

Fakty życia społecznego, które nam dostarczają etnografia, 
historya i życie współczesne. 

Oto jedyna, pewna podstawa naukowa. 

Wyzwolenie się z więzów metafizyki, stanowi niezbędny 
warunek postępu socyolggii. 

Wszelkie koncepcye o życiu i rozwoju społeczeństwa, 
oparte nie na faktach, lecz na dowolnych poglądach, są nieta- 
socyologią. 

Pogląd o konieczności zwycięstwa pierwiastków postępo- 
wych i korzystnych dla ludzkości nad pierwiastkami szkodli- 
mymt jest typowym przykładem metafizyki w socyologii. 

Powtarzamy raz jeszcze: tylko umiejętne grupowanie 
faktów i uogólnianie ich doprowadzić może do celu. 

Tutaj jednak nasuwa się pytanie: jak fakty te powiązać? 
Jest ich tak wiele, że, chcąc się w nich zoryentować, należy 



lii KRYTYKA. 

wyodrębnić niektóre z nich, jako niajt\ce większo znaczerne 
i decydujące o innych. 

Nasuwa się więc tu zagadnienie o doniosłości różnych 
czynników życia społecznego. 

W życiu rzeczywistem wszystkie czynniki występują ra- 
zem, przeplatając się w najróżnorodniejszy sposób i dopiero 
myśl nasza wyodrębnia je w celach naukowych. 

Jeżeli jednak występują one razem, to w każdym po- 
szczególnym fakcie społecznym jedne z nich zarysowują się 
wyraźniej, zabarwiając go w większym stopniu, niż inne. 

Jakie czynniki w życiu społecznem są podsUiwowymi ? 

Przy obecnym stanie wiedzy socyologicznej, odpowiedzieć 
trzeba, że są nimi — ekonomiczne, w najszerszem tego słowa 
znaczeniu, a z pośród nich przedewszystkiem systemy pro- 
dukcyi. 

Pogląd powyższy jest materyalizmem socyologicznym. 
Dziś liczy on bardzo wielu zwolenników; ojcami jego byh 
Mai-x i Engels; uczniowie ich starali się go rozwinąć, dawali 
mu jednak różnorodną interpretacyę. 

Można bowiem pojmować materyalizm socyologiezny bar- 
dzo wazko i bardzo szeroko. 

Tacy pisarze jak Plechanow, Labriola, Lafurgue, Mehring 
Bułchakow i inni, w szczegółach różnią się między sobą. 

Z wymienionych autorów Plechanow może najszerzej 
i z największym talentem pojmuje i uzasadnia materyalizm 
socyologiezny. Wedle jego przedstawienia, stosunki ekonomi- 
czne przystosowują do siebie inne sfery życia społecznego. 

Jeżeli na tle stosunków ekonomicznych wyłonił się pe- 
wien ustrój prawno-pohtyczny ; to raz już powstały, reaguje 
na nie. 

W przedstawieniu kolejnych wyobrażeń prądów intelektu- 
alnych, przeciwstawiających się sobie, Plechanow wykazał 
wiele bystrości. 

Pomimo tych, niezaprzeczenie świetnych cech swych prac, 
pisarz rosyjski często stara się wtłoczyć w ogólnie sformuło- 
wane tezy Marxa i Engelsa treść nieco nową, mieszczącą się 

w nich. 

Na tle stosunków produkcyi dóbr materyalnych, zaryso- 
wują się różne warstwy społeczne ze sprzecznymi interesami, 
walka tych warstw społecznych wypełnia więcej rozwinięte 



ZAPOMNIANE UTWORY Z. KRASIŃSKIEGO. ir 

formy życtu zbiorowego ; tak jak walki grup rodowych i hord 
ppastiiryeh, wypełniają życie społeczeństw pierwotnych. 

Materyaiizm socyologicznjc i walka grup spo(eeznyt;h, oto 
nowe leorye podstawowe, które ogromnie dużo rozjaśniły życie 
zbiorowe gromad ludzkich. 

Zachodzi teraz pytani<e, o ile teorye te zostały uzasa- 
dnione? 

Materyaiizm socyologiezny, o ile wysuwa na plan pier- 
wszy czynniki ekonomiczne, rzec można, został należycie uza- 
sadniony, zarówno na drodze dedukcyjnej, jak i indukcyjnej. 

(Dok. nast. ). 



-^ 



Zapomniane ulwory Z. liasiiiskif|o*) 
j. 

SPOWIEDŹ 

Wszystko zoiemDiało. Zmrok rozciąga się po doHuic. Tu 
i <Jwdzie niedmiało bły^Die świaUo gwiazdy, przeoiże przestrzeń la- 
zurową i zadrży nad ziemią. Szare skały zdają się byi5 cieniem tycłi 
skał, które we daie odbijały płomiennoad gorejącego słońca; lekki 
obłok przesuwa się po aklepieniu niebios. O obłoku, dokąd ty 
dążysz? 



•j Nb drug'iin Zjeździe historyków polskicli wo I^wowip podiil dr. .1. 
BotoK Antoniewicz, obecnie prof. lliiiwersyteln Iwowakiefi". pierwszą wia- 
domość o dziesięciu nieznanych utworach autora ..Niehunkicj', z którycli 
dwa w .Pamiętniku" owcKo Zjazdu ogł-isil, dowodiijc autonitwa rowzly na 
podstawie pokrewieństwa myśli i forni.y Z owych aiotlmiu nieoHiloszonych 
przez dr. Antoniewicza utworów udało sii; dzięki łaskawości docenia l'niw. 
genewskiego dr. Leona Winiarakieno i dt- Włodzimierza Buifla, otrzymać 
trzy prace młodego Zygmunta, które .Krytyka" w przekładzie polskim jio 
raz pierwszy wydajo. .Autorstwo ich, uchudzi)ce dotychczas za naukową hi- 
potezę, nabiera pewności historycznej przez oświadczenie dr. .1 Biuola, H~ 
letniego starca, przehywająct-fo jjodówczas w -Mentonie, przyjaciela młodo- 
ści Krasińskiego, że ogłoszone tu pisma są Jak nii; wyiaża w iiiicin dii 
podpisanego — „nit- wątpi i wio pińra Zy(;niunla Krasińskiego*. 

**| Drukowana, jako ,.prxekład z polskicfru" w Biblii-tlii^i/iie iiiiiyr- 
aeUe. Genewa 18^2. 



18 KRYTYKA. 

To podmuch wiosny czysty i słodki, im bliżej ziemi 
tem piękniejszym się zdaje. Woń raiła płynie zeii. Niby jasna au- 
leoła otacza go rąbek ze srebra. Rzekłbyś wóz niosący ducha po 
przez rozległość przestrzeni. Duchu, dokąd ty dążysz? 

Widad kościół jakiś; po nad mm cień wysmukły zaznacza się 
godłem zbawienia. Ciemnoś<5 nie dozwala rozpoznad ornamentów. Na 
cmentarzu wzgórzy kilka; wiatr pochyla lekko pęki zieloności. Po 
przez okna gotyckiej kaplicy tli się promień lampy. Zresztą wszędy 
ciemnośd, wszędy oi.sza. O lampo, jaką istotę oświecasz ty w tę 
chwilę? 

U stóp kajiłana klęczy jakaś kobieta; suknia jej czarna, głowa 
pochylona; głos jej podobny do umierających dźwięków muzyki, 
która gaśnie w oddali. Starzec ręce złożone trzyma nad jej głową 
i słowa błogosławieństwa orzeźwiającą rosą padają na jej serce. 
W ciszy słychaó tylko dźwięk dzwonka i od czasu do czasu drżenie 
skrzydeł anioła, który krąży u góry. 

To jej anioł-strói. Przeleciał całe przestrzenie lazuru aby sta- 
nąó przy niej w tej chwili i duszę jej korną otulid zasłoną swojej 
świętej opieki. 

W miarę jak grzechy swe oddaje, grzechy tak lekkie jak li- 
ście jesienne, on Najwyższemu szle modły gorące i tonie w za- 
chwycie niebiańskich radości. 

Spowiedź skończona. Starzec wymówił wielkie i tajemnicze 
słowa rozgrzeszenia i wyciąga już rękę aby ją podnieśd z ziemi. 
W tej chwili lampa błysnęła żywiej i promienie jej padły 
na rysy tajemniczej postaci. W oczach jej błyszczała raiłośd nie- 
biańska, na czole widniał spokój i pogoda niewinności, na ustach 
uśmiech boleści. Anioł -stroi pochylił się nad nią aby ją zabraó ze 
sobą do niebieskich podwoi. Wydała mu się już godhą aby przy 
harfie złotej śpiewad cześó Przedwiecznemu. 

Ale w tej chwili obłok go uniósł, a ona pozostała dla świata 
łez i boleści, aby byó na nim aniołem pocieszycielem. 




V 



ZNACZENIE FRYDERYKA NIETZSCHEGO. l!ł 

Pror. Dr. ALOJZY RIEHL. 

Znaczenie Fryderyka Nietzschego. 

W pisMiiiŁ-h Nietzschego przejawia się dusza współczesna; 
każde jej dr^niienie odzwierciedla się w tych pismach, każdy 
nastrój .«najdiije tu swój wyraz. Nawet forma aforystyczna, 
rozbłysk myśli Nietzscheiifo pod wpływem iiie.spodzianych na- 
tchnień, wydaJH się niejako symbolem wewnętrznego niepokoju 
i newrozy i-ioki, brakiem jednolitego, skończonego pogludu na 
rzeczy i życic-. Nietzsche zwalcza wprawdzie samowiedzę współ- 
czesnych w Liłównych jej kierunkach ; ideiiłom naszego czasu, 
przeciwstawia swoje ide;ily; lecz nawet z tej antytezy prze- 
mawia samowiedza współczesnych. Temu „bojownikowi, zwal- 
czającemu swą epokę", taż epoka sama dostarczyła broni 
w formie ateizmu Schopenliauera, teoryi rozwoju Darwiuu, oraz 
t. zw. pozytywizmu filozofii. Przytem tak namiętnie zwalczać 
możemy tylko to, co istocie naszej przeciwnem jest, a zarazom 
pokrewnem. 

Przez pewien czas Nietzsche ulegał współczesnym kie- 
runkom w filozofii, sztuce i polityce. Wszystkie przeżywał, do 
ostatecznych doprowadzał konsekweneyj i od wszystkich się wy- 
swabadzał. Głębi jego początkowego entuzyazmu odpowiadała 
raplowność zrywania i gwałtowność, z jaku następnie zwalczał 
każdy z owych kierunków. Rozpoczt)! schopenhauerowskim pe- 
symizmem, jedynie w tragicznej sztuce widząc ucieczkę przed 
zaprzeczeniem woli, oraz usprawiedliwienie bytu. Entnzyazmo- 
wał się Wagnerem i „starszą Grrecyą" i przesadne nadzieje 
pokładał w nowem państwie niemieckiem, sądząc, że ono zrea- 
lizuje ,.niemieckie odrodzenie świata helleńskiego". Karność 
pruskiego żołnierza uważał za jedno z narzędzi, potrzebno do 
tego odrodzenia kultury. Od owego romantyzmu swej młodości 
uwolnił się gwałtownym rzutem. Zwrócił siij ku oświeceniu 
i przez pewien c/.as hołdował wiedzy ścisłej. W poznaniu zda- 
wał się wówczas istnieć dlań cel życia, w „wielkim intelekcie" 
— SKCzyt bytu. Niedługo — a uczuł, zarówno juk cała epoka, 
że wiedza sama nie wystarcza. Teraz dopiero zbudziła się 
w nim coraz głębiej niirtujiica nieufność względem wszystkich 
idei współczesnych, względem ich źródeł i podstaw, względem 
cłirześcijiińsŁwa i tradycyjnej moralności. Ziialazł „drogę do 
siebie samego", a ta wiodła go coraz dalej od współczesnych, 



20 KRYTYKA. 

coraz \vięce»j stromemi ścieżkami, na coraz samotniojszą wy- 
żynę — nad przepaść. 

Zasadniczym tonem filozofii Nietzschecfo jest nieo^nmi- 
czona, namiętna miłość do życia ; jakby w topieli życia skopane 
wydają się myśli i sentencye filozofii. 

Nietzsche gloryfikuje życie, życie wielkie, potężne, wzno- 
szące się — życie nie tylko takie, jakiem ono było i jakiem 
jest, lecz przedewszystkiem takie, jakiem mogłoby się stać, ja- 
kiem mogłoby się stać przez nas i jakiem stać się powinno. 
Szlachetne słowa jego „Zarathustry" brzmią: „Co życie nam 
obiecuje, to my życiu dotrzymamy". Starożytność miała filozofn, 
którego nazywano „namawiającym do śmierci"; Nietzsche jest 
filozofem, pragnącym namówić do życia. Niczego nie można 
życiu odjąć, nic nie jest w niem zbytecznem ; najmniej wielkie 
fatum, wielkie cierpienie; wszj^stko służy, wszystko winno słu- 
żyć gwoli spotęgowania i podniesienia życia. Alboż - pyta 
Nietzsche — nie kultywowanie cierpienia, wielkiego cierpienia 
jedynie i wyłącznie powodowało dotychczas każde wzniesienie się 
człowieka ? Męstwo i dumna odwaga, z jaką znosił i przezwy- 
ciężał własne cierpienia, dowodzi, jak wiele wagi przykładał do 
tej oceny cierpienia w ogólnej ocenie bytu. Nietzsche przemie- 
nia pesymizm zaprzeczania życia, w heroizm potwierdzania 
życia : stanowi on najdalsze przeciwieństwo filozofa pesymisty- 
cznego. Przyznając pesymizmowi racye faktyczn(\ na które ten 
się powołuje — wyciąga zeń jednak zupełnie przeciwne kon- 
sekwencye praktyczne. Właśnie w owych złych, pesymistycz- 
nie tłómaczonych stronach życia, widzi najsilniejszy urok do 
potwierdzania życia, ujmowania go głębiej, ukształtowania wszech- 
stronniej. I dla siebie samego chce mieć owo życie coraz gor- 
szeni, coraz twardszem, nie pozbawionam niebezpi(»czeństw. Ra- 
dość, którąby Zarathustra chciał zaszczepić na ziemi, jest ra- 
dością tworzącego, a nie używającego, radością niestrwożonego, 
nieustraszonego, który szanuje życie, ponieważ ono mu stawia 
największy opór. Nie ma ona nic wspólnego z żądzą używania 
lub pragnieniem wygody. Nic nie jest wiooej ()l)cem naturze 
Nietzschego, dalszem od jt^go nauki Jiad wszelkiego rodzaju 
wyuzdanie. Kto go inaczej rozumie, coś innego zdaje się (*zy- 
tać w jego pismach, ten go zrozumiał fałszywie, czytał fał- 
szywie. 

Z tą apoteozą życia, z tym entuzyazmem życiowym Nietz- 
schego, ściśle też jest złączona arystokratyczna, indywidualisty- 



ZNACZENIE FRYDERYKA NIETZSCHEGO. 21 

czna tendencya jego filozofii. Tylko człowiek wielki zdoła znieść 
wielkie życie, wieść życie w wielkim stylu. A jeśli życie ma 
być spotęgowane, to pierwszym warunkiem jest najwyższy ro- 
zwój jednostki. Do pełnego rozwoju życia potrzebna jest ró- 
żnorodność typów, nierówność, różnica rang. „Problem rang" 
wydawał się Nietzschemu przez pewien czas zagadnieniem naj- 
wyższem, zagadnieniem życiowem. Walka życiowa toczy się 
nie o szczęście i wygodę, lecz o potęgę i rangę; zasadą życia 
jest „wola do potęgi". Potrzeba mieć wolę, być samym sobą, 
wyróżniać się, potrzeba jednem słowem, stworzonem przez 
Nietzschego: posiadać „patos dystansu". Nietzsche przepowiada 
nowe szlachectwo, przyszłą arystokracyę, nie z urodzenia, lub 
majątku, lecz arystokracyę ducha i charakteru. „Najlepsze po- 
winno panować, najlepsze chce też panować. A gdzie hasło 
brzmi inaczej, tam brak najlepszego*' W demokratycznej ni- 
welacyi widzi Nietzsche oznakę klęski, upadku, nietylko 
państwa, lecz człowieka; będąc zaś przekonanym, że zasady 
moralności panującej, sprzyjają ruchowi demokratycznenm 
i sankcyonują go, zwalcza i odrzuca tę moralność. Walka 
przeciw moralności wypływała nie z jęgo nienawiści ku moral- 
ności, lecz z jego miłości dla życia. 

Nietzsche nie chce poprostu znegować tylko moralności 
chce on ją przewyższyć, chce ją zastąpić tem, co uważa za 
wyższą zasadę życia. Arystokratyczny myśliciel wcale* nie miał 
zamiam uwolnić ludzi od karności i autorytetu, znieść, w zwy- 
kłem słowa znaczeniu, obyczaje i obyczajność. Nie cofa moral- 
ności : chce ukazać drogę, poza dotychczasową moralność. 
^Blond bestya", która się już stała przysłowiową, nie jest ide- 
ałem Nietzschego, lecz symbolem człowieka przedkulturnego, 
człowieka natury, symbolem faktu przedhistorycznego, przed- 
moralnego; pociągała go tu niezlarnana jeszcze silą natury, nie 
zaś bestyalność tej natury. Hasło Kousseau^i : Powrót do na- 
tury! w jego ustach i jego pojęciu zamienia się na : wzlot ku 
naturze ! Być może, ż(j w zapale walki strzelił poza cel ; ale 
to, co właściwie zamierzał, widocznem jest dla każdego, chcą- 
cego widzieć. Etyce równości, jego słowami : „moralności nie- 
wolników" przeciwstawia moralność nierówności, przywilej 
rasy; a ta „moralność panów" wyższym swym obowiązkicMu 
i odpowiedzialnością, zwraca się nie do tłumu, do tych, „wielu, 
których jest za wiele", lecz do nielicznych jednostek i wybra- 
nych, którzy się z tłiunu wyróżniają, ponad tłum się wznoszą. 



22 KRYTYKA. 

Że po za tem istnieje jeszcze moralność o^ólno-ludzka, zostało 
przez Nietzschego przeoczonem. On znal tylko moralne po- 
glądy swego „jedynego nauczyciela** Schopenhauera, gdzie 
litość główną była sprężyną, a zasadą 7ieminem laede, urągająca 
wszelkiemu życiu; oprócz tego znał jeszcze zasadę ogólnego 
pożytku, równego dobrobytu wszystkich, co u niego znaczy : nie- 
sprawiedliwości względem nierównych. Nie znał natomiast moral- 
ności woli autonomicznej kierowanej przez rozum. To znaczy : do- 
brze o niej wiedział, lecz nią nie żył. „Zmiana wszechwartości'' 
jest przedsięwzięciem niemożliwem, sprzeciwiającem się historyi ; 
w istocie rozchodziło się też Nietzschemu tylko o nowe skla- 
syfikowanie wartości. 

Do powagi i wagi swych rozmyślań miesza poeta-filozof 
tony lekkie, wysokie. Ogniwa wydarzeń przemieniają się 
u niego wówczas „w grę myśli"; konieczność przywdziewa ma- 
skę gracyi. Nietzsche chce życiu nadać znaczenie estetyczne ; 
chce w tym kierunku spotęgować naszą wolę. Sądy moralne 
zmieniają mu się pod ręką w sądy estetyczne. Nie chce sobie 
pozwolić zepsuć „widoku" zła. A jeśli nawet pragnie zmienić 
wartość prawdy, to przecież mówi przez niego tylko skłonność 
artysty do illuzyi. W obec swych ideałów Nietzsche wolnym 
jest od wszelkiego fanatyzmu. 

Coraz wyżej stawiając wymagania życiowe, wybiegając 
wzrokiem ku przyszłym możliwościom życia, Nietzsche nako- 
niec znalazł się aż poza granicami ludzkości. I największy czło- 
wiek musiał mu się wówczas wydać zbyt małym, do spełnie- 
nia wymagań spotęgowanych do najwyższego stopnia, do wy- 
czerpania nadmiaru bogactwa owych możliwości. Tylko istota 
nadludzka zdołałaby zatryumfować nad wszelkiem cierpieniem, 
nad każdym ciężarem życia i „co całej ludzkości przeznaczone*^ 
objąć swym duchem i nie doznać rozbicia. 

Tak więc główne myśli Nietzschego: arystokratyczny in- 
dywidualizm, nowa moralność panów, nadczłowieczeństwo, 
wszystkie te myśli rozwijają jeden tylko główny temat jego 
filozofii: apoteozę i ubóstwienie życia. 

Zadanie filozofa, jak je rozumiał Nietzsche, wymaga, aby 
tworzył wartości, tworzył ideały, ustanawiał: dokąd? i poco? 
człowieka. Ideał Nietzschego zwie się : „nadczłowiek"*. Nazwę 
tę, może nieświadomie przejął Nietzsche od Goethego, który 
określenia tego użył dwa razy; twierdzi jednak, jakoby „zna- 
lazł je po drodze". W filozofii jego, wiara w nadczłowieka ma 



ZNACy.ENIE FRYDERYKA NIETZSCHEGO. ;>3 

zastąpić wiarę w Boga, jest ona jednym z dwóch artykułów 
wiary Nietzschego i jego „najwyższą nadzieją''. Pewne uzasa- 
dnienie czerpie Nietzsche z darwinizniu. Diaczegożby rozwój 
natuiy miał się zatrzymać na człowieku, diaczegożby człowiek 
musiał być „odpływem" tego przy pływu ? Czyż wszystkie istoty 
nie stwarzały dotychczas coś wyższego od siebie? Podobne ro- 
zumowania musiały się też nasuwać Guyau^owi, uważającemu 
niemal za rzecz zrozumiałą, że rozwój organiczny doprowadzi, 
a na innych planetach musiał już nawet doprowadzić do takich 
form życia, że w porównaniu z ludzkiemi, należałoby je na- 
zwać boskiemi. W czasie koncepcyi „Zarathustry*, Nietzsche 
zdaje się być całkowicie przejęty, do głębi uszczęśliwiony wiarą 
w nadczłowieka, zapowiednią Zarathustry. Później, w „Anty- 
chryście", musiał znów wiarę tę utracić; tu człowiek jest „kre- 
sem, niema już mowy o nad-gatunku człowieka. Jak z plafonu 
kaplicy sykstyńskiej, postacie przewyższające wszelką miarę 
człowieczą, spoglądają cicho i wzniosłe, tak ukazują się 
w wizyach Zarathustry przyszli panowie ziemi, nadludzie 
i bogi. 

Nietzsche pragnąłby widzieć proces rozwoju z cz^łowieka 
do nadczłowieka krótszym, szybszym; nie chce, aby go pozo- 
stawiono nieznacznemu, powolnemu, jakoby przypadkowemu 
działaniu doboru naturalnego, pragnie natomiast, aby planowo 
został dokonany, wyzwalającą siłą przepotężnej, wszystko prze- 
zwyciężającej wiary — silą wiary w „wieczyste wracanie", (ewige 
Wiederkehr). W kręgu wszechrzeczy wiecznie także powraca na- 
sze życie, to samo życie: nasze życie — życie wieczne. Tak 
brzmi drugi artykuł wiary Nietzschego, nowa nauka nieśmier- 
telności, a zarazem „najwyższa forma potwierdzenia życia". 
Wprawdzie mylił się Nietzsche, sądząc, że był pierwszym, 
który uczył tej myśli „najpotężniejszej", lub jak ją nazy- 
wał, tej myśli wszechmyśli. Źródła jej należy szukać prawdo- 
podobnie na Wschodzie, a od Pytagoresa stale się wyłaniała 
w greckiej filozofii. Prawdą jest jednak, że Nietzsche był pier- 
szym, którym myśl ta wstrząsnęła, który z nią walczył, dopóki 
jej w siebie nie „wcielił**, wreszcie sam jej zapragnął, jako 
„ostatniego i najwyższego potwierdzenia i zatwierdzenia" swej 
miłości do życia. Tego „wieczystego wracania" udowodnić, lub 
choćby w pewnym stopniu uprawdopodobruć niepodobna; z ogra- 
niczoności sumy sił, łącznie z nieskończonością czasu, w (*zom 
Nietzsche dopatrywał się dowodów, wywnioskować go nie można. 



U-i KRYTYKA. 

ponieważ przestrzeń również jest nieskończona. Lecz zgodna 
z prawda, czy niezgodna: sama myśl tej możliwości wystarcza 
podług Nietzschego, aby tego, który w nią wierzy, zupełnie 
zmienić. Pytanie, przy wszystkiem, co czynimy : czy chcieli- 
byśmy to uczynić po niezhczone razy, jest największym „pun- 
ktem ciężkości", jaki można do działalności naszej przykładać. 
Wiara w wieczyste wracanie stwarza wolę, aby każdej chwili 
naszego życia nadawać treść wieczystą. Duchem widzi już 
Nietzsche, że nowa wiara wywołuje sihiiejsze pokolenie, z któ- 
rego wyjdzie nadczłowiek. Tylko ten pozostanie, kto życie swe 
uważa za zdolne do wieczystego powtarzania się ; nie mający 
tej wiary muszą — twierdzi Nietzsche — posłuszni swej natu- 
rze, wynu*zeć. Wiara w wieczyste wracanie jest [jomostcm do 
nadczłowieka, tylko wiara w nadczłowieka znośną czyni myśl 
wieczystego wracania : w ten sposób łączą się u Nietzschego 
obydwa artykuły wiary. W szczytnem marzeniu człowieka, 
stwarzającem z człowieka boga, filozof zapomniał myśleć o ogra- 
niczoności wszelkiego ludzkiego życia. Niepodobna jednak 
oprzeć się wrażeniu ustroju religijnego, wiejącemu z poematu 
Zaralluistry. W głębi duszy bowi(»m, był Nictzsohe naturą re- 
ligijną; skłonny był do oddawania czci i poświęcał się dla 
swego dzieła; nawet jego ateizm ma zapał i zabarwicMiio reli- 
gijne. 

Tak tedy styka się Nietzsche z wszystkiemi tendencyami 
czasu naw(»t wówczas, gdy je zwalcza, lub dąży [)()za ich gra- 
nico. Nie można pisać historyi życia umysłowego z trzeciej 
części wieku, nie odwołując się do jego dzieł, jako źródcit l)ez- 
pośrednich. Latwem jest widzieć jego błędy, wskazywać na jego 
sprzeczności, oburzać się na brutalność i nienawistny ton nie- 
których jego twierdzeń ; może to nawet pożyleczneni jest 
ostrzegać i)rzed nieporozumi(;niann', i przi^ciwdziałać naduży- 
waniu jego teoryj. Lecz z całokształtu jego poglądów co- 
raz więcej będziemy go roziunieć jako tego, który dla swego 
czasu był potrzebny. Brakom epoki przeciwstawia on swe id(»- 
aly. Przedewszystkiem stawiał jej i)rzed oczy główną wartość 
indywidualiznui, sUnej, na sobie samej pol(»gającej osobistości, 
gorąco uświadamiają/* niebezpieczeńsl wo, grożące z og(')lnego 
równania i niwelowania. On, cier|)iący, musiał zn()w nauczać 
miłości do życia, do wszystkiego, co w nim jest sibn* i wielkie, 
dając równocz(\śnie bohaterski i)rzykład tej miłości. Tragizm 
jego życia, przewyższa j(»szcze jego szczytna siła woli — pogoda, 



z POŚMIERTNYCH STROF. 35 

wesołość jego artystyeziipj duszy. Życie jego jest jedynym, pra- 
wdziwym komeiilarzem jego niiuki. A wreszcie: będzie on czy- 
tany i odczytywany jako jeden z d.^óch lub trzech skończenie 
wielkich stylistów niemieckich. 



Z „Pośmiertnych strof 



Ki^ay ni)-*[ ludilis 



Jun^ drogę lecieć Kotów. 
omilK I od gniaotiw, 



1. 

Zdawało lui sU^, ze- miejscom pokuty 

Jest jakaś gwiazda zakrzojjła, iiiozywa, 

Gdzie duoli, jak pająk w ui<5 wspomnieli osnuty 

Rozwijft myśli micDiąco przędziwa 

Na życie patrząc, jak na lialt popruty, 

W ktńrym się nitka plącze i przerywa, 

A potem znowu bierze je w swe łono, 
Serce owijatf niemi, jak wrziciono... 



!(dawało mi eię, ie Henną gromadą 
Duchy milozBoc na głazach tiim siijdą 
I w twarz księżyca nieznanego bladą. 
Jako wędrowni ptucy, patrzei^ b^dą 
J, jak podróią umęozone stado 
Niezdolne gwarną oieszyd się gawędą, 

W miesięczną tarczę zapati-zą się hiatj] 
I będą czekach... Tak mi się zdawało. 



2G KRYTYKA. 

1 zdało mi się, źe jak znojni źeńoe 
Pójdą słoneczne duchy do dziedzica 
1 ciężkim kłosem szeleszczące wieńce 
Nieśd będzie polem dusza — przodownica, 
Aby je Panu w jasne oddad ręce... 
I zdało mi się, że hoża świetlica, 

Jak na dożynki ów dwór malowany, 

Wrót im uchyli i rozszerzy ściany... 

I juź tak w myśli dostojni, chód prości, 
Ze złotym plonem kłosów mi stawali, 
W dogasających, dziennych zórz jasności, 
Co się na niebie łuną blasków pali, 
Juź prawie wzrok mój widział onych gości. 
Jak wzdłuż po miedzach szli, w poświacie cali, 
Słońcem żegnani, co za łan się chowa 
A w blask nad nimi szła pieśń dożynkowa... 

I zdało mi się, że tak kiedyś z ziemi 

Odejdę cicho ku zorzy z powrotem 

I tak gromadnie z żeńcy znużonemi, 

Dojrzałych kłosów, pobrzękując złotem 

W progu niebieskim stanę, by z innemi 

Pieśń smutna zawieśd o lecie i o tem, 

Jako raz żeńce źąd łan zbożny chcieli 
A sierpów swoich w chatach zapomnieli... 

I już mi w oczach stawał zmierzch ten błogi 
Dnia, co się skończy pieśnią i szczęśliwie 
Z plonem, w świetlane zawiedzie nas progi. 
Na wczasy wieczne, po skończonem żniwie. 
Policzy chlebne na pokłosiu stogi 
I pokój wielki rozpostrze na niwie. 

Gdy u Twych jasnych stanąwszy podwoi 
Rzekniem Ci; „Panie, oto żeńcy Twoi! 



A dzisiaj oto przy mnie i nademną 
Głąb jakaś chłodna czai się i naroczy 
I w noc bezgwiezdną wytężam daremno 
Kształtów i światła nawyknięte oczy 



z POŚMIERTNYCH STROF. 

I z lękiem patrzę w ooą bezdeń oicmną, 
Co zewsząd otcikim kirem mnie otoozy 

I jak pył marnj oddechem mnie chłouie 
I jak puch błędny gubi w swojem łonie... 

Az kiedy oczy podnosząc bezwiednie 
Nagle ku innej ob^'5^'ę je stronie, 
Widzę, jak niebo mieni się i blednie 
Kir rozsuwanej podobny zagonie 
Zbywa czarnośoi, sMrzeje i rzednie, 
Z^iwa eię, zwija — ai wreszcie zapłonie 
Świtem różanym i na przestwór boży 
Słońce jak rana krwawa się otworzy. 

I dzieli jeBt jasny. Jakia amug jałowy 
Posępną równią kładzie aię dokoła, 
Brzegiem nad strugą, oięźkic chyląc głowy, 
W szeregu wier/by stoją... -Jakieś sioła 
Dymią się w dali... Doozesnemi słowy 
Żaden żyjący ani dueh nie zdoła 

Wyrazió trwogi, co mi piere oniemia, 
Odkąd się widnem stało — że to ziemia! 

I wiem już dzisiaj, że niema opony 
Dzielącej życie od grobu. Jest ino 
Dreszcz ów przedśmiertny i ten potok słony 
fjez, 00 za nami z drogich ócz popłyną, 
I że z doczesnych więzów wyzwolony 
Duch nadal ziemską błąka się niziną 

I na jej smutki, któr)'m miary niema, 
Suchemi odtąd pogląda oczyma... 

I wiem już^ dzisiaj, że odtąd znikomy 
Cień mój .po smutnej pójdzie błądziÓ ziemi 
I w niewidzialną ewoją pierś ogromy 
Krzywd ludzkich biorąc, oczyma wtasncmi 
Wciąż patrzeó będzie na posiew widomy 
Złych mocy ziarna i z usty niemcmi 

Iśd będzie karą spętan zamogilną 
Ditszo czującą niosąc — a bezsilną! 



a 8 



KRYTYKA. 



K. RADOSŁAWSKI. 



KONSTYTUCYA EKONOMICZNA WE FRANCYI. 



1/ ~ 



Kr}'^zy8 polityczny, który przechodzi niieszczaustwo francuskie, 
odbija się na jego polityce ekonomicznej. Przed kilku laty, gdy 
monarcbii^ci WBzelkiih odcieni ogłaszali się za nawróconycli do 
itipubli kańskiej formy rządu, mogło mieszczaństwo posiadające za- 
chowywać sio zupełnie bezwzględnie wobec wszelkich objawów nie- 
zadowolenia i protestu, pochodzących z dołu ; miało ręce rozwią- 
zane, tyły zabezpieczone Prezydentury. Casimir-Periera i Faure'a, 
szczególnie ministeryum Meline,a — były wyrazami tego stanu rze- 
czy. Rzecz oczywista, ie mieszczaństwo, o którem mowa, nie cze- 
kało aź na nawrócenie się monarchistów, aby daó wyraz takiej 
bezwzględności i opozycyi; miało ono do niej i ma zawsze skłon- 
nośd naturalną, niejako wrodzoną a raczej podyktowaną samemi 
warunkami swego żywota ekonomicznego: ale monarchiści zawsze 
je do niej zachęcali i po])vchali, głosili v/yźszośó monarchicznej 
formy rządu pod tym względem, zarzucali rzeczpospolitej jej 
chwiejnosó, skłonuośó do ustępstw, gdy zaś republikanie wr(»szcie 
daii dowody i gwanincye, że potrafiła byó, w ich znaczeniu, „sil- 
nym rządem", pospieszyli nawróoió się, składając swe reminiscen- 
cye dynastyczne na ołtiirzu .,j)orządku społecznego", co znowu, jak 
się rzekło, dodało rządzącemu mieszczaństwu odwagi do bezwzględ- 
nej obrony swej formy prawno-ekonomicznej, swych najbliższych 
klaso w ve li interesów. 

Mogło to trwad dośó długo, g<lyby nie nieumiejetnośó zaka- 
])turzonych monarchistów — korzystania ze zwycięstwu. Niesforna 
ich awangarda, złożona z demagogicznych zakonów w rodzaju asum- 
pcyonistów i z antysemitów, nie chciała zadowolili się powolnem, 
stopniowem opanowywaniem machiny rządowej, sj)ieszyło jej się do 
tryumfo wan ia głośnego. 

Sprawa Dreyfusa była e]>izodem, który te tendencye ujawnił. 
Gdyby błąd został zaraz naprawiony, rządy koalicyi konserwatvw- 
no-monarchiczno-republikańskiej byłyby utrwalone na długo. Lecz 
awangarda antysemicka nie pozwoliła na to ; jasno widzący rzec/y 
konserwatyści nie mogą dotychczas tego dośe odżałowa(5. Dzięki 
temu bowiem - - i wszystkim tego następstwom — stało się wi- 
docznem, jakie są zamiary nowonawróconych „republikanów": od- 



KONSTYTUCYA EKONOMKJZNA WE FRANCYI. 2{} 

sunięcie od wpływów i korzyści rządowych całej części mieszczań- 
stwa, nie popieranej i nie prowadzonej bezpośrednio przez kościół 
katolicki, rzecz dla tej części dotkliwa bezpośrednio; pozbawienie 
republikańskiej formy — ducha demokratycznego i wolnomyślnego, 
w dalszym zaś ciągu — zastąpienie jej silną prezydenturą, dykta- 
turą a jeśli się da, to i dziedziczną monarchią, ewentualności dal- 
sze, ale dla mieszczaństwa równie niepożądane. 

Równie — mówimy — niepożądane a to wbrew pozorom. 
Jeśli monarchistów zadawala „silny rząd'' republikański, czemużby 
republikanów nie mógł zadawalaó ,,8ilny rząd" mouarchiczny? — 
może kto zapytaó. Wszak wobec tej zasadniczej treści, kwestya 
formy musi ustępowaó na plan drugi. Otóż, ta kwestya formy ma 
tutaj wielką wagę. Pomijamy już przekonania republikańskie same 
przez się, jako takie : przy całej swej szczerości i bezinteresowności 
muszą one mieó, jak wszelkie przekonania, jakąś podstawę w sto- 
sunkach, potrzebach i układzie sił społecznych. Pomijamy też tę 
okolicznośó, że ustrój republikański daje kapitalistycznemu miesz- 
czaństwu największe gwai*ancye zgodnego z jego interesami zała- 
twiania spraw publicznych, odpowiedniego rozkładu i kontroli po- 
datków, ceł i subwencyj, szybkiego dochodzenia do świadomości 
społecznej nasuwających się każdorazowo potrzeb, i t. d. ^V nie- 
których przynajmniej monarchiach konstytucyjnych, jak angielska 
i belgijska, burżuazya posiada te gwarancye w stopniu nie mniej- 
Bzym. Jednak historya dowiodła, że we Erancyi monarchia dema- 
gogiczna, oparta na masach drobnych właścicieli (a że tylko taka 
mogłaby jaszcze mieó jakieś widoki powodzenia, to zrozumiał da- 
wno nawet pretendent .,z Bożej łaski", książę Orleański), musi byó 
specyalnie wojownicza, zaczepna i w końcu, po wyczerpaniu naro- 
du, na klęski skazana. To zmniejszenie udziału mieszczaństwa prze- 
mysłowego w kierowaniu wojną i pokojem, to widmo Waterloo- 
i Sedanu z kontrybucyami, to już czynnik bardzo poważny w licz- 
bie tych, co składają się na przywiązanie mieszczaństwa do rze- 
czy|)Ospolitej parlamentarnej i zasady : c e d a u t a r m a t o g a e. Ale 
jeszcze poważniejszym i — zdaniem naszem — podstawowym jest 
wzgląd następujący : Rzeczpospolita parlamentarna jest ustrojem po- 
litycznym, w którym nieunikniony antagonizm między kapitałem 
a siłą roboczą znajduje sobie najłatwiej i najpewniej ujście legalne 
i pokojowe. Na pewnym stopniu nacisku i skupienia z dołu, jest 
to dla mieszczaństwa daleko korzystniejszą rzeczą, niż bezwzględne 
tamowanie wszystkich ujsó i pochodzące ztąd starcia gwałtowne. 
Potrzebuje ono trwałego pokoju nietylko zewnętrznego, ale i we- 



3(» KRYTYKA. 

wnętrznego. To też nie wyrzekając sit; ani na chwilę tej ostatecznej 
gwarancyi, jaką jest dyscyplinowana armia, stara sic — w swej 
najbardziej umysłowo rozwiniętej, najjaśniej widzącej, części przy- 
najmniej — rozwijad instytucye i propagowad idee, zmniejszające 
w masach nastrój negacyjny, zespalające je z życiem i interesami 
całości społeczeństwa, reprezentowanej zresztą nadal przez samo 
mieszczaństwo. 

Tak myśląca i rzeczy rozumiejąca ozęśd mieszczaństwa prze- 
mysłowego jest obecnie u steru władzy w osobie Waldecka-Rous- 
sęau; takiej rachuby objawem było powołanie do miuisteryum Mil- 
leranda. W polityce tej Waldeck-Roussean chce proletaryat skap- 
towad, zaś kolega jego socyali styczny skorzystał ze sposob- 
ności i w ciągu 20 miesięcy swego urzędowania dokonał wiele 
reform bardzo daleko sięgających. Wystarczy wymienid: wy- 
jaśnienie prawa o ubezpieczeniu od wypadków przy pracy, 
tak, że koszta jego nie mogą obciążad zarobku robotnika; wpro- 
wadzenie minimum płacy i innych warunków korzystnych dla robo- 
tnika przy umowach z przedsiębiorcami robót publicznych; ogra- 
niczenie dnia roboczego do dziesięciu godzin; rozszerzenie w mi- 
nisteryum departamentów pracy i przezorności; poddanie inspekto- 
rów przemysłowych pod kontrolę stowarzyszeń robotniczych; wpro- 
wadzenie przedstawicieli tychże do wyższej „rady pracy", komisyi 
ministeryalnej, zajmującej się wszelkimi kwestyami robotniozemi. 
Ważnym etapem w tej działalności socyalno-poli tycznej jest usta- 
nowienie prowincyonalnych „rad pracy". W różnych departamen- 
tach, lub nawet powiatach, w miarę możności i potrzeby tworzone 
będą mieszane komisye, złożone z przedstawicieli przedsiębiorców 
i robotników w równej ilości. Zadania ich określono są jak nastę- 
puje: wydawanie opinij, na żądanie czy to rz^du, czy to stron 
interesowanych, o wszelkich sprawach, mających związek z pracą 
i kapitałem; współpracownictwo w ankietach, przedsiębranych przez 
najwyższą radę pracy; ustanawianie a raczej konstatowanie istnie- 
jących w danej okolicy norm płacy i długości dnia roboczego, 
które będą brane za podstawę kontraktów z przedsiębiorcami robót 
publicznych; wydawanie opinij o miejscowych instytucyaoh patro- 
nalnych lub robotniczych, ubiegających się o subwcncye rządowe; 
badanie przyczyn i podawanie środków zaradczych na brak pracy; 
wreszcie, składanie corocznych sprawozdań o funkcyonowaniu praw 
fabrycznych, proponowanie przytem zmian oraz udoskonaleń. Zakres 
działania tych instytucyj jest więc wcale poważny; mogą one wy- 
wierad dośd doniosły wpływ na wzajemny stosunek kapitału i pra- 



KONSTYTUCYA EKONOMICZNA WE FRANCYI. 31 

cy. Szczególniej w pierwszym punucie zawiera się moiliwosd objęcia 
przez te komisy e roli trybunałów rozjemczych w wypadkach wszel- 
kich strejków i zatargów fabrycznych, roli, do której je minister 
wyraźnie przeznacza. Będą one zatem dopełnieniem istniejących już 
od dawna sądów przemysłowych mieszczan, których kompetencya 
dotyczy tylko wykonania zawartych już umów; z tą tylko ważną 
różnicą, źe gdy tamte wybierane są przez wszystkich przemysłow- 
ców i wszy^łtkich robotników danego okręgu i gałęzi, prawo wy- 
borcze do tych nowych „rad pracy", będą miały jedynie stowarzy- 
szenia przemy nłoweó w i robotników. Chcąc przycz}'niad się do roz- 
powszechnienia „nowych obyczajów** przemysłowych, polegajęcych 
na porzuceniu tradycyi autorytarnych z jednej a nieufności z dru- 
giej strony i spokój nom roztrząsaniu obustronnych interesów, bez 
myśli o stosunku zależności i hierarchii, mówi minister w swym 
raporcie do prezydenta rzeczypospolitej, pragnie on jednocześnie 
tym sposobem zachęcid robototników do stowarzyszenia się, bo od- 
osobnieni są oni wobec kapitału bezsilni. 

Ostatnim krokiem rządu w kierunku socyalno-reformatorskim 
jest znany akt ustawodawczy, nazwany przez przeciwników ^przy- 
musem strejkowym". Treśó jego opiewa : po pierwsze, strejk w da- 
nym zakładzie lub gałęzi przemysłu ma byó uchwalony większością 
głosów wszystkich zajętych w nim robotników ; tak samo jego za- 
kończenie. Wobec postanowienia większości, mniej szośó będzie mu- 
siała się w każdym razie poddad, fabrykant nie będzie miał prawa 
pracowad. Na zarzuty ekonomistów, że będzie to zaprzeczeniem 
swobody jednostki, odpowiada Millerand, źe upoważnia do tego 
zupełnie analogiczny zwyczaj po stronie przedsiębiorców. Jeżeli 
większośd akcyonaryuszów danego przedsiębiorstwa, lub większośd 
członków danego syndykatu przemysłowców, postanawia lec ko u t, 
zawieszenie produkcyi, czyż mniejszośd może się opierad ? Umowa 
indywidualna w wielkiem przemyśle jest już dziś czczą tylko fikcyą. 
Legalnie ogłoszony strejk, powinien też byd legalnie rozwiązany 

Diałalnośd ta socyalistyczncgo ministra ma daleko idące zna- 
czenie. Jest jej Millerand zupełnie świadomy, w znanej swej mo- 
wie w Lensoświadojgrf też, żezirządzeniajego i czynności prawodaw- 
cze — są to szczeble, prowadzące do zupełnego wyzwolenia pracy ; 
śmiało głosi, że pozostał wierny swemu kolektywistycznemu pro- 
gramowi z r. 1896, że — zdaniem jego — najemnictwo tak samo 
nie jest wieczne, jak niewolnictwo i pańszczyzna; lecz jak nigdy, 
tak i teraz, nie przyjmuje nazwy rewolucyouisty, bo osiągnięcie te- 
go ideału nie może byd dziełem gwałtu, dyktatury ani jednostki. 



32 KRYTYKA. 

ani stronnictwa, dziołem zamachu, ani cudu, tylko następstwem 
ciągłej, powolnej pracy, znajdującej i bezpośrednią nagrodę i za- 
chętę w stopniowych ustępstwach — roformach. „Zadaniem rządu 
rzeczypospolitej jest przyczyniad się do postępów tej dobroczynnej 
ewolucyi**. 

Coprawda, przeciw tym projektom powstaje opozyoya nie tyl- 
Iko z prawicy społeoznnstwa, ale i z lewicy, która obawia się 
właśnie zbytniego ujęcia w karby, skrępowania i obłaskawienia 
niejako sił żywiołowych, na które liczy. Nie będziemy już też dziś 
rozpatrywali jej argumentów. Chcieliśmy tylko pokazaó, jak mie- 
szczaństwo przemysłowe, reprezentowane przez Waldecka a wspoma- 
gane w osobie Milleranda przez najlepiej się mające warstwy zor- 
ganizowanych robotników, usiłuje bezrząd ekonomiczny, pełen nie- 
bezpieczeństw politycznych, zastąpió pewnego rodzaju konsekwentna 
i wszechstronną — że się tak wyrażę — konstytucyą ekonomiczną. 




G. ZAPOLSKA. 



f ' » • 



WSROl) RÓŻOWYCH WRZOSÓW 1 MGIEŁ OPAŁOWYCH... 

Skora tak czytaó o wspaniałych gmachach wystawowych, 
o tych ^salonach" w których setki, tysiące obrazów natłoczonych 
jeden po nad drugim — gonią, gubią się nawzajem — żrą swoje 
barwy, światło — często ai ból sprawiają komuś co inne ma po- 
jęcie o sztuce malarskiej — mniej krzykliwe a więcej uspokojenia 
dla duszy od malarza pragnące - — przypominam sobie innych ar- 
tystów, innych malarzy, pomiędzy którymi danem mi było spędzió 
kilka lat mego życia. I gdy wspomnę ich wielki spokój i ciszę 
duchową, gdy przypomnę sobie, jak mało miejsca w chwili twórczej 
zajmowała u nich myśl .,ozy to ])rzyjmą na... wystawę** — ten 
chaos, ta parada, ten szafot, na którym malarz swe dzieło przybija 
i szaq)aó tysięcom ócz obojętnym dozwala — wydaje mi się da- 
lekim od prawdziwej poczyi, sztuki. Bo cóż jest Wystawa? — to 
przesuwanie się często bezmyślne całych szeregów ludzi zmęczo- 
nych chodzeniem po ślizkiej posadzce, znużonych tą masą płócien 
których jui rozróżnió nie potrafią. Obraz powinien w duszy widza 



WSRÓD różowych wrzosów. ii 

wy\totyvf&6 nastrój. Jakaż moie byi5 mowa o nastroju, skoro obok 
wisi cała seiya innyoh obrazów, innych temat<5w, innych objawdw 
malarskiego natolinieoia. Dusza rozerwana na strzępki buntuje się 
uniy, dręczy. Ztąd to zniiienie, które nas ogarnia po godzinuem 
błądzeniu na wystawie obrazów. Nic nas jui nie zajmuje, nio nie 
ciągnie. Nawet Syxtydska Madonna wydaje się uam nie natchnioną, 
bo obok nas dwóch turystów kłóci się, ozy barwa aksamitu po- 
krywającego ołtarz dobrze <tobrąna. Z ławeczki ustawionej naprze- 
ciw obrazu wystają sprężyny, biust Rafaela udrapowauy perkalem — 
dobija 

Ci malarze, którzy nie tworzyli z myślą o wystawach, żyli nie- 
mal cały rok w Bretanii, na wsi. Na łące — całej pokrytej róio- 
wymi wrzosami kazali sobie zbudowaó <łomki. Nazwali te domki 
Hei^aster (pracownie). Pokryli je słomą i kazali zrobió wysokie 
progi ażeby dzieci nie zaglądały często do wnętrza. Ale to była 
próżna praca. Dzieci chłopskie, niezmiernie wdzięczne w swych 
czarnych aksamitnych czapeczkach, z włosami bujnie spadającymi 
na ramiona, snuły się dniami całymi koło owych pracowni malar- 
skich. Często o zachodzie słoóca - ująwszy się za ręce i stwo- 
rzywszy barwny łańcuoh, tadozyty wśród wrzosów garotta i śpie- 
wały przyciszonymi stłumionymi głosami: 

Lics douleurs sont des foUes 

Et qui tes eooute est encor plus fou!... 

Główki dziecięce płynęły wśród wrzosów i liliowych dzwon- 
ków digitalu a na progach pracowni pojawiali się malarze. Stali 
milcząc, zapatrzeni w słońce, w góry, w morze wrzosów, w tańczące 
dzieci. Patrzyli i chłonęli w siebie piękno, harmonię, spokój i siłę. 
Bo oni, ci syntetyśoi nie potrzebowali nigdy modeli. Nie tworzyli 
nio jak fotografowie, kopiując wykręcone przed sobą i sztucznie 
oświetlone sceny. Wszystko oni mieli w swych domach... i tam 
czerpali natchnienie. Jest icli kilkunastu tych syntetystów. Pocho- 
dzą oni. ze szkoły Craugina, impressionisty, lecz tak techniką jak 
i ogólnym wyrazem swych dzieł oderwali się i utw(>rzyli osobną 
klassę. W ich obrazach jest dusza, jest ten dreszcz duchowy, jaki 
nas przejnmje wobec pochwycenia i uplastycznienia abstrakeyi. — 
Dla nich , wystawa" nie istnieje. W swych słomą pokrytych dom- 
kach, odziani w chłopski strój, w milczeniu, w samotności pracują, 
taslnją dnie całe — techniką prcrafaeliną — wiążąc na płótnach 



34 KRYTYKA. 

senne widziadła, ujrzane kiedyś, w jakimś szczęśliwym momencie, 
gdy na dusze artysty padnie obraz, pozostanie w niej i czarowną 
mocą przechowa sie, nie jak fotografia, ale jako stan duchowy, w ja- 
kim w tej chwili artysta był pogrążony. — Proste, szlachetne, 
wielkie są te artystyczne natury. Bez walk konkurencyjnych, bez 
udrcczed ambicyi miłości własnej, spokojne — jasne i czyste jak 
kryształ, żyją i tworzą wśród wielkiej prostoty i wielkiego piękna. 
Czasem — zajrzy do takiej chaty jakiś stary Breton i milcząc 
stoi długo przed obrazami, poczem nie wymówiwszy ani słowa od- 
chodzi, unosząc w swej skrytej duszy wrażenie jakie na nim obrazy 
zrobiły. Powraca jednak znów raz i drugi bo jego marzycielska 
natura Jubuje sie w tych sennych dziełach, w tych postaciach le- 
gendowych, mistycznych, owianych spokojem nieziemskim. Dużo 
jest w tych dziełach wpływu Puwos de Chavaunes^a który pozosta- 
nie zawsze wielkim mistykiem malarstwa — ale Chayannes już 
miał manierę właściwą tym, którzy tworzą na pewien z góry za- 
kreślony i obstalowany temat — malarze syntetyści bretońscy 
tworzą wolno i niezależnie. Obrazy ich płyną jak pieśni, snują się 
poprostu jak baśń. To dusze ich modlą się w kaplicy natchnienia. 
Żadna materyalna myśl ani cel nie budzi i nie obciąża ich skrzy- 
deł. Harmonią barw i linij stroją swoje myśli. Różowe jutrzenki, 
opałowe smugi mgły porannej, złociste południa, purpurowe zacho- 
dy grają w ich barwach. A formy, a linie — czerpią z sylwetek 
drzew, cieniów gor, profilów śpiewających wśród dzwonków dzieci 
lub starych rozwalonych br^m cmentarnych. — To powrót do na- 
tury, do tryumfującego, prawdziwego, jedynego piękna, które nie 
wzrosło w zakrwawionym mózgu alkoholika, lecz powstało ze spo- 
koju, równowagi i harmonii. 

Jest tych malarzy zaledwie garstka, ale stanowią oni ogrom- 
ną siłę w malarstwie francuskiem. Nazwiska ich Gaugin, Serusier, 
Yuillard, Rauson, Denis, Bonnard, Auąuetin i inni. Żyją cali le- 
gendą Annoriki i usiłowaniem ich jest wprowadzió tego, który pa- 
trzy na ich dzieło w ten sam nastrój, jaki oni mieli podczas two- 
rzenia. Lecz życie ioh proste, spokojne, kontemplacyjne daje im 
tak wyjątkowe nastroje, iż wywołaó je w duszy widza w sali wy- 
«tawowej, to trud i praca próżna. Patr/ąc na jedno z ich dzieł 
trzeba mieó dokoła siebie przejrzystą jasnośd bretoiiskiego nieba 
i ten nie wysłowiony czar jaki tam panuje. I dlatego syntetyści owi, 
cenieni nadzwyczaj nie biorą prawie nigdy udziału w szumnych sa- 
lonach i wystawach. Są oni arystokraci duchem, arystokraci po 
nad tłum malarski, zabijający się dla dostania medalu i przybijający 



CIBCE. 35 

n« szafot pn5^ośoi dzieło swego ducha. A przecież — ozy oi spo- 
kojni, ćiei — malnjaoy wród różowych wrzosów i opałowych 
mgieł, bez gorączki fałszywej ambicyi w duszy, bez trawiącej żądzy 
wyżebrania spojrzenia obojętnego przechodnia nie są bardziej „ar- 
tystami" od owych nagrodzonych? 
Oto pytanie... 



^S^^ 



ST. ROSSOWSKI. 



CIRCE 

Baiń dramatyczna, wierszem w 5 aktach z pralogiei 
PRZEBUDZENIE. 



Osoby prolo^fu: 

Hermes. Służebna I. 

Circe. Służebna II. 

Błużba Hermesa. 
Rzecz dzieje się na wyspie Bei. 

Wnftne juktni na Eli tajemnlcum pAlSwIaUeiD rozjaśnione. Ze stropu i ścian miaają 
iikRące stalaktyty. Na prawa i lewo kcpy egzuiycznych krzewów. W^fbi, w niszy, przystro- 
jonej I pnepycheui barwnemi tkaninami, na kwiecistem wezgłowiu spoczywa we śnie Circe. 

dwie służebna. Przed toiem wspaniała amfora w okoleniu kubUAw. Bogato przyozdobione 
wejicie od strony prawej Naprzeciw drugie wejście, do ubocznej pieczary, zasłonicie kotarą. 



Naturalnie! śpią! Z góry mogłem na to przysiąc! 
I tak mija w śnie głuohym trzeci lat już tysiąc. 
Cb gorsza, dzielą los 6\v również i bogowie! 
Muie naprzykład dotychczas niewyraźnie w głowie. 
Cięży szelma, jak ołów, huczy nakształt młyna. — 
Calutki zresztą Olimp — by jedna ruina. 



t** 



36 



KRYTYKA. 



Nawet 2ieu8a przemogła ta śpiączka przeklęta: 

Jakby \vracał z handelku, zagania kaozęta. 

Ares, ni to pacholę, bezbronny i cichy; 

Juno szuka zgubionej — Pan Bóg wie, gdzie, — pychy- 

Erosowi za ciężki fiszbinowy łuczek ; 

Atenę zapomniała mądrych swych nauczek; 

Hefajst, jak błędna owca, snuje się po kuźni, 

Słowem: miast możnych bogów, istne bogów cienie! 

Na szczęście zwTot jui nastał ; prędzej tei, czy później, 
Sprawnośó dawną przywróci zwolna przebudzenie 
I wyjdą tem zaszczytniej z nieszczęsnej kabały 
Bóstwa, co wprawdzie spały, lecz się juź wyspały ! 

Drzyj znamię nienawistne, litości, pokory! 

Ofiar, poświęced, — kwiecie niewolniczy, chory ! 

Jeszcze migasz przybladłym stygmatem na szczycie 

Lecz znów cię zepchniem w przepaśó, skąd wzniosłeś ramiona. 

Słyszysz echa skarg głośnych: „Bogowie, czy śpicie?" 
Słyszysz szum? To się zrywa burza rozjuszona. 
Ona szary twój sztandar poszarpie na nicie 
I zapędzi śmat cały znowu nam na łona. 
Bo przy tobie cierpienie, a przy nas użycie; 
Bo świat chce bogów życia, nie Boga, co kona! 

Trzeba tylko początku... Któż sprytniej go zdziała, 
Kto godniej spełni misyę, jak właśnie ta mała? 

(Wskazuje na Circe) 

Wprawdzie w bogów hierarchii Cyrcy godnośó niska. 
Lecz niechaj wszyscy dyabli hierarchię biorą, 
Jeśli idzie o geszeft, na którym się zyska, 
A czyż ten właśnie geszeft nieda zysku sporo? 

Zresztą, co innym trudne, dla niej to jest niczem, 
Odurzeń rozrzuciwszy dymy w atmosferze, 
Napojem swych słodkości, kuszącem obliczem 
Kogo ona nie skusi i nie zmieni w z^vierzę? 

My widząc to, bywało, z Olimpu, od bramy, 
Aby z śmiechu nie pęknąd, boków się trzymamy. 



A śmiech krzepi. On znowu roziskrzy nam oozy, 
Pogłębi oddech w płucach, krew iywiej potoczy; 
No, i świat, zanudzony juź ua dmierd Gulgota, 
Cho($ go wefniiemy ua bas, nie zgniewa się o to. 

(Budząc służebne) 

Hola, wstawali! 

(Sluźłbne, wSrńd liewania wyciągmją sij, by natychmiasl popmśc w sen n« ni 

To nimfy? To kowalskie mieohy! 

(Hermes pochyls slf nad UMyma firce, głodno wotając) 

Ciroe! Circe? 

IWsłrzfs* nil eonz mocniejl 
Niedużo będzie z niej pociechy. 
Ciroe! Cyroeczko! Cyr... Cyr... A, do parałuezu! 
Cyroufiiii! Cyr... Cyr... 

CIRCE. 

(Porusza Bif we &nie) 

DoSd już, dośfS OdyseuBzu!... 
Dajie epokffj!... Zamęozysz mnie dziką pieBzozotą!... 

HER.MRS. 
W sam czas! Nie ma co mówid. Alei, Ciroe I. ,, 



(Zdumiona usiida n» łożu, olwiera ociyl 

Co to? 
Hermes? Gdzie Odyaeusz? 

HBRMKS. 

Szukaj wiatru w polu... 



(Wyciąga się). 

Wyszedł? Szkoda... Drię dotąd z rozkoszy i bólu... 
Gdziei podział aic tak nagle? Łobuz? Przed godziną. 
Gdy razem... tu... 

HERMES. 
Masz pamięd, /.aiete, jedyną! 
Przeszła ledwie godzinka, lub dwie, — trzy najwyiej... 



3S KKYTYKA. 

Tylko, źe papa Kronos, — chód staruch — zbyt chyży, 
Spytlował trzy tysiące lat w tych chwilach paru... 

CIRCE. 
Żartujesz ! 

HERMES. 
Mnie do żartu brak chęci i daru. 

CIRCB. 
Nieszczęśliwa! Więc nigdy juź go nie obaozę? 

HERMES. 

(głaszcząc ją pod brodę). 

Ależ, Circe, ozy tobie przystoją rozpacze? 

Przestań, bo mi — doprawdy — ai patrzed niemile ! 

Czy ci na to bogowie dali skarbów tyle? 

Te ślepki, których płomień stopid głazy gotów; 

Te usta, jak stworzone do wdzięcznych zalotów; 

Ta szyjka, co całusy wciąż nowe wyzywa; 

Ta kibid... I ty mając wdzięków wyżej uszu, 

Ty Circe, ty czud miałażbyś się nieszczęśliwa 

I łzy ronid po jakimś tam Odyseuszu? 

Skiń tylko, a do stóp ci tysiąc innych padnie? 

» 

CIRCE. 

Chodby i milion nawet, podziękuję ładnie. 
Zawsze on pozostanie najmilszy, najlepszy: 
On, jedyny, co nie zszedł tu do rzędu — wieprzy. 

HERMES. 

Możnaby podejrzywad, że jesteś — żydówką... 
Wstrętna ci wierzowina? Co? Lecz pozwól — słówko: 
Zła to owca, zaprawdę, co pogardza paszą. 

CIRCE. 

Niestety, niewolnicą tylko jestem waszą 
I muszę to uczynid, co mi rozkażecie. 



HERMES. 

Lubię słaohad, gdy mądrze odezwiesz się, dziecię. 
Przytem, przyzoaj, ma każdy zawdd dobre strony. 
Ptaszek, co się powikła w twem misteraem sidle, 
Bawi cię, schlebia tobie, korzy się i pieści, 
A choi5 w koóou w zwyczajne zamieDia się bydlę. 
Tobie przecie nie wiuno sprawiatf to boleści. 

CIRCE. 
My się n i ezro zumiemy nigdy... 

HERMES- 

Kto wie? Może? 



Pozwól, niech mnie napowftt utiili to toźe, — 
Niech sen znowu rozkosznym obrazem mnie zwabi... 

HERMES. 

Z duazy radbym, lecz nie śmiem. Spałaś juz do syta. 
Któi widział, kłaśd się we dnie? Niech to robią słabi! 
Liczko, co takim krasnym rumieńcem okwita. 
Pierś, 00 taką gwałtowną falą się podnosi — 
Nie, Ciree, — cóiby rzekli, potężni theosi? 
Chciej-bo wziąi5 na uwagę, ie w tym kr<5tkim czasie 
Trzydziestu przeszło wieków przedrzemanych mile, 
Z torbami nas puszczono. 

CIRCE. 

Oszalałeś zda się! 



Niestety wszyściuteńkie zmysły mam przy kupie. 

Przyszło — zdam ci w dwóch słowach sprawę — widmo trupie 

I z pod nosa sprzątnęło nam cześ(S, boskoś<5, władzę. 

CIRCE 
Z taką baśnią gdzieindziej M^brad ci się radzę. 



40 



KRYTYKA. 



HERMES. 



Kotku, rybko, gołąbku ! Ja nie zmyślam woale. 

Spójrz tylko, a świat ujrzysz nogami do góry. 

W miejsce rozkoszy stanął ból na piedestale, 

W miejsce wesołych bogów wspiął się krzyż ponury. 



CIRCE. 



Jakie coś podobnego zrozumied, Hermesie ? 
Prędzej dolin płaszczyzny zajmą szczytne góry, 
Lub na odwrót, wyniosłośd gór wicher rozniesie, 
Nimby skarbiec rozkoszy zostad miał wzgardzony. 



HERMES. 



Wzgardzony? Ależ rozkosz zdeptano, oplwano. 



CIRCK. 



A bogi — nasze bogi, a ich szczytne trony? 



HERMES. 



Przepadły, jak skradziony skarb, wydarte wiano. 

Naszło ich to zaklęcie, podobnie jak ciebie 

I zakuło świadomośd bóstw, ni to obroża... 

W ich miejsce dziś Syn cieśli panem jest na niebie. 



CIRCK. 
Syn cieśli? Prosty cieśli syn istotą Bożą? 

HERMES. 

Na szczęście czar, co zmiótł nas, sam się dzisiaj kruszy. 

Powstają znowu dawne żądze w ludzkiej duszy. 

Jeszcze jawnych wyzwoleń nie przyszła godzina, 

Lecz w gruzy już padają zaborcy ołtarze. 

Pleśń je coraz to grubszą zasłoną opina... 

Dla tego Zeus mnie przysłał tutaj i Zeus każe, 

Byś do walki o bogów czem prędzej stanęła. 

Ostatni czas!... 



fc. 



(poMBUjąc Spiesznie z loia). 
Zeiis kaie? Do dzieła, do d/ieła! 
<Budil sługi) 
Niechaj dymem przyga^e buchną trybularze, 
Po brzegi amfor lejcie aapdj oszołomfeii. 

(Słufci wsląt4 i ktii(Ując slf, spełniają roilisi). 

A ozego woń, Dl ^odycz zdradoa nie dokaże, 
Dokona urok Cyroy, oozu moich płomień. 

{Znuci t siebie olirrcie. Niga, mając iedjnic napierśniki i pnepaskf z róż, siada pośród ny- 

bulaiTT. Włos; Cyrcy roiluinione, spadają jedwabnym ptisieiem n» plecy i twarz jej prayRla- 

niają ci^iciowo. Ztowieucio i ped tej zasłony przeMyskują oczy. skierowane ku wejściu). 

HERMES. 
To eic chwali (Kiwa t poiiiowaniem gtn»ą) A jednak szkoda tej 

[mitręgi ! 
Już dym, napój, zaklęcie, nio tu nie uczyni. 
FoBzli do łba po rozum ludziska — ciemięgi. 
Dziś ani pies nie zajrzy pewnie do jaskini, 
Musisz zmienić metodę. Na Zeusa i Feba 
Czas ua czasie nie stoi, w świat wyjrzeó ci trzeba. 

CIRCR. 

(Zdumiona poosIBje i narauca na siebie nakrycie). 

Coraz dziwniejsze sprawy nios^ mi twe słowa. 
Lecz Zeus każe — wykoDai5 rozkaz jam gotowa. 
Czarotlziejekiej pieczaiy nawet rzucę wnętrze 
I wyjdę w mej nagośoi... 



Ozy mogą by<5 prędsze 
Chcoi? A jednak znomi ranuzę kłaść im tamy... 
Nie, Cyroe, przybrali musisz ton, strdj i szyk — damy ! 

CIRCK. 
Damy? Raz pierwszy w życiu słyszę brzmienie one. 



Zrozumiesz, je, gdy wyjdziesz... Dości że skritpulatn: 
Zaopatrzy się Circe w przystojną zasłonę... 



42 KRYTYKA. 

Przygotowałem nawet już dla ciebie szatnie... 
Pozwól, w sąsiedniej salce... 

CIRCE. 

Nie pojmuję ciebie. 
Te kształty — czyliź nazbyt wdziękom swym pocłilebię? — 
Suciej, niż najbogatsze z tkanin mnie ustroją. 

HERMES. 

Bez kwestyi! No a jednak... z całą krasą swoją 
Daleko nie zajedziesz bez nimbu, oboó z płótna... 

CIRCE 
Czy znów hydra Nemei grasuje okrutna? 

HERMES 
Zdechła! Jednak policya... 

CIRCE. 
Cóż to za smok? 

HERMES. 

Ciszej ! 
Bo jeszcze wpadnie tutaj — niech tylko usłyszy. 
Zagadkę doświadczenie rozwiąże najlepiej... 
A teraz pójdź, czekają z szatami me sługi. 

(Wiodąc ją ku bocznej salce) 

Tylko odwagi, Circe! Niechaj myśl cię krzepi, 
Że i rycerz nie zaraz przywykł do kolczugi. 

(CIrce oddala się za kotarę. Hermes stoi, nadsłuchując) 

HERMES. 
Sapristi! Byle zniosła próbę! Drżę z obawy! 

CIRC^E. (za sceną) 

Ja to wszystko udźwignąó miałabym ? 



'Wychyla s za kolarj gtowj). 

Hermesie ! 
OBzalałeś ! 

HERMES. 

Bynajmtiiej, gołąbku łaskawy! 

CIRCB. (j. w.) 
Ależ tego bogini iadna nie uuiesie. 



Bogini ! Ty-bo oiągle mieszasz róine sprawy ! 
Bogioi! Któż oi każe gi-ad rolę bogini? 



CIRCE. (Zs sceną) 
Barbarzyńcy! Któż taki gwałf nafurze czyni? 





Przebóg 


! Ja nie wytrzymam, zm i ażdiyoi 


e mi nogę 






O, dla czego ze skóry wyskoczyó nie 


mogę? 






Co? Te 
Duszę si 


kleszcze? Ja przywdziaó mam 

,c! 


srogie te 


kleszcze ? 


OVp«c 


1* ■ kalce i gorsecie. Z pod halki wy«i«faią caame poń' 
jej one widownie bo Ciroe i trudem 


sUipa.) 


buciki. Zawadzają 






Ratuj, bożku! 










HERMES. (UspoŁ 


ifljając ją) 








A gdzież siła woli? 








(Podpruwadza ją napowrAl hu salce) 





CIRCE. Unikając za lutloną) 

Jak to wszystko uciska, gniecie, szczypie, boli ! 

HERMES. 
Pociesz się, ozeić uajoięższa próby już przybyła. 



44 



KRYTYKA. 



CIRCE. (za sceną) 

O, moje biedoe płuca, o, moje jelita! 

SŁUGA I. 
Dalibóg, zamordują nam w mig panic biedną. 

SŁUGA II (plącząc) 

Biedactwo! Ginąd musi, chooia^i takie młode. 

HRRMES. 
Cicho! Szturmaki! Robią mi tu deszcz w pogodę! 

(Do Cyrcy priez kotarę) 

Chwała Bogu, męczarni twojej już ostatek! 

(Wchodzi Circe w korapletnym, szykownym stroju, w płaszczu i kapeluszu, z torebką pod- 
różną przewieszoną przez plecy. Prowadzą ją pod ramiona i i tyhi popychają słudzy Hermesa 
Cyrcy plączą się nogi, głowa jej w tył opada jakgdyby w omdleniu). 

SŁL'(}A I. (rzucając się do nóg Circy). 

Wyrwano nam cio, pani, jak matkę od dziatek. 

SŁUGA U. (podobnie.) 

Niechaj te łzy żałobne drogę tobie zroszą! 

(Wybuchają obie głośnym płaczem). 
HKRMKS. (do Cyrcy). 

To przykre tylko zrazu, tylko w pierwszej chwili, 
Gdy wszakże boskośd twoja w ziemskośd się przesili, 
Wnet nawet gorset będziesz wdziewała z rozkoszą. 

Sfjl GA 1. (rozpaczając). 

Oj, niedarmo, niedarrao sen miałam złowieszczy. 

SŁUGA U. 



Aż wstyd patrzed... To bezwstyd, nie strój... Koniec świata. 



■■iv. 9m 


.■aiaesw.- 


ą 





CIRCK 
Kaida żyłka aoiśnięia, kascU koetka trzeszczy. 

HKRMES 
Czemprędzej więc z jaskiDi na powicrzohoię świata! 

|Pod pnewodnlclwem botka, okalając Cyrcf, wyctindii cala gromada na pi 

{Zaełona spada) 



Przyp. redakcyi: Draniat „Ciroe" został — jak wiadomo — 
przez ceDzurę teatralną zakazany. Podajemy wyiej obraz pierw- 
szy, a oto dalsza treś<i i idea dramatu podług sprawozdania kores- 
pondenta petersburskiego „Kraju" ze T^wowa. 

Przebrana za damę modną, idzie Ciree w świat zwaloza<J kult 
krzyia i podoieoaij w ludziacK żądzę uiycia. 

Jej wędrówka po ziemi — to pię<5 obrazdw, związanych ze 
sobą tylko obecnością wystanninzk! Zeusa, zresztą zamkniętych 
w sobie i luźnych. Więc najpierw czarodziejka grecka zaozaja się 
w ogrodzie publicznym. Jest noc letnia, atmosfera upojenia miło- 
snego. Ramki dla zakochanych. Circe czuje się przyjemnie zdziwioną. 
Jabto? To ma by<S dw świat 

...wówczas pełen chwał;, 
Kiedj godnoM swą poniia, 
W umartwieniu tylko ^mialf, 
świat zaparcia się i krz}'iB, 
Świat, gdzie cnot; ciernie strzegą 
A modlitwa uśmie<;h gromi... 
...Rzecz szczególna, jak mu tego 
Nic nie pozna-' z fizjognoniji!... 

Istotnie za chwilę zaczynają przez scenę przesuwać się ta- 
jemnicze grupy. Uszczęśliwiona Circe, ie płomienna miłość! zmy- 
słów, ta, co chowa się w cienie nocy, żyje na ziemi, wytęża całą 
uwagę i słucha. Ale cóż to za faryzeusze ! Okłamują się nawzajem, 
sprzedają miłośó za posagi, mają po kilka twarzy, każdą na inne 
święto. Nie! to jeszcze nie tutaj!... 

Idzie w dalszą wędrówkę. Jest w tinglu, gdzie intryguje maską. 
Tutaj musi się apotkaó z całą nieskrępowaną niozem wichurą zmy. 
stów, ze szczerym, pierwotnym, używającym człowiekiem. Barwny- 
obraz: ofiicerowie, Rzansonistki, błazny, agenci policyjni, kelnerzy. 



46 KRYTYKA 

Cała gehenna — wierszem. Circe nur/a sio w odmęcie kawiarni, 
pije atmosferę jej, rozognionerai oczyma studjuje twarze i poznaje 
na kodcu, że to był — rynsztok. To nie jest rozkosz grecka. Ludzi 
nie potrzeba tu zmieniad dopiero na zwierzęta, jak w Grecji, oni 
się sami w zwierzęta zamienili. Circe ucieka dalej. Szuka kultu 
prawdziwej rozkoszy wśród poetów, ale tutaj znajduje bezduszną 
blagę, pozę, szkolarstwo, nieszczerosd. Same rozczarowania. To nie 
jest ani kult krzyża, ani kult rozkoszy. Tylko parodje! Wszystko 
w najlichszym gatunku. 

Znowu zmiana dekoracyi. Jesteśmy w fabryce. Fabrykantem 
jest Hermes, występujący w roli 'nowożytnego „mieszczanina" — uo- 
sobienie ekonomicznego liberalizmu : zbogacony pracą drugich, bez- 
względny, chciwy, w ciągłej pogoni za zyskiem. Tu zjawia się 
Circe — i znajduje w przywódcy strejkujących robotników, w fa- 
natyku Żarskim, ową pierwotną siłę, nie zblazowaną, nie banalną, 
kipiącą, żywiołową, rwącą, jak burza. Zachwycona woła: 

Lubię te ludzkie wulkany... 

A więc doprawdy istnieją tu jeszcze 

Konwulsje bólu i pragnienia dreszcze. 

Pierwotne iądze i pierwotne siły? 

I ty z poclunurną mówisz o nich twarzą? 

Alei niech kipią.,. 

Żarski — to proletarjat; proletarjat — to życie pełne, bujne, 
wstrząsane namiętnościami. Circe rzuca się w ramiona młodego 
fanatyka, a on — odtrąca ją. Nie umie kochad; on jest już tylko 
sługą „wydziedziczonych", po za nimi nie istnieje nic. Kiedyś... 
było inaczej... Na chwilę wizja dawnych pożądali zmartwychwstaje 
przed nim. 

..,0, wyciągałem do ciebie z tęsknotą 

Ramiona młode... 

Patrząc, jak innym wieńce rói się plotą, 

Jak same do nich garną się motyle... 

...jam płakał po cichu, jak dziecię. 

Bo cień stał zawsze miedzy mna a kruią 

Pełną słodyczy... 

Już się te dwie rzeczy wykluczają; rozkosz indywidualna 
i służba dla ludu. Wiec kiedy Circe, upojona bujnością jego na- 



t\'CIE UMYSŁOWE MŁODZIEŻY. 47 

tury, oplata go ramionami i budsii w nim szał pożądania. Żarski 
chwyta sztylet i przebija nim postanDioę duoha greckiego. W osta- 
tnim obrazie („Brama Zmartwychwstania") biedna Circe żegna 
się z iyoiem. „Znalazła tylhn jednego człowieka i ten ją — zabił".. 
A na posłaniu śmiurtelnem zawiera przymierze z Chrystusem. Poz- 
naje go dopiero teraz. Wyszła do walki z nim, ale nie spotkała 
go w seroach ludzkich. Wico gdzież on jest? Gdzie cierpią, gdzie 
nie śmieją się nigdy. Była tam przecież, lecz nie spotkała go także. 
Wizja, 
Postad tajemni za, w aureoli, zjawia się przed umierającą Ciroe 
i słodkim, miłującym głosem mdwi jej, kira jest. On nie jest wcale 
apostołem cierpienia i nędzy. On nie jest krzewicielem bólu; prze- 
ciwnie: misja jego — to poeiew radości, współczucia i litość i uśmie- 
chy, kwitnące w duszach... Nie rozumieją go. Skarby iycia nie 
giną wcale przez Niego, tylko robią się s/.Iachetniejsze, czystsze, 
wonniejszc. Circe nie potrzebuje się lęka<5 o swoje królestwo. Umiera 
irprawdzie, ale na to tylko, aby zmartwychwstać. Ozem byłby świat 
bez radości życia? Więo Ciroe dostanie jeszcze wonniejsze trybu- 
larze i wmioślejszą misję, aniieli ta, którą jej poruczył Zeus grecki. 
Nowy mistrz woła do niej : 

Ty, co w zwierzęta przemieniłaś lud«i. 
Zezwierzęconych w ludzi zmień, Rozkoszy !... 



^"^ 



Życie smjslowe lwowskiej młodzież; akademickiej. 

"Wiązunko cyfr i falttów. 

Wiązanka oyfr z życia umysłowego młodzieży akademickiej ? 
Ale ozy to życie da się wouóle ująrf w oyfry? Czy młodość „górna 
i chmurna", czy zapał (chodby cliwilowy, dla idei), czy uczucia 
koleżeńskie zdolue do ofiar najszlachetniejszego altruizmu, czy 
chwile natchnienia i głębia pracy wytężonego umysłu mają swe 
odpowiednie wartości w cyfrach? Niewątpliwie nie mają, a przy- 
najmniej ich nie znamy, jak nie znamy ołvyoh tysiącznych pośre- 
dnich i bezpośrednich ogniw, jakiemi częstokroć jedno usłyszane 



48 KRYTYKA. 

lub przeczytane słowo kojarzy dziedziny napozór najbardziej dale* 
kie, niby nid pajęcza niewidzialną siatką wiążąca objawy najskraj- 
niejsze w łańcuch przyczyn i skutków. 

Ale wszystkie owe wątpliwości usuwają się na plan dalszy, 
jeżeli rozpatrujemy nie poszczególne jednostki, ale cały ogół mło- 
dzieży, biorąc sumarycznie jego działalnośó na zewnątrz. Walnym 
zaś środkiem, do poznania tej działalności są właśnie cytry i fakta 
i statystyka jako ich ogólne zebranie. Nie podaje ona nam by- 
najmniej, przyczyn zachodzących objawów, nie tłómaczy ich ani 
nie usprawiedliwia, ale przedstawia przejrzysty obraz tego stanu 
rzeczy, jaki istnieje, i z tego też względu wyników jej lekceważyć 
nie można. 

Gdyby administracya towarzystw akademickich była bardziej 
dokładna, cytr takich znalazłoby się niewątpliwie więcej : ale i te 
które podaję, nie są pozbawione znaczenia. Dotyczą one tylko mło- 
dzieży akademickiej polskiej we Lwowie zamieszkałej, i są wzięte 
jako przeciętna norma z trzech ostatnich lat, gdzie zaś to było 
utrudnione, z roku ubiegłego. 

Najpierw więc ważne jest pytanie, ilu studentów wyższych 
zakładów naukowych należy do towarzystw akademickich. Nie trzeba 
przytem ukrywad, że sam fakt należenia do towarzystwa nie ro- 
zwija jeszcze umysłu tego, który go spełnia, nie przysposabia sam 
przez się do spełniania przyszłych obowiązków obywatelskich , ani 
nie rozbudza zajęcia do nauki, a przeciwnie ogranicza się nie- 
raz do płacenia wkładek. Ale świadczyd może przynajmniej o tern, 
że dany osobnik, jeżeli nie uczuwa sam, to przynajmniej uznaje 
u innych potrzebę wspólnego gromadzenia się, poruszania spraw 
żywo młodzież obchodzących albo wzajemnego kształcenia się. 
Otóż sprawozdania stowarzyszeń wykazują, ie z ogólnej sumy 2400 
akademików (słuchaczy uniwersytetu i politechniki) jest tylko około 
50°/° takich, którzy należą do jednego lub więcej to- 
warzystw akademickich, a więc połowa nie spełnia ani nie 
^znaje zupełnie obowiązków społecznych młodzieży. Przytem na sa- 
mym uniwersytecie jest 53°°, na politechnice nieco więcej bo 66°^° 
(na 1600 słuchaczy uniwersytetu i około 800 słuchaczy politechniki) 
należących do towarzystw. 

Szczegółowe spisy wykazują, co następuje: 
W r. 1900 „Czytelnia akad." liczyła członków zwyczajnych 288 

„Bratnia Pom. słuch, wszechn." „ ., 325 

„Biblioteki słuch, prawa" „ „ 324 

„Ognisko" ,, „ 163 



ŻYCIF UMYSŁOWE MŁODZIEŻY. 411 

„Bi-atoia Pom. pol." słuch. PzlonktJw zwyc/ajiiycli 520 
.,Aka(l. KotoTow.Szkoiylud." „ „ 33H 

Ohcąe jednak dowiedzieć! się, ilu akadeinik<!w należy do jeducgo, 
dwu lub więcej toivarzyatw akademickich, trzeba u\vzglcdni<5, źe 
bardzo często jeden i ten sam student należy do kilku stowarzy- 
Bzeń uaraz, uwzględniwszy ten fakt, na podstawie imiennego spisu 
członkłiw opiewanych korporacyj , dojdziemy do rezultatu, ie: 
Ogiiilna suma akademików będących członkami Jakichkolwiek (je- 
dnego lub więcej) towarzystw akademickich wynosi 1369. A więc 
z liczby 2400 akademików ]36y należy do towarzystw; co stanowi 
— jak wspomniano — przeszło 50°'° . 

Ale idźmy dalej i zapytajmy, jak w samem towarzystwie ro- 
z^vija się życie umysłowe młodzieży? Pierwszym i niewątpliwie naj- 
ważniejszym do tego środkiem jest czytanie książek, tych zaś udzie- 
lają biblioteki, będące własnością towarzystw, jakoteż biblioteki pu- 
bliczne, innych przynajmniej źródeł we I^wowie nie mai). I cóż 
ntdwi statystyka? O ile mogłem dojśó, pokazuje eię, ie tylko 
około 900 czyli 37'^° akademików korsiysta wogóle 
z owych bibliotek. Czyż reszta t. j. 63°'°nie należy do rzędu 
„czytających"? Trudno przypuścił!, ale ie większa częśri, szczególnie 
majętniejszej młodzieży, nie bieree do rąk oprócz skryptów, żadnych 
innych książek, temu zaprzeczyć się nie da. Ciekawym róivnież 
jest fakt, że istnieje towarzystwo akademickie we Lwowie, mające 
wcale pokażą bibliotekę, z której korzysta tylko 30^° cz^łouków 
tegoż towarzystwa! 

Id^my dalej i zapytajmy, jak młodzież z tych bibliotek ko- 
ntysta, jakiego rodzaju książki są najbardziej pożyczane. / braku 
szczegółowych wykazów czytelnictwa w bibliotekach publicznych, 
przytoczę tylko dwa przykłady. \ tak „Czytelnia akademicka'' sku- 
piająca życie umysłowe mtodzieiy uniwersyteckiej, pożyczyła w r, 
190U ze swej biblioteki z ogólnej sumy 2453 książek, 795 dzieł na- 
ukowych, natomiast 1658 powiesili, a więc 3(i°'° dzieł naukowj'ch. 
„Bratnia Pomoc słuchaczów politechniki", towarzystwo skupiające 
w sobie większą częśó (63'*'') młodzieży technickiej, pożyczyła 
z swej biblioteki 1107 dzieł naukowych, ale 4213 powieści, na 
ogólną sumę 5360 książek wypożyczonych, a więc stosunek jeszcze 
gorszy, bo tylko 20'''° dzieł naukowych. Te przykłady ^ zdaje sii 
wystarczą, — do przekonania, że i przyszły kwiat intolligcncyi 

il 'L wypożyczalni, dających lylko lekką strawę dui-liuwą korzysta 
uieznacma czę^<} iikadeimków % iioundii A'ii,(: wy^okit-j oplaiy. 



50 



KRYTYKA. 



naszego społeczeństwa bardzo ociężałe i niechętnie zabiera się do 
lektury dzieł poważnych. Jako probierz słnźyd tu może biblioteka 
uniwersytecka, która nie pożycza dzieł belletrystycznych, i dlatego 
ta cyfra korzystających z tej biblioteki jest bardzo wymowna; 
w r. 1900 korzystało z niej 481 słuchaczy uniwersytetu a więc 
29**^" ogólnej sumy. 

Ciekawym jest również spis najpoczytniejszych książek, rzuca 
bowiem światło na upodobania ogółu młodzieży. Ponieważ nie mo- 
głem we wszystkich towarzystwach zebrad odpowiednich wykazów, 
z powodu nie wszędzie dokładnego ksi^iżkowania, podaję więc tylko 
tabelę najbardziej czytanych książek w r. 1900 w bibliotece „Bra- 
tniej Pomocy słuchaczów politechniki", towarzystwa skupiającego 
w sobie 66 prc. młodzieży technicznej. 



Ile razy by ta 


A. li t O r 


Tvtuł książki 


pożyczana 




V • 


. 21 


PlIlS 


Kmancypantki 


21 


Zapolska 


Zaszumi las 


18 


Tetmajer 


Anioł śmierci 


17 


Rejmont 


Liii 


17 


Rodziewiczówna 


Kądziel 


17 


Orzeszkowa 


Argonauci 


17 


Prus 


Faraon 


17 


Prus 


Lalka 


16 


Świętochowski 


Duchy 


1(5 


Sienkiewicz 


Quo Vadis 


Ki 


Sienkiewicz 


Nowele 


16 


Przybyszewski 


Dzieci szatana 


16 


Przybyszewski 


Z cyklu wigilii 


16 


Gawalewicz 


Szubrawcy 


15 


Orzeszkowa 


Auatralczyk 


15 


Sewer 


Biedronie 


15 


Rodziewiczówna 


Straszny dziadunio 


15 


Gawalewicz 


Szubrawcy 


14 


Kraszewski 


Rzvm za Nerona 


14 


Prevost 


Pół - dziewice 


14 


Junosza 


Pająki 


14 


Rejmont 


Ziemia obiecana 


13 


Tołstoj 


Odrodzenie 


13 


Zapolska 


Szmat życia 


13 


Konopnicka 


Nowele (Dym) 


13 


Feldman 


Ananke 


12 


Sienkiewicz 


Rodzina Połanieckich 



ŻYCIE UMYSŁOWE MŁODZIEŻY. 51 

Obok powyższej tabelki, wykazujące) najpoczytniejsze książki, 
podaJR jeszcze drugą, najpoczytniejszych autoMw, uwzględniając 
ich dzieła. 





Literatura polska 


Literatura obca 


norazT 


W A „ t o r 


ne tAiy by! Autor 


pożyci. 


J 


pożyctuiy 


79 


Prus 


38 Bourget 


76 


Sienkiewicz 


37 Tołstoj 


75 


Orzeszkowa 


37 Zola 


67 


Przybyszewski 


33 Wells 


61 


Roilziewiczówna 


33 Jokaj 


58 


Świętochowski 


26 Hauptman 


58 


Rejmont 


14 Maupassant 


51 


Zapolska 




43 


Konopnicka 




39 


Gawalewioz 




37 


Junosza 




33 


Sieroszewski 




92 


Tetmajer 




32 


NieJźwieeki Z. 




20 






20 


Feldman 




20 


Jeź 





Wyników powyi^izego zestawienia nie trzeba zbyt uogólnia*!, 
dotyczą one bowiem tylko literatury bolletrystyoznej' i aą zebrane 
w jednej bibliotece jednego towarzystwa; ale ie mimo to cy- 
fry te są znaaząoe, tego dowodzi najpierw fakt, ii żadna książka 
Daukowa nie osiągnęła równej powieściom poozytności, następnie 
ii towarzystwo, skąd owe dane pochodzą jesc najliczuieJBZc i ma 
bibliotekę najbardziej uczęszczaną. 

Jest jeBzoze drugie pole rozwoju umysłowego mtodKieiy, są 
to „Kółka Naukowe", gdzie na odczytach porusza się nieraz kwc- 
etye easadaioze i ogólne a wśród dyskusyi zapatrywania ścierają 
się dośó ostro. Przeważna jednuk ezęśó Kółek nie budzi żywszegw 
zainteresowaDJa; oto co czytamy w sprawozdaniach: „Rezultaty i), 
^akie osiągnęliśmy, są ilościowo dośó pokaźne, jednak minioto mu- 



li Spraw. i.l8i!ie T..« 
Ifchniki za lok. 1U97/98 e 



if-/vstwii Bruluiej 
r. til. 



bIu<'1ik< 






:>2 KRYTYKA. 

„simy tak samo jak i poprzednie Kółka podnieść dziwną i niezro- 
„ziimiałłj dla nas obojetnośd i oziębłośd. z jaką więk8zoś<5 kolegów 
„ti*aktuje najważniejsze zagadnienia naukowe i społeczne^, (idziein- 
dziej czytamy: „Już 2) w ostatnich kilku latach musiało Kółka 
„walczyó z wzmagającą się stale obojętnością kolepów: w roku 
„ubiegłym do-zło ono do tego stopnia, iź mogliśmy odbyó zaledwie 
„ośm posiedzeń**. Albo; „W dyskusyaeh ^) wiokszośó nie bierze 
„udziału — bez żadnego krytycyzmu przyjmują to, co prelegent 
„(nawet kolega) powie** itd. itd. Jeszcze dobitniej mówią cyfry: 
do „Kółek naukowych" należało około 400 a więc niecałe 12 prc. 
wszystkich akademików i to 17 pro. słuchaczy uniwersy- 
tetu, a jeszcze mniej bo tylko 10 prc. słuchaczy politechniki. 
Na wyróżnienie zasługuje ruch naukowy w seminaryach i kółkach 
na wydziale filozoficznym pod kierunkiem profesorów uniwersytetu. 
Dotkliwy brak takich seminaryów daje się odczuwaó na poli- 
technice. 

Nie jest zadaniem statystyki wykazy waó przyczyny tak niepo- 
myślnych stosunków, których bądź co bądź ukrywad nie należy. 
W każdym razie trudno przypuśció, aby może forma towarzystw 
akademickich była już przeżyta ; ramy bowiem, w których obraca 
się działalnośó towarzystw są dośó" szerokie i pozostawiają wzglę- 
dnie dużo swobody ruchu; zły więc stan przypisaó należy oboję- 
tności ogółu młodzieży względem spraw ogólnych, naukowych i spo- 
łecznych. Pracujmy w nadziei , że obojetnośó tę pokonamy! 



"^^4^ 



Lamhro. 

KROx\IKA W ARSZAWSKA. 

Warszawa, w stycziiin l^fOI. 

Na początku było Słowo — powiada Ewangielista. Na po- 
czątku był Czyn — mniema Faust Goethego. Na początku była 
Natura — woła Falk Przybyszewskiego, ale natychmiast poprawia 
się i twierdzi: na początku był Rodzaj. 



-) 8prawoZ'^anie Czytelni akademickiej /a rok lb98/99 si:r. 4?:^. 
*) Spraw ozdaine To\Narz>st\va Bratniej Pomot^' sluchae./.ów poli- 
techniki za rok 1897198 str. (r2. 



KKONIKA WARSZAWSKA. .',3 

Tak mogło byrf u Ewangielisty, tak nrngło Uyd w umyśle 
Fausta, tak mogło byii w Homo Sapiens; ale u nas w Warszawie 
tak nie było. 

U nas na początku była cenzura a potem stała się reszta. 
Cenzura? O, nie! Cenzury. Liczba muuga. 

Najpierw mamy cenzurę rządową, ktdra się mieści wpra- 
wdzie przy ulicy Miodowej, ale działalność jej widna w kiiiążkaob, 
w duszach i ua każdcm miejscu. 

Następnie mamy oenzute duchowną. KaMa książka świecka 
w rodza}u „Quo radis"" wędruje do niej, Konaystorz warszawski 
jeszcze za czasów Uurki wjrobił sobie u rządu ten przywilej; 
posiada jednak nader wysubtelniony zmysł praktyczny i niedo- 
puszoza, aby na książkach świeokich widniało kościelne „aproba- 
tur'-; w ten zaś sposób osiąga rezultat podwójny: najpierw władzę 
i to ukrytą; bo nikt absolutnie pojęcia niema ani o jej istnieniu, 
ani o jej rozmiarach, powtóre Die(<dpowicdzialnośó za swe czyny, 
gdyż na książce „aprobatur'- nie widnieje. Jeżeli cenzura rządowa 
j«st dla Polaki dopuBtem historycznym, to jednak nie możemy po- 
wiedzied, aby cenzura duchowna była dopustem bożym, A jest 
ona sroższa od pierwszej, bo ona pierwsza jest barbarzyilska, zła, 
ale często ślepa; ta druga zaś jest ideowa, konserwatywno-klery- 
kaloa, dojrzy każdą nitkę iywotniejszej barwy i wypruje ją z tka- 
niny literackiej. Przez tę cenzurę jtrzechodziły takie dzieła jak 
^Qi)0 Yadis" i „Pójdźmy za nim" Sienkiewicza, „Legenda o Matce 
Boskiej' Gawalewicza, Krasińskiego .,Myśli pobożne", ktńre w pierw- 
szej edycyi zostały uznane za niepobożnc i skoniiskowaDC (co po- 
wiedziałby na to profesor Tarnowski??), ile zaś dzieł tam prze- 
padło, tego się Polska nie dowie przed wyjściem Moskali z War- 
Mswy i zniesieniem przywileju Hurki. Tak, proszę państwa! 
Cierpiący kler warszawski zdoliył pod rządem absolutnym prawa, 
jakich mu nie udzieliła stadna konstytucya! 

To już dwie cenzury. A teraz trzecia. Cenzura przekona- 
niowa redaktorów. I to jeet także sroga cenzura. 

Publicysta warszawski mniema naiwnie, że w granicach cen- 
zur;' rządowej jest naczyniem wolności przekonaniowej. Ludzi się 
ów publicysta warszawski. On jest tylko protesyonistą, najmitą 
pracującym w cudzej wiunicy za denara, waloownikicm zgodzonym 
do walcowania blachy myślowej żądanej marki fabrycznej. Dawny 
bój pozytywistów ze wstecznikami przebrzmiał, sztatidarj' spłowiały, 
pisma przystosowały się do grup swoicli prenumeratorów. Kto nie 
posiada własnego jiisma, ten musi rozwijaó program cud/y i nie- 



5 4 KRYTYKA. 

wolno mu się wyohylid po za ramki ani o jeden oal myślowy. 
Wolnośd umarła w Warszawie tak, jak w Polsce przed stu laty 
umarł człowiek publiczny. 

A teraz cenzura czwarta. To cenzura interesów wydawców. 
Hasłem tej cenzury jest: „to idzie a tamto nie idzie". Ilotszyld 
powiedział swego czasu: wojny nie będzie, bo nie dam pieniędzy. 
Warszawscy wydawcy mówią: o tem pisaó nie będziecie, bo ja» 
tego nie wydam. Bij głową w mur, nie wyda. 

I wreszcie cenzura piąta, cenzura głupoty. Jak ka^da nie- 
wiasta, która porodziła, mniema, iż zyskała tem samem patent 
z pedagogii, tak każdy redaktor i wydawca, którep^o pieniądz wy- 
sunął na pozycyę, mniema, iż zdobył patent z psychologii mas. 
Jedna z najwybitniejszych autorek dla młodzieży sprzedała ręko- 
pis wydawcy a po kilku miesiącach otrzymawszy gotową książkę, 
nie mogła poznaó swego tekstu. Znalazła zmiany, dopiski, uzupeł- 
nienia a wszystko to pokryte jej autorskiem nazwiskiem. W kwe- 
styi dopisków tłómaczył się księgarz tak: „szanowna pani niestety 
nie vkTiika w trudności warunków technicznych; rozdział musi sio 
skończyó w połowie stronnicy, trzeba miejsca na winietkę etc.'* 
Słowo honoru, że to fakt, a imię ich le^onl 

Tak przedstawia się tło warunków piśmiennictwa warsza- 
wskiego. Przeto mniemaliśmy słusznie, że na początku nie było ani 
słowo, ani czyn, ani natura, ani rodzaj, tylko cenzura, cenzura 
rządowa, duchowna, przekonaniowa redaktorów, geszefciarska wy- 
dawców i cenzura głupoty, a potem stała się reszta, wylęgło się 
w tem obramieniu słowo, czyn, przyroda, rodzaj... 

Tchu, tchu, bo sic udusimy ! 

Od kilku lat Warszawa miewa sensacyjną „gwiazdkę". Przed 
dwoma laty miała odsłonięcie pomnika Mickiewicza. Przed rokiem 
aresztowanie literatów, doktorów, adwokatów. Na te „gwiazdkę" 
dostała jubileusz Sienkiewicza, który, j)odobnie jak ów ])amiętny 
sejm grodzieński, w części sw(j oficyalnej był „niemy". Delegacya 
za dolcgacyą chyliła się w sali ratuszowej przed jubilatem, wrę- 
czała dary i adresy, milezac w „w ustanowlenom nariadkie**. Mil- 
czelisniy wymownie u stóp pomnika Mickiewicza, milczeliśmy wy- 
mownie w cytadeli, milczeliśmy wymownie w sali ratuszowej przed- 
Sienkiewiczem. Dalibóg nic tylko parafrazować^ starą śpiewkę 
„milczy Kuba do Jakóba, Jakób do Michała, milczysz ty, milczę 
ja, kompanija cała; a kto się odezwie, tego żandarm wezwie, łupu 
cupu, łupu cupu" stosownie do rodzaju przekroczenia ,,ustano- 
wlennawo pariadka". 



KRONIKA WARSZAWSKA. ",5 

A kiedy trzeba miloze<i w ozasie wydarzeń większych, du- 
jemy folgę gardłom bodaj wtedy, gdy d/.ieją się rzeczy małe. Oto 
odezwała eic tri^bka kuchni ruchomej. Cała Wai-ezawa zwróciła 
oezy w tę etronę i zawołała: aaaah! Filaotroj)! (kiami dam chro- 
DJoznie cierpiących na brak zajęcia, księia modni, miłosiemi pu- 
blicyśoi oi'az wszyscy prze dsię biorcy) zawołali to „aaaah" y. tonu 
major, odłam demokratów (dwa pisma i po trzech ich a)ionent<4w) 
zawołali to „aah" z tonu minor, andrusi warttitawgcy natomiast, na- 
ród lepiej odziany w dowcip, niż w szaty, nie !:awotali „aah", 
tylko „na bok, trtjbizupka jedzie!" Wystawcy kart pocztowych 
ogłosili konkurs na ukucie najlepszego wyrazu polskiego na to, co 
zwie się po włosku „cartolina postale'-, wezwali lingwistów i ra- 
sem z nimi urządzili wielkie fiasoo. Przedsiębiorca kuchni nioho- 
mej nie ogłosił konkursu, andrusi warszawscy nie ^ą lingwistami 
a wyraz „ti-sjbizupka" powstał, przyjął się, okręcił rzecz i zarazem 
ośmieszył. Warszawa zaczyna wyr/ucaó pewne funkcye życiowe na 
ulicę a raczej wyrzuca na ulicę funkcye życiowe pewnych klas 
społecznych. Monopol zmusza biedaków do wychylania „mada- 
palki" na ulicy, kuchnie ruchome zapraszają ludności do jedzenia 
Da ulicy, pewien księgarz wystąpił z podaniem o księgarnię ru- 
ohomą dla ludu, aby się kształcił na ulicy, dajcie uam jeszcze ru- 
ofaome kąpiele, ruchome łó^ka, żony ruchome jui krąią za biletami 
pollcyjnemi od zmroku — a wyciągniecie już wszystkie konse- 
kwencye z tej wielkiej, ulicznej cywilizacyi, bendomucj, \vyrzuoa- 
jąeej na bruk, żebraczej, filantropijnej — wy, apostołowie święlo- 
6ci ognisk rodzinnych, wy, którym etykieta zabrania zjeść kar- 
melka na ulicy a nawet wypalió papierosa! Wolę was, gdy z całą 
brutalnością drzecie skórę z bliźnich, niż wtedj- gdy się nad owym 
bliźnim roztkliwiacie, bo przypominacie mi lisa z bajki Lemań- 
akiego, który w ten sposób biadał nad gęsią, którą pożarł: .,Cóż 
z niej zostało? Kilka piór, kawałek ogona ~ reszta zjedzona.. 
O życie, życie!" 

Na bok, trabizupka jedzie! 

Silentium! Karawan jedzie. Puważniej, panowie! 

Tak, jedzie karawan a na nim książę Imeretyiiski. Warszawa 
patrzy na orszak, idą szepty w około. Umarł? Sie podobna! 
Chyba zginął? Zaczyna tworzyó się legenda. Przed rokiem w cza- 
sie aresztowań pocieszała kumoszka kumoszkę: nic murtwcic się, 
Maciejowa, że waszego wzięli; ja wam mówię, że Imeretyński roku 
nie przeżyje! Ktoś twierdzi, xe w parku łazienkowskim Ktrzelsmo 
do keicoia. Inni opowiadają, »o został otruty; jeszcze inni, że zo< 



:,G KRYTYKA. 

stiił ugodzony w czasie przechadzki śród Alei Ujazdowskich. Le- 
genda rośnie, wciąż rośnie. A tymczasem w różnych „niemiarodaj- 
nych'* sferach poczyna sie rozpamiętywanie czynów zmarłego 
twórcy „ugody". Sumienie nasze poczyna wyrzucaó sobie to i owo. 
Martwiliśmy Imeretyńskiego. Tak, najlepsze jego chęci rozbiły się 
o naszą czupurnośó. Ach, ta czupumośd! Pewien polityk z pisma 
codziennego obchodzi wszystkie salony, pzzykłada palec do czoła 
i stawia pytanie : .,Czy nie uważacie państwo, że Imeretyiiski 
w zupełnie innem usposobieniu przybył do nas i że nagle coś go do 
nas zraziło? Ale co?" Na to odpowiada Imeretyński z za grobu 
przez poufne wynurzenia pomieszczone w pismach rosyjskich : 
„gdybym zamierzał na krok odstąp id od starego planu, zasłużyłbym 
na miano zdrajcy i karę śmierci, lub też a słuszniej na zamknięcie 
w domu waryatów". O w polityk czytał te wynurzenia, ale w dal- 
szym ciągu przykłada palec do czoła i stawia pytanie: „czy nie 
uważacie państwo, że Imeretyński przybył do nas w i^ałkiem innem 
usposobieniu i że coś go nagle zmroziło?" Na „ugodę" niema le- 
karstwa, jak niema na wszelkie przywidzenia hypochondryozne. Pe- 
wien jegomośó twierdził, że ma żabę w żołądku. Dano mu na wy- 
mioty i w chwili stosownej podrzucono żywą żabę. Patrz, wyszła 
z ciebie, jesteś uzdrowiony ! Chory czuł się lepiej, ale nazajutrz 
posmutniał już a wieczorem opowiadał: żaba wyszła, ale zost^iwiła 
zarodki! — Ugodowcy czytali swego czasu memoryał księcia, czy- 
tali teraz pozagrobowe wynurzenia, patrzyli zresztą na rozporządze- 
nia i inowacye, ale „przywidzeń" nikt im nie wyperswaduje. Mają 
one zresztą swoją głęboką ekonomiczną podstawę. Wielka posia- 
dłość, wielki przemysł, handel, finanse, te zawsze dążą do ugody 
z systemem panującym a że one dziś tworzą opinię w Warszawie, 
przeto i w prasie są silnie reprezentowane, na inne zaś przekona- 
nia zaczyna u nas brakowaó miejsca z powodu onych cenzur, 
o których mówiło się na początku. 

I sztuka nasza obchodziła swe imieniny. Dostała ta soleni- 
zantka własną zabawkę w formie Pałacu Sztuki przy ulicy Mazo- 
wieckiej. Jeżeli przy budowaniu wieży Babel pomieszały sio lu- 
dziom języki, to panu Szylerowi przy budowaniu tego gmachu 
pomieszały się w głowie wszystkie style. Nie jest to renesans wie- 
deński, nie jest to barok berliński, ale jest to tandeta warszawska, 
która wprawdzie wewnątrz dośó wspaniale się przedstawia, ale na 
zewnątrz głosi każdym gzymsem, każdą framugą: patrzcie i zapa- 
miętajcie, jak się budowad nie powinno. Wyleliśmy swoją drogą 
dużo łez na tej uroczystości, że nasza malująca kukułka odtąd 



KRtłNIKA WARSZAWSKA 07 

znosić będzie do własucgo gniazda awoje płdcieone jajeczka. Nie 
tylko ptakalilmy, aleśmy się nawet pobili, to jest nic wszyscy^ bo 
pobili się tylko dwaj malarze 1 to nawet jeden bił a drugi był 
bity a potem bity strzelał i chybił a ten co bił już i strzelaif nie 
chciał, 00 zniewoliło bitego do oświadczenia, ii ma dosyd satysłakeyl. 
Czy nowy gmach wpłynie iia rozwój sztuki, kttfra u nas istotnie 
upadła? Sie wiem. Opowiadają, ^e pewien bezpłodny mijż z roz- 
paczy kupił kołyskę swojej żonie. Obaczymy po jakimś czasie, czy 
takie aprior}'stycziie ńtndowanie kołysek jest środkiem lekarskim, 
czy nie. Tymczasem przechodzimy do konkursu stulecia, którego 
rezultaty obwieścił Kurjer Warszawski w pierwszy dzień dwudzie- 
stego wieku. Na tym konkureie bowiem zostali ..odznaczeń i "■ lu- 
dzie, którym nar<Sd w wieku dziewiętnastym już nawet pomniki 
powystawiał. Zarazem jednak uwzględniono niektóre ptaki domowe, 
piejące dziś tonem, który nie podległ jeszcze krytyce czasu. Przy- 
pomina to trochę bajkę Kryłowa o ośle, który chwulił słowika, 
ale i o kogucie nie zapomniał. Dla całości obrazu brak nam re- 
zultatów konkursu etycznego Gazety Polskiej. Bo, jak się powie- 
działo wj'iej, gdy brak zdarzali wielkich, musimy czyuió hałas 
z powodu małostek... 

Brak zdarzeń wielkich? A to co znowu! Są wielkie ztlarze- 
nia, ale na imię im ból. niedola, nakryte one wszystkiemi oponami 
poaciągancmi z magazynu oportunizmu, handlu ludzką dolą, try- 
marołtenla człowieczą dus/ą i jak się to tam nazywa, 'tylko sir 
o tem nie mówi. Wygnaliśmy wielkie zagadnienia z prasy, z s/.tuki, 
z literatury, nawet z pogadanek towarzyskich a na pełvno z Tea- 
tru Rozmaitości, o którym jakiś dowcipniś powiedział, że będzie 
wznawiał w wieku dwudziestym wszystkie sztuki, któremi popsuł 
gust publiczności w wieku dziewiętnastym. Teatr Rozmaitości, 
kt^Srego trzech najwybitniejszych aktorów i dwie pierwszorzędne 
aktorki mają razem około ośmiuset lat, zasłużył już ohoóby z tego 
powodu na tytuł nieśmiertelnego. Ten starzec zamierza sobie rów- 
nież wystawió nowy gmach jak ów mąż kołyskę. W tym wypadku, 
czy chcemy, czy nie cJicemy, ezekaó musimy, i urągania nasze na 
oic się nie zdadzą, bo reżyserya nic podlega opinii i jej krytyce 
i zależy wyłącznie od jenerała Iwanowa, bardzo zacnego zresztą 
człowieka, administratora pałaców cesarskich. Aktorzy i reżysero- 
wie otrzymali od niego kilka oficyalnych pochwał, w Warszawie 
znajduje się zawsze dośó dużo gawiedzi, która teatr zapełni 
a sztuka? literatura? Niech o niej myśli sobie pan Pawlikowski 
we Lwowie — on pani 



58 KRYTYKA. 

Ah, prawda! Mamy jeszcze teatr ludowy! Jak my o tyra lu- 
dzie pamiciamy! Kuratorya Trzeźwości, trąbizupki, księgarnie ru- 
chome, teatr ludowy. Ludowy? Chyba tani, bo w nim nie bywa 
to, co się ludem zwie, tylko to, co mieszka na drugich i trzecich 
piętrach, co nosi rękawiczki, używa perfum i nie lubi dużo płacid 
za bilety. Pan Gawalewicz ogłosił niedawno sprawozdanie z czyn- 
ności swych reżyserskich w ciągu pierwszego roku istnienia tego 
teatru. Ponieważ Wydział Krajo\vy zamierza oprzed się na rezulta- 
tach osiągniętych przez pana Gawalewicza, przeto i my o tych re- 
zultatach pomówimy obszerniej, ale — innym razem. 



-^ 



Lwów, If). stycznia. 

„...Teatrem nie powinna w żadnym wypadku kierowaó ulica. 
Wyczuwanie jej smaku, sj)ekulowanie na zgodności repertuaru z jej 
wymaganiami artysty cznemi, obniża poziom sztuki. Ale nie uważam 
także za wskazane — przynajmniej u nas — naginać^ kierunek 
teatru do smaku dyrektora. We Lwowie prawodawcą estetycznym 
nie może byó ani ulica, ani dyrektor, lecz twórczośó literacka, to, 
co niesie życie artystyczne. Oto kamień węgielny mojego pro- 
gramu... 

„...Jestem wrogiem szkoły wogóle. Zostawiam każdemu artyście 
jak najszerszą pomyślaną swobodę, staram się pielegnoH^aó jego 
indywidualnośd i użyó jej w sposób właściwy, u poza tern wpro- 
wadzam już tylko te łączniki, które są potrzebne do jednolitej 
ekspresyi dzieła, do wywołania harmonii estetycznej. 

„...Nowy teatr otwarty zostanie w październiku. Otńż pra- 
gnąłbym, ażeby nietylko wieczór inaguracyjny, ale pierwnze mie- 
siące były uroczystymi. Z tego powodu zamierzam z początku 
trzymaó operetkę w rezerwie, a repertuar skombinowad z dra- 
matu, komedyi i opery. Co do tej ostatniej, byc może, że powie- 
dzie mi się prowadzid ją przez sześd miesięcy w roku ; w takim 
razie tylko można stworzyd operę, możliwą do słu(!hania ; trzy mie- 
siące — to ramki stanowczo za ciasne. Operetki nie wyruguję. 



IBh 


.:SIB»r«WS=- 









TEATR LWOWSKI I KRAKOWSKI. 59 

Trzeba się liczy<! z tem, że miasto ma tylko jeden teatr, a piibti- 
ezaoóó jest bardzo rozmaita. W dramacie wprowadzę raz a& mie- 
siąc „wieczory literackie", które już nazwą bcilą ostrzefiały, że to 
aa — biesiady dla ludzi rafinownnej kultury. Kto nie zechce, ten 
oie przyjdzie. Na re|)crniaT tych wieczorów złoży się twótczośrf 
przedewazyutkiem młodych pisnrzy, szukających dróg nowych, 
oryginalnych". 

Słowa te, rozumne i dużo obieouji|ce, dyktował p. Tadeusz 
Pawlikowski, po objęciu dyrekoyi teatru lwowskiego, korespon- 
dentowi petereb. „Kraju-. 

Czekamy wykonania tego programu. 

Czekamy — gdyż teatr Iwonaki w pierwszym kwartale swego 
istnienia byt od owego programu — dalekim. 

Czekamy także, że publiczności lwowska zeoKcc do wspania- 
łego awego teatru uczęszczać liczniej, stałej, z chęcią nawiązania 
ze sztuką serdeczniej szy eh Htosunków. Kto widział, jak na dru- 
giem przedstawieniu tak niepospolitych i artystycznie wyreżysero- 
wanych SKtuk, jak „Iłla szozęśoia", „Bartel Turnser" lub uieje- 
dnego arcydzieła Fredry teatr świecił pustkami, zaś powodzeniem 
cieszył się dotąd jedynie „Zaczarowany Karuzel", ten mógł ubo- 
lewaó, że Lwów, pożyczywszy aobie pieniędzy na gmaoli teatralny, 
zapomniał dopo/lyczyó sobie też publiczności teatralnej. 

Czekamy... (w). 



TEATR KRAKOWSKI. 

Repertuar z koik;i wieku ożyw^il się znacznie: „Sarrotni"', 
Hauptmanna, poU'm „Faiist", „Maryn Stuart..." 

Że Ffiust na scoiiif! nie musi być tym Kaiistcin, kiórofjo 
znamy z książki, że dużo, bardzo dużo piękności Goethowskicj 
zniknąć musi — to wina .yamyt-li warunków soMiieznych, nie 
zaś już tych lub innyelt tikl<u'i)w, lakicj lub innej reżyseryi. 
. Tragedye duszy Faustowskiej, sama istotna treść nrcypuematu, 
zniknąć musi, na pierwszy za.ś plan wysuiiio się strona liry- 



co KRYTYKA. 

i'zria poematu, nie Faust, w którci^o nainiętnej skardze brzmi 
pożądanie wieków, gdy woła: 

das8 ich erkenne, was die Welt 

Im innerstem zusammenhiilt, 

Schau' alle Wirkungskraft und Sameu 

Und thue nicht mehr in Worten kramcn, 

i gdy przeklina: „Fluch sei der Hoffnung,FIuch dem Glauben, und 
Fbichvor allem der Geduld" — ale cudowna postać Małgosi ze- 
strzeli na siebie całą uwagę widza. Tym więcej, że jedne z najwa- 
żniejszycłi scen, dla zrozumienia duszy Fausta, tę, gdy jeszcze 
waha się nad poświęceniem Małgosi i w mistycznej ekstazie 
roztapia się na łonie natury (scena w grocie: „Erhab^ner Geist, 
du gabst mir alles, warum ich bat...) zupełnie usunięto. 

Źe tak się stało, przyczyniła się również w pewnej mie- 
rze i gra artystów. Mimo największej życzliwości niepodobna 
nazwać kreacyi p. Kotarbińskiego w Fauście udatną. Tu nie 
wystarczy deklamacya, tu musi dźwięczeć ten głos, którego 
związek i duszę się czuje, tu należy użyć najdelikatniejszych 
i najprostszych środków. Jako Faust odmłodzony, p. Kotarbiń- 
ski łatwiejszą już miałby rolę, gdyby miał nieco więcej szcze- 
rości, więcej liryzinu. Detonowjiłby Goethego zawsze, ale „swo- 
jego" Fausta odtworzyłby z wdziękiem i prawdą. Ale i w tej 
części p. Kotarbiński grą swoją niczem nie uwydatnił ani na- 
miętności ani pożądania, ani wahań przeciętnego nawet ko- 
chanka. Skoro raz już mamy Fausta widzieć na scenie, nie 
róbmy zeń koturnowo-deklamacyjnej tragedyi, dajmy mu żyć 
chociażby tymi zmysłami, za któremi tak tęsknił i tak ich 
pragnął. 

Nie wiem już, jaka powaga orzekła, że p. Siemaszkowa 
jest niezrównana w rolach namiętnych, temperamentowych — 
natomiast słabszą o wiele w rolach lirycznych. Rola Małgosi 
powinna mocno zatrzeć tę etykietkę, przyczepioną do talentu 
p. Siemaszkowej. Jej Małgosi nie wahałbym się postawić obok 
roli niezapomnianej Młynarki lub Julii z Sieci. Pani Siema- 
szkowa w Fauście jest niezrównana. Ani cienia s/.ablonu, tylko 
niesłychana prostota; naj umiar ko wańsze użycie tego, co się 
nazywa „grą aktorską" ; deklamacya j)iękniejsza może niż kie- 
dykolwiek. Scena przed posągiem Matki Boskiej i ostatnia 
scena więzienna były wprost przepyszne, umiejętnem połącze- 
niem wielkiej poezyi z właściwym artystce realizmem. 



TEATR LWOWSKI, 01 

Pan Kamiński jako Mefisto nie podołał swojemu zadaniu. 
Świetną miał cliamkteryzacyę, twarz dziwmy, jakąś maskę bez 
wieku, zarówno młodzieńczą jak i starczą. Ale gra. — Nie był 
to ani demon, czyhający na dusze Małc^osi i Fausta, ani zawa- 
dyacki towarzysz, „der Schalk", z pomiędzy szatanów. Cała 
postać jego była nicolcreślona i nieżywotna; grał tak, jak gdyby 
całą uwagę kładł na to, aby nie zmylić roli i jak najmniej na 
siebie zwracać uwagi. U Goetliego Mefisto ma większą rolę. 
A już stanowczo jako złe sumienie Małgosi, w scenie kościel- 
nej nadużywał głosu zbytecznie, tam, gdzie szept byłby sto- 
kroć lepiej odpowiadał sytuacyi. I scenizacya była tu wysoca 
błędna: szatan powinien się był tu ukazywać jako lekka, zni- 
kająca postać, na tle kolumny np., a w chwili, gdy jak jest 
w tekście, towarzyszki podbiegają do zemdlonej Małgosi — 
winien już był zapaść się zupełnie. 

Pozostałe role wykonane były dobrze: p. Wójcicka, jako 
Marta, wyróżniała się wybitnie. 

Jakbądź, przedstawienie Fausta zarówno ze względu na 
intencyę, jak i na wykonanie można uważać za artystyczny 
plus naszej dyrekcyi. Niestety, mimo łatwiejszych warunków 
inaczej się rzecz ma z „Maryą Stuart" Słowackiego. Dziwna 
wprost, jak umiano popsuć rzecz tak piękną, a nawet do wy- 
stawienia nie trudną. Dramat Słowackiego był postrzępiony 
literalnie i w tempie, w jakim go grano, ani razu nie sprawiał 
wrażenia jednolitej i prawdziwej całości. Chwilowo wydawało 
się, jak gdyby naumyślnie starano się grać źle i podlu-eślió 
wszystkie słabe, młodzieńcze strony tragedyi. PaniSiemiaszkowa, 
jako Marya robiła, co mogła, ale i jej opadały ręce i dramat 
szedł na los szczęścia. P. Sosnowski w tak ważnej roli Bot- 
wella nie wiedział zupełnie, co ze sobą robić i do czego w ogóle 
jest potrzebny. U tak inteligentnego aktora, którego niektóre 
role np. Tesmana w Heddzie Gahler wi)rost doskonałemi nazwać 
można — rzecz to zadziwiająca. Rola Botwella w interprotacyi 
p. Sosnowskiego była najzupełniej niezrozumiałą. Niektóre 
sceny n. p. ta, w której pnź przywołuje Botwella przed 
oblicze królowej, lub ostatnia scena, pełna bajecznego trat^izm u, 
gdy lvrólowa i Botwell czekają na huk miny, mającej pogrze- 
bać Darnleya — wypadły wprost komicznie. Demonizm Bot- 
wella — polegał na powolnej mowie — oto wszystko. 

Pani Siemiaszkowa tu nie rozwinęła w Maryi całej pełni 
swego talentu. I to znów rzecz dziwna, gdyż rola ta pod ka-- 



«a . KRYTYKA 

żdym względom odpowiadiii? winna jej artystyczneniu tpmpem- 
menUiwi. Pani Si(?miaezko\\ a ani razu się nie nizgrzala: nie 
bylii ani nainicjtiią kocliankii, jju dwu riioszczęśliwyeli zaniąż- 
pójściaeh, ani pełną pyeliy, zepsutą pochlebstwy królową, która 
nic ma wtadzy okiełznać buntu i intryg szalejących dokoła jej 
głowy. 

(ira obn niijgl6wi)iejszycli postaci spniwiata niezcj wraże- 
nie gry na próbie, jjdzie każdy artysla swych sil oszczędza, 
niż crry na ostatecznem już przedstawieniu. 

I drugorzędne postacie także nie wypadł^" szt-zęśliwie. 
Zwłiiszeza p. Popławski w roli Nicka nie umiał zdobyć uzna- 
nia: zarówno komiczne, jak i liryczne ustępy roli popsuty się 
zupełnie. A że podobne niepowodzenie spolykalo najlepszych 
artystów krakowskiej sceny, świadczy to chyba, że sztuka nie 
była należycie wypróbowaną i wystawiono ją bez należnej chyba 
dla Słowackiego pieczołowitości. Samo nazwisko wielkiego po- 
ety nie wystarczy; i podczas gdy tak mało sceniczny ,,Sen 
srebrni/ Salomei'' napełnił salę coś 8 ri*zy, na dnigiein przed- 
stawienia „Maryi Stuart" już były pustki. 

Stosunkowo najlepiej z fii^ur drugoplanowych wypadł 
Darniey w jnterpretacyi p. Kotarbińskiego, który doskonale 
umiał uwy{lalnić słabość i ehwiejność charakteru męża królo- 
wej, oraz Rizzio w osobie p. Mielewskiego. W grze p. Mie- 
Itiwskiego zawsze widoczna jest sumienna praca i pewien arty- 
styczny zapał, który zawsze mile usposabia widza i pozwala 
mu nieraz zapomnieć o niejednolitein pojęciu roli i tak nieraz 
przesadnej u lego artysty gioslykulacyi. 

Obecnie wstępujemy znowu w sft-n; tłómaczoń : lliacosy 
„Jak liście", Brieiix'go : ^('zerwona lofja". Oto najnowsze no- 
wości, z których sprawoziiunie podamy w następnym zeszycie. 



-^^ 



81M<A\VOZI )ANIA. 



H7. M. Kożhirski: S::l.iei: /Hosn/!c:iie. .Wikiidctn „Pr^ei/lądu 
fiiosofieinef/o' '. II arfi:'in'a. 

Hztreg 7.cbrunvoli w tej wybitnej ksiijżue artykułów atanowi 
treśi-iwe rcpetytoryum kontowskiej Leoryi poztiHnia. umytej ka pro- 
bierz matcryału naukoweEo, mającego wejad z wieii;(y pry.yrodniczej 



SPRAWOZDANIA. 63 

w konstruktywnie misterną budowę filozoficznego na świat i iycie 
poglądu. Zatem nie krytyka czystego rozumu traktowana jako odrę- 
bna gałez filozofii, ale jako sztuka 6tosoNvana do oceny i pomiaru 
prawdziwości czy rzeczywistości zjawisk, hipotez i teoryj, składają- 
cych się na jednolity system naszej wiedzy i wiary filozoficznej. 
Ksiiiika ma zatem wartośd przewainie metodologiczną; wobec pe- 
wników wiedzy przyrodniczej negatywną. Autor umiejętnie kwestyo- 
nuje tzw. przyrodniczy pogląd na świat, wykazując, źe analiza nau- 
kowa, o ile 'loprowadza do pojęd najogólniejszych, zasadniczych 
i podstawowych wiedzy ścisłej, wykrywa tylko pierwiastki podmio- 
towe poznania, tylko to, co iimysłowośd natęża poprzednio i nie- 
świadomie włożyła w doświadczenie. Wszystkie zatem idee były 
włożone już jako postulaty lub ich nieuniknione konsekwencye 
w samym początku badania filozofii, a to jako formy aprioryczne 
naszego ujęcia zmysłowego i umysłowego; jako takie też badanie 
to one umożliwiają; dlatego więc potem odnajdujemy je w wyni- 
kach tego badania, żeśmy je w samych początkach procesu tam 
włożyli. „Nie prawa rządzące światem odkrywa umiejętnośd, lecz 
prawa naszego poznania; zadaniem wiedzy nie jest poznanie rze- 
czywistości i bezwzględnych stosunków rzeczy, lecz porządku wyo- 
brażeń naszych i stosunku zjawisk, jako przedmiotów poznania. 
Hipotezy i toorye tracą tedy znaczenie prawd, a nabierają cha- 
rakteru fikcyj metodycznych służących do powiązania faktów empi- 
ryi według wymogów kategoryj logicznych". W ten sposób podmi- 
nowuje autor grunt pod megalomanią metafizyki przyrodniczej, 
a to tem więcej, że z powodzeniem wywodzi, iż najogól- 
niejsze prawdy, uważane za rzekomą zdobycz badan nowoczesnych, 
stanowiły już integralną częśó filozofii greckiej w I-szym jej okresie, 
a cały postęp wiedzy filozoficznej jest jedynie dokładniejszem coraz 
gnipowuniem otrzymanych analizą składników zja»visk dokoła kilku 
zasadniczych myśli, przez filozotów greckich juz sformułowanych. 

Ta ściśle logiczna, konsekwentni • przeprowadzona krytyka 
nabytków wiedzy ścisłej kłóci się w książce z przesadnym optymi- 
zmem autora, z jego entuzyastyczną, szlachetną wiarą w potęgę ro- 
zumu ludzkiego, w doskonałośd natury człowieka, w prawa przyro- 
dzone, w nieustanny postęp, w perspektywy raju społecznego. Im 
węższe granice zakreśla wiedzy, tem dobitniej uwydatnia się jego 
filozoficzna rzekomo wiara ze swymi praktycznymi postulatami. Jest 
to rezultatem jego metafizyki, o ile wnosid można deistyoznej, 
o której mówi, że zadowolnió ma żądzę poznania i jedności w tem 
poznaniu, oraz uczynić zndośó wymogom serca i stać się modłą po- 
stępowania, kryteryum ideałów i pragnień. 

Prawom serca i nabytym ideałom społecznym czyni tedy autor 
w konstrukcyi swego światopoglądu dalekie ustępstwa. W każdym 
razie opuszcza go metoda krytyczna, ilekroó z ])ola wiedzy przyro- 
dniczej schodzi do innych gałęzi umiejętności, tudzież do sfery 
sztuki. Więcej szyllerowski, niż sam Szyller, nowe kierunki, sztuki 
autor zamało odczuwa. 

OsL Ort. 



(M KRYTYKA. 

Dr. StanUlans Grabski: Der polDisohe NatioDalókonom (rral' 
Friedrich Skarbek (odbitka z Ztschr. f. Yolkswirtsehaft, SociaU 
politik imd Yerwaltiing t. VIII.). 

Autor podaje w krótkości życiorys Skarbka, obszerniej zaś 
zajmuje się rozbiorem dzieł jego „Theorie des richesses sociales" 
oraz ., Elementarne zasady ^ospodai*st\va narodowego" omawia najob- 
szeraiej. P. Gr. uwaia Skarbka za zwolennika Ad. Smitha, ale 
uwydatnia odrębności tego myśliciela, czyni go poprzednikiem 
szkół historycznej i ścisłej, które dopiero 20 lat później występują 
w Niemczech. Sądzimy, źe należałoby trochę wyraźniejszy nacisk 
położyd na pokrewieństwo z Listem, którego Skarbek był współ- 
czesnym. Monografia napisaną jest nader gruntownie i ma zasługę 
zaznajomienia niemieckiej publiczności z naszą nauką. y.d. 

Karol Kolischcr: Organizacya kredytu w Galicy i. Lwów 1900. 

W dziełku niniejszem autor ujmuje całośó stosunków kredy- 
towych G^licyi, uwzględniając kredyt udzielany przez banki i in- 
stytucye. Z konieczności pominięci zostali wierzyciele prywatni, 
których należvtości obliczyó się nie dadzą. Autor omawia kredyt 
publiczny, (lalicyjskie Towarzystwo kredytowe ziemskie, stowarzy- 
szenia zarobkowe i gospodarcze. Kasy Oszczędności , Gminne 
i po\viatowe kasy pożyczkowe. Bank krajowy, Banki akcyjne, Bank 
austro-węgierski. Oparł^^zy się na rozpatrzeniu stosunków kredy- 
towych, wytworzonych przez powyższe instytucye, autor dochodzi 
do wniosku, źe najlepiej zaopatrzone są potrzeby kredytowe wiel- 
kiej własności, jakkolwiek i tu brak kredytu uczuwaó się daje^ 
o drobnej własności pomyślano od niedawna i niedostatecznie. 
Jeszcze więcej szwankuje kredyt przemysłowy i handlowy, zwłaszcza 
drobni przemysłowcy na brak kredytu uskarzaó się mogą. 

Ciekawą i gruntownie opracowaną rozprawkę psuje preten- 
syonalny i uapuszony styl, który chwilami przypuszozaó każe, że 
autorowi język polski sprawiaó musi duże trudności. Dr. zd. 

Sewer, ,, Legenda. — Kio ona, — Euthanasya^^ Warszaira, 
Gebethner i Wolff. 1901, 

Sewer dokumentuje w tych utworach ponownie, że idzie 
z młodymi na czele swego czasu i źe treśd jego umie zabarwiać 
niepospolitym swym indywidualizmem. Utwory jego nie są ,, zwier- 
ciadłem, odbijającem drogę i przechodniów"; przemawia z nich 
dusza. Niezwykła, artystyczna. We wszystkich wymienionych no- 
welach usiłuje ona — unikając cienia dydaktyki — zjadaczy 
chleba przemieniaó w aniołów, we wszystkich ulatuje na skrzydłach 
wielkiej, metafizycznej tęsknoty w sfery nieskończoności i wieczy- 
stego piękna, nie przestając pragnąó, by ziemia, ziemia ojczyste, 
była ich odV)iciem. Kocha więc życie, miłość, entuzjazm i wysokie 
aspiracje. Kaźdem słowem policzkuje małe dusze, puste dusze, 
słabość, filisterstwo. W ,, Legendzie** ideały jego przybierają po 
stad konkretną, jasna: z oceanu czarnej kawy, cykuty i chaosu, 
w którym jednak niema jeszcze „tańczącej gwiazdy", wyprowadza 
młode dziewczę i każe jej iść między lud. Słowacki z epoki „Te- 
stamentu". Dziewczę działa cuda, jak działa je miłośd, fanatyzm 



FSRAWOZDANIA. t>5 

dla idei i wyobraźnia poety. Ta ostatnia zdziałała ich — w obra- 
zach sielanki Sewera — najwięcej. 

Walka idei i pragnień młodego pokolenia, odzwierciedlona 
w ,, Legendzie** zanadto słowami, zamało psychologia i plastyka, 
zostanie dokumentem historycznym. W przedstawieniu jej pozna- 
jemy wszystkie cechy pióra Sewera. Wiadomo jak indywidualnym 
jest stylista. W ulubionej formie dyalogów r/uca sploty duszy — 
najczęściej swojej własnej, ale z wenvą, życiem, a jak w ostatnim 
tomie: z lii*yzmem i zapałem głębo^c^o odczutym. Wznosi nas nad 
ziemię i równocześnie uczy więcej ją kochad — potęguje życie — 
jednostkowe i narodowe. 

Nie o wielu pisarzach da sie to powiedżieó... 

Lew Tolstoii Nowocześni niewfdnicfj. (Modernę Sklayen). — 
I^ipsk. Eugen Diederichs 1901. 

Nic nowego już nam zdaje się sędziwy prorok nie ma do 
powiedzenia. Powtarza się. — Gdziekolwiek spojrzymy, widzimy 
nędzę morahią i mat<'ryalną tych, których kosztem życia my, 
nie robotnicy — opływamy w dostatki i zbytki. Czemu nas to nie 
wzrusza, czemu patrzymy na to z tak zbrodniczym spokojem? Bo 
odkąd niewola istnieje — a istnieje dzisiaj gorsza, niż kiedykol- 
wiek — ludzie korzystający z niej tworzyli sobie światopoglądy 
usypiające sumienie. Takim światopoglądem jest i socyalizm. Uważa 
bowiem pracę fabryczną, nagromadzenie mas robotniczych w ogni- 
skach przemysłowych za coś koniecznego. Ale tej konieczności 
niema. Jeśli kulcura bez niej obejśó się nie może, tedy niech prze- 
padnie: y.pereat cnlinra fiat hisiitia!^' Wspólna własnośó środków 
produkcyi nie usunie złego. Kto bowiem będzie chciał podjąó się 
prac ciężkich, wstrętnych, szkodliwych zdrowiu, a zostawió drugim 
łatwiejsze, przyjemniejsze ? Przymus więc zawsze byłby koniecznym, 
a przymus to znowu niewola. Nie różni się zatem ten światopo- 
gląd w zasadzie od innych, które także przez zmianę praw 
istniejących na rzekomo lepsze chcą dolę ludzką poprawid. Nie 
jakośó praw bowiem, lecz samo ich istnienie stanowią zło. 
Prawa — to usystemizowana przemoc, podleganie im — 
to niewola. 

A przecież przemoc, przymus nie mogą byó czemś konie- 
cznem, skoro ludzie są istotami rozumem obdarzonemi. Można so- 
bie wyobrazió ustrój bez praw, bez przemocy, bez przymusu. A je- 
żeli one istnieją, to z pewnością nie dla dobra ludzkiego lecz 
w celach zbrodniczych. Oprzeó się zatem należy tej zbrodniczej 
przemocy. Jednakże nie siłą. Gdy rządy nie na własnej sile, lecz 
na wypożyczonej u rządzonych są oparte — tedy sam 
bieray opór wystarczy. Gdy nikt ani osobiście, ani przez dostar- 
czenie środków nie będzie chciał pomagaó w niewoleniu bliźnich, 
przemoc wszelka sama przez się musi ustad. — To nastąpi kiedyś 
gdy wszyscy będą pouczeni. — Ścisłością loiczną i naukową nigdy 
prorok rosyjski się nie odznaczał, o sprzeczności w swem rozumowa- 
niu nigdy nie dbał. Ale szarpał nielitościwie uśpione sumienia. 



(iti 



KRYPTY K A 



bo gniewna ręka jego zdzierała gwałtownie dyskretne zasłony 
z chowających się \V8tydUwie obrzydliwości ludzkich, bo z słów 
jego bił święty ogień wewnętrznej prawdy. Gromki głos starca 
słabnie jednak. Żelazne prawo czasu odbija się na tym praw że- 
laznych wrogu. ^. l^yt- 





Od wydawnictwa. 

Nawal zajęć, towar syszących przeniesieniu pisuia do Liaowa^ 
nie dozwolił liedakcyi wprowadzić w życie wszystkich tdepszeń 
i nowych rubryk, prospcktton zapowiedzianych. Będziemy się jednak 
usilnie o nie starali^ co przyjdzie nam Łrm łatwiej, że zapewniliśmy 
sohw stale współpraco wnictwo bardzo wybitnych sil publicysty- 
cznych i naukowo-literackich. 

Następny zeszyt „Krytyki'^ wyjdzie Ki luteyo. Prócz wielu 
prac ffTzyrzeczouych, posiadamy już w tece: niedrukowane utwory 
Zyymunto. Krasińskteyo, poezye MirandoUiy Orkaua, Ferzyriskieyo, 
Staffa, no ioelle E.r terasa, Sewera, Ntemojewskieyo, M. Szukiewicza. 
rozprawy naukowe dra Zofii Dasz yYiskiej' (Mińskiej, K. R. Żywi- 
ckiogo, WhuL iStudntrkieyo, estetyczne — Ostapa Orwida, nader 
zajmującą rzrcz o yfGermauizacyi jrrzoz Kaściól" w Prusicch, o sto- 
sunku sncyalizmu do patryotyzmłf etc. 

Szait, premimerntorów prosimy n uti^iciotU: laleyłości / żywe 
poparci-e naszych imlowiiu. 




o 



') V V \ . 






\ •. ( 






■ •. •7.-'! -•.•^4.. •■-■■.>, .Ń,.*^^'. 



V>-» <•_';"'■ » 






*/Av. 



Odpowiedzialny redaktor i wydawł-a Wilhelm Feldman. 



Z Drukarni ., Słowa l*olskiego" pod zarządem Z. Hałacińskiejjfo. 



DOM BANKOWY I KANTOR WYMIANY 

Wc Lwowie, ul. Hetmańska I. 12. 



56KAL i LiLIENfr 



mmm 






kupuje i sprzedaje listy zastawne Towarzystwa kre- 
dytowego, galie. Banku krajowego, jakoleż obllga- 
cye komunalne 0anku krajowęgo i oblig. pożyczki 
krajowej, wszelkie rgnty. losy rządowe i prywatrie. 
akcye kolejowe i obligacye pierwszeństwa, również 
wszelkie monety krajowe i zagranicine. pod naj- 
korzystniejszeini waru ikami. 

Przyjmuje za mierną prowizyą wszelkie 

zlecenia, wchodzące w zakres interesów 

bankowych. 

ZiecBDia z |)rovinc]|i wylioauje sl^ Jak DajryctJflJ. 



STANISŁAW ^^^ m 
PRZYBYSZEWSKI 

2 cyklu Wigilii ?. n-fiunltami W. Wyspiań- 

fikicgo, K. -ź-- 
Dzieci szatana, i.owieśrf, Kor. 4.— 
Dla szczęścia, dramat, Kor. 2.— 
Homo sapiens, Na rozBtajii, Kor. ;!.Wi 
Homo sapiens. l''> <lro(lzc, Kor. ;i.60 

l*od praM^: 

Homo sapiens W Mal^tromic, Kor. UMO 
Taniec miłości I śmierci : „Po złote runo". 
„Goście", .iSynowle ziemi". 

Wydawnictwa Księgarni Polskiej 

wg Lwowie. 






d7a wszysłicie 



bez wyjątku pisma codzienne miejscowe, zamiejscowe, wiedeńskie, 
zagraniczne, tygodniki, ilustracye artystyczne, pisma literackie, hu- 
morystyczne, mod3% żurnale, przyjmuje prenumeratę z dostawą 

. w miejscu lub wysyłką na prowincyę 

pocenach redakcyjnych 

Ajcncya dzienników i ogłoszcń 

Sokołowskiego we Lwowie 



POLSKIE TOWARZYSTWO NAKŁADOWI 



•^ 

A 

^ 



we Lwowie 
StowanytMBłe ur0]«itr«waiie i ogr nleioną perską 

(Lwów. iilicn Św. Zofii li Ci 

wyclnlo dolycłiczłłH nast<»i>njjłce cly.iolfi 
do nabycia we wszystkich księgarniach 

W. 80MBART: Soc\'alizm a ruch społeczny w XIX. w. 

cena kor. 1.20 

M. ZYCH: Rozdziobią nas kruki wrony cena kor. '^^\0 

W tych dniach wyjdzie: 

ED. BERNSTEIN: Zasady socyalizniu i zadania socyal- 

nej demokracyi. 
W TOWARZYSTWIE DO NABYCIA UDZIAŁY PO 50 KORON- 

fttatnt wysyła aclmijiistracya iia >5i>tlaiiie. 



WIADOMOŚCI ARTYSTYCZNE 

pismo poświęcone muzyce, teatrowi, literaturze i sztuce 

wyohodzi 1. lO. 20. każdego miesiąca we Lwowie, 

Prenumerata wraz z 'lodatkami muzycznymi i artystycznymi wynosi: rocznie 10 kor. : półrocznie pięć koron 

kwartalnie trzy korony. Numer pojedynczy 50 gr. 

Administracya WIADOMOŚCI ARTYSTYCZNYCH po.średnioBy w nabywaniu muzykaliów nutowych 
i książkowych, dając odbiorcom swoim 10 procent rabatu. Podojmoje sio kopiatnry nut i dru- 
kowania nut sztychowanych lub autografowanych. 

Udiiela informacyi co do nabywania instrumentów muByczuych W8zelkiep:o rodzaju, wogóle in- 
fonnnje we wszy&tkich kwestyach tyczących się muzyki in.strumontaluej i wokalnej. Na odpowiedź 

nalety przesłać odpowiednią markę pocztową. 

Adres Redakcyi ł Administracyi : Lwów, Akademicka I 22. 




Obrachunek. 



IteJakoya „knryora warszawskicjro" urządziła z koucem ubie • 
gtego roku głoso\s*anie w sprawie cywilizaoyjutgo dorobku Polski 
w wieku (Iziewii^tnaHtym. (jlosowauie uie powszechne, leoz groua 
wybranych, kuryi wielkiej włosDOŚoi umysłowej, reprezeutantów 
duoha. Uozeni, literaci, arty^ni mieli rozatrzygnąó ^konkurs atu- 
leoia"; w myśl inicyatoniw Kamierzał on ,,dokoDa(5 próby zebrania 
wiadomości, które z dzieł XIX w. dzisiejsi przedstawiciele twór- 
czości umysłowej uważają za wiekopomne. Winc i-aozej próba 
charakterystyki dzisiejezyt-h upodobań i poglądów, dokonywana 
na pomnikach twói-ozości nbicgiego stulecia, niż próba wymie- 
rzania objektywnego wartości tych pomników i ich twórców". 

Konkursy podobne za pranicą nie należą do rzadkości. Lu- 
bują się w nich szczególnie Anglicy. Z kilkukrotnych ich konkur- 
sów pamiętam rezultat, że jedynemi dziełami piśmienniozemi, 
które przetrwaj-; wieki, są: biblia, Homer i oczywiście Szekspir. 
My nie jesteśmy Anglikami — i mieliśmy wycisną<< stempel nic- 
śmicrtclności, ,wiekopomności", na większej liczbie dziel: na , po- 
mnikach" au-ojskiej astronomii, swojakicj biologii, aroIiitektun% 
ekonomii. 1 arystokratyczne referendum przemówiło. 

Czołem przed areopagiem i iiwieńczonemi przezeń dziełami. 
Czy nie zboczył on zanadto od linii, którą w sądzie o Ii' wieku 
Itgdą kroczyły wieki przyszłe -- teraz oczywiście wiedzieć^ niepo- 
dobna. Odyby n|>. z końcem sied mas tego wieku ktoś roz- 
pisał był w Polsce koukui-s dla ocenienia ogólnego dorobku cywi- 
lizacyjnego narodu, nikt prawdopodobnie nie byłby do ..pomni- 
ków" naliczał Kopernika, Długosza, Modrzewskiego. Czy i dzisiaj 



r.s KKYTYICA 

nie pominięto ludzi te^o pokroju — kto powie... Może nauka 
usankeyonuje kiedyś teorye o czwartym wymiarze, medyumizmie — 
wówczas mężem pomnikowym bodzie Ooliorowiez ; są ludzie, którzy 
dotąd wierzą głęboko i zbożnie w Towiańskiego... Może kiedyś 
naród zatęskni do owycli czystych, ewangelicznych sfer duclia, 
w których w ostatnich czasach życia przebywał Mickiewicz i Sło- 
wacki, ci zostaliby wtenczas nie ,,poetami'*, ale największymi pro- 
rokami nowoczesnymi... To jest pewnikiem, że referendum spra- 
wdziło znane teorye socyologiczne o tłumie: że jest wyrazem prze- 
ciętności narodowej. I duch ten przeciętności wymienił naj- 
wyższe swe inkarnacye. 

Żałuje , że dla braku miejsca nie mogę uwieńczonych na- 
zwisk wymienió; najważniejsze będą okolicznościowo przytaczane. Tutaj . 
chodzi mi o w v mowę tvch nazwisk, o znaczenie największych 
tych matematyków, przyrodników, lingwistów, archi t(»któw, artystów 
polskich dla nas i dla świata. 

Postawmy kwestyę odrazu na właśriwym gruncie. 

Jeden z francuzów zestawił kilkanaście nazwisk swvch roda- 
ków, żyjących w drugiej połowie ostatniego wieku (Taine, Kenan, 
Berthelot, Qiiatrefages, KI. Bernard, Charcot, Pasteur, Wiktor 
Hugo, Goncourtowie, Zola etc.) i powiedział: gdyby ci wszyscy 
ludzie nagle zgaśli — byłoby w Europie ciemno. To samo po- 
wtarza o swoich wielkich ludziach szowinista Anglik i szowinista 
Niemiec. Teraz zapytajmy : coby było, gdyby wiek dziewiętnasty 
nie był widział grona osób, uwieńczonych na naszym konkursie ? 
Zdaje mi się, że każdy człowiek, mówiący ze zrozumieniem i dumą : 
hotno sami korzący się przed geniuszami i czczący w nich jedyne 
gwiazdy na niebie dziejowem, powiedziałby: brak mi na niebie 
tych gw^iazd, które noł?zą miano Mickiewicza, Słowacki(*go, Cho- 
pina, Moniuszki, Matejki, Grottgem, C/helmońskiego... brakuje mi 
nareszcie Śniadeckich, Wróldewskiego... jeszcze dwóch... trzech... 
wielki koncert cywilizaeyi świata uboższy jest o kilka tonów... 
Zresztą? zresztą?... 

W rozwoju nauki, techniki, obyczajów, oświaty, dobrol)ytu, 
wogóle kultury, wiek XIX więcej uczynił postępów, niż przed 
nim kilkanaście wieków ery chrześcijańskiej razem wzi(^tyrih. I oto, 
streszcza Waliszewski, cisną się znowu do pamięci naszej wielkie 
imiona i wielkie daty. Humboldt, na progu stulecia obejmujący 
okiem całokształt przyrody; nieco póz'niej Dayy obok Rerzi^liusa, 
wynajdujący nowe zastosowanie elektryczności ; Watt z Lebonem, 
zapalający gaz w latarniach ; tenże Watt z Fultonem, l)avsonem, 



OBRACHLTsT.K. 09 

Stephensonem, Seguiuem, zamykający parę w kotłach ; Mors po 
Oerstedzie i Ampcrzc, «okryAvający lądy i morza siecią drutów, po 
których pędzi myśl nasza; dalej jeszcze, w drugiej połowie wieku, 
za Ruhrakorffem fldison, siła, światło, ciepło, dobyte z okruchu 
miedzi, uwięzione w okruchu węgla : i jeszcze fotografia i jeszcze 
fonograf i jeszcze chemia, wcielona do przemysłu j)racami Th^- 
nardea, Chevreuila, Pasteura; i dalej, dalej ciągle wspaniały ro- 
zwój nauk biologicznych, z Darwinem, Pasteurem i ich następcami 
na czele"... 

To tylko dział: nauki ścisłej i stosowanej. I inne kategorye 
wiedzy przebyły w wieku XIX rewolucyę i wznoszą się do nie- 
bywałej przedtem świetności, ujmują swój przedmiot badan v ramy 
i prawa umiejętności pozytywnej : nauki humanistyczne, historya, 
sztuka, nawet krvtvka literacka. Potem „królowa nauk'* : od He- 
gla do Spencera, od Comt'ea do Nietzschego... Wzbogacił się duch 
ludzki, wyzwolił z mnóstwa oków, rozszerzył, a mimo mnóstwa 
atawizmów ku barbarzynstNni postępuje powoli po stopniach dra- 
biny rozwojowej coraz wyżej. Charakteru XIX stulecia nikt nie 
określił tak dobrze, jak Bolesław Prus, który za najcenniejsze jego 
zdobycze uważa: ..zniesienie poddaństwa w całej Europie. Po- 
wstanie 8pra\vy robotniczej i kwestyi równouprawnienia kobiet. Ro- 
zwój dobroczynności publicznej, który się wyraził w opiece nad 
podrzutkami, kobietami upadłemi, rannymi, więźniami, w opiece 
nad zwierzętami itd. KozpoNNszechnienie oświaty. 

Os>vobodzenie (jrecyi, Włoch, kSerbii, Rumunii i Bułgaryi. 
Wielkie wynalazki techniczne, a w ich rzędzie zastosowanie ma- 
szyny parowej i puszcisenie w ruch : warsztatów robotniczych, wa- 
gonów i okrętów. I wogóle wszystkie reformy i odkrycia, które 
wzbogaciły umysł ludzki, uczucia ludzkości i energię**. 

A teraz zapytajmy: ile w tym dorobku jest polskiego mózgu, 
polskiego trudu, polskiej ręki ? 

O, nie wpadajmy z ostateczności w ostateczność, w pesymizm. 
D o p e 8 y m i z m u powodu nie ma. Człowiek, który musi wśród 
wTOgów walczyd o życie, dokazuje juz dośó dużo utrzymując się 
przy tem życiu — o zdobyczach myśleó mu trudno. A my nie 
tylko żyjemy, lecz w koncercie ogólno-cywilizaoyjnym udział b i e- 
rz emy. Słychaó nas donośniej, dzielniej, niż wszystkie inne narody 
słowiańskie, mające cały aparat samodzielności państwowej, bez 
którego wszechstronny rozwój sił jest niemożliwym. Ale właśnie dla- 
tego, że na punkcie zdolności polskich i możliwości ich rozwoju nie 
jesteśmy pesymistami, musimy zapytiic : czy konkursowy szereg na 

I*- 



70 KRYTYKA. 

zwisk jest istotnie „pomnikowy", „wiekopomny" i na szali kultury 
ogólnej — po za twórczością naszą artystyczną — dużo waży ? 

Nie zrzucajmy całej winy na fakt niewoli. Tuczą się pol- 
skiemi pieniądzmi niemoy i nie chcą Poznaniowi daó uniwersy- 
tetu; . zmoskwiciła Rosya szkoły polskie a za pieniądze polskie 
urządza politechnikę rosyjską — wszystko to prawda. Ale po za 
działalnością na katedrach^ w laboratoryach i w kancelaryach rzą- 
dowych istnieje rozliczny jeszcze szereg czynników, przyspieszają- 
cych lub tamujących rozwój cywilizacyjny. W pierwszym rzędzie 
decyduje duch narodu. Stopień jego kultury umysłowej i mo- 
ralnej, atmosfera sprzyjająca celom idealnym, duchowym, lub niskim, 
grubo- utylitarnym; potem dopiero następuje kwestya warunków ma- 
teryalnych. W tej dziedzinie panuje autonomia, rozległe pole czynu 
i pracy, dostępne woli zbiorowej i inicyatywie prywatnej. Wielcy 
myśliciele i wielcy wynalazcy, pedagogowie i bohaterzy, wyrastają 
w zależności od formacyi moralnej , umysłowej i ekonomicznej 
.swego społeczeństwa — gdzież są oni u nas? 

Mało ich — bo formaeyą ta w społei^zeństwie polskiem 
mało sprzyja kulturze... 

Brak nam warunków ekonomicznych. HoeflMing w swojej 
„Hist. filozofii nowożytnej" powiada, że naukowy, „mechaniczny po- 
gląd na przyrodę zawdzięcza swój rozwój kwitnącemu stanowi p r z e- 
mysłu w miastach włoskich... Władcy, pragnąc sobie zapewnid 
środki potęgi i przepychu, musieli popierać rzemiosła i rękodzieła, 
siła zaś osobista i energiczna samowiedza mieszczan ujawniały się 
w gorliwej i roztropnej działalności na polu przemysłu i wynala- 
zków technicznych. Praktyczne stosowanie sił przyrody pomnażało 
wiedzę o sposobach ich działania i musiało budzie chce odkrywa- 
nia praw, którym te siły podlegają. Wystąpienie takiego Leonarda 
da Vinci lub Galileusza może bve zrozumiałem tylko w związku 
z przemysłem włoskim..." Lecky zaś we wstępie do ,. II ist. oświe- 
cenia w Europie zaznacza również, że ., handlowy i municypalny 
duch wykazuje pewne tendeneye umysłowe, pewne sposoby wnio- 
skowania, pewne sympatye i antypatye, któn* go stanowczo ]>rą 
ku określonemu rodzajowi poglądów. Poj)iera^? zajęcia, wytwarza- 
jące owego duelia, znaczy popierać^ poglądy, które mu są najbliższe". 
My jednak odpowi(*dniego podścieliska ekonomicznego ni(»]>osiadamy. 
Nie łudźmy się: to troclu* wielkiego przemysłu, które w Polse(» istnieje, 
przeważnie w Królestwie, znajduje się głównie w rękach .J^odzer- 
menschów" rozmaitej kategoryi. ^^'a ogół j(^st społeczeństwo rolni- 
czem, a rolnictwo wyższemu rozwojowi kultury nowożytnej nie 



OBRACHUNEK. 71 

sprzyja; feudalna rezydowała w zamkach — dzisiejsza tylko w mia- 
stach. A im powolniej Polska się uprzemysławia, tem smutniej dla 
jej dorobku kulturnego. 

W związku z niższością ekonomiczną pozostaje niższość stanu 
oświaty, szczupła liczba jednostek wykształceńszych, mających jakieś 
potrzeby duchowe. A im wyższy — mówi Riehl — jest cokół, tem 
wyższy bodzie wieńczący go pomnik. 

Smutne są warunki wrobienia się podłoża rozwojowego, nie- 
mniej smutne — wyrobienia się jednostek wybitnych. Społeczeństwo 
nie buduje cokołu, równocześnie utrudnia coraz bardziej wybujanie 
niezwykłych indywidualności, niosących w swem łonie dobro i za- 
sługę talentów. 

Przejrzyjmy uważnie listo najzasłużeiiszyoh w narodzie, wy- 
różnionych na „konkursie stulecia", a ciekawe spostrzeżemy fakta. 

Oto na liście wielkich i najzasłużedszych, ustalonej z pewno- 
ścią nie przez demagogów, brak prawie w zupełności... arystokra- 
cyi. Jaśnieją na niej trzy tylko nazwiska arystokratyczne (Krasiń- 
ski, Cieszkowski, Fredro ; w dalekim doj)iero rzędzie figurują Tarno- 
wski i Rzewuski) — to na pretensye tej klasy i wpływ jej faktyczny 
trochę zamało. W Anglii, w Węgrzech, w krajach, gdzie arysto- 
kratyzm zachował jeszcze odrębne wysokie stanowisko, żyje on ży- 
ciem narodu, czuó go dobroczynnie w nauce, sztuce, przemyśle — 
u nas ^panowie" w tych dziedzinach nie figurują; umysłowośó 
polska XIX w. zawdzięcza im bardzo niewiele. 

A komu zawdzięcza ona najwięcej? 

Trudno powstrzymać zdumienie. Oto rezultat konkursu mię- 
dzy największymi historykami wymienia Lelewela, Szajnochę ; po- 
dług niego — największym bibliografem : Estreicher ; najwięksi 
językoznawcy polscy: Linde, Baudouin de Courtenay ; największym 
etnografem Kolberg ; między estetykami mamy : Kromera, Klaczkę, 
między reprezentantami nauk społe(»znycli: Helcia, Gumplowicza; 
w matematyce: Hoene-Wrouskicgo, w fizyce: Natansona; najwięksi 
polscy malarzi? : Matejko, <!r()tt.ger; największy muzyk: Chopin. 
Najbardziej „sarmackim" między poetami jest W. Pol (von Polilenburg). 
Jednem słowom, miedzv naszymi największymi mamv OŁrromna 
liczbę ludzi, „którycli same nazwisko — jak się kiedyś wyraził hr. 
Tarnowski o dr. Biegoleisenie wskazujo, ze nie sji naszymi"... 
I ci Judzie, których dziadowie w wielkiej ozę.śei nie umieli po 
polsku, ludzie ci wyrastają na przewódecSw nmysłowośei polskiej, 
te .,obce żywioły" są często wyrazami najgłębszyi^h tajni duszy na- 
rodowej, ratują sławę Polski, gdy chodzi o „konkurs'', o kwintę- 



KUriYKA 

seucye stulecia. Jakiż to kłam dla teoryi rasowośoi, jaki policzek 
dla szowinizmu, jaka przestroga ua przyszłośdl W przeszłości po- 
siadał żywioł polski siło asymilacyjną tak potężna, że przygarniała 
do łona elementy obce i na sw^ieży ich grunt przeszczepiała naj- 
bujniejsze swe uczucia i myśli. Teraz — czyż siła owa asymila- 
cyjną jest jeszcze tak wielką ? Czy usposobienie narodu temu pro- 
cesowi sprzyja? Dotykamy tutaj kwestyi owej ..atmosfery" moral- 
nej i duchowej... 

Id^my dalej. 

Jeden szereg zasłużonych — to „obce żywioły", a skąd re- 
krutuje sic reszta? 

Przed kilkunastu laty próbował Bron. (Chlebowski podad 
„geografio umysłowości polskiej". Kwestyo to roztrząsał pobom 
„Głos", który przyszedł do przekonania, że „wszyscy prawie wy- 
bitniejsi przedstawicielo piśmiennictwa naszego pochodzą z ziem 
kresowych, bądź to w znaczeniu dawnjfch granic politycznych, 
bądź w znaczeniu etnograficznenr*. Żywioły takie - niówio od 
siebie — są rzadko „rdzennie narodowe". Miedzy „naj większy mi"* 
neszego konkursu takie żywioły kresowe są bardzo licznie repre- 
zentowane. Otwierają je „litwini:'* Mickiewicz, Moniuszko; do 
„kresowców" zostali zaliczeni przez „Głos": Słowacki, Sienkiewicz, 
Chmielowski, Świętochowski, Prus, Orzeszkowa, Konopnicka, Kra- 
szewski, Jeż, J. K. Potocki — nazwiska „pomnikowe". Ówczesne 
swoje rozpanii(;tywania zakończył „Głos" konkluzyą : .,Zywioł pol- 
ski tam, gdzie występuje w jednolitej masie pleraiennty, w swoich 
siedliskach gniazdowych, zużył już w znacznej części zapasy ener- 
gii duchowej, wyjałowił sio umysłowo. Byłby to wniosek rozpa- 
czliwy, gdyby nie okoliczność, ż(» życie intelektualne narodu ogra- 
nicza sio u nas do pewnych warstw tylko". Dotykamy znowu 
kwestyi „atmosfery'*. Zycie intelektualne narodu ogranicza się do- 
tąd do pewnych warstw tylko, jednakowoż dzięki prądowi demo- 
kratycznemu wysuwają sio z dołu coraz liczniej jednostki utalen- 
towano, j>ełno świeżych soków i niezużytoj energii, i zastępują 
„żywioły wyjałowione". Tak — ale wśród jakich trudności, w jak 
ciężkich warunkach ! Xaiżvwotni(?iszvm interesem narodovvvm bv- 
łoby przygarnianie owych nowych ludzi, otwieranie im na oścież 
podwoi — a w rzeczywistości? W rzeczywistości „nowi ludzie^* 
nigdzie w Europie nie mają drogi przed sobą tak hojnie kol- 
cami usłanej, jak u nas. Przejrzyjmy listo naszych laureatów — 
])rzemieni się ona po największej części w listo martyrologii. W ża- 
dnym narodzie wielcy jego poeci, arlyści, uczeni nie wah^zyli 



OBRACHUNEK. 

tak krwawo o uznanie, stanowisko, chleb, jak u nas. Niektóre 
karty naszej umysłowości łzami są pisane. Mickiewicz juź po 
napisaniu „Pana Tadeusza" cierpiał ostateczną nędzę; Słowacki 
przez całe życie był zapoznany; Matejce-uczniowi kazano malowad 
szyldy; Lelewelowi wytykano niemieckośd; on, Kraszewski, Jeź zo- 
stają do dziś dnia pod wielką klątwą ofioyalnyoh przewódzców na- 
rodu; genialni Podkowinski, Kurzawa niszczyli w rozpaczy swe 
arcydzieła itd. A ilei geniuszów sio zmarnowało, z ilu skrzydeł, 
któreby się potem wzbijały pod niebo, powyrywano pióra do 
„kancelaryj", z ilu skrzydeł porobiono miotełki! Najohydniej, naj- 
Bmutniej zapisuje się na kartach dziejowych w tym kierunku Ga- 
licya... Ta ma swobodę polityczną, Polakami rządzą Polacy, i jak 
ułatwiają oni owym „niższym warstwom" podnoszenie swego poziomu 
duchowego, a zdolnym jednostkom, szanującym swą niezależnośó 
umysłową — rozwój, twórczość, działalność kulturną? Czy mamy 
przypomnieć owe talenty wyjątkowe^ które rządzący krajem i wszyst- 
kiemi instytucyami Polacy odtrącili? Zbyt żywo tkwi jesz- 
cze wszystkim w pamięci bezprzykładne usunięcie z katedry 
w Krakowie postawionego obok Lindego europejskiej sławy ling- 
gwisty, prof. Baudouina de Courtenay, zbyt żywem jest wspomnie- 
nie prof. Zródłowskiego we Ijwowie i Lutosławskiego w Krakowie, 
aby potrzeba było innych jeszcze przykładów. A jest ich niestety 
aż nadto dużo: ileż mamy znakomitośoi tej miary, co Mikulicz, 
prof. Gumplowicz, śp. Abakanowicz, którzy Galicyę musieli opu- 
ścić i dopiero na obczyj^nie doczekali się uznania! Garstka zas 
prawdziwych uczonych, łączących z szeroką wiedzą myśl niepodle- 
głą, na jakież u nas nie napotyka trudności i przeszkody w swych pra- 
cach... Skarżył się na nie gorzko największy nasz fizyk prof. Wró- 
blewski, boleśnie je odczuł znakomity anatom, Teicliman, gdy go 
usunięto z przewodniczenia Akademii Umiejętności, (był protestan- 
tem!), aby zrobić miejsce hr. Tarnowskiemu. Na uniwersytetach 
profesury stają się bardzo często sposobami uposażenia synów 
i zięciów profesorskicli, szukających wygodnych synekur lub ła- 
twych stopni do karyer politycznych — uznany zaś za najwię- 
kszego dziejopisa polskiego Korzon, za najlepszego znawcę litera- 
turj' Chmielowski — katedr nie mogą się doczekać; bo jakże za- 
proponują ich do katedry (jisami ludzie , którzy Korzona 
i CfamielowskicŁCO nie raczyli dotąd zamianowa<^ zwyczajnymi człon- 
kami jedynej polskiej akademii umiejętności, gdzie tyle zasiada 
miernot ; cisami, którzy tego moralnego uznania odmawiali też 
najzasłużeńszym naszym etnognifom : Kolbergowi, Kopernickiemu... 



74 KRYTYKA, 

Smutna ta kronika ciągnie się w uieskończonośd. Oto przez ta- 
ohowoów wymieniony, jako najlepszy matematyk polski, Folkierski, 
słynny przji^m inżynier, nie mógł ue Lwowie osiągnad katedry 
na politechnice ; gdy starał sio o posadę przy budowie wodocią- 
gów we Lwowie — p. Ilochberger odmówił mu kwalifikacyj nau- 
kowych; obecnie „najlepszy matematyk polski" jest — dyurnisttł. 

W którem jeszcze społeczeństwie są fakta tjikie możliwe? 

Możliw^^ są tylko w naszej atmosferze, gd.ńe myśl naukowa, 
myśl wolna, wogóle myśl jest grzechem, gdzie nie nastąpiło do- 
tąd wyzwolenie jej z pod jarzma autorytetu, co jeet pierwszym, 
nieodzownym warunkiem postępowego rozwoju. Dla kalita maury- 
tańskiego był atrament uczonych droższy, niż krinv świętych; naj- 
dumniejszy z królów schylał sie aby wielkiemu malarzowi podnosić 
pędzel; u nas źródłem wiedzy — kronika dziennika, źródłem roz- 
koszy artystycznej — piśmidło humorystyczne. Przypominają sic 
gorzkie słowa, które swemu społecz(»iistwu rzucił zmarły niedawno 
zacny i uczony Wł. Kozłowski. ..Na potrzeby nasze umysłowe — 
skarżył się boleśnie — wystarczy nam najzupełniej zdawkowa mo- 
neta tradycyjnych wierzeii i utartych zapatrywali i nie pojmujemy 
nawet, jak można sobie łamad głowę nad czemś, co nie przynosi 
żadnej korzyści, któraby od razu dała się zrealizowaó. Słabem tylko 
echem odbijają się o nasze piersi odgłosy walk, staczanych przez 
ludzkośó w imię prawdy, dobra i piękna. Ani jej klęski ani po- 
wodzenia pod tym wzglę<lem niezdolne są wyprowadzić nas z obo- 
jętności, ożvwi(! noweini nadziejami i do nowyoh usiłowań zache- 
oió. Powtarzają*^ z l.)ezmyślnośeią zniedołężniał<*i^o starca: niech 
będzie, jak l)ywało! — znosimy apatycznie wszystkie biedy i cier- 
pienia z naszcy nieporadności wypływająłu* i wtedy tylko unosimy 
się gnicłwem i oburzeniem, gdy ktoś pow(»/mie zuchwałą myśl wy- 
prowadzić nas z wygodnej drzcMuki, błysnąwszy prze<l oczyma ja- 
kąś nową prawdą, wygłosiwszy przed nami jakieś nowe* hasła! 
Wtedy doj)iero udowadniamy, że posiadamy olbrzymi zasób energii, 
wystarcząj:iey na to, i)y z^^nicśó wszystko, <'<) zakłóca nam spokój 
moralny, co budzi do nichii i każe iśc' z postępem czasu*'. 

,./yj<łmy — ))isat dalej śp. Kozłowski — wyłącznie teni tylko, 
co nam sie dostało dziedzi(Mwem i>o naszych oica<'h, których sława 
szczycimy sie, ])owtar/aiae z duma nazwiska: Micki(fwicz<>w, Sto- 
wackich, Krasiiiskich, L(;lewel()W, Sniaileckieh, Libeltów — jakkol- 
wiek sława ieh staje sie za wielkim ciężarem na naszi* barki. 
lVzygnęl)ia nas ona i»na i u))okarza a w t(*m upokorzeniu nie 

wielką dla nas jest poeieciia, że w malarstwie i nmzyce posiadamy 



^■b £■' 


"" :.ińiif^«- 









OBRACHUNEK. 



75 



mistrzów, którzy si(^^ uieszą iiziiuDioin i-ałcgo świata. Muzj^ką i ma- 
liiratWNn naród żyó nie może I" 

DBS to myślałn jioctka, kiedy piHuła : 

liiidy Kiij k(Hly4 )>rit łiilii nii^ituą, 
8/.uniein ich wzbiera dziejowe tętno, 
Xad żaglem trze»zuzii niiiszly ]>rzef;nilf, 
To tylko żyje, co żye ma sita... 
A nam tymeza.5ein mtynck na strudze 
Obraca plewy swoje i cudze... 
(lónj mielizny! 

..Że pruy takim nastroju umysłów — pisał KoKłowsUi — nic 
niosła w naszym narodzie wznieśt? się oświata do tej wysokości, na 
jakiej stanęła na zacliudzie — łatwo zrozumieó".., 

1 — dodajmy — łatwo też zrozumiei?, czemu „konkurs stule- 
cia" wypadł tak ubogo, dlaczego naaza kultura jest słabem odbi- 
ciem obcej, rozjaanionein tylko kilkoma nazwiskami przeważnie ar- 
tyiityczuemi. Brak nam poil^eieliska ekonomicznego, brak klasy, 
wydającej zwykle najwięcej pracowników umysłowych, warstwy panu- 
jące wyjałowiły się, ale kurczowem trzymaniem się uładzy i siłą 
bezwładności przygniatają wszystkie iiuie żywioły i talenty, rwące 
się do służby publicznej, bmk więc warunków tlo rozwoju mas 
społecznych, oraz wybitnych jednostek. Przeszkody — to więc 
głównie natury moralnej, społeczn(;j i politycznej. 

Smutny to obniciiunek, ale rozpoznanie, do którego pmwadzi, 
nie jest bynajmniej ."Uiutiie. Owszem, wynika z niego jidno tylko, 
wielkie, niezachwiane, i)roinieiiiami swymi sięgnjąee dziedziny tak 
moralnej, jak i społecznej i jiolitycznej, miłością ludu i czcią dla 
wielkioli indywidualności ogr/ane : lafn/rniiins... Nu jeilnustkach 
genialnych, na talcnłiieii niezwykłych, narodowi polskiemu nigdy 
nic zbywało ; hrakołłiitu mu tylko atmo.sfiTY, hrukuwato ..cokołu'", 
aby stanęły na wyżynie pomnikowej. \ więe IdlitireniiHf... 




ZYGMUNT KRASIŃSKI. 



WANKANA 

Śpiew skaldyczny ^). 

Czy widzicie te okręty ukazujące się w dali? już minęJy 
wyspy Giergfulę i Sk(3r; wstępują w święty port Thorlaks- 
kweuu; łagodny wietrzyk pędzi je ku wnijściu zatoki. Rufa 
ich znowu przecięła fale matki — ojczyzny mężów północy. 

(■o to za wojownik o pięknych jasnych wł0vsach'? to Ma- 
kajor, świetny Makajor, syn hrabiego .Jugolfa. Jakiś ty dumny 
z swej młodości i z swego piękna I Miej baczność na śmierć... 
Freja, bogini zgonu, unosi się nad twą głową ! los, niezłomny 
los, wydał wyrok ; nawet sam Thor nie mógłby cię ocalić. 

Na szczycie skały znajduje się Wankana, najpiękniejsza 
z niewiast, zrodzona ze krwi wielkiego Murdena, przezwanego 
walecznym; jej kibić jest smukła jak maszt barki, jej oczy są 
tak piękne jak oczy foki... Kogo ona wygląda? Makajora, bo 
Makajora kocha. I^odobną jest do jednej z tych świetnych 
Walkiryj, które stanąwszj' na szczycie kii)iącej Ilekli, patrzą 
inelancholijnem okiem na bolesny przewrót w naturze i mówią: 
Odynie, co zrobiła ci nieszczęsna Irlandya? Potężny obrońco 
dzieci północy, zlituj się nad wys|)ą (iórl 

Skaldowie! skaldowie! święcri poeci, słuchajcie Wankany; 
ona śpiewa; słuchajcie córy Olweru, ona wi(»lbi w swych sa- 
gach wielkie czyny naszych wojowników ; i jej słowa mkną po 
gładkiej powierzchni w(m1 i idą pieścić głębie grot Sklafandz- 
kich. Słuchajcie. 

„Oto wraca wi(»lki zwycięzca Norwegczyka; i jego statek, 
podol)ny do olbrzymiego wieloryba, przed któryrn ucieka rybak 
wyspy (Jór, 1)0 Jednyju i'uchem swego ogona strzaskali)y kruchą 
łódkę, zdaje się lecieć po północnym Oceanie. 

* Z nioznaiiych utworów [)()ctv. Drukowano w ,,Anualos ronianti«jU(*s". 
J'aryż, 1S30, u L. Janota, str. 20 :U. 



WANKANA. 



/ i 



vSławłi wyspie Gór! shiwa zahartowanym synom Irlan- 
clyil inny syn niósł sławę jej imienia za morza. Srogi Hakien 
widział spadające pod mieczami naszycłi wojownilców głowy 
swycli dzikicli żołnierzy, i jego usta drżące szeptały jeszcze 
przekleństwa na wojowników Galdbringi... Sława Makajorowi! 

„I Fingal nawet, na swej arfio eolskiej, śpiewał w głijbi 
swycii grot ulubionych sławę imienia Makajora! 

„Czy widzicie na pokładzie niewolników w łańcuchach? 
Oni zostaną przyniesieni w ofierze Freji; ich krew zadowoli 
jej dumę. Czy widzicie głowy nieprzyjaciół, którycli on zabił? 
towarzyszą mu jako krwawe trofea. Cześć, cześć Makajorowi !'' 

Ale zaledwie dziewice przestały, aż powietrze gwałtownie 
wstrzęsło się; to mystur, to wiatr i)ółnocny z strony Grenlan- 
dyi: jego tchnienie złowrogie jest zwiastunem zgorui. Straszny 
Wughottur sam roznosi wszędzie swe ognie niszczące ; olbrzy- 
mie góry lodowe przybyłe z krańców mórz, gigantyczne masy 
raz wznoszące się jak ogromne piramidy, drugi raz podobne 
do pałaców bóstw hyperborejskich, okrywają wybrzeża sweini 
niebezpiecznemi resztkami.... O niesłychany cudzie! gwiazda 
dnia mnoży się... trzy słońca oświecają nas, a jednak ich pro- 
mienie blade i wątłe nie dają więcej ciepła jak śnieg lodowca 
Aamasu. Wulkany kipiącej wody wyr/.uciiją w tysiącu stru- 
mieni płyn przygotowany przez samego Thora i niosą śmierć 
mieszkańcom wód jeziora l^anger-Watn... I^odziemne grzmoty 
zwiastują obecność gniewu naszych bogów. — »Freja jest roz- 
gniewaną i żąda jeszcze krw' i ! Otlarnjcie, ofiarujcie szybko 
zwycięzcy Hakiena ; niechaj te straszne szczątki zjidowoią 
zemstę bogini; stoczcie głowy w spi(Miion(» nurly!... 

Ale to napróżno, Odyn zostaje głuchym na modlitwę 
dziewicy Orabaskiej; Hekla ryc^zy, jej łono i)loini(?nne wyrzuca 
smołę; gorejąca lawa wytryska długimi potokami i przebiega 
stok góry z taką szyl)kościa, z jaką ptak drapieżny przy Hei- 
kunie ucieka przed strzałą łowca. I izeka ogrna niszczy wszystko 
w swym biegu; olbrzymie żużle odrywają się od boków kra- 
teru i staczają ze strasznym łoskotem w dolinę liangarwalhi; 
ziemia jest gorącą i całą naturą wstrząsają straszne dreszcze ; 
olbrzymie rozpadliny |)Ochlaninją i ])ożerają, wciągiiją skały, 
mieszkania ludzi i trzody; plojnicui niszczy wszystko co ucho- 
dzi tej .strasznej burzy. Rzeki występują z brzegów; ocean, 
wygnany z swych siedzib, zatapia nawet szczyt skat brzeźą- 
cych port Grindarwik; woda i ogień zdają się walczyć z sobą 



7fi 



KRYTYKA. 



o zdobycz; wszędzie straszny obraz zniszczenia i śmierci! 
ostatni dzień zdaje się nadszedł dla synów Odyna, Thora i Freji. 

I wojownik nie przybył i okręt jego nie dotknął świętego 
portu Torlaksweńskiego... Wankana nie złożyła wieńca z poro- 
stów na czoło zwj^cięskie Makajora; dziewica nie przycisnęła 
do swego łona bijącego łona wielkiego zwycięzcy. 

I nazajutrz znaleziono przy brzegu okryte popiołami 
wulkanu dwa ciała ciasno splecione i były to ciała córy Gi- 
wera i wojownika; a wojownik miał jeszcze ręce zbroczone 
krwią żołnierzy Hakiena, a dziewica przyciskała swe usta do 
ust zblacllycli wielkiego zwycięzcy. 




DR. JAN ROSZKOWSKI. 




Jest jedno czarodziejskie słowo, na dźwięk którego milknie na- 
wet rozszalały huragan walki stronnictw, znalezó go bowiem można 
w programie każdej partyi: to słowo tak pełne mocy, to „uprzemy- 
słowienie" Galicyi. Lecz niestety jest to tvlko zawsze jeszcze słowo; 
od wprowadzenia go w płodny w nastc^pstwa czyn dzieli nas bez- 
miar naszego niedołęstwa i naszej niezaradności. Roczne sprawo- 
zdania naszych biór statystycznych dowodzą jasno, jak n^ dłoni, że 
bogactwo narodowe nictylko nie wzrasta, ieez z roku na rok upada, 
obciążenie hipoteczne ziemi rośnie, a szkody wskutek klęsk ele- 
mentarnych, jak powodzie, posiieha, nieurodzaje, złe, którym przy 
byle jakiej takiej gospodarce zapobiedz by można było, wynoszą 
w ciatru lat dziesięciu od ISS() — 1890 iście bajońska sum(» !?'>() milio- 
nów I Proletaryzacya — straszliwa konieczność u]>adku drobnej wła- 
sno.ści wzmaga sic w (ialicyi jak i wszcdzic, lecz z ta różnicą, ż(* 
przeciwdziałający jej gdzieindziej przeułysł u nas nic istnieje. 
I jeśli w inny(di krajacji korony, nic mówiąc już n innycli pań- 
stwach (MU'opejskich, jiroletaryat l>(!zrolny znajduje zarohek przy 

*) Nad sprawij \i\ pier\vszorz(;(hicj wairi otwioramy dysknsyc. Iicd, 



^■b ^ mm 


.iibifc- 







ZASADY PODNIESIENIA PRZEM. KRAJOWEGO. 70 

powstających równolegle zakładach przemysłowych, to u nas jest 
on skazany na nieuniknioną śmieró głodową lub cmigracy*). Jak 
dif^nozer z łatwością moie z symptomiSw ainierteluie chorego 
okre^it! może dzień, godzim; śmierci, tak mybyśmy mogli bez 
trudu z cyfrowego materyalu j)od«wancgo nam przez Btatystykf', 
obracliowai5 czas, gdy OHtnŁni chtop galicyjski wyrzucony zostanie 
ze swej chaty. Obrachunek ten będzie tern łatwiejszy, iz nic lite- 
ralnie nie robimy, by organizm .chorego od ozycbającej nań 
śmierci uchroni*!. Bod pracą celem podnici^ienia bogactwa narodowego, 
przez wytworzenie przemysłu, nie możemy nazwad jeremiady po- 
słów naj różnorodni ej szych odcieni, ani pogawędek toczonycli w towa- 
rzystwach i klubach na temat „uprzemysłowienia (lalicyi-, ani roz- 
paczliwycli nawołj^yaii po dziennikncb, ani czynności uposażonej 
aż w krociowy łtiudiisz „koniisyi przemystoMcj przy wydziale kra- 
joiYjnn". Wszjstko to były i sit czcze słowa. Mogą nam atoli zro- 
bił? zarzut, ie każdą pr.tci' potv'iiżiią powinno poi>rzedz)i5 wszech- 
stronne jej omówienie — i to gadania właśnie to miały na celu ; 
to odpowiemy, że cpoku tych rozmów jest zbyt długą i trwa dzii?- 
siątki lat, zaś treśi^ ich zbyt powierzchowna, by /usługiwała na nazw<; 
polemiki programowej. 

W całej tej masie projektów dąiącycii do wytworzenia prze- 
m>'słu, którą nas karmią od początku ery konstytucyjnej — z wy- 
jątkiem prac trizczcpanowskiego niema żadnego jncuo postanowio- 
nego programu. Program zaś Szczcpanowt-kiego — telinąoy szero- 
kością pomysłu — jest żywcem wzięty z zagranicy, mało rachujący 
się z warunkami miejscowymi, a przede wszystkiem z apatyą i igno- 
rancyą ogółu, który wychowany w szkole agrarju-^zów starego au- 
toramentu, jak najfatalniej zrozumiał i wprowadzać w życie próbo- 
wał pomysły genialnego „zagraoioznika". Wystarczyło przeto jedno 
i drugie niepowodzenie, by nastąpiła stokroó niebezpieczniejsza od 
apatyi reakcya... niewiara w możliwość uprzemysłowienia kraju na- 
szego. Do kardynalnycii przcciwważników czynu — niedołęstwa 
i bezprogramowośei dorzucone nowe niedowierzanie w powodz(v 
nie kaidego nowo powstającego przedsiębiorstwa przemysłowego. 
I cliociaż instyktownie odezuwamy nieodzowno.śó znalezienia no- 
wych ;iró(h'ł bogactwa Ifrajowego, czego dowodzi na wstępie wspo- 
mniane omawionie tej potrzeby w progi-ainaeh i oJezwnoli stron- 
nictw i reprezentacj-j krajowych, to jednak w głębi duszy na ogół 
wątpimy w możliwośó ekonomie/uego odrodzenia kraju. Argumentom 
na poparcie w^żoj powiedzianych zdań nieeh będzie to, że jedni robią 
podniesienie dobrobytu przez przemysł zależucin prze dc wszy stkiem 



80 . KRYTYKA. 

od wyodrębnienia Galicyi, rozszerzenia konstytucyi, inni znowni 
wndzą zbawienie w opiece rządu centralnego, którą to opiekę wy- 
źebrad ma Koło polskie swą lokajską polityką, inni znowu tra- 
ktują przemysł jako sport, biorąc sio do zakładania fabryk na 
chybił trafił bez znajomości rzeczy i miejscowych potrzeb: uda się 
to bardzo dobrze, nie uda się, no to trudno; znowu inni nakoniec 
praktykują filantropię przemysłową, podpisują udziały, należą 
do zarządu różnorodnych instytucyj i zakładów przemysłowych, 
kupują nawet akcye towarzystw krajowych, lecz robią to nie dla 
interesu, celem korzystnego ulokowania kapitału, lecz z dobrego 
serca : trzeba się przecież czems przyczynid do wzrostu przemysłu 
krajowego, podpiszmy więc udział; robi się to tak, jakby się da- 
wało jałmużnę biedakowi lub kupowało bilet na bal towarzystwa 
ratunkowego ! 

Tymczasem nędza rośnie, troska o kawałek czarnego chleba 
„na jutro" grozi już nie jednostkom lub tysiącom, lecz milionom, 
tyfus głodowy nie jest już zjawiskiem sporadycznera, lecz stale gra- 
sującą chorobą! Czyż w takich warunkach można robid uprzemy- 
słowienie Galicyi zaleźnem od jej wyodrębnienia, od problematy- 
cznych łask rządu centralnego? czyż nie należałoby pomyśled 
teraz, zaraz, w tych warunkach w jakich obecnie jesteśmy, 
a zastanowiwszy sic i obmyśliwszy program działalności, zakasad 
rękawy i wziąśd się do roboty? Taki władnie szkic programu go- 
spodarki krajowej rachującej z danemi warunkami, zamierzamy 
naszkicowad, z góry zastrzegając się że jest to tylko szkic. 



Niewiara w możliwość egzystencyi i rozwoju zakładów prze- 
mysłowych, o której wspominaliśmy wyżej, i brak instytucyj finan- 
sowych, mających na celu li tylko tworzenie lub wspieranie kredy- 
tem przedsiębiorstw i fabryk, obok wielu innych uciążliwych warun- 
ków wytworzonych bądź przez fiskus bądź konkurencye z państwami 
ościennemi, wyklucza na razie możliwość powstawania przedsiębiorstw 
przemysłowych z inicyatywy jednostek, zważywszy notabene brak 
ludzi rozporządzających obok kapitału jeszcze i wiedzą techniczną 
lub handlową. Xa przedsiębiorczość poszczególnych osób, która 
stanowi podstawę przemysłu gdzieindziej, my w Galicyi rachować 
nie możemy. Pozostają nam spółki i przedsiębiosrtwa oparte na 
zainteresowaniu finansowem szerokich mas, jak już powiedziałem,- 
biednych i nieufnych w powodzenie, a dla przełamania t^j niewiary 
należałoby, aby z inicyatywą i przykładem wystąpiły organizacye 



ZASADY PODNIKSIENIA PKZKM. KRAJOWEGO. KI 

takie jak Wydział krajowy, magi&tratura miatit, rady powiatowe 
i rady gminne, przy pomocy krajo\vj-oh instytucyj fiDansowytih. 
Inaczej raówiąo: kraj i gmina (miejska wzgli^ilnie wiejska) powinny 
zmoiiopolizowa<5 przemysł. 

Dla wyjaiinieuia naszej myśli oiecli posłużą aastcpujiice kon- 
kretne przykłady. Przetl p6l rokiem niespełna ogłosił wydział kra- 
jowy konkars na dostawc pewnej znacznej doś6 ilości papieiTi do 
obwijania soli; zaznaczając równocześnie, z« jeśliby si^ znalazł 
przedsiębiorca, któryby chciał i mógł zbiidowaó tabrykn papieru, 
Wydział gotów jest pewną sumą dopomóiiz do urzeczywistnienia tego 
projektu. Przedsiębiorca ehcący załoiyó papiciTiię ad lioo nie znalazł 
się. W myśl zaś naszego programu, Wydział winien był sam przy- 
stąpió do budowy labrj-ki. Fabryka taka byłaby w wanmkaoli 
w wiele lepszych, ani/.eli labryka, poł^stała jako własność pry- 
watna. Fabryka należąca do kraju, do Wydziału krajowego, zna- 
lazłaby łatwo odbiorców nie tylko na tektura, lecz i na wfizystkic 
inne gatunki papicni, którego ogromno inasy sprowadzają poazcze- 
g<llne biura tegoż samego Wyd/.iału, rad powiatowych, biur na- 
miestnictw, redakeye pism otr. — Taka labryka mogłaby byó 
dalej zbudowana według najlepszych wzorów, obejmować wszystkie 
działy począwszy od tektury, a skończywszy na wytwornym papie- 
rze listowym. Dobrze prowadzona, mając zbyt itapewuioiiy, nie oba- 
wiają się szykan fiskusu, mogłaby fabryka taka przynosió pokaźne 
zyski krajowi, l'oszukawszy — znaleźlibyśmy eały szereg przedsię- 
biorstw, oprócz kolei żelaznych, kt^Weh ufundowanie z» względu 
na potrzebne znaczne kapitały, winno byó podjęte przez kraj, 
a zyski osiągnięte iśó na potrzeby kraju. Na|)rzykład oczyszczanie 
błot, i bagien, regulacya rzek i budowa centrali elektro motorj"- 
eznyeh, wykup soli i to nic tylko przo/uaozonci do kon- 
sumoyi lecz przede wszy stkiem do celów przemysłu chemicznego, 
(dziś sól naszą kupuje dla fabryk chemicznych Gotschyld i płaoi 
za cetnar b koron!) etc. Wszystkie przedsiębiorstwa przyniosłyby 
krajowi pewien czysty zysk, i przeto przyczyniłyby aię znakomicie 
do zniesienia uciążliwych, a często wprost średniowiecznych po- 
datków, jak naprzykład myto drogowe! 

Wprowadzanie w życie, a przede wszystkiem administracya ta- 
liryk na rzecz kraju całego napotka z pewnoseią na niemałe tnid- 
dności organizacyjne, lecz nic zdaje mi się, by przeszkody były nie 
do zwalczenia, a rzecz cała zbyt zawiła. Już de facto mamy 
i tcra^ przedsiębiorstwa przemysłowe, jak koleje, fabryka wago- 
nów itd., w których {K>średnio kraj jest zainteresowany. U wiele 



-■ ^ ■■' 



82 KRYTYKA 

łatwiej pójdzie uprzemysłowienie gmin miejskich, szczególnie 
w większych miastach jak Lwów, Kraków, Przemyśl, Stanisławów; 
dziś bowiem magistratura miejska tworzy i zarządza wielu przed- 
siębiorstwami przemysłowemi : wspomno tu tramwaye elektryczne, 
rzeźnie, wodociągi, gazownie, centralo dla światła i siły elektrj'- 
cznej ; działalność te, która we wszystkich cytowanych W)'- 
padkach okazała sic dobrym interesem finansowym, jak zarówno 
przyniosła rzetelną korzyśó mieszkańcom miast, należałoby rozwi- 
nąó. Nie można ustawaó na tej drodze, lecz należałoby wciąż szu- 
kaó nowych źródeł dochodów. Do takich źródeł łatwo dających 
się wyzyskad na rzecz miast są jeszcze przeról)ki odpadków przy 
rzeźniach, produkcye pieczywa en gros połączone z młynem, han- 
del materyałami spożywczymi. Komuna Paryża naprzykład dostarcza 
miastu wszystkich produktów spożywczych ; zosuije handel drzewem 
i węglem, zmonopolizowanie na rachunek miasta wszystkich środków 
lokomocyi, a wiec nietylko tramwajów, lecz i dorożek, urządzenie 
poczt miejskich i miejskich biór spedycyjno-kolej owych, na wzór 
istniejących takich biór w Berlinie, administrowanych przez mia- 
sto. Wykup starych dzielnic miasta i budowy nowych, wymogom 
hygieny odpowiednich budynków, a dalej budowa tanich mieszkań 
dla robotników, jłowinny byó koniecznie wprowadzone w program 
gospodarki miejskiej, a zyski z takich przedsiębiorstw bywają bar- 
dzo pokaźne, zważywszy że miasto przyst<;pując do postawienia 
szeregu całego budowli, zakłada cegielnie, piec(! wapienne itp. 

Przykładami z doawiadczeii poczynionych gdzieindziej gotowi 
jesteśmy dowieść^, że procenta z przedsiębiorstw ])rowadzonych 
na rzec/ miasta przynoszą często tak pokaz'ne dochody, że 
miejskie podatki naprzykład w naszych miastach ogromne, redu- 
kują się do minimum, a przynajmniej opłaty tak barbarzyńskie, 
jak podatek konsunicyjny mogą byc zniesione. Z porządku zakie- 
ślonego planu przypada nam toraz zastanowię się ua<l tern, w jaki 
sposób gminy wiejskie i rady powiatowo do ożywienia naszego 
przemysłu mogłyby się przyczynie. 1 tutaj także szerokie nie wy- 
zyskane pole leży odłogiem. Z natury rzeczy wypada, że działal- 
ność przemysłowa tak ratl powiatowych jak i gmin wiejskich musi 
się obracać około mnogich gałęzi przemysłu ściśle zespojonych 
z rolnictwem. Przyczom rady powiatowe, jako korporacye zaso- 
bniejsze, mogą i powinny podejmywać akcye na szerszą skalę, wy- 
wyraagające większych nakładów. I tutaj znowu kilka przykładów 
wystarczyć powinno do ;.rozumienia naszej myśli wytycznej. Są we 
wschodniej Galicyi powiaty, jak np. okręg sokalski, liczący kilka- 



^iASADY PODNlKSll^iNlA PUZKMYSŁIT KRAJ. S3 

dziesiąt gorzelni wyrabiających spirytus surowy, zakupywany prze- 
ważnie przez rafincrye czeskie i morawskie. Spora częś<5 naszego 
w Czechach oczyszczonego spirytusu powraca do nas ; rzecz oczy- 
wista, ze budowa rafineryi spirytusu na miejscu tj. w okolicy Sokala, 
jest interesem korzystnym. Są dalej okręgi inne znowu, gdzie sio 
dobrze udają buraki, znowu inne słynne ze swych plantacyj kar- 
tofli, kukurydzy, joczhfiionia, pszenicy; każdy z tych płodów jest ma- 
teryałem surowym, nadającym się do rozwoju doniosłego przemysłu 
febrycznego. Cukier, syrop z kartofli, krochmal i spirytus z kuku- 
rydzy i pszenicy, nareszcie piwo i drożdże z jęczmienia znajdą nie- 
tylko zbyt na miejcu, lecz mogą byd śmiało eksportowane na wschód. 
Są znowu inne okolice, gdzie się znajdują ogromne, często po kil- 
kadziesiąt tysięcy morgów liczące obszary porębów, lasów jodło- 
wych. Założenie w takiej miejscowości febryki terpertyny, z po- 
bocznymi produktami: węglem, smołą, spirytusem drzeNvnym, octa- 
nami, wapnem etc, byłoby wprost wskazancm: przez karczunek oczy- 
szcza się bowiem pola, a dochody z przeróbki nie tylko pokrywają 
koszta karczunku, lecz mogą przynieść jeszcze IT) % do 20"/o zysków. 
Gdzieindziej znowu okazałoby sio korz)'stnem otwieranie fabryk na- 
wozów, narzędzi rolniczy cli, wyrol)ów z lnu i konopi (worki, liny, 
dery), konserwów, zakładanie garbarni, eksploatacya węgla bniiiat- 
nego itd. Nie mniej korzystnemi okazałyby sio takż(^ spółki han- 
dlowe dla sjirzedaży zboża, drzewa, spirytusu. A wszystko to przy- 
nosiłoby dochód instytucyom dawałoby zarol)ek ludności, wzma- 
gałyby dobrobyt krajowy. 

W końcu wypada nam jeszcze podnieśó udział gmin wiej- 
skich w uprzemysłowieniu Galicy i. W programie naszym przy- 
pada im nie mniej.sza niż poprzednim czynnikom rola. Jak wiele 
jest gmin posiadających lub łatwo mogących posiadać odłogiem 
leżące nieużytki i torfowiska, rzadko przynoszące jaki dochód, co 
najwyżej używane na pastwiska, tymczasem użyte racyonalnie na 
plantacye [łoziny, osuszone celem eksplotacyi torfu, jako materyału 
opałowego, pokaźny dochód gminie zapcwnióby mogły. Ni(^ wy- 
magałoby to przytem wielkich nakładów: kilkaset do ^kilku ty- 
sięcy koron. Zakup na wspólny rachunek gminy lub kilku gmin 
sąsiadujących : narzędzi rolniczych, mlockarii parowych, lokomobil, 
które by w ziemi poruszały małe tartaki lub młyny, przytem han- 
del na rzecz wspólną zbożem, mąką, drzewem, zakup nawozów 
sztucznych i t. d. to źródła zysku. Oczywiście każde z poszczejról- 
nych przedsiębiorstw winno odpowiadać' warunkom miejscowym, 
azozególnie miejscowym niateryałom surowym. 



.s4 KRYTYKA. 

Zakładanie plantaoyj chmielu na ugorach leśny cli, hodowla 
koni roboczych, ogrodnictwo, pszczelnictwo, stanowią w okolicach 
podgórskich Szwaj oaryi, Badenu, Bawaryi, Wirtembergii przemysł 
wyłącznie nieomal przez włościan uprawiany. Natomiast w źyźniej- 
szych dolinach znowu hodowla bydła połączona z fabrykacyą sera 
i masła, trzody chlewnej — to zajęcie chłopów przemysłowców 
w Danii, Holandii i Westfalii. 

Cały ten ogromny przemysł z jego mnogi emi rozgałęzieniami, 
tak blisko związany z rolnictwem, leży u nas odłogiem, ani słowa 
zachęty nie próbowano nawet rzució w te masy nędzarzy, nie przy- 
puszczających, że tuż obok nich leżą skarby! Niestety zawsze 
jeszcze skarby zaklęte ! 

Gdyby kto chciał nam zarzució, że przy wprowadzeniu takiego 
programu gospodarki krajowej nie pozostałoby nic zgoła, albo 
bardzo niewiele dla przedsiębioMzości jednostek, to odpowiemy mu, 
że Galicya jest krajem z natury bogatym w produkta surowe i ko- 
palniane, naftę, węgiel, galman, siarkę, kajnit, drzewo, len, wełnę, 
którymi dałaby pole do pracy indywidualnej. Huty cynkowe, fa- 
bryki cynkowania blachy żelaznej i drutu, wydobywanie węgla, prze- 
mysł chemiczny, oparty na solacli potasowych (kajnit) i siarce, 
dystylacya drzewa, przędzalnie płótna, fabryki blacharskie, far- 
biarnie i szereg długi innych .przedsiębiorstw, stanowiłyby przez 
długie lata niewyczerpane źródło lokacyi dla kapitałów prywatnych. 
Organizacya przemysłu zaś w myśl poprzednio wypowiedzianą, nie- 
rachująoa się z obojętnością jednostek, przełamała by ową niewiarę, 
zachęciło by kapitalistów i magnatów do lokowania swych nieraz 
milionowych oszczędności w przemyśle krajowyn:.. 

Przedsiębiorcy prywatni, mając do walczenia z większomi 
trudnościami zbytu, aniżeli przedsiębiorstwo pozostające w rę- 
kach samyohże konsumentów lub producentów surowca, musieliby 
większą bacznośó zwracaó na zakładane przez nich fabryki, niż to 
się działo dotychczas. W mniemaniu naszem, w Galicyi należałoby 
rozwijaó przcdewszystkiem najmłodsze la*;orośle przemysłu wszech- 
światowego, takie naprzykład, jak przemysł elektrochemiczny, 
oparty z jednej strony na sile wodncjj, której nam nie brak, jako 
moto^^ze i czcrj)iący surowiec na miejscu, naprzykład galman do 
cynkowania, kajnit do fabrykacyi soli potasowycli. Następnie prze- 
mysł oparty na nowych lub ulepszonych opatentowanyoh wyna- 
lazkach. Tego rodzaju kierunek ma tę wadę, że nowe metody 
nie mając tradycyi fabrycznej za sol'ą, narażają nieraz na istotnie 
poważne straty, zdaje nam się jednak, że oględne, naprzód na 



ZASADY PODNIESIENIA PRZEMYŚLI^ KKAJ. 85 

małą skalę m^ządzenie fabryk, może tym przykrym niespodziankom 
zapobiedz. Wprowadzenie zaś nowości ma te doniosłe zalety — źe 
stawia nas w dogodno warunki konkurencyjne, bo mając patent, 
jesteśmy całkowicie panami sytuaoyi przez lat kilkanaście trwania 
wyłącznością albo tez zakładając fabrykę opartą na najnowszych 
zdobyczacłi nauki przystosowanej do praktyki — mamy jako kon- 
kurentów na rynkach zbytu równie młode przedsiębiorstwa. 

Tymczasem gdy trzymając się dróg mało starych, utartych, na- 
potykamy poważne konkiurenoyjne zakłady w państwacłi ościennych, 
Czechach, Austryi, Węgrach, Morawach, które juź dawno swe ka- 
pitały zakładowe umortyzowały, wyrobiły sobie „markę", i technikę, 
zdobyły pokaźne kapitały obrotowe i zapasowe, nareszcie i kredyt, 
mogą zatem wyroby swe sprzedawad o wiele taniej i na dogodniej- 
szych warunkach; współubieganie się z niemi staje się rzeczą wprost 
niemożliwą szczególnie u nas, niS^ mających na swą obronę ani 
ceł, ani specyalnej taryfy kolejowej, jakto mają Węgry. 

O wyjątkowo korzystnych warunkach u nas dla roz%voju prze- 
mysłu elektrochemicznego, pisałem w roku ubiegłym w Gazecie 
handlowo-geograficznej motywów więc moich powtarzad nie będę, 
przeszły one niedawno próbę ogniową w dyskusyi Towarz}'^8twa 
politechnicznego, i próbę wytrzymały. Przemysł ten najbardziej 
się nadaje do zaszczepienia go w Galicy i. 




ANDRZEJ NiEMOJEWSKI. 

. ROKITA 

(Akt V.) 

(Góry piekielne. Na szczytach roja się tłumy szatanów, z okrzykami przerażenia ukazują 
sobie kwiecącą w bezmiernej dali lunę. Głosy: „Tam, tam!" ,, Gdzie?" ,,Tam. widzicie, oj I". 
„Fali się!" ,,To ziemia!" Rozlega się wstrząsający okrzyk: ..Ziemia się pali!" Wybuchają 

jęki i biadania). 

OPĘT. 

Czemu wyjesz w poraroce o ty wylękła zgrajo I 

I oóź tam płonąd może ? 

Mrówek ludzkich kopiska? Twarde człowiecze łoże? 

Wieś? Miasto? No, dwa miasta? — Niechaj płomienie grają 



KRYTYKA. 

Potęiną pleśń zniszczenia! 

Ho — ho! wiej, krwawa falo, zlizuj ognia językiem 

Pracę ziemian!... Dwa miasta? Trzy miasta? Co? Cztery? 

Cha, cha, cha! Co za klęska!... Lubię irói nocnych mroków 

Faśó oczy tym drgającym na niebiontaoh ognikiem, 

Lubię ten dym, te jęki, te klątwy i złorzeczenia! 

Za mną! Rozwińcie skrzydła, kosmate bohatery. 

Cichym lotem puhaozów, kędy ooo świat ocienia. 

Pomkniemy śród obłoków! 

Będziem drwi<5 z gromad ludzkich, chwytach iag\vie, w dal ciskad 

Będziera szydzirf, chichotać, wytrząsad się, kłem błyakad ! 



O, nie! Tam płonic jakieś potęźue noieBienia, 
Jakieś wielkie porywy ! 

Tam jakiś świat zapadu, rwą się Jego wiązadła - 
Uważajcie, szatany, tam jakaś myśl upadła — 
O! O! O! ' 



Dziwy, dziwy! 

PLUGACZ. 
Chwycimy ją do piekła, białe szaty splugawim 
I obedrzemy skrzydła! 

Plwad będziemy jej w oczy za to, ie myślą była, 
Zdusim, zbezcześcim, zdławim! 
Niech będzie pełzająca, zohydzona, obrzydła, 
Kiedy w słońce mierzyła! 



SZATANY. 



O!... O!... O!... O! 



OPI^T. 
Myśl jaknś płonie, mówisz? O, nic! Ogon podwinę 
I zejdę w dół, w ziejącą oparami głębinę ! 



ROBJTA. 

Bojf Bic walki z myaln! Nieraz legta w popiołach 
Spalona piorunami loeu. Piekło zerka, 

Zaciera łapy ni^le w popiołach iskierka, 

Budsi się, iyjol Nie, uie! Myśl — z nią nie z&ezyaać, 
Moina ją wi3ki dusi<5 i w prooh hańby zginatf, 
W końou diwigoie się zawsze ! 

SZATANY. 

Strach, strach, strach I 

OPĘT. 

A wii 
I o6i, ie ją splugawisz, i oói, że zohydzisz ! 
llekro<5 widzę jakiś błysk na ludzkich czołach, 
Zmykam! Jeszcze oślepi, a mnie wzrok mój miły! 
Z myślą różne szatany próżno się biedstity. 
Przeczą niby, lecz na nią nikt rad się nie zrywa. 
Myśl to jest głupia sprawa, myśl, widzisz, z nią bywa 
Kłopot! Łatwo brad w łapy najprzedDiejaze zbrodnie, 
Nie rwą się, bo im z nami swojsko, nieodrodnie. 
Ale myśl — buntownioa! Strach brad, straoh ją dusirf. 
Bo jest w niej jakaś wielkość, która moźc zmusió, 
Że przed nią — tru — na klęczki... 

SZATANY. 

Straoh, strach, strach ! 

OPt;T. 

A 
Zacząd i przegrać to jest rzecz całą zohydzid, 
Skompromitować. My tam nie do tej roboty, 
Nam brai5 złodziejów, gachów, pijaków, kokoty. 

PLUIJACZ, 
Jacy wy mali, jacy wy nikczemnie mali ! 
Jeieli kiedyś WMzeeliawiat <\u nóg wam się zwali, 
Jeszcze wam braknie ducha, by wyciątruąó rękę... 
W własno świerwo zatopcie spienioną paszezękę 
I wyjcie z bezsilności ! 



-^■^^ 



AO0i.T HEUWENT NOWACIriiSKI. 



BOECKLIN. 

Wreszcie i teu Grek gotycki, jeden z oi^ttitaicli tytauów 

licdouizmu, uczuł si^ \t tycb oliydnie ui^dzuycli czasaoli samotuym 
i opuBzezoDym, więc odszedł do swoioli przyjaciół, do (Joetliego, do 
NietzBcIiego, między świetne oicuie zoibrzymione roztoskiiioną mi- 
łością zapadłych czasów; jwspieszył polami elizejskicmi do huczoie 
ucztujących starcdw-ryoerzy okrjjgłego stoła króla Artusa, może na 
gody miłosae Jowisza i Jo, czy Pasifae, może, by nieść do chrztu 
w luteruie małe dziecię łabędzia i I^ody a możo już siedzi wśród 
cieni Fozpasanycli kardynałów w szatauskioh pałacach przy orgiii 
juki} Borgia i w piekle hołd oddaje geniuszowi pijaDycłi spazmem 
twÓEOzym, uściskami kobiet złoto-rudyoh i faleruem raalarzów le- 
gendy ohrzesoijaliskiej. 

Goethe, Nietzsche i Boeckliu oto trzy najwyższe, uikomu nie- 
dostępne chmurami u poduóż okrj-te, w palących blaskach stodoa 
tryumfujące szczyty duclm germańskiego, skąpane w krystalicznie 
czystej atmosferze helleńskiej harmonii sztuki i życia; trzy naj- 
wyższe Meniuoua słupy wolnej, orlej, podobłocznej fantazyi, wska- 
zujące wybranym z szarych mas jednostkom drogi do świętych 
rozkoszy artystycznych, drogi do rozkosz)- i upojeu, radości i okrny- 
ku: Eroc! Eroe cnoe vila! Ale Goetlie byt tajnym radcą, litera- 
tem i musiał wiecznie reprezentować ducha pokolenia, ale Nietzsche 
był etykiem, osamotnionym wrogiem Wagnera i filozofii niemieckiej 
a musiał wiecznie bui-zyd tablice dogmatów pokolenia, a tylko on 
Boecklin, olbrzym muskularny, wesoły Atlas, mógł zrzucie z potę- 
żnych bark zatęchły świat niemieckiej metafizj-ki, koźhi nogą Pana 
kopnąó głazy spekulaoyj pessymistycznych, (jeśli rozsi|dnyoh), 
a jedli głupich — to także pessymistycznych, i smutnym wynę- 
dzniałym milionom Europy otworzy<^ czarowną mocą narkozy ma- 
larskiej perspektywy na ten cudowny, mistycznem skoncentro- 
waniem genialnych sił r. niebytu wynurzony świat swój, świat Boe- 



BOEKLIN. 89 

cklina^ świat syntezy dwóch kultur: germańskiej i lielleóskiej, dwóch 
rozpęów twórczych: pogodnych i chmurnych, rozszalałych i cichych, 
burzliwych a sennych; świat w którym epikui^eizm ujął białą dłoń 
tragedyi reflex'yę, objął w pół szał, melancholia oparła się w lu- 
bieźnem przegięciu na cynizmie, prometeizm cisnął do skrwa- 
wionej piersi bukolikę, fauny grają na fletniach i syringach; na 
kobaltowem niebie kłębią si(; i przewalają olbrzymie rude i czarne 
chmury a przy biciu gradu piorunów w rozpasane, rozplenione 
bałwany morskie, zawodzą wcizyscy parami dyonyzejski tan na 
kwietnej polanie pod szumiącym, starym germańskim borem. Jak 
Wit Stwosz nie był nigdy Polakiem, tak i Boocklin nigdy nie był 
Niemcem, Nietzsche przenigdy filozofem, Burckhard nigdy profeso- 
rem, Bazyleja nigdy Atenami szwaj carski emi. Boeoklin urodził się 
w Bazylei, gnieździe obskurantyzmu i purytanizmu, przecudnej 
Abderze, w której Nietzsche jakiś czas wykładał poematy o na- 
rodzinach tragedyi greckiej, Burckhardt pisał o » złotym wieku 
Odrodzenia, a z starych kościołów i gmachów średniowiecznych mu- 
rów patyna mówiła o tym wielkim mistrzu chrzcściańskiej poezyi 
mieszczańskiej, o największym obywatelu Bazylei... Holbeinie. „Ry- 
cerz, dyabeł i śmieró", „Taniec szkieletów", „Melankolia", Holbeina, 
ponuiT, niemiecki „Czarnolas" na widnokręgach, poeta rzek euro- 
pejskich Ren i ciepłe, wonne, upajające podmuchy bliskiego ro- 
mańskiego południa kołysały tantazyc dziecka bazyiejskiego, cało- 
wały ją palącymi całusami nieuświadomionych, światowych tęskno- 
i śpiewały ponure sagi i sangi o mitycznych nad-ludziach... olbrzy- 
mach puszcz czarnoleskich, kapłanach Odyna i kapłankioh Frei, 
o starcach, — druidach, o normandzkich piratach, o strasznych zam- 
kach z groznemi wieżycami, o biczujących sio pustelnikach, asce- 
tach nowej wiary, o szatańskich mostach skalnych i przeogromnych, 
zionących ogniem, wypełzłyćli na stu nogach z niedostępnych pie- 
czar smokach. Młody geniusz rozmarzał się strachem i przygnębieniem, 
chłostał i podjudzał fantazyę ciemnemi wizyami świętych rycerzy z różą 
cnoty na żelaznej zbroi, dcptających j)awęźami syczące węże, wi- 
szące z konarów starych dębów... eierauemi wizyami śmierci zarazy, 
tnącej błyszcząca kosa wvbladłe, uciekające w konwulsvach strachu 
wazkiemi ulicami (Irewniauo^o miasta tłumv mieszczan i ich żon 
i dzieci... ciemnemi wizyami apokaliptycznych rycerzy, pędzących na 
włochatych potwornych rumakach nad krwawo )>łonącemi basztami 
tajemniczych zamków. Młody geniusz tęsknił do Blocksbergu, do 
nocnych sabbatów czarownic i rozpustnych latawców, do przeklętego 
zamku rycerza Blaubarta, do orgii Walpurgisowych nocy, do róża- 



lit) KRYTYKA. 

iicgo ogrodu czarownika Mcrlina, tiyna UDgi«lskiej królewny i Ka- 
rnego Belzebuba, do towarzystwu złoólisvyoli gnomów, knuiuoludków 
i kai-zetUów o kapełuezach z grzyba, do uśpionych królewicn i cu- 
dotnvórozych alobemików, do zuchwałych rozbdjuików, kradoącyoli 
na ru/stsjaeii złoto i gwałcących białe, przerażone mieszczki jak 
i do awifjtyoh młodzianków Parcitalów. Ten skarbiec Aladyna-poety ; 
romantyzmu niemieckiego, ta rozkoeiiua >;ic'mia obiecana sennych mitów 
i raz miłych raz krwawych, raz dziecinnych raz męzkich baśni i roz- 
marzali, dauiiła budzącej się duszy ukojenie fantastyczne, kształciła 
młodego adepta poetyckiej tabulatury, uczyła go mistycznej religii 
Piękna i dekalogu poduioBłyoh dzieł artystycznych. Chmurny Ba- 
zylejczyk-llermanin, wcielał się i zmartwycliwstawat w ideałach 
alemaiiBkicb r)'oerzy, śnił i^ię Tristanem, śnił się giermkiem bra- 
banckich księżniozek, wiotkich Jak Elza, na kamiennych podwórzach 
staczał turaieje z czarnym rycerzem nieznanym a isławnym, pił 
źri5dlaną wodę z rączek smukłej Uertrutly z Berua, klęcząc kładł 
jasną głowę nu kolanach niczwyoięionej Hruiihildy, jecliał na białym 
długogrzywym rumaku pod górę na wysoki Monsalvacz, stał uooą 
Jisięźyeową pośród rycerzy w srebrnej zbroi i białym płaszczu nad 
tajemuiczcm jeziorem, z którego głębin brzmiały micd/.iitnymi dźwię- 
kami zatopione dzwony, na którego liistrziuiej powierzchni płynijt 
suiinie śnieżnobiały łabędź, ścieląc za sobą srebrną nieskończoną 
smugę. 

Boockliu rósł ndodziońecm ronuin tycznym, rozmiłowanym w l<'rou- 
vendiuscie i germiuiskii-li rycerzach i mieszczkacłi, ró^ł sennym, 
metaueliolieznym: ani przeczuwał, że z podmueluimi eii^płymi od 
»ti'iuiy Alp, że z wonią mirtów i pomarańcz, że na pierwszy widok 
oliwnego drzewa, toskańskiej białej willi i tycyanowskiej \Veno- 
cyanki rozgorzeją w nim nowe ognie lęsknot, marzeń i dreszczów 
twórczych, ani przeczuwał wreszcie romantyk niemiecki, że na 
pierwszy widok /uluki w Soireiitu wynurzy się przeil jego zdiitnio- 
ricnii s/eroku uŁwartemi źrenicami fanatyka niemieekiego, z żielo- 
nyeli pianą komukuwaiiycli fal niorskicli caty lud bajeczny, wesoty 
i nieśmiertelny ród nereid i sUiryeh trytonów, swarliwyeli lii]>po- 
centaurów i lubieżnych woiiników, najad i wąsatych p>ów mor.ikich, 
Ji Jia pwbrzeże iwir>kie w jej;i> poldiże z ogłu.izitjącyni Łęti'ntem 
kopyt koźlich wybiegną / krzewów i zagajników ogromnie silne 
centaury i poi^zuą wśród rycholań i iiarskaji, wśród śmieeliów 
i krzyków wodzie się za lity, kuii ]hi lirudatycli niordaeli, ko|»a(? 
po żylitstyeh, potężnych udach, wywrai-ae na stubarwjią kwietną 
ruń, i eiągnąc się za dłuj^ic wh>ehaCe ogony ; ani prz<>cziiw;ił młody 



BOECKLIN. 91 

entuzyasta mistycznej średiiiowiecczyzny, jak nad jego zadumana 
głową, nad pleoyma młodzieńca zgięt(?mi od ciężaru zasępionych 
chrześciańska askczą i transcedentalna spekulacyą germańskich mi- 
tologij parsknie chraph*wym chichotem spalony od słońca rudo- 
biało kosmaty Pan. 

I w młodzieńca — melancholika uderzyła ogromna jasność sło- 
necznego życia cyklopowych mężów z zapadłych świetlanych czasów, 
w których nie było altruizmu, bo nie było biedy, nie było chry- 
styanizmu, a było pandemoniczne piękno, nie było smutków, przy- 
gnębień, tajemniczych mroków i wrogiego^udzkości narodu koboldów 
i karłów, nie było ascetycznych młodzieńców, ani bladycli księżni- 
czek, ani biczujących się mnichów, ani zmor, ani zaraz, ani widm 
apokaliptycznych, ani strasznych łun krwawych nad palącymi się 
zamkami, ani konwulsyj strachu, ani extaz religijnych, ani wpgóle 
tortur ciała, ni więzów a kajdan duclia, ale potężne, szumiące, spie- 
nione rozkoszą życie szerokiem łożyskiem przepływało ludzkie 
dusze, symbolizowało się w żywiołowycli a istotnych tworach, rzu- 
cało w wzajemne lubieżne objęcia ro /.s/alałego z rozpustnych żądz 
kozła — człowieka i biało-różową zwykle leniwą, grzejącą w słońcu 
przepych swego perłowego ciała bachantkę, budzącą się z kwiety- 
zmu na kwiatach li tylko na tentent koźlich kopyt i pai^skliwy 
chichot, wróżący nieskończoną potęgę wesołego samca... przygod- 
nego koclianka. Febus pieścił promieniami gorącymi Tetydę, . byk 
Jowisz porywał Europę, chmurą zstępował na To, rzucał Pozejdoii 
trójząb na jedno skinienie Prozerpiny i tarzał się w jej objęciach 
pod stropami kaprejskiej groty, Leda nad wszystko jjrzenosiła sło- 
dycz całusów łabędzia, nimfy ś])iewem wabiły zmęczonych żeglarzy, 
a wielka mocarka (\vrcc płciowych niedołęgów pnHjmieniała w świ- 
nie. I ten świat tryumfującej zmysłowości, to absolutvstyczny pan- 
demonium pulchnego Jtechusa rządzącego ludzkością winną latoroślą 
i Afrodyty, wynurzonej z pian morskich przy pierwszym wschodzie 
słońca — pokochał nad miarę mclancholik Boecklin, największy poeta 
drugiej połowy XIX wieku, najwspanialszy kaprys, na jaki sobie 
historya sztuki dziewiętnastu wieków w swym ewolucyjnym rozwoju 

pozwoliła. 

I ten mistrz miał swoich mistrzów: romantyzm niemiecki i hel- 

leńskiego Dionysosa, miał swoje arcywzory: Claude-Lorraina, (iior- 
gionego, Tycyana, może nawet Kubensa, Sch winda i Boticellego, 
może nawet... Feuerbacha, Mackarta i Wiertza, miał swoich wiel- 
kich bratnich duchów: Burno Jonesa i Puvis de CIiavannes, którzy 
na rok i na dwa lata przed nim doszli do przystani, gdzie czeka 



29 KRYTYKA. 

(Iługobrody Charon; ale kiedy teraz juź, nim pierwsza trawka po- 
zieleni jego mogiłę, rozważy- sie jego kolosalna spiii^ciznę, to czte- 
rysta dzieł, z których przynajmniej czwarta częśd to elementarne 
manifestaoye fantastycznego piękna, aroypoematy kolorystyczne, nie- 
pc»jęte, zdumiewające w swej detalicznej plastyce wizye zmartwych- 
powstałych zaświatów, kiedy teraz już, gdy jeszcze świat iywych 
to jest świat dusz artystycznych nic ochłonął z smutnej żałoby po 
jego śmierci, a historycy sztuki dopiero zaczynają żmudną pracę 
nad świetnym testamentem i krezusową spuzcizną germańskiego 
Greka, szerokiem spojrzeniem obejmiemy to spuściznę, to zaiste 
dziwió si<j i korzyó musimy przed tą wiecznie nieśmiertelną potęgą 
ludzkiego ducha, która potwornie skarlałemu pokoleniu historycz- 
nych Pigmejów dała takiego olbrzyma artystę, herosa, nadczło- 
wieka, poetę! Z Boecklinem będzie jak obecnie jest z Wagnerem; 
parafia Europy tj. te mrowiące się po wielkich małych miastach 
i małych wielkich miastach trzody Panurga, bezimienne, bezmózgie 
tłumy inteligencyi, potworna kroó-łebna hydra filistryi padnie 
i ukorzy się przed jego geniuszem wtedy, kiedy paryskie kokoty 
i faworyty paiyskich kokot — krytycy „odkryją** interesującego niemca 
ku pożytkowi jobberów, bulwarowców, starych margrabin i jezuitów. 
Wtedy ukorzy się przed nim każdy aptekarz, mydlarz, profesor 
uniwersytetu, każdy „sympatyczny nasz pejzażysta" i „ceniony 
w naszem mieście krytyk". To stało się już niestety z germańskim 
grekiem Wagnerem, ta popularnośó niestety nie minie i Boecklina, 
każdy kamelot paryski gwiżdże już pieśń Waltera z MaiŁres chan- 
sons du Nurnbmjy każdy warszawski kamelot krytyki zawiesi sobie 
nad biurkiem kopio z... Samotnej wyspy. Trzykroó przeklęte te 
czasy ! Ale niij. ten możno władca malarskiej sztuki, nieubłagany 
wróg wszelkiej naturalistyczno-pozytywistycznej, altruistyczno-ewan- 
gelicznej, dydaktyczno-demokratycznej fabrykacyi dekoracyj szarego 
życia małomieszczan i ich samiczek przejdzie w przeklętą fazę sze- 
rokiej popularności, uj)łyuą czasy: teraz jest on diichowem bogactwem 
tych. którzy go ukochali, tych, którzy nieliczni, tych, którzy w nim 
widzą wiecznie młodego kapłana Mylitty, tych którzy nienawidzą 
merkantylnego i filopatycznego wieku XIX, tych którzy tęsknią 
do Hellady w szarych izbach czteropiętrowych kasarń europejskich, 
tych którzy nie znają w sztuce rogatek ni kagańców, tych, którzy' 
mają odwagę ledz krzyżem przed natchnioną manifosUicyą geniuszu, 
choóby się w tak pogańskich symbolach na świat zmysłów wy- 
zwalał, jak na tych arcyobrazach w IW.ylei urodzonego florenckiego 
mistrza. Sztuka Boecklina to pierwsze malarskie uroczyste zwiasto- 



BOECKLIN. 9 3 

wanie potężnej zgody człowieka z naturij, najsilniejszy pełny hynin 
na tysiące głosów rozłożony na cześ<5 czarodziejki przyrody, której 
ayt]Q fiaoUixoc mąż królewski, artysta nie oddaje, nie reprodukuje 
z genialnem wirtaozostwem, ale z utart}'oh, pod zmysły podpada- 
jących szablonów wys^wobadza, z nicości uroczystemi zaklęciami 
w natchnieniu Stwórcy wywołuje i w swych pejzażowych objawie- 
niach ludzkości trędowatej i upodlonej, z swego imperatorskiego 
kapiysu przyi*ode wzbogaconą, wysubtelnioną, genialnie poprawioną, 
swoją oddaje. Z pejzażowych emanacyj malarskiego ducha Boe- 
cklina wyśnid, wymarzyó, urzeczywistnió sobie można szóstą cześó 
świata nito włoską, ni podzwrotnikową, ni alpejską, a przypomina- 
jącą wiele barw i linij tych fragmentów ziemskich, a przecież zu- 
pełnie inną, bardziej boską, bardziej tajemniczą, bardziej harmo- 
nijną, poetyczniej szą od poezyi, jaką Jehowa nawet ukrasił raj swego 
twórczego pomysłu nad Eufratem, naturę która nastrojowo współ- 
czuje i szaleje z człowiekiem. A dla tej zaczarowanej ziemi, której 
łąki są wzorzystymi dywanami dziwnego kwiecia, krokusów, cyk- 
lamenów, nepantów, anemonów, gdzie obok nieznanych drzew o cza- 
rownem stubarwnem listowiu, nasze omszone topole smukłą się 
w niebo, a obok nich czeiiiią żałobne pinie i niewesołe cyprysy 
gdzie przeczyste strumyki wypływają z marmurowych źródeł a nad, 
wzburzona zatoka morska bieleją na wpół w ruinach pyszne dzi- 
Kiem winem i laurem kryte ściany samotnej willi, dla tej czarownej 
ziemi, którą oblewa bezkresne tajemnicze morze, zgłębione przez Boe- 
oklin a trzeba było i pozazmysłowych mieszkańców stworzyó. Więc siód- 
mego dnia artystycznej extazy powołał barwami do życia smutne ko- 
biety o najsubtelniejszej rafinadzie pięknych twarzy, rycerzy o bardzo 
głębokich oczach, kruczo-czarnych brodach, kapłanów i kapłanki, pa- 
cholęta o niepojętej p(Tversyi zmysłowego czaru, dzieci pulchne 
i różane o oczach starych filozofów, wreszcie leśne rusałki o białych 
jak śnieg ciałach, a szarych staluyeh włosach. Wreszcie dla takiej 
ludzkości pięknej jak marzenie o nieśmiertelności, magi:zną mocą 
wyobraźni powołał do życia lud faunów o orlich nosach, grubych 
wargacli a smętnych oczach, dereszowate centaury o brutalnycli tor- 
sach, wreszcie uajady, uereidy, iiippokalupy, psy morskie, żabniki, 
wodniki, hippocentaury i ti^go przy)>y8znego, złego jak sam szatan 
węża morskiego z mona(»hijskiej galeryi hrabiego Schacka, na któ- 
rego widok każda blada miss anijielska dostaje czerwonych wy- 
pieków na twarzyczce, siada na kanapce i bezsilna, szarpnięta 
w samo serce, połaskotana w samą pacierzową linię pleców pod- 
daje się najlubicłiniejszej z lubieżnych kcmtemplacyj... 



Ale trójkątne oko pastordw czuwa. A r 
Boecklin mruży eię fiiglarnie i śmieje. 



ł 8zvboletb bedonishSw : 



Boecklin to Ke*iuiem Renesansu, oetatoie promienie zachodzą- 
cego stodoa Hellady przed nadoliodzijcą noeą hegemoni ameryka- 
nizmu Germanów i altruizmu Słowian, to Homeryda, ktdry jeszcze 
raz wskrzesił i oźywil mytoloj,'ie Greków i poezyc Germanów przed 
zmartwychwstaniem ludzi szarych i niezliczonych Jak piasek w morzu, 
jak liście drzew... To ostatni barbarzyńca w kulturalnej dobie ko- 
miwojaźertSw i emancypowanyoh xamic, ostatni z Nibelungów, ostatni 
arcykapłan Hloiioa, mag i Pau. 

Boeoklin wprowadził tryumfalnie pauteistyozną t'anta3tyoznoś<5 
w niemieckie malarstwo i dla sztuki niemieckiej znaczy sam tyle, 
ile wszyscy prerafaelici dlu sztuki angielskiej i francuzkiej. Wszech- 
moc twórczego szału w tym malarzu objawiła się w naszych cza- 
sach najpotężnicj i stworzyła nowe wartości neo- romantyzmu dla 
WHzystktch dziedzin piękna nie tylko malarstwa a i literatury. 
W jego motywach fantastycznych jest i groza i strach niderlandów ; 
Bosha, Elshennera, Hatsa, Broughcla piekielnego, np. w paląoyoh się 
zamkach, napadach piratów, smokach jaskiniowych ; w innych śpi 
bukulioznośó prawie źc Francuzów i kwietyzm nagich ciał na ten- 
nych błoniach, jest dalej tragizm Prometeusza przywiązanego do 
skał i potijga brzydoty jako motywu artystycznego np. w tej szaro- 
zielonej potwornie - wychudłej staruszce-Madonnie, która ostatni 
mistyczny pocałunek pożegnania składa na wai^cb Chr)'-tHBa; 
dalej dekoratywna groteskowośó, jak w tym poważnym Bogu Ojcu 
w fioletowym płaszczu koninacyjnym stwarzającym Adama rachi- 
tytiznego o nicHlychanie zastraszonym wyrazie twarzy, jest dalej 
szekspirowska fiizya pierwiastku tnigiczncgo, idealistycznego 'f- rea- 
lizmc-m i humorem, jak w tej pokutującej Magdalenie, starej, opa- 
słej, zabeczanej, zaślimaczonej kokocie o nidych włosach i wielkich 
obwisłych biustach, jak w tym Odyseuszu który w ciemno modrym 
płaszczu stoi sztywuio wpatrzony w morze, głuchy na krzyk rozpustnej 
tęsknoty nimfy KiUipso, wycitjgajiii-oj z swej groty ku niemu rozpalone 
ręce z wściekłym grymawuni /.awodii na twarzy, jak \s tym św. l*'iau- 
oiszku sans-eulocie prawiącyiu kazanie... ryI>om. 1 to olbrzymie 
bogactwo i różnorodność motywów psychologii^znych w pejzażu, Ui 
hujuosó elementarna oilżyłycli forju przeróżnych jestestw przyrody, 
W które tchnął greckiego ducha, ta frasująca s\sit głębią intuicya 
przyrody, jaką onaby była, gdyby w niej żyły, kcclialy się i ni- 



BOECKLIK. 95 

dziły takie dziwotwory, ta pogoda epikiirejska Boeklina Anakreon- 
tyka okok tej pochmurnej wizyonerskiej grozy Boeklina romantyka, 
to sa kamienie węgielne neoromarityzmii, na których Niemcy budują 
nowy renesans z ducha nie jak dawny z]^forqa, renesans gotyckiego 
hellenizmu 

I w ślady mistrza którcgoobrazy są najpiękniejszym poematem : 
tańcu iycia i śmierci, idą już od lat i Hans Thoma grecki idylista 
pieśni ludowych niemieckich i Klinger, spekulatywny duch helle- 
nizmu, chrystyanizmu i problemów społecznych i Hoffman, rajski 
symbolik i Stuck, germański gladyator i Melchior Lechter, stylizator 
ornamentacyj gotyckich i wielu wielu innych, idą wreszcie wszystkie 
pokrewne kierunki wrogie statystyce, fotografii, dziennikarstwu, 
snoimowi i naturalizmowi. 

A święty miikonami nowych ludzi mniejsza o to czy socyalnych- 
rystokratów, czy zadrzemanych anarchistów, czy wypieszczonych 
estetów czy w kadzideł dymie niewidzialnych symbolistów są A. Boe- 
cklina: Pan w trzcinie, Pasterz uciekający przed faunami. Igraszki 
morskie, Klio w chmurach, Willa nad morzem. Wyspa umarłych, 
Milczenie samotności, Flora, Smier(5, Walka centaurów, Napad pi- 
ratów. Cisza morska. Trzy gracye, Hory, Zuzanna wśród starców, 
Familja trytonów. Święty gaj, Vita somnim breve i t. d. . . . 

w posiadaniu galeryi hr. Schacka, 

w Pinakoteee Monachijskiej, w berlińskiej galeryi, u amerykańskiego 
Astora, berlińskiego radcy kommercyjnego Wedekinda, na dworze 
wejmarskim, a głównie u fabrykanta jedwabiu w Zurichu pana Hon- 
neberga ! Et his satyra ! 

Był synem bardzo zwykłego ojca, jakiegoś kupca jedwabiów. 
Oczywista ten pan kupiec chciał, marzył przy swej ladzie i kasie, 
aby i syn był kupcem. Oczywista taki pan od jedwabiów, Seide- 
Bieder-meier z Bazylei wściekał się w bezsilnej pasyi, że mały 
Arnold niechce słyszed o komisjonerstwie jedwabiów, oczywista 
cała taka rodzinka bazylejska katowała go i prześladowała małpią 
złośliwością filistrów i psiem ujadaniem o karyerze handlowej i jej 
błogosławionych owocacli. Ale genialny „awanturnik** strząsał ze 
siebie pył włóczkowych robót swych ciotek, zapach fajek swych 
wujów i wędrował po świecie. Brał udział w Paryżu w rewolucyi 
lipcowej, miał po niej pamiątkę Menu-kartę Ludwika Filipa, źył 
często w pięknej nędzy i pośmiewisku, ożenił sio z własną poko- 
jówką, pił dużo Chianti i Nartjodaphne, pisał wiersze, źył w przy- 
jaźni z Pawłem Heyse, z Anzelmem Feuerbachem, mieszkał we 



(ł6 KRYTYKA. 

Włoszecli. W Bazylei go nie lubiano, uważano za „vagabunde z ta- 
lentem'* i zmarnowanego syna czcigodnego kupca jedwabiów firma: 
Boecklin; podczas 70-letniego jubileuszu, który nie tylko w Niem- 
czech, ale na świec *e całym stał się wielką uroczystością artysty- 
czną urządzono i w Bazylei festyny, pochody, uczty, ,,Fest8ohie88en", 
wygłaszano mowy i obnoszono po ulicach transparenty z napisami: 
„Arnold Boecklin war u n s e r (?), Hoch !" Na telegram hołdowniczy 
rajców miejskich bazylejskich odpowiedział syn Carl o Boecklin 
w imieniu ojca krotko po włosku, tak, jak na to zasługiwała 
czcigodna reprezentacyjna trzoda burźuazyi małomiejskiej. Odpo- 
wiedź stała sie przysłowiową i szkoda wielka, źe nasz wielki po- 
ganin w tonsurze nie użył jej na swoim jubileuszu; w niej bowiem 
krystalizuje się lapidarnie cały stosunek współczesnego artysty do 
szerokich warstw, do krytyków sztuki, do mecenasów sztuki i wo- 
góle do wrogów Piękna. Słowami tego telegramu można tym lu- 
dziom zawsze odpowiadaó, czy gdy idą z chlebem, solą i słomia- 
nemi koronami, czy gdy wam podają gąbki przepojone jadowitą 
żółcią. 




WŁADYSŁAW ORKAN. 



PRZEKLEŃSTWO, 



Tam w dole — ezarne ludzkie zmalałe mrowisko, 
Żaden jęk, żadne echo ku mnie nie dolata, 
Wyolbrzymiała duszą płynę w nieskończoność świata, 
Wpatrzony w złote słońca rozkwitłe ognisko. 

Lecz oto płacz od ziemi idzie climurą ciemną, 
Zbliża się piorunami głodne w^ężowisko, 
(Jrą piekieł rtocliodzi ku mnie życie — już jost blisko. 
Już u stóp moich ryczy burzą — już nademną! 



OBECNY STAN SOCYOLOGII. 97 

Tam w górze — białe słońce goreje wieczyście, 

Lecą gwiazdy, migocą, jak ogniste liście. 

Świecą barwami kwiatów po niebieskich dworach. 

Jam jest, jak wiatr, padolną obłąkany nędzą 
Ledwo go skrzydła lotu nad chmury zapędzą. 
Już spada i budzi się na swoich ugorach. 



^1*^ 



LUDWIK KULCZYCKI. 



Obecny stan socyologii. 

(Dokończenie). 

Jeżeli jednak przez materyalizm socyologiczny pojmować 
będziemy teoryę naukową sprowadzającą całkowicie wszystkie 
przejawy życia społecznego do czynników ekonomicznych jako 
do ich źródła: to tak pojęta teorya materyalizmu nie została 
bynajmniej dowiedzioną. Źródła pojęć religijnych wypływają 
z innych źródeł, jakiemi są zjawiska fizyologiczno-psychiczne, 
nie mające nic wspólnego z warunkami produkcyi, jak np. 
sny (teorya animistyczna). 

Raz powstałe, pojęcia religijne o innym świecie i o du- 
chach przystosowują się do warunków ekonomicznych, z nich 
jednak całkowicie wyprowadzonemi być nie mogą. To samo 
da się powiedzieć o rozmaitych teoryach naukowych i filozo- 
ficznych. Ogólny tylko ich kierunek da się uzasadnić warun- 
kami ekonomicznymi. 

Niepodobieństwem jest każde skojarzenie psycliiczne, z któ- 
rego powstała nowa toorya naukowa, uzależniać od jakiegoś zja- 
wiska ekonomicznego. Zresztą nie przedsiębrano dotychczas 
w większych rozmiarach studyów nad rozwojem myśli ludzkiej, 
uzależnionej od warunków produkcyi. 

Materyalizm socyologiczny pojęty w powyższem znaczrniu 
uzasadniony być może tylko drogą indukcyjną. 



os KRYTYKA. 

W czasach ostatnich były próby związania materyalisty- 
cznego pojmowania zjawisk społecznych z teoryą poznania 
i wogóle z filozofią. Pomimo że próby te były robione niekiedy 
przez umysły świetne (Stammler), nie doprowadziły jednak 
do pożądanych rezultatów. 

W ostatniej instancyi rozstrzygać muszą fakty, zaczer- 
pnięte z etnografii, historyi i życia współczesnego. 

W zagadnieniach materyalizmu socyologicznego ważncm 
jest rozróżnianie, które zwykle bywa pomijane. Chodzi tu 
o zastosowanie wzmiankowanej teoryi do zjawisk społecznych, 
rozpatrywanycłi z odmiennych punktów widzenia: z ogólno- 
abstrakcyjnego i szczegółowo konkretnego. Pierwszy punkt 
widzenia jest socyologiczny, odrzucający szczegóły zjawisk 
konkretnych, abstrahujący od nicli i zajmujący się typową ich 
stroną. Drugi jest historyczny, lub polityczny, nie poprzestający 
na typowej, podstawowej stronie zjawisk, lecz badający je 
w calem bogactwie ich cech indywidualnych. 

Dlatego też materyalizm, wysuwający na plan pierwszj' 
czynniki ekonomiczne, ma donioślejsze znaczenie dla socyologa, 
niż dla historyka i politj^ka. 

Materyalizm socyologiczny w nauce o społeczeństwie zaj- 
muje pi(M'wszorzcdne znaczeni(», i wyróżnia się od innych teoryj 
umiejętnem postawieniem kwestyi i żywotnością. Dotychczas 
rozjaśni! on bardzo dużo w nauce, i rozjaśni jeszcze więcej. 
Nie należy go tylko pojmować zbyt jednostronnie i połączyć 
z bardziej psychiczną koncepcyą społeczeństwa, niż obecnie. 

rznając^czynniki ekonomiczne za podstawowe i główne, na- 
leży jeszcze wykazać wpływ ich na motywy postępków ludzkich 
w spolecz(u'istwie. I^ogłąd ten nie wyklucza wypadków, w któ- 
rych czynniki ekonomiczne działają poza świadomością. W ten 
sposób akcentuje się tylko doniosłość świadomoścri w życiu spo- 
łecznem, w której rozegrywa się walka między nożnymi moty- 
wami dzialalnoŚL-i ludzkiej. 

Niektórzy wybitni zwolennicy materyalizmu socyologicz- 
nego ze szkoły Marxa wystę[)Owali przeciwko takienm pojmo- 
waniu tej teoryi. W ich rozumieniu rzeczy czynniki ekono- 
miczne działają nie tyle przez słerę świadomości, ile raczej 
zależnie od niej, pchając społeczeństwo w odpowiednim kierunku 
bez, a nawet nieraz wbrew woli ludzkiej. 

Jeżeli nawet stosunki ekonomiczne, iiznan(? [)rzez wię- 
kszość uczonych współczesnych za główne, nie doczekały się 



0BECNV stan S0GV()L0GJ1. 99 

monogmfij specyalnych, rozbierających wszechstronnie i ściśle 
wpływ ich na pozostałe sfery życia społecznego, to cóż dopiero 
mówić o innych czynnikach życia zbiorowego. Kwestya stopnia 
doniosłości różnych czynników społecznych prócz ekonomi- 
cznego, pozostaje jeszcze otwartą. 

Dziś modnem jest pisać dużo o znaczeniu etyki, o ety- 
cznym punkcie widzenia w ekonomii politycznej, prawie itp. 
Mimo to jednak, niema w literaturze socyoiogicznej ani 
jednej wartościowej pracy w tym kierunku. Abramowski 
w dziełku swem p. t. „Czynniki indywidualne w socyologii" 
siAYsl się uzasadnić tezę, zupełnie zdaniem naszem fałszywą, 
że po czynnikach ekonomicznych największy wpływ mają ety- 
czne, a w końcu dopiero prawno-polityczne. 

Dowodzenie to jednak nie zostało poparte faktami, autor 
ogmniczył się tylko do zaznaczenia tego niewątpliwego faktu, 
że na tle pewnych stosunków ekonomicznych powstają poglądy 
etyczne, mające następnie wpływ znaczny. Należałoby jednak 
dowieść, czego nie zrobił, że etyku, wyrosła na tle" stosunków 
matcryahiych, do utrwalenia się swego nie potrzebowała pe- 
wnych form prawno-państwowych i że przy ścioraniu^się z prą- 
dami politycznymi i państwowymi — zwyciężała. 

Czynnik polityczny, jako organizujący i kierujący pla- 
nowo, ma ogromną doniosłość. Wyrosły na tle ekonomicznem, 
oddziaływa nań następnie i nagina do swych wymagań etykę, 
kUira wogóle łatwo się przystosowuje do różnych form ekono- 
miczno-prawnych. 

Belgijski socyolog De (ireef usiłował przedstawić szcze- 
gółowo wzajemny wpływ rozmaitych czynników życia społe- 
cznego. Próba tii jednak nie udała mu się: nic liczył się z faktami 
całe swoje rozumowanie opierał na dedukcyach, nic zawsze 
wyprowadzonych z pewników naukowych. 

Kwestya doniosłości różnycli czynników życia społecznego 
wymaga więc jeszcze licznych opracowań. 

Przechodzimy teraz do niezinitMiiic ważnej kwestyi, mti- 
jącej nietylko teoretyczne, lecz i praktyczne znaczenie, — do 
przeobrażeń społecznych. 

Dotychczas przeobrażenia społeczne traktowane były zbyt 
ogólnie: wyobrażan sobie, że odbywają się one według jednego 



98 



KRYTYKA. 



W czasach ostatnich bylj' próby związania materyalisty- 
cziicpfn pojmowania zjawisk społoeziiych z tooryą poznania 
i woffóle z filozofia. Pomimo że próby te były robione niekiedy 
przez umysły świetne (Stammler), nie (lopro\va<lziły jedmik 
do pożi\dany(*h rezultatów. 

W ostatniej instan<\vi rozstrzygać muszą fakty, zaczer- 
pnięte z etnografii, historyi i życia współczesnego. 

W zagacbiieniach materyalizmu socyologicznego ważncm 
jest rozróżnianie, które zwykle bywa pomijane. Chodzi tu 
o zastosowanie wzmiankowanej teoryi do zjawisk społecznych, 
rozpatrywanycli z odmiennych punktów widzenia: z ogólno- 
abstrakcyjnego i szczegółowo konkretnegt). Pierwszy punkt 
widzenia jest socyologiczny, odrzucający sz(*zegóły zjawisk 
konkretnycli, abstrahujący od nich i zajmujący siQ typową ich 
stroną. I^)rugi jest łiistoryczny, lub polityczny, nie pł)przesti)jący 
na typowej, podstawowej stronie zjawisk, lecz badający je 
w calem bogactwie ich cech indywidualnych. 

Dlatego też mateiyalizm, wysuwający na plan pierwszy 
czynniki ekonomiczne, ma donio.śl(\jsze znaczenii* dla socyologa, 
niż dla historyka, i polityka. 

Ahitoryalizni socyologiczny w nauce o spolecz(»ństwie zaj- 
muje pi(M'\vszorzgdne znaczenie, i wyróżnia sif» od iimycli teoryj 
umiej(»tnem postawieniem kwestyi i żywotnością. Dotychczas 
rozjaśni! on bardzo dużo w nauce, i rozjaśni jeszcze więcej. 
Nie należy go tylko pojmować zbyt jednostronnie i połączyć 
z bardziej psychiczną koncepcyą społeczeństwa, niż obecnie. 

rznając7czynniki ekonomiczne za [)odstawowe i głiiwne, na- 
leży jeszcze wykazać wi)ływ ich na motywy |)ostępków ludzkicli 
w spol(H*z(M'istwic. l\)gląd ten nie wyklucza wypadków, w któ- 
rych czynniki okonomiczne działają poza świadomością. W ten 
sposób akcentuje się tylko dt)nioslość świadoniDŚci w życiu spo- 
hMrznern, w którtjj rozegrywa się walka między i<)żnymi moty- 
wami działalności ludzkiej. 

Niekt()rzy wybitni zwolennicy niateryaliznui socyologicz- 
nego ze szkoły Marxa występowali przeciwko takienui pojmo- 
waniu tej tet)rvi. W ich rozumieniu rzeczy czynniki ekono- 
Uliczne działają nie tyle przez sfen; świadrmiości, ile raczej 
zależnie od niej, pchając społeczeństwo w odpowiednim kierunku 
bez, a nawet nieraz wbrew woli ludzkiej. 

Jeżeli nawet stosunki ekononńczne, uznane [jrzez wię- 
kszość uczojiych wspólczesnycli za główne, nie dnczekaly się 



i 



OBECNV STAN SOCYOLCK JII. 101 

Przechodzimy wreszcie do ostatniego z podstawowych za- 
gadnień socyologii ogólnej, — stosunku jednostki do społe- 
czeństwa. Jak powstaje indywidualność jednostek w społeczeń- 
stwie na tle szarzyzny grup, do których należą ? Na to pytanie 
socyologia współczesna daje dokładną i ścisłą odpowiedź. 

Świetne prace Simmla i Durkheima, które górują nad 
innemi w całej literaturze socyologicznej, wyjaśniły proces 
różniczkowania się grup społecznych i jednostek, oraz skutki 
podziału pracy, będącego wynikiem wzrostu kidności i poszuki- 
wania pracy. Natomiast powstawanie jednostek niezwykłych — 
geniuszów w społeczeństwie, ich stosunek do tego ostatniego 
wymagają jeszcze licznych opracowań. 

Pierwsze z tych zagadnień wiąże się jaknajściśloj z biolo- 
gią, i do niej należy ostatnie słowo w tej sprawie. 

Zagadnieniem pierwszorzędnej doniosłości teoretycznej 
i praktycznej jest zależność społeczeństwa, jako agregatu, całości 
od składających je jednostek. Herbert Spencer starał się uza- 
sadnić następujące twierdzenie: ponieważ społeczeństwo, jego 
działalność i ustrój, określają się i)rzez cechy składających je 
jednostek , wszelka więc działalność polityczna, zmierzająca do 
planowego przekształcenia społeczeństwa, jest jałową, a nawet 
szkodliwą i nic zmienić nie może na lepsze, w wypadku jeżeli 
jednostki, wchodzące w skład społeczeństwa, poprzednio nie 
ulegną odpowiedniemu przekształceniu. 

Twierdzenie to i dziś jeszcze znajduje wielu zwolenników. 
Jest jednak albo fałszywe, albo prawdziwe ale jałowe, odpo- 
wiednio do tego, jak je pojmować. 

Społeczeństwo, jako całość, zależy oczywiście od chara- 
kteru składających ją jednostek, ale cechy tych ostatnich kom- 
binują się w sposób rozmaity w różnych ustrojach danego 
społeczeństwa. Jeżeli społeczeństwo A) posiada organizacyę 
ekonomiczno-prawna B), która daje przewagę cechom pewnych 
grup społecznych C), wówczas to samo społeczeństwo A) przy innej 
organizacyi B), da przewagę cechom innych grup C. 

Społeczeństwo rozwinięte składa się z bardzo wielu grup 
różnorodnych, które, stosownie do charakteru organizacyi spo- 
łecznej, mają większy, lub nniiejszy wpływ na całość, zabar- 
wiając ją odpowiednio. 

Okoliczności danej na cechy działalności społ(H*zeństNYa 
chwili, wywierają wpływ bardzo znaczny. Kiedy okoliczności te 
przemijają, charakter przejawów społecznych ulega zmianie. 



102 KRYTYKA. 

Pojedyncze zaś jednostki mogły przez ten czas nie ulegać ża- 
dnej widoczniejszej zmianie. Wiadomem jest powszechnie, że 
ludzie zgromadzeni razem chwilowo działają i myślą inaczej 
niż z osobna. W chwilach takich mogą powziąć postanowienia, 
przyobleczone w formy prawne, którychby nie powzięli oddzielnie. 
W społeczeństwie więc istnieć mogą prawa, instytucye 
ustanowione przez większość, a nie przystosowane do co- 
dziennych poglądów i postępków obywateli, i które przez 
ciągłe oddziaływanie na tych ostatnich, przystosowują ich do 
siebie. 

W doniosłych chwilach dziejowych większość społeczeń- 
stwa tworzy prawa i instytucye pod wpływem okoliczności wy- 
jątkowych. Instytucye te raz powstałe, wywierają wpływ do- 
niosły nawet wtedy, kiedy skutkiem zniknięcia tych wyjątko- 
wych okoliczności nastrój społeczny się zmienia. 

Niektórzy myśliciele, twierdzą że, skoro instytucye nie 
odpowiadają nastrojowi obywateli, wówczas przestają działać 
w sposób sobie właściwy. 

Może być i tak i inaczej. 

.leżeli nastrój olbrzymiej większości społeczeństwa prze- 
ciwny jest pewnym instytucyom, i jeżeli przeciwstawia im 
zgodnie inne, wówczas stare instytucye upadają, a na ich miej- 
sce powstają nowe. 

W naszej literaturze sprawą tą najwięcej zajmował się 
dr. L. Winiarski*). 

Jeżeli jednak ani wrogowie, ani przyjaciele pewnych in- 
stytucyj nie mają znacznej przewagi w społeczeństwie; albo 
też jeżeli, pomimo przewagi wrogów, niema między nimi zgody 
co do przeci ATstawienia starym instytucyom nowych; wówczas 
dane instytucye mogą istnieć dalej, przystosowując do siebie 
społeczeństwo. Tylko jednoczesny, powszechny i skoordyno- 
wany protest przeciwko istniejącym instytucyom może je wy- 
wrócić, lub neutrahzować, pomimo ich prawnego istnienia. 
Wymaga to jednak okoliczności wyjątkowych. Jeżeli więc tylko 
ograniczyć się do skonstatowania pewnej ogólnej zależności 
społeczeństwa od charakteru składających jo jednostek; wów- 
czas wyżej cytowane zdanie Spencera jest prawdziwe, ale 
jako zbyt szeroko stawiają kwestye — jałowe, Pojęte zaś 

* Teor^ e jego omówimy niebawem krytycznie, gdyż mamy zamiar 
dać w ^Krytyce" sylwetki współczesnych socyologów polskich. Przyp, R^d, 



OBECNY STAN SOCYOLOGII. 103 

w znaczeniu ściślejszern fałszywe. — Zadaniem socyologii, jednem 
z najważniejszych, jest także wskazanie, w jaki sposób pewne 
typy społeczne urabiają psychikę różnych grup ludzkich ; i od- 
wrotnie, jaki nastrój tych ostatnich wywołuje konieczne zmiany 
w budowie społecznej. 

Ta ostatnia więc nie jest prostem skonstatowaniem togo, 
co już poprzednio istniało w tendejicyach i psychice jednostek. 

Zapoznanie tej prawdy wprowadza na manowce myśH 
i czyny wielu u(rzonych i działaczy praktycznych. 

Negacya państwa w jakiejkolwiek formie, czy to ewan- 
gielicko-tołstojowskioj, czy też sponccrowskioj, czy wreszcie re- 
wolucyjno -anarchistycznej wynika z zapoznania ])Owyższych 
wniosków. 

Brak wiary w możliwość szerokicli reform społcczno-pań- 
stwowych i zwrot do nieokreślonej ideahstycznej etyki, tak 
charakterystyczny dUi chwiH obecnej, wypływa z tych samych 
przyczyn. 

Wzrastające znaczenie świadomych planowych przeobra- 
żeń społecznych rzuca się w oczy przy bezstronnym poglądzie 
na rozwój cywilizacyi. Coraz większe różniczkowanie się grup 
społecznych i jednostek, wymaga coraz głębszego wniknięcia 
w naturę zjawisk życia zbiorowego, które coraz mniej rozwijać 
się może samorzutnie. Zawiłość życia współczesnego wymaga 
regulowania ze strony społeczeństwa. Cały szereg zagadnień czeka 
na szybkie rozwiązanie*, rlednem z zadań socyologii jest danie pod- 
staw naukowych sztuce politycznej. Dotycliczas w tym kie- 
runku zrobiono niewiele; często nawet podstawowe teorye so- 
cyologiczne przemawiały przeciwko sztuce politycznej wogóle. 
Aby socyologia stała się nauką nietylko zaspakającą naszą 
ciekawość, ale mającą pośrednio d(niiosłość dla życia społe- 
cznego, trzeba ją oczyścić z różnych sofizmatów i błyskotliwycli 
nieraz, lecz często hlęchiych, lub jałowych teoryj. 

Przedewszystki(MU zaś trzeba dokładnie zbadać stosunek 
jednostki do społeczeństwa, hidzi do instytucyj. 

Kończymy na tym z konieczności pobieżnym [»rzeglą(lzie 
obecnego stanu sucyolugii i jej najbliższych zadań, zastrzega- 
jąc sobie na przyszłość szczeir<*)lo\vsze rozwiniecie myśli tu 
rzuconych. 



-^ 



(pvfss^ er/t-cS) ęryhs) er/hm (r-ryhis) cr/TcM 



LlOPOtO tTAM 



TTiT łs/^ieo^-cr. 



Hej! wicher wyje a l«s zwiędły ginie, 

Cichy krok śiniL-rci słychać w uschłej trawie... 

Chłop się powiesił w opusKczoiiyin intynie... 
Dziewczyna dzieeko iilupihi w stawie... 

Zmarzłe żebractwo jęczy u mej przyzby, 

Ale nie wyjdi; ■/. mojej pustej ehaty... 

Starn pamiiitki;, spłowiały gobelin, 

Na ścianach niojej rozwiesiłem izby. 

Nie by przypomnieć miniony, bogaty 

Przepych, co dzisiaj zszarzał, lecz bym szczehn 

I szczerb nie widział, które w sljiryin murze 

Wyki-usza wicher chłostą bezhtosnu, 

liy mi mógł szeptać w iiciio: Zwiędły róże 

A konający wciąż tęsknią za wiosiuj! 

Bo nic chcę wiedzieć, jak, przez wązkie szpaiT, 

Które wygryza zimny gniew ciorpliwycłi 

Ki-opel dżdżu wpada dzień słotny i szary 

1 płacz drzew żółtych, co duszę obłala 

Rozpaczą istot umarłych, nieżywycli, 

'/' oddechem grobów myśli moje brała, 

Z tkającym jękiem przysiada w szczelinie 

I w obłąkanej zawodzi obawie: 



w MROKU. 105 

Chłop się powiesił w opuszczonym młynie... 
Dziewczyna dziecko utopiła w stawie... 
Chorą gałęzią pożółkłej zieleni 
Uderza jesień chmurne moje czoło. 
A nad topielcem wicher wodę pieni, 
Nad powieszonym krąży kruków koło... 

Smutek, tkacz czai-nych myśli i bezsennych 
Nocy, wyucza mię piosnek więziennych 
I przypomina mi klęsk moich dzieje... 
Hej ! jak się wicher opętany śmieje ! 
...Przez mórz umarłych ogłuchłe odmęty 
Z dalekiej drogi płyną me okręty... 
Po fali czarnej, nieruchomej gładkiej 
Trupów przywożą me żałobne statki... 

A raz mi ludze jasną wieść przynieśli. 
Że wielkie idzie na świat Zmiłowanie, 
Że spokój idzie po szumiącym łanie... 
Mir niesie prorok pogodny, syn cieśli... 

A statek wraca po długiej wyprawie 
1 wiezie trupów po głuchej głębinie... 
A dziewka dziecko utopiła w stawie 
A chłop powiesił się w odludnym młynie... 

A ci co w pracy i męce się trudzą, 
W łaclimanach muszą iść pod strzechę cudzą... 
A ci, co padli w zwątpieniu, nie wskrześli... 
A śpiący w smutku, w rozpaczy się budzą... 
Proroku blady, smutny synu cieśli!... 

Jak drzewa płaczą strwożone śmiertelnie. 

Jak wicher wyje... Chociaż jam tak szczelnie 

Zasłonił okna i szczeliny ścienne. 

Widma wcisnęły się do mnie jesienne... 

Z pooranomi twardym bólem czoły, 

Ze zwieszonemi dłońmi stają przy mnie. 

Zmrożone, sine, dygocą na zimnie 

I swe głębokie, czarne oczodoły 

Wlepiają we mnie... Kiedy jesień wymnie 



]0r. KHY^TYKA. 

Liść dłonią wichru i błotem go skala, 

To łiść tak płacze i tak się użala 

Niemem milczeniem zniszczenia, jak one... 

Lecz ja nic nie mam dla was umęczone 

Duchy, co w dom mój wchodzicie bezludny 

Ciemny... Jam jak wy znędzniały i brudny. 

Próżno ku sobie przywołuję spokój... 

Proroku smutny i blady, prorokuj! 

Czary skalanych dusz miłością oceń. 

Zmyj łzą, niech błysną blaskiem cudnych złoceń... 

Podnieś raniący stopy, twardy kamień 

1 pocałunkiem Twych ust w chleb go zamień... 

Dlaczego po nas Twoja łódź nie płynie? 

Gdzie dla tonących miejsce w Twojej nawie? 

Czemu chłop w pustym powiesił się młynie 

A dziewka dziecko utopiła w stawie?... 

Prośba źebruczka, z wyciągniętą dłonią. 
Córka pokory mej, zgarbiona, chuda 
Wyszła przed próg mój z pochyloną skronią 
I wyczekuje cicho, nie na cuda, 
Ale na skromną jałmużnę pogody. 
Bo już do chaty mej zajrzały głody, 
Dusza ma kona... Dawniej me wspomnienia 
Jasne schodziły przed wrota mej strzechy, 
A prośba moja, w łachmanach odzienia, 
Lzą wypraszała mi od nich uśmiechy, 
Którymi żyła dusza... Dziś wichura 
Już je rozwiała i jesień ponura... 
Nie przyjdą... Prośba moja Ciebie czeka 

Proroku blady, cichy... Czy daleka 

Chwila, gdy będziesz obok mnie przechodzić 

I dasz mi światła jasnego jałmużnę ? 

A jeśli będzie jej czekanie próżne? 

...liaz chciał zły ojciec dzieci swe zagłodzić... 

Dusza ma czeka, lecz przed memi wroty 
Przeciąga tylko głuchy płacz tęsknoty 



UTOPIE O DRAMACIE. l«r/ 

I wicher wyje a las zwiędły ginie, 

Cichy krok śmierci słychać w uscliłej trawie... 

Chłop się powiesił w opuszczonym młynie... 
Dziewczyna dziecko utopiła w stawie... 



--id^ 



OtTAP ORTWIN. 

Utopie o dramacie. ^^ 

Obrzędem mistycznym jest tragedya. Z religijnego kultu po- 
wBtała^ w nim ma swój cci^ swa istotę i swe jedyne uzasadnienie. 
Ofiara tłumnie na chwałę bóstwu składana, jest naturalnem tłem 
i fundamentem, z których >vyrasta legendarna opowieśó, wyśniona 
fautazya wieszcza, przydając rytuałowi uroczystego blasku, a ogól- 
uym motywom liturgii, mocy i tężyzny potężnych widomych kształ- 
tów. Na scenie, jak przed ołtarzem, przeobraża się natchnione 
słowo kapłańskie przed oczyma nabożnych w krew i ciało. Nabo- 
żeństwem kościelnem jest tragedya i służbą boża, zwiastowaniem 
głębokich tajemnic wiekuiście smutnej duszy ludzkiej, objawieniem 
symbolicznem sił przyrodzonycli, niedostępnych w doczesnej po- 
wszednosci kalectwu oczu naszyci). A nadto jeszcze upojona igra- 
szką wzroku i słuchu, muzyczncm oszołomieniem wegetatywnych ins- 
tynktów ludzkich, szamańskim tańcem życia i śmierci, halucynacya 
odurzonego haszyszem fakira. 

A mimo to wszystko jest ona zarazem poematem twórczej 
myśli geniuszu, a więc architektonicznym utworem obrachujłjccgo 
rozumu, który z cała świadomościji celów, wyinierzonycli w duszę 
zasłuchanego tłumu i środków, z sugestyjmj moci\ narzucajj|cych 



*) W dramaturgii współczesnej istnieje po za sztukami spoktakowomi 
i^-szelkich kategoryj prąci artystyczny mało znany, płynący ku szczytom 
sztuki mistycznym i wzniosłym, przyświecającym dawnej twórczości Hellady 
i wschodu. Prąd ton wzbiera coraz silniej; bije z dramatów muzycznych 
Wagnera i misteryów Maeterlincka, z symbolów Ibsena i natclinień 
D^Anunzia, u nas odbija si(; w niepospolitych utworach Wyspiańskiego. 

Artykuł niniejszy jest ustępem z większej pracy, mającej wyrazić na- 
strój nowej tej a wskrzeszającej ducha starA''ch arcydzieł dramaturgii. Red. 



108 KRYTYKA. 

mu ideę tw(^rozą^ czerpie z wiekowych doświadczeń rozwoju ję- 
zyka i jego symbolów, aby poszczególne tragiczne motywy złoźyd 
w organicznie nierozdzielną symfonie. 

To spojenie intenzywnego źycła muzycznego duszy ludzkiej 
z najwyższym wysiłkiem trzeźwej myśli, to umyślne trzymanie na 
wodzy buntowniczo przelewającego się uczucia, ten jego powolny 
upust kryształowem łożyskiem dyalogu, ten płomienny ogień, 
który feię kłębi pod skorupą lodową, stanowią jeden z zasadniczych 
pienyiastków formalnej piękności tragedyi. 

Utajona liryka napróźno szukająca ujścia w pieśni, która 
w chórze greckim wyzwalając się, znajdowała odpoczynek, a w jego 
strofach i antystrofach kondenzując się w hymn, następnie, rozpęd 
w nim wziąwszy odbrzmiewała w dyalogu rezonansowe słabo mu- 
zycznie roztętnionem echem, jest decydującym czynnikiem formy 
dramatycznej do dziś dnia, a wszystko inne jest literaturą. 

Co nie jest zdolnem byd tekstem do śpiewu, podkładem nie- 
skończonych melodyj, jest niegodnem umieszczenia w dramacie. 
W recy taty wach rozwija się dyalog współczesnej tragedyi. Skoro 
la jednak wzięła w przeobrażeniach swych zupełny i stanowczy rozbrat 
z muzyką chóralną i instrumentalną, musimy, o ile nie chcemy* po- 
wrócić do prototypu formy tragedyi, do oratoryum (coby zresztą 
woale było pożądanem) przerzució jej orkiestralną częśd składową 
w duszę zbiorową zgromadzonego przed proscenium tłumu. 

Publicznośd obejmuje wtedy akompaniament muzyczny akcyi 
na scenie, a dramaturg staje się niewidzialnym jej dyrygentem. 
Z napiętej uwagi całą energią skupionej woli, z niepokoju oczeki- 
wania, z ciszy i milczenia, z uozud, potęgujących się w tłumie, 
w które się wsnuwają w dusze widzów w chwili rozsunięcia zasłony, 
zamykającej oświetloną ramę sceniczną, wypromienia się myt, 
który jest zmysłowem ujęciem, plastycznem utrwaleniem wierzeń 
z dna serca słuchaczy, odnoszą<5ych się zawsze do jednej, wielkiej 
niewiadomej — do absolutu. 

Dzieje się więc w duszy publiczności, to, co w orkiestrze 
wagnerowskiej opery wedle zwierzeń samego Mistrza. „Orkiestra 
jest — j^go zdaniem — tłem nieskończonem wszechogólnych uczud 
z którego indywidualne uczucie poszczególnych postaci tragedyi 
w najsilniejsze napięcie wykwitnąd powinno: rozpuszcza ona mar- 
twą, skostniałą nicruchomosd rzeczywistych objawów sceny niejako 
w płynną, podatną, wrażliwą, eteryczną masę, której bezmierną po- 
wierzchnię stanowi ocean uczud ludzkich. Nadaje ona w ten spo- 
sób akcyi scenicznej nieśmiertelną siłę żyw^otną i doraźny oddźwięk, 



ITTOPJK O dramach:. 109 

jak soki ziemi wlewały żylastą moc Anteuszowi, skoro stopauii jej 
skiby się dotknął. Zup.^łr.io pr::cciwstawiona scenicznym wypadkom, 
jest orkiestra dla nich koniecznem, naturalnem uzupełnieniem, gdyż 
rozszerza niewyczerpany fizyczny świat przyrody o perspektwy 
czwartego wymiaru, bogacąc go w również nieprzebrane żywioły 
uczuć człowieczych, i otaczając pierścieniem atmo.sfery pierwiastków 
duchowych, wyposażającą osoby tragedyi w każdorazowy ton ze 
skali uczu<5, z której to zapożyczają swe zasoby myślowe i swe in- 
stynkty żywotne'*. Rolo orkiestry wobec dramatu nieoperowego 
(a rozwój współczesnego dramatu nie musi się odbyó i nie odbywa 
się w kierunku wskazówek Wagnera tj. w kierunku zlania się poe- 
zyi z rzeczywistą muzyką tonów), spełnia zbiorowa dusza publi- 
czności. 

Rzeczą dramaturga jest od[)owiednią muzyką słów, symbolów, 
giestów i gry twarzowej poruszyd tę duszę w harmonizujący, korre- 
latywny rytm i tempo. Może się w tym celu ograniozyó do kilku 
zasadniczych leitmotywów, które wystarczy mu po otwarciu zasłony 
w pierwszych zaraz scenach skupió w poetyczną, dyalogowo instru- 
mentowaną introdukcyę czy uwerturę (w to, co fabuliśoi nazywają 
ekspozycyą), aby następnie w toku tragedyi te leitmotywy rozpro- 
wadzić, w każdym wypadku sposobnymi środkami uderzając w od- 
powiednią strunę duszy publiczności. Tak publiczność w ciągu ak- 
cyi dramatycznej nie tylko milcząco się modli, ale i śpiewa, 
a śpiew jest, jak wiadomo, podwójną modlitwą. 

Natężenie duchowe słuchaczy, które w każdym momencie 
tragedyi gotowe wybuchnąć dytyrambie znym chorałem (dytyram- 
bieżnym dlatego, że byłby wyrazem i równoważnikiem nie ckli- 
wych sentymentów, ale i>odnio8łych, religijnych wzruszeń męskich, 
dojrzałych serc) jest przeważną inteńcyą tragedyi, a cel ten osiąga 
dramaturg zapomoeą nadawania pewnego rytmicznego impulsu du- 
szom widzów i utrzymywania za pośrednictwem środków języko- 
wych ciągłego, fizyologicznego kontaktu sceny ze zgromadzonym 
w niemej ciszy tłumem. 

Jeśli po zapadnięciu zasłony, w chwili ostatecznej katastrofy, 
nie czułeś potrzeby usłyszenia pieśni hymnicznej, cliodby staro- 
dawnego „Święty Boże święty mocny*', zamiast wrzawy aplauzu, 
zgiełku wywoływania, harmideru gawiedzi zabierającej się do odej- 
ścia, nie odchodziłeś z tragedyi nigdy w nastroju, jaki w tobie 
zamierzał wywołać poeta. W tej pieśni, którą ty śpiewasz, wraca- 
jąc z tragedyi w gwieztlzistą noc opustoszałemi ulicami w cztery 
ściany swej izby samotnej, [wyładowuje się utajona liryka współ- 



110 KRYTYKA. 

czesDej tragedyi tak, Jak w exodosie chóru greckiego miały za- 
okrąglający finał choregie tragicznycli uroczystości dyonizejskich. 

Ostatecznie skrystalizowane uczucie, które, abstrahując od 
ideowych wraieó, odnosisz z wizyi scenicznej, które z sobą zabie- 
msz na wieczną pamiątkę — kwintesscncya oddziałania tragedyi na 
ducłiową twą istotę zamyka się może w jednym muzycznym akor- 
dzie, surowym i poważnym, jakby odegranym na organie w tumie 
gotyckini, jakby dziwną anamnezą astralnego akordu sfer. 

Jest to ten sam akord, z którym w duszy przystępuje poeta 
do tworzenia swego tragicznego misteryum, to samo uczucie pły- 
nące strumieniem pod ze^^'nętrzną powłoką dzieła, którego pulsu 
miarowe, bezustanne uderzenia usłyszy czujne ucho. Ta właściwa, 
najgłębsza treść poematu jest w nim bez pi-zerwy obecną, a kształty 
tegoż, ten jeden akord ciągłej muzyki uzewnętrzniają; to tylko bo- 
wiem jest w stanie najpewniej ogarnąó uczucie, co dod bezpośre- 
dnio, obrazowo, doraźnie przemawia. 

Jestże to uczucie w istocie swej zaprawdę uczuciem strachu 
i litości wedle analizy pierwszego systematyka Arystotelesa, którą 
za nim kolportuje dotąd cała szkolna filologia i estetyka? 

Czy może ono bardziej zbliżonem jest do tych uczud, z kió- 
remi gubi się człowiek z zawieszonym oddechem w rozmiarach 
nieskończonego stepu, z któremi uobszernia się cała istota jego na 
szerokich rozłogach pod gwiazdami oniemiałej nocy w szczerem 
polu, z któremi nad brzegiem morza słucha odwiecznej skargi 
kosmicznego żywiołu, a na najwyższych szczytach patrzy śmierci 
w oczy, gdzie go dzieli od niej jedna chwila i jeden dziki skok 
w świat, w którym się ni 5 więcej nie śni 



Niewąti)liwic czujemy się dziś bliższymi uświadomienia sobie 
istoty tragizmu, nizli Arystoteles i cała scholastyczna estetyka aż 
po dni ostatnie, ze swem racyonalistycznem prawodawstwem, przoka- 
zanem nam w spadku po wieku XVIII z Lessingom, Kantem 
i Szillerem na czele. Jestże to jednak przypadkowem właśnie że 
ci wszyscy teorytycy dramatu traktowali Ajschilosa po macoszemu, 
a w Eurypidesie czcili najtragiczniejszego z tragicznych, a my 
dziś w Ajschilosie dopatrzyliśmy t>i<j najgłębszych idei tragicznych, 
a w Eur}'pidesio widzimy rozkład i przekwit teatru greckiego? 
Czy może przeciwnie dowodzi to radykalnej przemiany pojęó 
i głębszego wniknięcia w istotę rzeczy aż tam, skąd już słychaó 



rrOPlE o DRA>L\G1E. 111 

podziemny szum odwiecznych źródeł, z których czerpał adept mi- 
steryj eleuzyjskich, ojciec i twórca tragedyi, owej poezyi, wedle 
słów Taina, „mrocznej, jak wyrocznia, strasznej, jak proroctwo, 
wzniosłej, jak wizya". 

Jakiemu bóslwn o zakrytej twarzy składamy ofiary z ziem- 
skiego szczęścia i ludzkiego życia tam na scenie, my niedowiarki, skoro 
bogowie Hellady skonali ze śmiechu, gdy się urodził jedyny Je- 
howa, a tego z kolei uśmiercili wszecbludzkicm cierpieniem. Pro- 
meteje ubiegłego stulecia w poezyi i filozofii? Jakiej heglowskiej 
idei śladem idzie myśl ludzka, śledząc ją w jej metamorfozach 
i transformacyach, przeobleczoną w kształty ludzkiego dramatu? 

Jakiego mistycznego procesu świadkiem jest dusza nasza, za- 
ghidająea wtedy z świątobliwym dreszczem zaciekawienia przez 
wazką szczelinę poozyi po za zasłono saidzką w otchłań grozy 
i ludzkiej boleści? 

Fatalna predystynacya, wiodąca człowieka na ścieżki zguby, 
która przędzie i przecina doU> jego, nieubłagany wpływ sił trans- 
cendentalnych krok za krokiem popychających na oślep chytrze 
i bez miłosierdzia bcjzhronne istoty w objęcia zatraty, samo nie- 
szczęście, jego istota i prawa, w dynamicie działające, oto nie- 
zmienny przedmiot i jedyna treśd ideowa wszystkich tragedyj. Zaś 
w^ielkie oratoryum wyśpiewane przez poetę dla podniesienia duszy 
na te wyżynę, skąd ona przedstawionemu w obrazie nieszczęściu 
zajrzet^ może w oczy, pójść za niem w tropy, przeniknąć jego za- 
sadzki, przyjrzeó się jego kryjówkom, a potem upoió się tym wi- 
dokiem, oratoryum rozinstrumentowane w dyalogi wcielonych sił, 
będących zarazem katcMu, narzędziem i ofiarą, w rozmowy dusz 
z ich niechybnym los(^m. na którego pastwę są rzucone w obliczu 
nieskończoności i wiecznogo milczenia — to istota architektoni- 
nicznej budowy tragedyi. 

Ta metafizyczna idea jest osią, dokoła której układają się 
brylantowe kryształy poezyi; kanwą, na której tragik rozpościera 
swe pomysły, kombinacye i różnorodne motywy życiowe, oraz wę- 
złem, łączącym Wł*zystkich tragików w jedną wielką rodzinę mi- 
styków-fatalistów. To, co nazywają fabułą w dramacie jest każdo- 
razowem wcielaniem się owej metafizycznej idei absolutnego fatum, 
manifestacyą tegoż w świecie zewnętrznej rzeczywistości. 

Ze jednak pojęcia, wyobrażenia i symbole odnoszące się do 
tej idei, w rozwoju dziej<)»v przybierały rozmaitą postaó, nie za- 
wsze znajdując wyraz dosadny w skończonych formach tragedyi 
a nieraz zanikały zupełnie, przysypane poglądami na świat i życie 



112 KRYTYKA. 

z innej sfery wierzeń, przeto dzieje tragedyi dają nam zarazem hi- 
storye wyobrażeń, jakie poszczególne epoki wytwarzały sobie o tej 
władnąoej mocy, tudzież symbolów, w które rozmaite kultury przy- 
odziewały te wyobrażenia. 

Wszystko inne, oo się składa na tragedyę, jest jeśli nie zby- 
teoznem, to przypadkowem; oo zaś te kategoryc estetyczną wy- 
różnia od wszystkich innych, co jest przyczyną specyaloego wzru- 
szenia i co zrodziło potrzebę odrębnej formy właśnie dramatycznej 
to jedynie jest dla odwiecznej, nagiej duszy ludzkiej jej .,nagą'* 
tragedyą. (Oto nowy termin gryzoniom na złośó do gryzenia). 
O wysokiej żywotności kultury daje nam świadectwo głębia każdo- 
czesnych wyobrażeń i symbolów, określających determinacyjne 
prawa „które się mszczą, świętości, które karzą, bóstwa, które za- 
zdroszczą ^^ Stoi ona w związku z określoną sferą myśli i uczuó 
religijnych w pewnej fazie rozwojowej, odnoszących sio do celu 
i przeznaczenia człowieka, do mocy władnącj'ch nad nim, do po- 
tęg transcendentalnych, od których jest przymusowo zawisły, któ- 
rym jest ślepo posłuszny, przed którymi nie masz ucieczki. 

Żywiołowe wypadki dające duszy ludzkiej dowód jej zale- 
żności bez wyjścia od sił, wobec których jest bezbronnym, z na- 
tury rzeczy wychodzą po za obręb powszednich, codziennych na- 
szych funkcyj życiowych. Choóby już przez to jedynie wynosi nas 
tragedyą ponad szarą, aktualną rzeczy wistośó dnia. Ale krąg sił 
składających się na misteryum objęte zakresem pojęcia los, fatum, 
czy dola, jest w miarę rozwoju duchowego ludzkości szerszym lub 
węższym. Niechybnie samo owo misteryum jest absolutnem i nic- 
zmiennem, ale człowiek wedle każdoczesnego stanu swej umysło- 
wości umiejscowią je bliżej lub dalej, a im niżej stoi w rozwoju 
społecznym, tem większej ilości sił, ohoóby w zewnętrznie przy- 
padkowej sytuacyi zamkniętych, przypisuje moc nieodwołalną, tem 
ciaśniej szym kołom zjawisk, wobec których opór jest daremnym, 
ulega i temu w tragedyi wyraz daje. 

Ananke i Mojra, bóstwa czczone w Helladzie, przed któremi 
uginali czoła bogowie i bohaterzy, umieszczono były w świecie 
wyobrażeń daleko poza działem różnic społecznych i potęg tu- 
ziemskich, a w odosobnieniu od całego świata olimpijskiego, wła- 
dającego ograniczoną sferą życia tak, że misteryum fatalizmu w po- 
jęciu tragików greckich, jakkolwiek rzucone po za człowieka, 
miało głębię, jakiej nie osiągło nigdy przedtem i nigdy potem. 

Dziś się z mozołem pniemy ku niemu. A żeśmy docierali 



UTOPIE O DRAMACIE. 113 

doń innemi drogami i od wewnątrz ma ono u nae wygli)d zgoła 
uduobowiony, a siedziby w głębi duszy człowieka. 

W gniucie rzeozy wBzelkie fatum, które nas ściga, w nas ma 
swe £r<$iUa, z nas czer[>ie swe dopływy i do nas wraca. Mistyczne 
siły, które na nas zastawiają łowcze obierze, czatując za węgłem 
jutrzejszego dnia; klątwy, któremi obarczeni bezwiednie stajemy 
eic winni, mają swe gniazda w transcendentalnej naszej istocie, 
a są w nas tesume, jak czyhały przed wiekami w duszach dzikich 
koczowników po puszczach i na bagnach. Stamtąd wylatują cza- 
sami niezawodne ptaki przeczuó z ostrzcżeuiem zawrócenia z drogi, 
póki jeszcze czas, zanim klamka zapadnie i ogłoszone zostaną osta- 
teczne ortyle. W nas gospodarzy nasz najgroźniejszy wróg, który 
łakomi się na naszą zgubę, ezartowską magią przywołując przezna- 
czenie z zewnątrz. W rgku Demonów, wraże zło siejących jesteśmy 
pył ozozy, Itezwładni somuamhule. Jest to świat, w którym u źró- 
deł podziemnych czuwają siostry Parki, siostry Horli wieczystej, 
przędząc nió naszego żywota, ów bits-fond duszy naszej, który wy- 
bucha niszczącym pożarem nu zewnątrz, albo wezbrana powodzią 
wód, zrj'wająoych groble, wyrzucających na brzegi topielce napot- 
kanych rozbitków. Ten świat niezgłębionych mroków rznca na 
twarze ludzkie w noce i we dnie głębokie cienie, które tragik 
podchwytuje i ntnvalu; z tego świata wyłaniają się widma, które 
pierwotna fantazya wcielała w symbole zewnętrznego fatum. 

Dziś wiemy, że owo mistoryum w nas ma swe siedlisko. Wy- 
obrażenia nasze o niem są czystsze, bi» otrząśnięte z wszelkich 
przypadkowych naleciałości i pozbawione wszystkich cech nieisto- 
tnych, które w niem nie biorą udziału, a które przypisywaliśmy 
mu pod wpływem odziedziczonych czy nabytych dogmatów, do- 
ktryn i przesądów. Nasze upiory boIu, nasze widma strachu zgoła 
przeduohowione żyją o wiele bliżej oceanu rzeczywistego misteryum, 
niż nawet symbole fatalistycznc Greków. Może przez to ścieśniamy 
zakres tematów tragicznych, może sprowadzamy cały świat konstel- 
laoyj życiowych do kilku zasadniczyob mitycznych motywów, kti'»- 
lyoh waryowaniem zająt= się raa na przyszłośó iantazya dramaturga, 
ale zbogaoamy się przez to niezmiernie, kładąc ostateczny prze- 
dział między tern, co wedle naszych pojęó od nas niezależne, o nas 
decyduje — a tern, co nam podległo, przypadkowe, wysiłkiem woli 
naszej poprawi*' możumy. 

Rozkazy iibsolutu, którycli żadna siła ludzka nie zreformuje, 
pod przymusem których działamy — to sygnały wiekuistej tragc- 
dyi, manifestujące się vi żelaznej konieczności logiki dntmatu. 




F. MIRANDOLLA. 



ŻYCIE. 



To nic że gnębi czasem los, 
Że dmie nam burzą w oczy, 
Że tu i owdzie padnie cios, 
Przedwcześnie śmierć zamroczy. 

To nic że jęknie ten i ów, 
Ze łza z powieki spadnie. 
Że życie budzi z cudnych snów, 
Marzenia złote kradnie!... 

Od skarg dalecy i od stów 
Co puste w przestrzeń lecą 
Wpatrzeni w bezmiar ciemny ów 
Odzie białe gwiazdy świecą. 

Gdzie święty, wieczny wiodą tan 
Bez celu i bez końca, 
(fdzie ze świetlanych wstają pian 
Codziennie nowe słońca. 

liy wpaść za chwilę w ciemną noc 
Zatonąć w wiecznej głuszy 
Czekamy, a w tem dziwna moc 
Zstępuje nam do duszy. 

I szepce jakiś cichy glos 
Na dnie tej duszy skrycie 
Cóż wobec togo ludzki los 
I cóż jest ludzkie życie! 



OPOWIA DANJK MEGO PRZYJACIELA.. 1 1 ó 

Cóż że na ziemi czasem łka 
W agonii - pyłek mały, 
Gdy walka, ból, gdy śmierć i łza 
Przez Wszectiświat się rozlały. 

Gdy niema nawet w świetlanej mgle, 
Co w próżni gdzieś majaczy, 
Ani na myśli żadnej dnie 
Momentu bez — rozpaczy. 

Gdy po przez każdy kwiatów łan 
Śmierć pełza, cicho, skrycie... 
O ! ten szalony, straszny ton 
To życie! tylko życie... 




WŁODZIMIERZ PERZYrtSKI. 

opowiAiM mm PRzmcmi 

Mój przyjaciel Maryan, który od 'pewnego czasu cierpi 
na silny rozstrój nerwowy, opowiedział mi przed' kilku dniami 
dziwną historyce, jaka rzeczywiście tylko w chorym móz^u 
mogła się wylegnąć. 

— Trzeba ci wiedzieć — rzekł, że nniiej więcej przed pięt- 
nastu laty ('hrystus zstąpił po raz druofi na ziemię. Wybłagjił 
u ojca, aby mu pozwolił powtórnie umrzeć na krzyżu i krwią swoją 
odkupić nowe grzechy ludzkości i pewnej nocy jesiennej zeszedł. 
Tej nocy wszystkim ludziom na całym obszarze świata śniła 
się wiosna. Dziwili się temu nazajutrz, a nikt nie mógł, od- 
gadnąć przyczyny, ('hrystus przyszedł po raz drugi, aby ludz- 
kość gnijącą w nędzy i plugawych grzechach uzdrowić, przc- 
dewszystkiem, tak jak za pierwszej bytności na ziemi, postano- 
wił dobrać sobie dwuiuistu uczfiiów, nie to było trudno. Długo 
błąkał się samotny i dopiero po siedmiu latach, udało nui się 

4 



111) KRYTYKA. 

zebnić tuzin wyznawców, którzy uwierzyli w Niego eałoni ser- 
cem i gotowi byli do ostatniego tchu, do ostatniej Jiropli krwi 
walczyć o każde słowo — ale niestety tylko sześciu mogło 
z Nim wędrować po świecie, bo z sześciu pozostałych dAvóch, 
pisujących wiersze, było nałogowymi alkoholikami, dwóch sie- 
działo w więzieniu za długi, a dwóch źle myślących znajdo- 
w^ało się pod dozorem policyjnym i nie wolno im było opusz- 
czać miejsca urodzenia. 

Chodzili od wsi, do wsi, od miasta do miasta, głosząc mi- 
łość powszechną. Czasami brano ich za wędrownych aktorów, 
ludzie śmiali się serdecznie i chwalili ich za dow^cip, czasem 
gorzej obchodzono się z nimi, ale wogóle nie zachowywano się 
względem nich wrogo. 

- A niechaj głoszą miłość, cóż to nam szkodzi — 
mówili ojcowie rodzin. 

Lecz w pewnem wielkiem mieście, gdzie blask lamp ele- 
ktrycznych rozświetlał mrok nocy i gdzie na każdej ulicy byJa 
szkoła, przytułek dla starców, oraz dwa domy publiczne, zaare- 
sztowano ich i skutych w kajdany poprowadzono przed oblicze 
Heroda, który sam miastem władał. 

Siepacze na razie słowa wymówić nie mogli. Wstręt jaki 
ogarnia wszelkie dusze szlachetne na widok nikczemnych prze- 
stępstw, był tak wielki, że odjął im mowę. Dopiero lekkie tu- 
pnięcie Herodowej nogi i ciche : „prędzej !" które wyrwało się 
z ust powoli, niby żądło żmii -- wróciło im przytomność. 

Drżąc z przerażenia opowiedzieli co się stało. 

— Przez dziewiętnaście wieków był spokój — zakończył 
zbolałym głosem opowiadanie swe setnik, aż oto ^)n znowu 
powraca na ziemię... Kazałem krzyż uszykować, abyśmy jutro 
skoro świt mogli sprawiedliwość wymierzyć. 

Lecz Herod nie ])odzielał gniewnego zai)ału swych pod- 
władnych a wiernych urzędników. Słuchając oskarżenia, uśmie- 
chał się dobrotliwie i kiwał głową niby ojciec, który patrzy na 
psoty swych dzieci. 

— Niepotrzebnieście mnie budzili — rzekł tonem lekkiego 
wyrzutu. — Nie gniewam się — dodał szybko, widząc, że setni- 
kowi grozi atak apoplektyczny — wiem że wasz czyn nieopa- 
trzny zrodził się ze szlachetnych zamiarów i wasza gorliwość 
nie będzie wam zapomnianą. Ale... Ukrzyżować... To było do- 
bre wtedy dla barbarzyńców, ale my... my mamy po za sobą 
dziewiętnaście wieków kultury; wydarliśmy wiedzy nieomal 



OTWARCIE PARLAMENTU. 117 

wszystkie tajemnice, przejrzeliśmy na wskroś naturę ludzką... 
I my mielibyśmy się obawiać naszych proroków ! ! Puśćcież Go 
na wolność! 

I tak niby zakończyła się druga ziemska wędrówka (>iiry- 
stusa. 




IGNACY DASZYŃSKI. 



Otwarcie parlamentu. 

Wiedeń, 2 lutego 1901, 

Cói to za kłopDt, co za nędza !... Wybierają parlament ten 
juz od pół roku, a on nawet prezydyum wyl)ra(5 nie może ! Gdzie- 
indziej zamieniają stary parlament na nowy w przeciągu sześciu 
tygodni, a w siódmym ju^. projekty ustaw dyskutują. W Austryi 
potrzeba było morza zawiści, namiętnego wyczekiwania, milionów 
oszczerstw, ty luz oszustw i podstępów, trzeba było niejako ,, kamie- 
nia na kamieniu" nie zostawid, Bóg wie, ile programów nieboty- 
cznych zbudowaó, a kiedy to wszystko juź się szczęśliwie odbyło, 
kiedy posłowie wszystkich narodów, grup, klas, klik pasożytniczych 
wreszcie się szczęśliwie zjechali i chcieli się ukonstytuować, zawo- 
łał niejaki p. Kloufacz: „Poczkejte!" a za nim dwóch po- 
dobnych „Klofaczów", jakiś p. Fressl i Hruby zaczęli wTzesz- 
czeó, jakby ich kto ze skóry obdzierał. Dlaczego wrzeszczeli, z ja- 
kiego bliższego powodu rzucali obelgi na |)rawo i lewo i przed 
siebie, tego chyba nikt nie odgadnie... Oni sami o sobie powiadają, 
ie sztandar prawa państwowego „Korony św. Wacława^, wypada- 
jący z rąk Młodoczechów, w swoje kr/epkie mieli ująó dłonie. Jak 
tam z tym szwindlem polityczno-historycznym sprawa stoi, to dla 
nas dziś zupełnie obojętne ; >vażniejszcm dla nas to, źe na powsta- 
nie i wybór takich Kloufaczów (jest on jedynym posłem wybranym 
w dwu okręgach !) złożyli się młodoczesi, klerykali, dyrekcya poli- 
cyi w Pradze, bogaci fabrykanci i antysemici. 

Ten nieustraszony bojownik ludowy niczyim zdaje się nie był 
wrogiem, jak tylko socyalnych demokratów i dlatego zapewne na- 

4* 



118 KRYTYKA. 

zwał się „narodowym socyaliatą**... Krzyczał jedDak zupełnie jak 
młody Wolf. 

A czterystu posłów, reprezentujących niby 25 milionów lu- 
dzi, słuchało tego wrzasku z apatyą i jakąś taką miną, jak gdyby 
sobie w duchu mówiło, źe właśnie tak miało wyglądaó otwarcie 
parlamentu austryaokiego. Odtąd Kloufacz będzie wrzeszczał do 
woli, a każda potężna ^ partya właściwie cieszyd się będzie, że nie- 
czyunośó parlamentu jedynie kosztem gardła Kloufacza i Hrubego 
(ten ma mie<5 najsilniejszy organ w Izbie ! !) stad będzie, a więc 
ostatecznie kosztem tanim... 

Nie jest to absolutnie żart, lecz twarda rzeozywistośd. Wszy- 
stkie partye proklamowały politykę „wolnej ręki", to znaczy, że 
żadna z nich niema najmniejszego planu, co ma przeprowadzić 
w parlamencie. Polacy, ani Czesi, ani Niemcy nie chcą wejśó w ża- 
den sojusz, w żadne zawieszenie broni, w żaden kompromis ; szczę- 
ściem dla nich, że Kloufacz będzie dla głupich wyborców kozłem 
ofiarnym, „przeszkodą" w pracy, cierniem w nodze... 

Gdyby Kloufacza nie było, musieliby go s two- 
rzy d! Sami bowiem nie mają absolutnie ani żadnego poczucia 
wspólności, jakichkolwiek interesów ludowych, szerszych, ani nie 
boją się żadnej odpowiedzialności przed wyborcami, bo tych chwy- 
cą zawsze za łeb hasłem „solidarności narodowej"^. Że ta solidar- 
nośd nie powinna wykluczad rozumnych i uczciwych sojuszów dla 
obrony wspólnych realnych interesów, że nie powinna służyd do 
wytwarzania dzikiej nienawiści narodowej, podobnej do jakiegoś 
tańca wojennego kannibalów, to chyba pomieścid się może w mó- 
zgach i sercach „beznarodowych" socyalnych demokratów; dla wy- 
borcy mioszezaóskiego wystarczy wrzasnąd „hrom a peklo !" i man- 
ilat zapewniony. 

Austrya doprowadziła wreszcie szczęśliwie do tego, źe pierw- 
szym punktem każdej narodowej partyi jest : irredenta. Najgłośniej 
to mówią Niemcy, najciszej Polacy. I po co ci ludzie zjeżdżają 
się jeszcze w Wiedniu? Czy nie szkoda każdego grosza na parla- 
ment dzisiejszy, niezdolny absolutnie do życia, czy nie za drogo 
kosztują koncerta Wolfów i K 1 o u f a c z ó w ? 

Ależ al)solutyzm jest jeszcze bardziej niemożliwym. 

Tak, to tez droga wyjścia leży przed nami: jest nią upo- 
ranie się z krzywdami ii a r o d o w e m i każdego narodu 
i praca w przyszłym parlamencie opartym o ludy 
zrównane i n i e k r z y w d z o n e. 



DTW AKCIE PARLAMENTU. 119 

Eksperymenty z sejmami rozczarowały bowiem juz nawet 
najróźowszyeh separatystów. Zamiast jednego skandalu mied ich 
będziemy kilkanaście, gdyby życie prawodawcze spróbowano w zu- 
pełności przenia-^d do sejmów. Zresztą i tak wspólny parlament 
byłby koniecznym. 

Marzenia o „straży j)arlamen taniej", o zmianie regulaminu 
nie natchną żadnej partvi, żadnego programu fałszywego, życiem 
i prawdą i siłą. Rozumielibyśmy nawet najsurowszy rygor w parla- 
mencie o coś opartym, w inslytucyi pełnej praw i potęgi. Ale 
w austryackim parlamencie wprowadzać polieyantów parlamentar- 
nych bez zreformowania samego parlamentu, znaczyłoby chyba 
wprowudzaó w życie komedye absolutyzmu, równie wstrętną i szko- 
dliwą, jak dzisiejszy fałszywy patos Wolfa i Kloufacza ! 

A potem, ta Izba została zdemoralizowaną doszczętnie i przed- 
stawia dziś wprost intereses patologiczny, dla psychiatrów... 
Dwie formy neurastenii : znużenie i przygncl>ienie z jednej, a ostr}' 
szał z drugiej strony. 

N a j k o m i c z n i e j s z e dla znawców jest dzisiejsze K o ł «> 
polskie. Wyl»ranc „po galio3'jsku'*, mieści w sobie wszystko: 
idyotycznego panslawiste Danielaka, obok rządowca austryac- 
kiego, hr. W o d z i c k i e a: o ; ks. Zyguliuskiego obok dra Byka, Ko- 
złowskiego obok Romanowicza ! 

Brakuje tylko Brejtera ol)ok dra Zgórskiego, bo Marchwicki 
^siedzi" — niestety w Izbie lianów... 

Wszystko to podlaifo przez arcychytrego staruszka Jawor- 
skiego sosem „wobiej reki", to znaczy nie wiadomością tego, co 
trzełia robid i zrobić w parłam iMici(». Koło to kierowane nadzwy- 
czajnie chytrą ręką „regimeiitarza" unika jak dyabeł świccimej 
wody, wszelkiej dyskiisyi, któraby mogła bodaj trochę wyklarowat^ 
sytuacyę polityczną ; natomiast co dnia w pocńe czoła strzępi ję- 
zyki o świniach, o drzewie, o kanałach, o egzekutorach i t. d. 

I-)otąd nie mówiono jeszcze o soli bydlęcej, ale miejmy na- 
dzieję, że wkrótce stoczy się i nad tvm punktem obszerna debata, 
w której zeodza sie wszvscv... 

A tymczasem Wolf i Kloufacz wszystko to w perzynę obrócą, 
ci zl)rodniarze !... 1 znowu roz[)ocznie się orgia politycznej głupnty 
w gazetach kliki galicyjs!;iej i znowu „mądra** i pożyteczna poli- 
tyka Koła zajaśniejo w całym blasku w (ialicyi. Kogo też ci lu- 
dzie więcej oszukują : czy siebie samych, czy swoich biednych wy- 
borców? Pytanie dośo ciekawe dla klasyfikatora tych szczeŁCÓlnyrh 
polityków. 



TEATR LUDOWY. 

Warssiiwa, utyczeń 1901. 

Dowiadujemy się z pism, źe Wydział krajowy zajraiije się 
gorliwie spra^r^ tak zwanego Teatru ludowego i źe zwrócił eic 
z zapytaniem do osób kompetentnych, czy zorganizować i jak zor- 
gauizowad taki teatr w Galioyi, Podobno otrzymał jui. z rtliuych 
stron odpowiedzi. Wobec togo pn^niemy, aby \Tysłuchat i na- 
szego skromnego głosu. Nie zamierzamy ztożyd w jego progach 
samych prawd dyamentowycli i pewników niezbitych; radzi nawet 
będziemy, jeżeli ^owa nasze zwięksm szereg wątpliwości. 

Tak, wątpliwości. Pierwszy tcRtr ludołvy na ziemiacli polskich 
stanął przed |>ółtora rokiem ti nas w Warsaawie. I^eży właśnie 
przed naszemi oczyma sprawozdanie z pierwszego roku działal- 
nn^ci. Jestie to teatr ludowy? Zajrzyjmy do Mpisu wystawionych 
sztuk. Uepertnar mieszczański, nie różniący się prawie niczem od 
repertuaru pierwszej lepszej trupy prowincyonalnej. Twierdzenie to 
jest dedukcyą, prawda. Więc przypatrzmy się pulńcziiości, która 
do niego chodzi. Jost to zwyczajna warszawska publicznoś<5. dla 
której Teatr Wielki, Mały i liozmaitosei jest trochę za drogi. 
Więc nie lud sohodd się na widowiska do Teatru ludowego. Więc 
i nazwa jego niewłaściwa. Zamieńmy ją na nazwę: Teatr Tani; 
w tej też chwili całe sprawozdanie nabiera innego charakteru, 
upada szczytna misya i pozo-^taje zwykłe przedsiijbiorstwo. 

To pierwsza wątpliwo3<5. Jeieli Wydział krajowy zamierza 
pod tym wzclędem oprzet? sii; na doświadozeniaeli pierwszej sceny 
ludowej polskiej, to będzie po prostu fałszywie poinfor- 



w a n y, 

A teraz wątpliwośf: dmga. 

Xa wstępie sprawozdania czytamy, 
aluży sztuce i celom społeczno-i 



e toutr ludowy warszaw- 
om 1 n y III : a wnet po- 



TEATR LUDOWY. 121 

tem: ^najbardziej podobały się publiczności siarczyste mazury, 
krakowiaki i oberki, charakterystyczne i klasyczne tańce". W ja- 
kim stosunku pozostaje balet do sztuki dramatycznej i do celów 
społeozno-moralnych nie wiem, a raczę} wiem, ale to jest bardzo 
smutne wiem. I to jest wątpliwość druga. Dotychczasowy kierunek 
teatni ludowego w Warszawie, oprócz sprawozdania, pomieścił 
w pismach w eiagu roku cały szereg artykułów, poś\vięcony po- 
pieraniu „świętej sprawy sztuki i umoralniania ludu", ale 
wielokrotnie uświadamiał nas, iź stosuje się „do wymagań i do 
smaku swej pul)liczności". Tedy wątpliwośd druga nabiera 
jeszcze większej siły: regulują prąd rzeki stosując sic do prądu 
tej rzeki, poprawiam smak ludu stosując się do jego smaku, gło- 
szę trzeźwośd stosując się do pijaństwa. 

Uroczystośd otwarcia teatru ludowego w Warszawie powitały 
liczne gratulacyjne depesze — z Galicy i. Krytyka 
warszawska milczała jak zaklęta. Hałas czyniła repor- 
teiya. Co to znaczy? Zali ta okoliczność nie jest zaiste wątpli- 
wością trzecią? 

Kierownikiem teatru ludowego był p. Marjan Gawalewicz. 
Czyżby działalność jego literacka i reżyserska stała ponad wszelką 
krytyką, lub niżej wszelkiej krytyki? Nie. Dorobek literacki p. 
Maryana (Jawalewicza podlegał zwłaszcza w ostatnich latach czę- 
stej i dotkliwej krytyce. Dla(^zego w tym wypadku nikt nie 
chwali, nikt nie gani, ale wszyscy jak jeden mąż milczą? 
Wypada zaznaczyć, że to, co się zwie poważną kiytyką warszawską, 
jest zbiorowiakiem o8Ób, z których jedne należą do kół konserwa- 
tywnych, inne do postępew\ch, jedne podlegają różnym „przesą- 
dom" politycznym, inne nie podlegają i nie należą do żadnych 
grup ani politycznych, ani społecznych. Skąd ta nagła jedno- 
myślność? Zaznaczyliśmy na wstę{)ie, że Wydział krajowy zwró- 
cił się do osób kompetentnych. Jeżeli chodziło mu o zdanie 
ludzi z tej strony granicy, gdyż owoce pierwszych doświadczeń 
tu właśnie uszczknięte zostały, to niniejszem pubicznie 
stwierdzamy, że wszystkie osoby kompetentne a za- 
mieszkałe z tej strony granicy dotąd milczały i na- 
dal prawdopodobnie milczeć b ę d ą. 1 to już wątpliwość 
trzecia. 

Czas krakowski ogłosił główniejsze ustępy odpowiedzi pana 
Stanisława Koźiniana na zapytanie Wydziału krajowego, czy zor- 
ganizoNYać i jak zorjranizować teatr ludowy w Galicyi. 



122 KRYTYKA 

Pan Kożmian w odpowiedzi swojej radzi teatr ludowy oprzed 
na gruncie religijnym, poddać^ władzy nietylko Wydziału krajo- 
wego, ale i Duchowieństwa i ustanowić surową cenzurę dla sztuk. 
Zarazem mówi o wytworzeniu literatury dramatycznej ludowej 
i wreszcie, jak zauważył Kurjer warszawski, ostatecznie radzi utwo- 
rzenie teatru, służącego agitacyi politycznej w duchu zachowa- 
wczości. 

Co słowo — to nowa wątpliwość. 

Wytworzenie literatury dramatycznej ludowej i trwożliwa 
cenzura kleru, oddziaływanie estetyczne i agitacya polityczna. Nie! 
Pan Ko^mian nie widział chyba nigdy indeksu dzieł przez kościół 
potępionych i nie zajrzał chyba nigdy do duszy ludu, która sztukę 
w wielkim stylu zawsze oceni a sztuką w małym stylu zawsze się 
psuje. 

Więc sztuka tendencyjna? Do niej zaliczają podobno „Tka- 
czów" Hauptmaua. Jabym tego nie powiedział. Jest to sztuka, 
którą może uiywad można także do celów agitacyjnych, ale nie 
wywierałaby ona tak potężnego wraienia, gdyby nie była istotnie 
prawdziwem dziełem, to jest tworem natchnienia, fantazyi i żaru 
poetyckiego. Hauptman przedstawia losy robotników i dlatego 
tylko sztuka jego nie jest mile przez zai^howawców widziana^ po- 
nieważ czyni to z wielką prawdą i wielkim talentem a nie bez 
ognia. To jeden sposób pisania. Jeżeli się on zachowawcom nie- 
podoba, to niechaj w x najdą pisarza, który im z równym talentem, 
z równym ogniem i z równą prawdą przedstawi ś w i e t n o ś d losów 
robotnika. Z góry jednak wiemy, iż dzieło takie nie powstanie 
nigdy. Umoralnianie zaś ludu zapomocą sztuk, przypominających 
kazania ])rotostanckie, nie wiedzie do celu. Na to szkoda czasu, 
pieniędzy i opinii. 

Czemu p. Kożmian nie powiedział: wprowadźcie cały, wielki, 
przez wszystkich uznany repertuar klasyczny, złożony z dzieł 
Szekspiera, Moliera, Szylera etc. Czemu p. Koźniian jako wytrawny 
stary esteta teatralny nie zapytał, w jakim stosunku stoi sztuka do 
duszy hulzkiei ? 

Nam nie cliod/i w tej chwili ani o prądy zgubne, ani o prądy 
zbawienne, ani o prądy Nvogólo ; niech przyszły teatr ludowy 
w Galicy i nie podsyca tylko swemi tendencyami dymiącego ogni- 
ska politycznego. Niecłi dźwiga kulturę duszy ludzkiej. Ale jak? 

1 tu jest wątpliwość piąta. 

Zaraz. Może jej nie będzie. Jedni twierdzą, że teatr odzia- 
ływa na ludność zbawiennie, inni, że ją demoralizuje. Jak zwykle tak 



TEATR LUDOWY. 12:5 

i w tym wypadku jedni i drudzy mają słuszno^d. Dobry teatr od- 
działywa zbawiennie, zły demoralizuje. Ale co to jest dobry teatr ? 

Dobry teatr jak wogóle sztuka w wielkim stylu daje wi- 
dzom potężne wstrząsnienia estetyczne. Wstrząśnienia 
te są zawsze moralnie dodatnie, nigdy ujemne. Należy to tylko 
dobrze zrozumied. Na 8cenie Zło zwycięża, Dobro upada. Nierao- 
ralnoś<5 sztuki tylko pozorna. Dla widza jest ważnem to, jak Dobro 
walczy i upada i jak Zło je gnobi. Dusza jego ocenia sytuacyc 
a wrodzony instynkt formułuje tezę mniej lub więcej wyraźnie. Li- 
chy moralista lub trwożliwy uzdrawiaoz ludu nie wprowadzi na 
scenę złego ojca. Poco złego ojca ludziom pokaz\'wa<5? Wprowadzi 
dobrego ojca i nie przekona nikogo. W „Hanusi*' Hauptmana wi- 
dzimy złego ojca, strasznego ojca i ten przekonał całą Europę. 
Niejeden brutal, wznosząc pięśd na swoje dziecko, posłyszy za sobą 
chór widm: „morderca, morderca !"• i kto wie, czy mu ręka nie 
zdrętwieje. 

Powiedzieliśmy: potężne wstrząsnienia estetyczne. Tak. One 
nie są argumentami moralnymi, one są czemś nieskończenie więk- 
szem: one sa moralnymi bodźcami. 

Ludzkośd nie potrzebuje tyle argumentów, ile bodźców. 
Argumenty działają na natury wyjątkowe, na ogół działają bodźce. 
Po wielkiem wstrząśnieniu cHtetycznem następuje refleksya, poczyna 
się proces myślowy i wyciąganie wiiiosków. A zatem poczyna się 
działalność kulturua. Kto wychodzi z t<»atru po wysłuchaniu wiel- 
kiej tragedyi, ten tej nocy zbrodni nie popełni, chyba że jest 
„człowiekiem Lombrosa". Dajcie ludowi króla Lira, dajcie Walen- 
sztejna i Mazepę a będzie lud ten poważniał, będzie się czyścił 
moralnie, będzie myślał i czuł szlachetniej, a słuchał głosu roz- 
sądku. 

A może to jest wątpliwość szósta ? Zaraz. 

Więc nie dajcie mu tego. Dajcie mu balet, koniedyę, wode- 
wil, farsę. B(Mlzic sio śmiał, b(^dzie sie brał za boki, nie bt^dzic 
poważniał, będzie żył jak my. A jak to żyjemy my, my mędi-si 
j lepsi? Skoiiczyła się w teatrze farsa. Damy były tak piękne, 
panowie tak dowcipni... A gdyl)y tak na kolacyjkę?... Niech bę- 
dzie na kolacyjkę... Kolacyjka wspaniała! Panie tak omdlewające, 
panowie głęboko w oczy j)atrzą... A możeby tak ruszyó gdzie za 
miasto, co?... Do Marcelina? Niech bodzie do Marcelina... Raz 
się żyje! Prawda, pani?... 

Ale z tern „raz się żyje" kończy się wszystko, o ozem wolno 
mówić głośno. W każdym razie możemy mówi<^ o jod nem. Nasz 



124 KRYTYKA. 

kochany toatrzyk był bodźirem, oh, był! Ale jakim bodźcem? 
Dziwne ! Przecież nazajutrz cała reporterya zachwala sztuko , po 
której zbiera ochota... kropną<5 się z damami do Marcehna... 

Tak m y postępujemy, inteligencya. Ale jak postąpiłby w na- 
szem położeniu „andrus" z nad Wisły? Jak tez działa na niego 
tego rodzaju „bodziec estetyczny"? Odpowiedź znajdziemy w kro- 
nice wypadków policyjnych. 

Dama „andrusa** nie jest bynajmniej „omdlewająca" a gdy 
on zajrzy w oczy głęboko, to „pan w celendrze" ogląda się za 
stróżem l>ezpieczeństwa publicznego. Zabawne to, że właśnie ^taki 
pan w celendi*ze" postanowił dostarczaó mu „bodźców moralnych** 
w warszawskim teatrze ludowym. Ten pan doczeka się jeszcze biedy, 
jeżeli nareszcie „utrafi do gustu swej pubhcznosci" tak, że na jego 
sztuczki poczrą nareszcie chodzió „andrusy**. A może i pod tym 
względem mylimy się ? Może to jest poprostu wątpliwośó siódma ? 

Ale zależy nam właśnie na tem, aby zaszczepió wątpliwości. 
Prawdy dyamentowe dostarczą „kompetentni", dostarczą znawcy 
„starego teatru" i ludzie, którzy lud znają z tego sera i masła, 
które od niego kupują. 

Tak, lud to jest wielkie słowo i sztuka jest to także wielkie 
słowo. 

Dajcie nam tu wolne ręce a w ciągu miesiąca wystawimy 
wam w Warszawie teatr ludowy, o którym cały kraj będzie wołał 
z zapałem, że przez niego sztuka żyje i społeczeństwo żvje. Tylko 
naszym opiekunom chodzi właśnie o to, aby nam nie dawaó .,po- 
tęźnych wstrząśnień estetycznych" i tu może tkwi zagadka, dla- 
czego poważna krytyka warszawska tak przekornie milczała przez 
półtora roku. Ale wam, panowie, nie chodzi o ogłupianie ludu, 
tylko o jego cywilizacyę. Wy ocenicie moje wywody. 

Albo — jest to wątpliwośó ósma?... 

Przegląd przeglądów. 

DR. MZET- 

PRZEGLĄD FI L(>Z( )F1CZN Y. 

Ostatnie półrocze (zeszyt III. i IV. 1*JOO), jedynego tego pi- 
sma polskiego, poświęconego filozofii, utrzymuje się i nadal na osią- 
gniętej już poprzednio wyżynie naukowej. 



PRZKC i LĄl ) 1 RZ i:( i LA I )Ó W. 1 '2b 

Nad wszYstkiemi, oraawianomi w ostatnich dwóch kwartalni- 
kacb sprawami, górują dwie, odznaczające się zarówno gruntownera 
opracowaniem jak i naukową aktualnością. Jedna — to zastosowa- 
nie teoryi energetyki do filozofiii, druga — to „przesilenie w mar- 
xizmie". 

W III. zeszycie PrzefjL filoz, spotykamy pra(!0 prof. Stru- 
vego „Materya, duch i energia, jako czynniki bytu przedmioto- 
wego". Stanowisko prof. Struvego jest znane. W rozprawie tej 
usiłuje on przy pomocy teoryi energetycznej uznsadnid, a więc nie- 
jako uraodcrnizowac^, swe stare poglądy filozoficzne. Przypadkowo 
może prof. Struve z zamieszczcmej w tym samym zeszycie, jasnej, 
treściwie i |)rawdziwie naukowej pracy dr. J. Kodis o energetyce 
natychmiast się przekonać, ze operował pojęciem energii w sposób 
naukowo niedozwolony, metafizyczny i wprost fantastyczny. Mimo 
to posiada praca starego obrońcy filozoficznych okopów sw. Trójcy 
pewne osobisto-filozoficzne znaczenie. Slruve deklaruje sic w niej — 
może nawet l)ezwiednle — jako konsekwentny pauteista. Pisze on: 
,,Ze w^szystkicgo, <M)śmy powiedzieli, okazuje się, ze Cóg w istocie 
swojej jest energią potencyoualną wszechbytu, a świat ze swym je- 
dnolitym ustrojem fizycznym i umysłowym iest objawem tej ener- 
gii, wynikiem jej przejścia w energię kinetyczną, w ruch". Mamy 
tu więc naturara naturantem i naturam naturatam Spinozy. Albo 
dalej : ^Gdy j)alrzę na ten wszechświat nieskończony, na spo- 
kojny a pewny siebie, majestatyczny ruch ciał niebieskich, na ten 
ustrój wszech[M)tęzny, o d wiec z n y, którego najodleglejsze świa- 
tełka potrzebują milionów lat, by dojść do mego cka, wtedy wi- 
djsę samego Boga w jego zewnętrznej, ci(desnej, a wiec dla mnie 
fizycznej i materyalnej szacie. Albo: .,treśó Boża, objawiająca się 
w naszej świadomości-. »Jak więc widzimy, [)rof. Struyemu bez- 
karnie filozofowaó nie wohuL 

Dwie obszerno rozprawy zeszytu trzeciego, Dr. W. M. Ko- 
ssłowskiego .,Swiadoniośe i en(Tgia" i \)\\ Józefy Kodis „Problemat 
energetyki", tud/iez obszerna .,j)olemika** między p. Wł. Heinri- 
chem a Ad. Mahrbiirgiem w zeszycie czwartym, poświęc(me są 
kwestyi stosunku praw en(M*getyki, w szczególności prawa zacho- 
wania energii do zjawisk psychicznych. Kozłowski wychodzi w ro- 
zumowaniu swem z zasady zachowania energii, wymagającej, aby 
suma energii poteneyonabuj i kinetycznej w wszechświecie, jako 
całości, była stałą. Przy [»uśei wszy, ze jeden z rodzajów (»nergii za- 
miast przejść w drugi rodzaj, przeobraził się w świadomość, przy- 
puszczamy zarazem, że pewna ilose energii ze świata fizycznego 



12r, KKYTYKA. 

znikła, znosimy właściwie zasadę zachowania energii. Świat fizy- 
czny staje się wiec chaosem, bez praw, niezrozumiałym, a przytem 
nie ma żadnego dowodu na twierdzenie o przejściu enei-gii w świa- 
domosd. Zresztą energia znowu nie jest substancyą ani zjawiskiem, 
tylko oznaczeniem ilości możliwej lub wykonanej pracy, jest miarą. 
Swiadomosd ta nie jest żadnym ruchem. Objaśnienie mechaniczne 
może tedy mied zastosowanie w dziedzinie przyrodoznawstwa w naj- 
dalszem tego słowa znaczeniu, nie zaś w świecie psychicznym, du- 
chowym. Tam zasadniczemi kategoryami są prz>'Czynowoś<5 i ko- 
nieczność, w zakresie nauk o świadomości — oelowośd i wol- 
ności, filozofia zaś łączy w jednolitą syntezę te różne o\)Szary wie 
dzy przed- i podmiotowej. 

Dr. J. Kodis w gruntowny i treściwy sposób rozwija nowe 
fizykalne pojęcie energii i przydatnośó jego do tłumaczenia i obja- 
śnienia zjawisk przyrody. Pojęcie energii zastępuje dziś we fizyce 
metafizyczne pojęcie siły, która nie była w stanie wyrazi(^ położe- 
nia i formy rzeczy. Autorka sama dobitnie zaznacza że pojecie 
energii winno byd stosowane tylko tam, gdzie energie- 
można mierzyd pracą. Pojęcie energii usuwa z fizyki zupełnie 
materyalistyczną hipotezę atomów materyi i wogóle pojęcie materyi. 
Teorya energetyczna jest więc nowym sposobem ujęcia zjawisk. 
Ale autorka też nie tai trudności, jakie się nasuwają dziś we fizyce 
ze stosowania tego pojęcia, wie też, że nie w^szędzie da się ono za- 
stosować i że wybitni fizycy, jak n. j). Boltzman, są przeciwnikami 
energetyki. Szczegółowo autorka wykazuje niemożnośd stosowania 
teoryi energetycznej do psychologii, w której nic chodzi o żaden 
mechaniczny miernik pracy, lecz o wyjaśnienie pewnego jakościo- 
wego działania, np. piękna, przyczem moment wykonanej i)racy 
wcale w oc 'nę nie wchodzi i niczego się mechanicznie nic mierzy. 

W „polemice" zeszytu czwartego, powstałej z j)owodu krytyki 
dzieła p. Heinricha pr/ez p. Mahrburga w przedmowie tegoż osta- 
tniego do tłumaczenia Ziehena ^ Zasad psychologii fizyologicznej '* 
stai*a się Heinrich przeprowadzid dowód, że zasada zachowania 
energii nie jest, jak Malirbnrg twierdzi, pewnym sposobem o})isy- 
wania zjawisk fizycznych, ani możliwie treści w'yra, teoretycznym 
wyrazem j)ewnej kategoryi doświad(rzen, lecz że jest to fakt obje- 
ktywno Sl)ra^ydzalny każdej chwili w laboratoryum ; dalej zaprze- 
cza, jakoby zasada przyczynowości mówiła o stałem następstwie 
i ilościowej równt)ważności jakichkolwiek zjawisk, a nareszcie twier- 
dzi, że zasada paralelizmu psychofizycznego })rze(lstawia się jako 
konieczna konsekwencya |)rawa zachowania energii. Heinrichowi 



PRZEGLĄD PRZE(4LAD6W. 127 

odpowiada w bystry i przekonywujący Hpo8Ób Mahrburg, że zasada 
zachowania energii, to /.adeii fakt sprawdzalny w laboratorynm 
(gdyż jej nawet nigdy acisle nie sprawdzono), lecz ie to prawo, 
które zawsze niczem innem nie jest jak ,,zestosunkowaniem zjawisk 
danych w A|)08trzeganiu i wybranych przez umysł, ze względu na 
ieh stałe i bezpośrednie następstwo w doświadczeniu dotychczaso- 
wem" i ie to prawo V)yło dowiedzione nawet apriorycznie; wyka- 
zuje dalej, ie przyrodoznawcze stwierdzenie związku przyczyno- 
wego pomiędzy zjawiskami wymaga stwierdzenia ich stałej równo- 
wa^ości ilościowej (np. pr/yczyna powstania wody) i ie zasada 
|Miralelizmu nie wynika z zasady zachowania energii, która prze- 
ciei o cigłośei szeregu psychicznego nic orzeka<5 
nie moie. 

I najciekawsze w obecnej chwili zjawisko nauk społecznych: 
„kryzys w marxizmie", znalazło w Przeglądzh filozoficznym ob- 
szerne uwzględnienie. Zajmująca i mądra praca Krauza „o kryzy- 
sie w marxizmie**, obszerne krytyczne sprawozdania z dzieła Ma- 
saryka „o filozoficznych i socyologicznych podstawach marxizmu" 
i Stamlera „Recht u Wirtschaft"*, tudzież aiitoreferat Dr. Daszyn- 
skiej „o przełomie w socyalizmie", traktują o tej żywotnej kwestyi 
qK>łeczno-naukowej. Kwcstya ta zawiera tyle punktów i iH)szcze- 
gólnych momentów filozoficznych, socyologicznych, ekonomicznych 
1 historycznych, że sformułowanie ich przekracza rozmiary t^j no- 
tatki. Jedno atoli musimy zaznaczyd. Nie jest to wedle naszego 
zdania „kryzys w marxizmie-^, lecz „kryzys w pozi^aniu marxizmu". 
Marxizm zdawał się niektórym zawieraó pewne szablonowe za- 
nady i podstawy, któro uważali za święte. Gfly stosunki społeczne 
trochę więcej się skomplikowały, zatarły się im linie roz\vojowe 
i głównie działające czynniki — odsądzono więc marxizm od wszel- 
kiej wartości naukowej, a teraz nitki nic chcą na nim zostawió 
całej. Ale z czasoni wyklaruje się sprawa i krytycy ci spostrzegą, 
że przedtem i później podstawiali teoryi Marxa (m)ś, czejifo w niej 
nie ma i że teorya ta — uzupełniona ale nie poprawiona — za- 
wsze jeszcze dla nas jest uajprzydatniejszym sposobem przyczyno- 
wego naukowego ujęcia zjawisk socyologicznych, a więc i history- 
cznych i dolyezaev<»h żywej terazniejszoś(;i. 

Ciekawa }>raea W. M. Kozłowskiego o j>ołączeniu chc- 
micznem ze stanowiska t(M)ryi poznania stara sie wvkazae, że che- 
mia materyalistyezna, tj. taka, która uważa różnice jakościowe jako 
nieodłączne o<i podśeieliska materyalnego, staje w sj»rzeczn(^ści 



V2X KRYTYKA. 

z idea jedposei materyi i ie pojęciowo da sio chemio na niema- 
teryalnej podstawie oprzeć. 

Biegański w artykule o genezie pojc<5 przez analizę innych 
teoryj, wywodzi, ie „treścią zmysłową pojęd" nie są ani wyohra- 
ienia ogólne, ani jedno wyobrażenie szczegółowe, lecz pewien kom- 
pleks pierwiastków, powstający na drodze porównania oraz analizy 
i syntezy licznych wyobrażeń szczegółowych. W pilnej pracy ^psy- 
chologiczna analiza ambicyi", stara się Wit wieki — zdaniem 
naszem na})różno — wykazaó, że ambicya jest instynktem, gdyż 
rzekomo jest powszechną, budzi się mimowolnie, sprawia j)rzyjem- 
nośó i przynosi korzyśó. Czy apostołowie — zapytajmy — i mę- 
czennicy chrześcijańscy mieli ambicyę, czy Spinoza, kióry ukrywał 
„Etykę", pisał dla „ambicyi**? Zarzutów innego rodzaju niożnaby 
jeszcze więcej przy toczy (5. 

Przegląd czasopism filozoficznych, krytyczne bprawozdania 
i autoreferaty, oraz bibliografia ważniejszych wydawnictw, zamykają 
każdy zeszyt tego cennego czasopisma. 

y^Pogląd na Śioiaf*, r. 1900. Poglądem na świat nazywamy 
całośd naszej wiedzy, wierzeń i dążeń spojonych w jednośó tak, 
iżby nietylko czyniły zadośó pragnieniom poznania, ale stały się 
podstawą rozumnego postępowania, wytknęły nam cele życia i ide- 
ały. Innemi słowy: pogląd na świat jest filozofią życia i świata. 
Pismo pod tym tytułem wydawane przez W, M. Kozłowskiego 
w Krakowie, ma na celu ułatwienie każdemu wyrobienie sobie wła- 
snego poglądu na świat, opartego na samodzielnych studyach, dając 
ku temu materyał naukowo-estetyozny i wskazówki ku jego rozsze- 
rzeniu i uzupełnieniu. Ponieważ pogląd na świat stanowi ostateczny 
cel prawdzi^yego wykształcenia, więc pismo można nazwad kiero- 
wnikiem we wszechstronnem wykształceniu; ponieważ zaś podstawy 
naukowe do poglądu na świat daje filozofia — więc moina je nazwad 
populamie-filozoficznem. 

O sposobie, w jaki do tego się bierze, najlepiej objaśni spis 
treści wydanych dotąd 15 zeszytów przez pierwsze 5 kwartałów 
wydawnictwa. Dzielą się one na 1) Arlt/kuiij zasadnicze^ oma\yia- 
jące kwestye ogólne doby bieżącej, jako to: Co znaczy oświata? 
Indywidualizm i jego granice. Jednostka i społeczeństwo, Self-made- 
men. Potęgi dziejowe, Czem jest pogląd na świat, Apostołowie 
mierności. Geniusze bez teki, Mrówcza praca ozy wzlot ku wyżynom. 
2) Zagadnii-nia, wykształcenia i programy czytelnictwa : Inteligencja 
i wykształcenie, Studya nad historyą oywilizacyi, O powołaniu 
literackiem, Wiedza przyrodnicza jako czynnik poglądu na świat, 
Program i treśd kursu literatury powszechnej. 3) Z ruchi urny- 
słoweyo doby bieżącej — tu daje się ogólne })rzeglądy literatury, 
obszerniej omawiane są nowe dzieła naukowe lub poetyckie większej 



przk(;lai) rR:E(JLAi)()W. 129 

f 

doniosłośoi lub zjawiska takie jak wystawa paryzka (Międzynaro- 
dowe święto pokoju), Uniwersytety ludowe i t. d. 4) Obok tego 
mieszczą się liczne oceny Now(/ck Książek, przyczynek do samo- 
dzielnej filozofii, o) Ważnym działem wreszcie jest Korespowieiicj/a 
s czytelnikami f zawierająca obszerne umotywowane odpowiedzi na 
zapytania czytelników, dotyczące sposobów studyów, wątpliwości 
powstających j)rzy czytaniu, informacyi o dziełach potrzebnych itp. 
Wskazówki tu udzielane sa prócz samej redakcyi przez grono osób 
znanych w nauce jako to: pp. Piotr Chmielowski, Dr. Zofia Da- 
szyńska, J. Wł. Dawid, S. Dickstein, T. Korzon; oprócz tych 
spotykamy pod artykułami także nazwiska pp. J. Hłaski, M. łjo- 
piiszańskiej, J. Dudzkiej i H. Strurego. 

Nr. 1 r. b. zawiera artykuły p. Chmielowskiego: Beletrystyka 
polska za rok ubiegły; program i treśó wykładów Filozofii staro- 
żytnej przez W. M. Kozłowskiego i inne. 

Cena pisma złr. 3 w (jalieyi, rs. 3 w Królestwie i Cesarstwie. 
Adres Redakcyi : w Krakowi(», ul. Stachowskiego 82. 

Ltal, organ towarzystwa ludoznawczego we Lwowie, pod rc- 
dakoyą dra Antoniego Kaliny z współudziałem dra Franciszka 
EjTCzeka i dra Jana Lecie j owakiego. We Lwowie 1900. Nakładem 
towarzystwa ludoznawczego. 

Cenne nader w naszych stosunkach czasopismo ludoznawcze 
^Lad" wykazuje w ostatnim roczniku szereg rozpraw i wiadomości 
nader ważnych dla tej gałęzi wiedzy u nas, która dopiero rozwijad 
się poczęia. Podczas gdy inne narody np. Czesi doszły w ludo- 
znawstwie do znacznego już postępu, Polska oprócz „Ludu*' i war- 
szawskiej „Wisły" nie może wykazad się nawet muzeum etno- 
graficzne m, o które towarzystwo ludoznawcze nadaremnie od 
chwili swego założenia kołacze, robiąc tymczasem na własną rękę 
zbiory muzealne. Z innycłi uwag tę wysunąłem na pierwszy plan 
ażeby zwróć i ó na ten ważny fakt uwagę naszej pu- 
bliczności; oV)eenie przechodzę do streszc7enia „Ludu*^ 

W IV roczniku mamy 1-sze adres, wystosowany do Wszech- 
nicy Jagiellońskiej w r)00 rocznicę Jej odnowienia — następnie 
11 rozpraw syntetycznych, zbiorj' materyałów etnograficznych, ro- 
zmaitości, rozbiory i sprawozdania, wreszcie sprawy towarzystwa 
w formie komunikatów z posiedzeń zarządu. • 

Wśród rozpraw na szczególniejszą uwagę zasługuje dokładne 
streszczenie działalności Towarzystwa ludoznawczego w artykule dr. 
Kaliny pt. ., Pierwsze pięciolecie*'. Następnie mamy długą prace 
i bardzo ciekawą J. Witorta „Filozofia pierwotna", a wśród dal- 
szych rozpraw podnosimy pracę M. Gumplowicza: „Polacy na Wę- 
grzech*'. Szczupłe ramy ,, Krytyki'* nie pozwalają nam ani na do- 
kładne wyliczenie, ani też na ocenę rozpraw — krótko tylko za- 
znaczam, że są one wszystkie, a nie tylko wyżej wymienione — 
cenne dla wiedzy o naszym ludzie. Przy tej sposobności podnoszę, 
ie dzisiejsze polskie ludoznawstwo jest bądź co bądź rzetelną 
nauką, prowadzącą do poznania ludu polskiego i rusidskiego nie 



VM) KRYTYKA. 

tylko przez pryzmat poezyi romantycznej, ale i w analizie umieję- 
tnej ii 8ie tak wyrażę zbiorowej (masowej) psychologii ludowej. 

Z dalszych działów czasopisma ,,Lud'^ widzimy wielki pohtęp 
w porównaniu z rocznikami dawniejszymi w części krytycznej 
i sprawozdawczej, obejmującej 19 recenzyj. 

„Sprawy Towarzystwa^' malują dobry bardzo jak na nasze 
smutne stosunki stan funduszów Towarzystwa i pięciu oddziałów 
prowincyonalnychy mających uskuteozniaó badania na prowincyi 
Oddziały te istnieją: w Buczaozu, Chrzanowie, Krakowie, Tar- 
nowie i we Wieliczce. 

O rozwoju wiedzy ludoznawczej w Gkilioyi daje dobrą wska-^ 
zówkę fakt, że w VI roczniku „Ijudu" widzimy prace, recenzye 
etc. 24 współpracowników. Dr. K. J, GorzycJci, 



SPRAWOZDANIA. 



Władysław Studnicki-Oizbert, Wyktud ekonomii polityczfiej. 
Podręcznik dla uniwersytetów ludowy eh i samouków. Lwów, Księ- 
garnia Polska. 

Uniwersytety ludowe i rozpowszechniające się coraz więcej 
samouctwo stwarzają u nas z konieczności literaturę popularną, juź 
nie broszurową ale książkową. Jednym z pierwszych jej dowodów 
jest praca p. Studnickiego, którą z tego powodu przedewszystkiem 
ze względu na jej przeznaczenie rozpatrywaó musimy. Autor wybrał 
formę opisową, unika definicyj, pomija wszelkie rozumowania abstra- 
cyjne, opowiadając o rozwoju gospodarczym, który rozpatruje 
w ścisłej zależności od politycznego życia. W książce popularnej 
byłoby to może nader właściwem, o ile dałoby się w ogóle pogo- 
dzió z ekonomią społeczną, nauką z konieczności abstrakcyjną i po- 
legającą na wyjaśnianiu wzajemnych stosunków zorganizowanej dzia 
łalności ekonomicznej na stopniowem przechodzenim od pojeó prost- 
szych do więcej złożonych. Wykład ekonomii wychoilzi z założenia 
ekonomicznego materyalizmu i zjawiska gospodarcze traktuje jako 
podścielisko politycznych. To też pierwsze dwa rozdziały poświęcone 
są udowodnieniu zależności ekonomicznych zjawisk od jakości pracy 
i wypływów, które na nie odziały wuja. Dalsze obrazowi społeczeństw 
pierwotnych i niższych form wytwarzania i podziału, gospodarce 
naturalnej i wymiennej. Doi)i(iro omawiając rozwój ostatni(»j autor 
pobieżnie dotyka ekonomicznych pojęć, takich jak wartość, cena, 
podaż, popyt, kapitał, towar, pieniądz i in. Zznaczna częśó dziełka 
poświęcona jest kwestyi robotniczej, płacy zarobkowej, rozwojowi 
przemysłu i rolnictwa i polityce gospodarczej. W teoretycznych 
postulatach ekonomi autor trzyma się ściśle teoryi ^larksa, tak że 
nawet odrzuconą dziś już powszechnie teoryę wartości i nadwartości 



SPKAWOZDANIA. Iłl 

przedstawia jako pewnik, pr/y teoryi koucentracyi kapitałów zato 
obrał właściwą Jrogę wyjaśnienia zakresu, w jakim się ona iirze- 
ozywistnia, nie stawiając horoskopów na przyszłość. 

Wogóle p. Stiidnicki jest raczej socyologiem i politykiem^ nii 
ekonomistą, że zaś w książce jogo równolegle biegną wiadomości 
i pojęcia ze wszystkich trzech dziedzin, zarzucid jej można pewną 
niert)Wnomiernoś^ w obrobieniu. Obok l)ardzo dobrych rozdziałów 

niiazych studyach ekonomicznego rozwoju, baidzo ciekawego 
i oryginalnego, jakkolwik popsutego nieco taktycznymi błędami 
{Bi, 1B9) działu o ludności, znakomitego wykładu o proletaryzacyi 
inteligencyi wykł. XV) słabo obrobiona cześó czysto ekonomiczna. 
A zatem wykład o pieniądzach jest niedostateczny, kredyt zupełnie 
pominięty, znaczenie ekonomiczne dzisiejszego handlu nie uwydat- 
nione, oddziaływanie konsumcyi na wytwórczość nie uwzględnione, 
nie mówiąc już o tem, że teoretyczne stanowisko autora niezgodne 
jest z dzisiejszym stanem ekonomicznej teoryi. Z powodu tych stron 
ujemnych Wykład ekonomii tnidno byłoby uważaó za wystarcza- 
jący podręcznik ekonomiczny, przed ewszystkieni dlatego, że mnó- 
stwo pojeó i teoryj pozostało w nim niewyjaśnionych. Pomimo to 
pr/yznad trzeba książce dużą wartośó, a poglądom autora wielką 
samodzielność, o ile chodzi o cześó socyologiczną i polityczną. Nie 
zgodziłabym się również na zarzut uczyniony przez krytyka z Naprzodu, 
ze niepotrzebnie łączy politykę z wykładem. P. Studnicki może 
zanadto ufa, że każdy czytelnik „Wykładu" zdążył sic zaznajomić 
z broszurami przyjaciela jego p. Veto, ale stanowisko zajęte od 
pierwszej kartki najzupełniej usprawi^^dliwia dalsze ])oiityczne wy- 
wody. Należy przytem j)odnie8Ó szlachetne i symj)atyczne tendencye 
książki, które ją dla Ubiwersytów ludowych nader pożądanym czynią 
nabytkiem, jakkolwiek nie jest może łem, co autor zamierzał. 

Powracam do strony pedagogicznej wykładów. Zarzuciłabym 
nierówność traktowania: obok bardzo populaniych pierwszych wy- 
kładów, końcowe zacząwszy od dziewiątego \vymagają przygotowania 

1 dla początkujących cr/ytelników niezawsze mogłyby być zrozu- 
miałymi. Mści się tu na autorze pomijanie definicyj, niezbędnych 
przy wykłałlzie ekonomii i brak systematyczności w układaniu ma- 
teryału. Jednocześnie inówi np, o pieniądzacłi, długacłi państwo- 
wych i kapitale. Nieprzyjemnie uderza również terminologia wprost 
fantastyczna, przekręcanie nazwisk cytowanych autorów, bmk ko- 
rekty nietylko zecerski(?j, ale i autorskiej, a zatem styl niedbały 
i chwilami niejasny. 

Pomimo tycii usterek i pomimo zdziwienia, że p. St. z auto- 
rów polskich cytuje tylko siebie i to bardzo skwapliwie, dużo roz- 
działów wykładu ezytac; można z korzyścią i zadowoleniem univ- 
słowem. Dr. Z. Ua^^ziińfika-indiuska. 

G. I/Arencl. „Mechanizm życia wsp<)łczesnego'* (Papier, Swiatł'» 
opał). Lwów VM)]. Księgarnia II. Altenberga. 

Ijekko, barwnie, z ożywieniem roztacza autor obrazy postępu 
w trzech wielkich dziahich produkcyi i przemysłu. — Rozwój pa- 
pieru tworzącego arcliiwum cywilizacyi, od ksiąg kamiennych do 
•'» 



i:j.> KRYTYKA- 

naj wytworniej szych form współczesnych sposób produkcyi, — mno- 
gośd jego zastosowania w najróżnorodniejszyoh obszarach potrzeb 
ludzkich — rozwój światła i opału — kreślone są równorzędnie z na- 
der zajmującymi obrazami ekonomicznego źyoia. Przy studjowaniu 
mimowolnie czytelnik odbiera wrażenie potężnej siły postępu cywili- 
zacyjnego, niezmordowanej pracy ducha ludzkiego i rosnącej do- 
skonałości techniki współczesnej. 

Tłómaczenie doskonałe. E, Libański. 

Wiktor Synieioski, Mikkrohiologia fermentacyjna, Lwów 1900. 

Badanie drobnoustrojów — tych żyjątek poznawalnych tylko 
pod mikroskopem rozszerzyło obszary wiedzy. Bakteryami zajad się 
musiała i medycyna i technologia : pierwsza dla hygieny i dyagnozy 
chorób, druga dla przemysłu, w którym dużą rolę odgrywa fermen - 
tacya drożdżowa alkoholowa i t. p. 

Książka p. Syniewskiego zawiera zarys historyczny badań 
nad bakteryami, opis tychże, zastosowanie bakteryologii przy fabry- 
kacyi napojów, powstawanie ich w procesach gnicia lub butwienia i td. 
Wszystko to ilustrowane doskonałymi r^^sunkami i posiada nietylko 
wartośó dla fachowca ale zająó może trwale i niefachowca. Pisane 
jest jasno, zrozumiale, zajmująco a przecież dziś g ly tyle się słyszy 
o bakteryach, o życiu organizmów niewidzialnych, nieraz wrogów ciała 
ludzkiego — warto i poznaó sprawy te jaśniej i bliżej. W, T, 

„Dziefinik szpieya^^ z 2 portretami szpiega i Nvyjątkami z taj- 
nych dokumentów rządowych. Londyn 1901, Cena 1 korona. 

Książka ta narobi dużo hałasu. Antoni Wiśniewski, którego 
zwierzenia podają nam wydawcy londyńscy, był naprzód współ- 
pracownikiem „Głosu'* warszawskiego, i to za jego najlepszych cza- 
sów, późnie] korespondentem tegoż „Głosu" z Łodzi i redaktorem 
^Dziennika Łódzkiego", cieszył się przez długie lata opinią dosko- 
nałego patryoty i ludowca, był nawet kiedyś zawikłany w proce- 
sie socyalistycznym i przesiedział kilka miesięcy w w^ięzieniu. Brak 
charakteru, lenistwo i wódka pozbawiały go jednego zajęcia po 
drugiem, w chwili krytycznej znalazł się doradca, który pchnął 
na drogo hańby i p. Wiśniewski znalazł się, może po całonocnem 
łajdaczeniu, w kancelaryi żandarmskiej ! Tam przyjęto go z otwar- 
temi objęciami. Zdobycie sobie znanego literata, w dodatku czło- 
wieka, mającego stosunki osobiste z wielu patryotami, członkami 
tajnego stowarzyszenia Oświaty Ludowej itp. — było dla żandarmów 
wielką gratką. Z „Dziennika" widaó dopiero, jak ci ludzie, pory- 
wający się na zgniecenie polskiego ruchu socyalistycznego i demo- 
kratycznego, najmniejszego nie mają pojęcia o naszych stosunkach. 
Wiśniewski stał się dla nich niezmiernie cennem źródłem informacyj. 

Ciemnota żandarmów jest po prostu niebotyczna. Takie rzeczy, 
jak rocznica złożenia korony przez Stanisława Augusta, trzeciego 
podziału Polski i wiele innych, są im nieznane ! A co ju^ zakrawa 
po prostu na farsę, to że żandarmi do roku 1895 uważali „Oświatę 
Ludową** za stowarzyszenie jawne, zatwierdzone jeszcze przez Albie- 
dyńskiego (w r. 1884). Biedne panienki, rozdające książeczki 
chłopom ! Niepotrzebnie drżały przez całe 1 1 lat ! 



SPRAWOZDANIA. 1 3 H 

Książka Wiśniewskiego, oprócz lioznyoh wiadomości o spv>>v- 
baohy jakich żaDdai*mi używają dla wykrycia socyalistów, demora- 
lizowania ludności itp., daje wskazówki, na które wartoby i u nas 
zwróoid uwagę. Oto co krok znajdujemy tam wzmianki o ciągłem 
komunikowaniu się urzędników policyi galicyjskiej z źandarmeryą 
rosyjską, i to komunikowaniu się, praktyko wanem najwidoczniej na 
władną rękę. Takiego Kostrzewskiego, np., komisarza policyi kra- 
kowskiej, Wiśniewski wprost rekomenduje Utgofowi, jako człowieka, 
prsez którego niejedną rzecz można załatwió. I ci ludzie śmią potem 
Tarzuoaó sooyalistom ^antynarodowe poglądy**! 

Na zakoóczepie powiemy, źe o ile nam wiadomo, p. Wiśnie- 
wski przeby>va obecnie we Lwowie, prawdopodobnie w jakiejś misyi. 
Kadzimy zatem bacznie })rzypatrzyó się jego fotografii. A, W, 

Fr. Afinmdolla: Liher tristium — Lir t/ki. 

Czy znacie smutek dusz omdlewających pod brzemieniem 
zniechęcenia, otrutych tchnieniem gorzkiego życia, i wzywających 
cichej siostry niepamięci i bozczucia? 

,, Głusza jak w wielkim lesie, kiedy wiatr opadnie na trawę 
umęczony... To nie cichy spoczynek... Każdy listek czuje, że cho- 
ciaż niezerwany, niedługo i^padaie, jeżeli to milczenie, co truje tak 
zdradnie, tak cicho, tak pomału, potrwa jeszcze chwilę. Mieniące 
się do słońca wesołe motyle przylgnęły do drzew kory. Co chwile 
opadnie jeden, drugi, dziesiątki — jakby przyszła zima. Nie! Na- 
piły się strachu, co truł drzewa soki, co wypełnia powietrze, jak 
miazmów obłoki. — Już widzę, jak się chyhi grube drzew konary. 
Jeżeli jeszcze chwilę potrwają te czary, las umrze. Ale dusza, och, 
dusza wytrzyma!" 

Dusza wytrzymała i złorzeczy, że „pewnie w gadacli niebyło 
tyle pragnienia, ukąsid stopę, co je w gnieździe tłoczy, jak we 
mnie, plunąó wam w serce ocizy!" 

I w jakiejś gniewnej żądzy zbrudzenia i zohydzenia sobie 
>4mej siebie przesadza winy swoje. „(Iromadzę zbrodnie swoje 
i z rozkoszą tucze się niemi, bo rai mary płoszą..." 

Lecz kiedy rozpacz i gorycz własną swą gwałtownością i siłą 
wyczerpią się i przeciehną, budzi się poczucie dumy, co nie po- 
zwala na skargi i żądze, wyodrębnienie i odosobnienie się poza to 
wszystko, bo boli i tłoczy, co małe i niskie... 

Wtedy uczuwa człowiek łącznośó swą z tymi wszystkimi, 
„co świętych na piersiach znaków niosąc blizny, pod ubraniem pa- 
ryasów kroczą wśród falangi obcych ludzi... My wnuki Braminów 
z nad Grangi..." 

„Są lata — mówi Słowacki — napełnione nudą i troską, 
w których się człowiekowi zdaje, że przebywa pustynie. Nic mu 
wtedy w porę nie przychodzi ; dobro każde na złe mu wychodzi, 
usiłowanie żadne skutku nie bierze. Są to lata dążności, gorączki, 
podróży upragnień, zechceń, bólu, złe słowem i bezsenne lata... 
Leoz nagle, jeśli Bóg nam sprzyja, uczuwamy że wszystko się od- 
mienia, że życic staje się pełniejszem ; jest coś co nas o tem 



134 KRYLYKa. 

ostrzega, moźo to zmiana jaka w zdrowiu, w systemacie nerwowym; 
ale dobra ona jest..." 

I oto piękna strofa z „Liryków autora „Liber tristium", 

„O, ta żałoba, oodziennie noszona, od stóp się dołem zbło- 
conyoh skalała, od orgi i zmięta, zdarta postrzępiona... Sam ją co- 
dziennie brałem na ramiona, a lem w niej ukrydnie mógł 
nic prócz ciała..." 

Dusza nie błądzi juź w mroku smiitna i bez celu... 

„Czekajmy! drżące zgięliśmy kolana, czekamy cudu... Już 
karły śmiechem z świątyni wygnane, drogi różanem kwieciem usy- 
pane. Czekamy ciebie człowieka, Olbrzyma..." 

Dziwny nastrój tej książki: 
. Cicha, senna atmosfera pokoju, w którym leżał człowiek bar- 
dzo chory i smutny... Oto teraz przychodzi do zdrowia... Komnata 
rekonwalescenta... Na dworze jasny wiosenny ])oranek przepojony 
oddechami rodzących się kwiatów łącznych. Słońce wi)ada przez 
okno złotą smugą i przynosi jakieś ciche, dobre, kojące wesele... 
Oto wypędzona myśl o śmierci i chłodny powiew skrzydeł grobo- 
wego anioła... Jakaś osłabiona jeszcze radośó życia... ciche szczęście 
upojone powracaj ącem zdrowiem. A człowiek niegdyś chory uśmie- 
cha się słabo do myśli swoich, które chodzą obok niego łagodne 
i kojące, jak siostry miłosierdzia... 

„Nie wiem czy będzie kiedy w mojej duszy wesołe granie... 
Stoję i czekam, czekam w cichej głuszy, co też się stanie..." 

Nadzieja ciężko chorego, który przychodzi do zdrowia... 
A wkoło jego łoża stąpają cicho łagodne i kojące myśli, jak do- 
bre siostry miłosierdzia, narcyzy «al szpitalnych... L — ff' 

Eliza Orzeszkowa: Chwile. Warszawa 1901. Gebethner i Woltt*. 

Świeży tom nowel Orzeszkowej zawiera rzeczy może cokolwiek 
słabsze od poprzedniego. Niektóre z nich, jak n}). ,, Moment" przy- 
pominają ów idealizm uczuciowy jeszcze z owych czasów, z których 
pochodzi powieśd „W klatce". W Orzeszkowej zaszło w ostatnich 
jakich latach dziesięciu powne przetworzenie duchowe. Charakter 
i rodzaj tego przetworzenia może najlepiej w tym zbiorze uwydat- 
niaó dwie ładne nowele „Wesele Wiesiołka", i niedawno druko- 
wane w Tyg. ilustr. „Z różnych dróg" W jej sposobie odnoszenia 
się do życia zmogła się miłośó i otwarły sie głębokie źródła jakie- 
goś jakby litosnego współczucia. Wskutek tego osobne ramy uczu- 
ciowe, w jakie ujmuje ona ludzi i rzeczy na które patrzy, nabrały 
tenu łagodnie przyciszonego, potrącającego potroszę o atmosferę 
czystych, jasnycli cicliych cel zakonnych. W zupełnej z tem har- 
monii pozostaje jej sposób pisania, obfitujący w zwroty zużyte, 
przenośnie niepotrzebne, ale na ogół dziwnie piękny, zachowujący 
niecę surową lecz dyskretną pojącą ciszę i półcień, w którym kon- 
tury i barwy przedmiotów giną, spływają się w })Omroku, jakby 
umyślnie, by jaskrawością swą nie razió obolałych dusz, które wśród 
nich przebywają. s. 



Odpowiedzialny redaktor i wydawca Wilhelm Feldman. 



Z Drukarni „Słowa Polskiego** pod zarządem Z. Hałaciiiskiogo. 



ka~lŚruhc 



(fl 



Sztuka a Życie. 



KttJim hinl tlii lltuT vom er^tfn Kiaderwillen, 
So gluuhsl ilu ilicb acbon ^l'vberinensch' fiontifi. 
Vorsiiiimst <lii- rilkhl 'hs Mitimea zu crfilltoii. 
Win yicl hM dli ion niulcra fnterscliiedfa. 
lirkoniw divh. 1,-1/ mit der WpH in Fricdnn! 
' Ooetln\ 

W głębokiej swej fantastycznej „Podróży w czasie", przed- 
stawia powieściopisarz Wells obraz spohfczeiislwa, kroczącego 
kilka tyBiccy lat po linii dekiidentyzinu. .,l*i'zepaść, która świat 
dzieli, na pokrzywdzoiij-cli i krzywdzicieli-, pogłębiła się tak 
gnintownie, że żaden most, żiidiui zgoda (ilm brzegów nic h\- 
czy. Ustrój społeczny, dająf-y jednym nadmiar przywilejów, 
drugim nadmiar ciężarów, każai^y jednym lozwijac się wśróil 
rozkoszy i cstetyzmii nu kwiaty piękne, a dingini — wśród trn- 
dów i nędzy — na maszyny loboeze, doprowadził do tego, że 
świat rozpadł się na dwie i-zęści : na Indzkość nudziemnii i pod- 
ziemną. Na powierzclini irlobu żyją Indzie-laleezki: od tysięcy 
lat odwykli oil pracy — przestali się rozwijać fizycznie, zatia- 
cili muszkiiły i energię, wzn>s1 Ich jesi lilipnci a mózg zdzieciu- 
uittly. I oto wędrnjii po świucie jak karzełki, pielęgnują kwiaty 
i pieszczą je miłością, cale zafś życie realne, to życie tmdów 
i owocodajnycli znojów, jest im zupełnie obce. l'rzypada ono 
w udzielę ludzkości podziemnej. Ta składa się z czarnych ol- 
brzymów. Przez rozestetyzowanycli próżniaków zepchnięci do 
nor ciemnych, przez nędzę i beznstamiy trud w jarzmie ze- 
pchnięci do roli bydląt, znaleźli się w podzieiniacli, jako cy- 
klopy, ohsługują.y ulbrzymie maszyny świata kultury i wyra- 
finowania. Maszyny Ic ruiikfynnujii dnskonide, czarne olbrzymy 



13(; KRYTYKA. 

przystosowały się już zupełnie do życia w wiecznej ciemnicy, 
w bezustannym krwawym trudzie, dla pięknej, lilipuciej nad- 
ludzkości — od czasu do czasu tylko, zapragnąwszy pokarmu, 
potężne te giganty jakby bajeczne pająki, nocną porą wycho- 
dzą na powierzchnię i chwytają błądzące po niej drobno, słabe, 
piękne muchy ludzkie... 

Do tego doprowadził najlepszy z porządków, ugruntowany 
na kastowości, na moralności panów i niewolników, na pozba- 
wionym obowiązków, rozpróżniaczonym cstetyzmie z jednej — 
na pozbawionym światła, kultury, miłości braterskiej, niewol- 
niku pracy z drugiej strony... 

Zrozumieli to dzisiaj nawet ci, których przodkowie przed 
stu dwudziestu laty powtarzali: aprh no7f.<i le delnge: dziś nie 
powtórzą: a;>?v}.<? noiis — świat Wellsa. Zrozumieli to wszyscy, 
którzy na prymitywnej, starej tablicy przykazań dopisali Wund- 
towskie: szanuj bliźniego, jak siebie samego — i z całą świa- 
domością zagragnęli 

Ciałem wszystkim rozdać chleba — 
Duszom wszystkim, myfCli z iiiela... 

Spotykają się na tej drodze z żywiołowym ruchem milio- 
nowych mas, które przez same warunki nowoczesnego żj^cia, 
mechanizmu produkcyi, rozpętane z inercyi i ciemnoty dawnej, 
dążą z nieprzepartą siłą do złamania szranek między człowie- 
kiem a człowiekiem, do utorowania sobie możliwości rozwoju, 
do wydobycia ze swj^ch wnętrzy utajonych potęg, podnoszących 
godność, rozkwit, twórczość ducha ludzkiego, do skruszenia hi- 
storycznych hierarchij i zasiania pola dla nowej ludzkości. Ten 
ruch jest treścią, zadaniem, celem, współczesnej demokracyi 
i musi być drogim właśnie wszystkim tym, którzy „nie o szczę- 
ście, własne pytają, lecz o dzieło'*, wszystkim jednostkom wy- 
branym, wolnym od egoizmu interesu, każącego stawać w obro- 
nie przy\Yil(»jn; wszystkim tym, którzy ..strzałę swej tęsknoty" 
kierują ku celom odległym, dla wyrwania większości świata 
z nędzy, ui)()k()i*zenij!, kałuż bylu, do dźwignięcia jej ze stopnia 
zwierzęcości na stopień człowieczeństwa, bez czego niema 
mowy o nadczłowieczeństwie. Aliści w ostatnich czasach za- 
czynają przeciw temu ruchowi występować reprezentanci sztuki. 

I olo w imię tej garstki kapłanów sztuki, pragnących ko- 
niecznie dzielić ludzkość na nad- i podziemną, śniących spó- 
źniony sen o arystokraty zmie i znaczeniu hierarchii, kasty, 



A,» 



SZTUKA A Zrcni 137 

świętego numerus dau^iusy występuje nowozałoźony w Warsza- 
wie organ estetów: Chimera, I>ziecię bogów, twór czystej wyo- 
braźni, który podhjir mytu z przodu jest wprawdzie lwem, 
ale w środku kozą, a z tylu smokiem — Chimera spojrzała 
w oczy rzeczywistości i przeraziła się. Zoczyła się otoczoną 
przez stado drapieżców, pragnących ją rozszarpać i w błoto 
rzucić. Sztuka upada, wielkie natchnienia giną sponiewierane, 
nigdy może, jak dzisiaj, geniusz nie był tak deptany i osamo- 
tniony — a wiima temu tylko demokracya. „Ilewolucya francu- 
ska — biada Chhncra — stawiając zasadę równości i znosząc 
różnice klas, zniosła zarazem wysoką kulturę duchową stanów 
uprzywilejowanych, a nie dała jej stanom wyzwolonym, schło- 
piła szlachtę, a nie uszlachciła ludu. Skazując pierwszą na bru- 
tnlną, cielesną walkę o byt, odebrała jej możność, chęć, a z cza- 
sem i zdolność odczuwania głębokich, subtelnych rzeczy du- 
chowych, pozbawiając drugi prostoty, ciszy, elementarności 
pierwotnego człowieczeństwa, które pozwalało mu odczuwać 
a czasem i wydawać wprost z siebie ^wielkie imperatywy** 
Nietzschego, dała mu za to poziome jeno pragnienie wygo- 
dniejszego żywota, płaskie zazdrości i niechęć do wszystkich 
niepojętych mu uskrzydleń duszy. Stopniowy, coraz szerszy za- 
lew demokracyi prowadził dalej to dzieło**. 

Konsekwencya? Znana. Jest nią .,Pathos der Distanz", 
apoteoza tego, co raz się nazywa „die solitare Kaubthier- 
Species-Mensch", raz: „die blonde Bestie mit den rothen Ba- 
cken", co prowadzi do przykazań, .,dass es eine Rangordnung 
zwischen Mensch und Menscli, fGh/lich auch zwischen Morał 
und Morał giht". do apoteozy ..hierarchii" w społecznem i po- 
lityczncm znaczeniu, jak ją rozumiał Barbey d'AurPvilly i de 
Villiers de L'isle Adam, do wszystkich tych zboczeń, u których 
się znalazł geniusz Nietzschego, gnany wielką tęsknotą ku 
ludzkości bohaterskiej, naprzekór udręczanej newrozą i deka- 
dencyą naturze własnej. 

Chimery I 

Stawiać Franeyę i Europę przed rewolucyą, społeczeństwo 
oparte na różnicy stanów i na przywileju, jako jedyną atmo- 
sferę wielkiej szluki — znaczy to wprost policzkować prawdę, 
drwić z elementai-nych faktów liistoryi. Udzie jest ta sztuka, 
ta otchłań, ta świątynia duchów, którą rewolucyą miała zbu- 
rzyć. Mieściż się ona istotnie w wielkich tych a śmiesznych 
lupanarach, kt<')re stanowiły dwory ostatnich Ludwików, dwory 



138 KRYTYKA. 

Katarzyn i Poniatowskich, dwory wszystkich książątek niemie- 
ckich, z których jeden tylko przytulił kilku plebejów z plebo- 
jów, co posiadali „kulturę duchową" o cale morze nieskończo- 
ności większą od wszystkich, tak wielbionych przez Chimer e 
„stanów uprzywilejowanych" ? 

Jeżeh sztuka wielka ma komu coś do zawdzięczenia, to 
tylko owemu duchowi, którego jednym z wyrazów była rewo- 
lucya: złamaniu przywileju i skostniałej w kłamstwach kon- 
wencyonalnych bezdusznej sztuki dworskiej. Szekspir był osta- 
tnim wielkim poetą rycerstwa — na nim łamie się feudalne 
ryceinstwo i jego sztuka. W całej Kuropie występuje na 
widownię stan nowy, tiers eiat^ i niesie z sobą nowe soki, nową 
kulturę i sztukę, prawdziwą Wielką sztukę, której wydać nie 
mogło ani rozbójnicze, z analfabetów przeważnie złożone ry- 
cerstwo, ni glehae adscripiiiSy na chroniczny głód i prawo primac 
noctui skazany, dlatego „w ciszy i elementarności" pogrążony 
chłop. Nie na posadzkach dworskich, ni „wśród wysokiej kul- 
tury stanów uprzywilejowanych" wyrosło malarstwo Albrechta 
Diirera, poezya szewca Hansa Sachsa i mistyka drugiego 
szewca Jakóba Boehmego; tylko wśród wolnego, radującego 
się myślą swobodną i pełnią życia mieszczaństwa, mogła po- 
wstać sztuka Rubensa, Rembrandta, Ruysdala, jak i filozofia 
Kartezyusza i Spinozy; tylko w republikańskich miastach 
włoskich, albo na zależnych od ludu dworach tamtejszych, 
mógł powstać duch, który natchnął Boticelli'ego , Michała 
Anioła. W atmosferze dworskiej mogła kwitnąć co najwyżej 
zimna, fałszywa, konwencyonalna tragedya Kornela i Riisyna, 
i wschodziły takie kwiaty niemistyczne, jak utwory Węgier- 
skiego, Trembeckiego. Pierwszym warunkiem wszelkiej sztuki 
jest wyzwolenie indywidualizmu, uniezależnienie go od niewoli 
ciała i niewoli ducha — a to rożka jdanienie człowieczeństwa 
jest właśnie jedyną treścią wielkiej rewolucyi. I owoce jej długo 
nie dały na si(,* czekać — oswobodzona od opieki dworów i bez- 
dusznych konwencyonalizmów kuhury klasy uprzywilejowanej 
sztuka doszła rozkwitu, o jakim poprzedni wiek Iraków hafto- 
wanych, harcopów, aleksandrynńw i trzech jedności, me mógł 
i marzyć. Daleki chyba od uwielbiania rewolucyi Hipolit Taine 
widzi w niej źródło tego napięcia i wzlotu tw()rczego duclia, 
który przetłómaczony na język sztuki, wydał nieskończony 
szereg arcydzieł. Śledząc go — mówi Taine — ,, zobaczycie jego 
znamiona w wielkim rozwoju sztuki filozoficznej, Urycznej 



SZTUKA A ZYCIE. 139 

i smutnej, w Anglii i we Francyi, w Niemczech, w przeisto- 
czeniu i wzbogaceniu jcjzyka, w wynalezieniu nowych rodzajów 
i nowych cech, w stylu i uczuciach wszystkich wielkich pisa- 
rzów nowoczesnych, od Chateaubrianda do Balzaca, od Goe- 
thego do Heinego, od Coopera do Byrona, od Alfleriego do 
Leopardiego". Objawy podobne znajdują się także w malar- 
stwie, a najsilniejszy może ich wyraz przebija się w najetery- 
czniejszej i najbardziej uduchowionej ze sztuk — „w muzyce, od- 
powiadającej pojawieniu się nowego geniusza... na progu tego 
wielkiego wzburzenia dusz, któjo się nazywa rewolucyą fran- 
cuską... Do tej to duszy Beethowen, Mendelsohn, Weber prze- 
mawiali**... 

Wszyscy oni są dziećmi rewolucyi nawet wówczas, gdy 
się jej wyrzekają, wszyscy Si\ dziećmi demokj-acyi, bo nie do 
salonów, lecz do ludu przemawiają i wszyscy trafiają też do 
serc tego ludu, gdy uprzywilejowani dziedzice wielkiej kultury 
wypędzają z ojczyzny Byrona i pięścią traktują seraficznego 
Shedlleya. Literatura i sztuka demokratyzują się, stają się do- 
brem powszechnem i uważają lud za trybunał. Wagner widział 
przyszłość muzyki tylko w ludzie i w rewolucyi. Poeci nie są 
utrzymankami magnatów, nie opisują za pieniądze ^Zofijówki", 
stemją duszą narodową. Śmiesznie brzmią biadania na zapo- 
znanie geniuszów artystycznych we wieku, w którego zaraniu 
obok Napoleona prowadził hufce du boju poeta, dźwiękami 
Marsylianki, w którym ogień rOdy do młodości'* zapalał na- 
ród cały, w którym poeta Tjamartinc został powołany do kie- 
i-owania losami wielkiego państwa... Czy wieki przedrewolu- 
cyjne, w którycli artysta odgrywał mniej więcej rolę błazna 
nadwornego, istotnie widziały większe tryumfy, większą chwałę 
reprezentantów sztuki ? 

Koniec wieku, co prawda, inny przedstawia widok, niż 
jego początek. Okres bohaterski mieszczaństwa dawno minął 
tuk w polityce, jak i w sztuce. Dzisiaj jesteśmy świadkami jego 
rozkładu. Jak niegdyś foudalizui i absolutyzm w stanie deka- 
dencyi, tak dzisiaj burżuazya przemienia w płaskość, trywial- 
ność i spekulacyę wszystko, czei^^o dotyka. Patrzę — woła Ru- 
skin — na krajobraz, zeszpecony przecz iiidustryalizm, i pytam : 
coście wy zrobili z natury y Patrzę na robotnika, wynędznia- 
łego i zeszpecunoLTo przez system prae}", i pytam: coście wy 
zrobili z człowieka/ Tak samo patrząc na znikezennjial(* w tre- 
ści i w formie dziennikarstwo, na mody w literaturze i produ- 



140 KRYTYKA 

kcyi artystycznej, na zniżenie tworów pióra i pędzla do roli 
afrodisiaków i narkotyków, trzeba pytać : coście wy zrobili 
z sztuki? I pytanie to się stawia i różne padają na nie odpo- 
wiedzi. Zjawił się cały szereg pisarzy (Guyau i jego szkoła), 
którzy — kontynnując niejako myśl Szyllerowską — chcą 
sztukę uczynić środkiem wychowania i uspołecznienia ludzkości. 
Najdalej w tej idei dochodzi Tołstoj, który ignoruje zupełnie 
znaczenie estetyczne sztuki i pragnie widzieć w niej narzędzie 
budzenia między ludźmi sumienia ewangelicznego i uczuć bra- 
terstwa. Nie ulega wątpliwości, że pogląd Tołstoja jest nielo- 
giczny i ciasny: odbiera sztuce specyalny jej zakres, co ją 
czyni sztuką, tj. zasadę piękna, i zamyka ją w obrębie jednego 
tylko uczucia: sympatyi .^braterskiej^'. Ale jeszcze fałszywszym, 
jeszcze ciaśniejszym jest skrajny pogląd przeciwny, który chcąc 
uratować sztukę — odrywa ją od życia, czyni ją celem sam so- 
bie, u własnością nielicznego grona wybrańców, arystokratów 
ducha, hierarchii umysłowej, niedziwnym trafem identyfiko- 
wanej z hierarchią społeczną, własnością rasowych geniuszów, 
nadludzi. Wszystkie te objawy są nie siłą, lecz słabością, bo- 
jaźnią „złego sumienia", tchórzostwem przed spoglądaniem 
w oczy wielkiemu, prawdziwemu życiu. Dlatego sztuka ta wię- 
cej kocha niebyt, niż byt, przeszłość, niż przyszłość, noc, niż 
słońce. Sztuka to ludzi nieuleczalnie chorych, d'Aurevillyeh 
i Huysmanstów, upiorów między żywymi. Sztuka to — 
która brak ideału zastępuje ibrmą, dla jednostek i klas mło- 
dych i zdrowych — zwodnicza i niema. Do niej to odnosi się 
przepyszne porównanie Morrisa. „W jednem — mówi — ze swych 
opowiadań Kdgar Allan Poe przedstawia położenie drobnej 
grupy majtków, ginących na rozbitym statku. Są oni ofiarą 
wściekłego głodu, gdy naraz widok okrętu, który zdała do nich 
się zbliża, napełnia icli niewymowną radością. W miarę jednak 
tego, jak okręt jest coraz bliższym, zdaje się jakby był kiero- 
wany w sposób dziwny i sprzeczny z zasadami marynarki; 
diwilami rzecz by można, iż nikt nim nie kieruje. Ale oto 
jeszcze bardziej się zbliża i radość rozbitków jest zbyt żyvva, 
by mogli zwracać uwagę na anomalię jego ruchu. Wreszcie 
mogą rozr()żniać majtków, a zwłaszcza jednego, który jakby 
spoglądał na ni(*li z głęboką ciekawością. Daje on im znaki 
głową, jakby chciał ich skłonić do cierpliwości i uśmiecha się 
wciąż do nich, i)ekazując wszystkie swe zcby — nicsiyclianej 
białości. Jest widocznie niespokojny o los zglodzonych mary- 



SZTUKA A ZYCIi:. 141 

narzy, gdyż nie zwraca żadnej uwagi na to, iż czapka czer- 
wona, którą miał na głowie, spadla do wody. 

Lecz naraz gdy okręt jest jeszcze bliższym rozbitków i serce 
ich skacze z radości na myśl o szybkiem wyzwoleniu, straszny 
i niepojęty fetor dobiega do nich i widzą — o nędzo, o ołiydo — 
iż okręt ten jest okrętem umarłych. 

Człowiek, który się pochylał, jest osuwającym się trupem, 
jego czapka — kawałem skóry — którą ptak morski zeń ze- 
rwał; jego uśmiech zapraszający — wywołany był widokiem 
obnażonych szczęk, które nadawały zębom wyraz nieustannego 
szyderstwa. I tak przepłynął okręt umarłych, oddalając się 
w ocean bezmierny i pozostawiając biednych r.)zbitków ich 
rozpaczy. 

„Okręt umarłych - woła Morris — to wizerunek cywi- 
lizacyi naszej epoki. Widma, które na nim się kłaniają, pochy- 
lając głowę na znak zachęcającej otuchy, są rezultatem śmierci 
i rozkładu i przedstawiają sztukę i filozofię tak wychwalaną 
bogaczów i klas wydelikaconych naszego społeczeństwa...'' 

Poznano to już u narodów, które wyższe, niż u nas, roz- 
winęły formy życia i typy człowieka. Nowej i wielkiej sztuki 
nie próbują też szczepić na starych, spróchniałych drzewach. 
Przyszłość wyrwanej z banalności i szwindlów mieszczańskich, 
zreformowanej sztuki widzą jedynie w wyrwanem z kleszczy 
mieszczańskich, zreformowanem społeczeństwie. Między sztuką 
a kwestyą społeczną istnieje ścisły, nierozerwalny związek! Niema 
wolnej sztuki bez wolnych ludzi, niema pięknej sztuki wśród 
szpetnego życia, ni(;ina wzniosłej sztuki, gdy ciężary życia przy- 
kuwają do nizin bytu I Zasada monizmu i w tej slerze i)Hnuje, 
i oto nawiązuje się na nowo nić łączna między sztuką a ludem. 
Przędą tę nić Iłuskin i Morris, W^ilter Orane i Meunier. (Jer- 
hart Hauptman i Fritz \on l-hde. L' nas wspaniale reprezen- 
tuje ten kierunek Prus, Żeromski. Nie poświęcają nic ze sztuki, 
robią wszystko dla życia. Uprawiają kult arystokratyzmu. mo- 
żliwego tylko w braterstwie z ludem. Malują ideały i są zaw- 
sze pięknem. i\)znają lo najsubtelniejsi artyści i uczeni we 
Francyi: cały obóz intelektualistów łączy sir ze sprawą lu- 
dową. Poznał to także najwyrafin«>wańszy współczesny nerwo- 
wiec z duszą naw[»ół antycznii D' Anunzio i wstępuje do klubu 
czerwonych, wolajar: „Zirr/.ybiali, robaczywi, pełni napoju i ja- 
dła, ustąpcie młodym, ZLrlodnialyin i silnym". 



11-2 KRYTYKA. 

W inieniu więc Sztuki, w interesie Sztuki — precz 
z wszelkiem wstecznietwem spoJecznem ! Mógł Arystoteles 
twierdzić — jak dziś Chime7'a — że hierarchia jest potrzebna, 
ba, że niewolnictwo jest potrzebne, aby istniała klasa ludzi 
wolnych, uprawiających sztukę i naukę. Dzisiaj obróciliśmy 
w niewolników parę, elektryczność, siły natiuy — czło- 
wiek musi być wolnym. Zbyt dużo przemyślał, zbyt dużo krwi 
przelał, by dopuścić do oderwania od swego łona tych, „co ży- 
wią i bronią", do podzielenia ludzkości — jak w iantazyi 
Wellsa — na podziemną i nadziemną. Wszyscy chcą silną, 
spokojną nogą stać na ziemi, a głową sięgać nieba. .Jednem ze 
skrzydeł tego wzlotu jest i musi być sztuka, tętniąca cala żywio- 
łową potęgą, jaką posiada „wieczny rewolucyonista — pod męką 
ciał leżący duch". Taka sztuka nie będzie uciekać przed ludem, 
ani wygrażać matce wszelkiego życia — Wolności, ani tęsknie 
do protekcyi gnijącej w przywilejach swych hierarchii. 

Wie sic oua przeznaczoną 
Do noszenia tu koronv -- 
Lecz jedyną tu koroną 
Wvla<5 ducha na milionvI 




/ Przmlruk wzbroniony}. 



ZYGMUNT KRASIŃSKI. 

X ni(»znaiivc'li nt wotów. 



Le ref ret 



Kile n'est plus! et la naturę 
Porti; le (leni I de mon chagrin ; 
Kile cnvcnime la blessure 



LE REGRET. U 3 

Du trait qui d<5chira mon sein. 

Si le jour parait saus Duages, 

Si Taurore anime oes lieux. 

Pourquoi le ciel exempt d'orage8 

Ne se peint-il plus dans ses yeux? 

Pourquoi Tair pur de la soir^e 

Souffle-t-il sans la earesser, 

Sans mouYoir la mdche doree 

De la ohevelure adorće 

Que, parfois on me vit tresser? 

Alors qne la souci me ronge, 

Qui peiit me la faire oublier? 

Qui saurait bannir comme un songe 

Ces noirs penseys, oii je me plonge 

Qiie j'aimais a lui confier, 

Et sur eux, pour passer Tdponge, 

A i^ui desormais me fier? 

Alors que le plaisir m'dveille 

Que de ma peine ii est vainqueur, 

En qucl Heu chercher une oreille 

Qui comprennc Tayeu du coeur? 

()u trouver ia bouche vermeille 

Qui dans mes tmnsports, me conseille 

Et dise: je sens ton bonheur? 

Elle n'est j)lus! et do ma lyre, 

(iuels sons devrais-je enoore tirer? 

(iui peut aujourdMuii m\»clairer 

Sur lo chant quo Tamę soupire, 

Et que nous n'aimons a redire 

Qu*a collo (pii sut Tinspirer? 

Oli ! (jue la vie est dćohirante, 

Alors, que partout et toujours 

Le sou von ir d*une mourante, 

I)*un (jrope onveloppe nos joiu's, 

Alors qur la melancholio, 

Dans un ooour par ollo i;lao<'», 

Au proso nt ni ó la n go ot raili o 

I/imago iTun l)onliour pa.-^só! 

( )ui, do ma inómoiro lidólo 

liOs traits nc pouvont ótro oxolus: 



144 KRYTYKA 

Tout m*en parle et me la rapelle, 
Et mes plaisirs gotltćs saus elle 
Et mes maux ąu^elle De sent plus. 
(Le Fanta9que, journal litteraire I. Anndo N. 3 Fevrier 1832). 



-^ 



1,'A L. 

(Przclclad J, Czarnowskiej) 



Już jej niema! Ziemię oałą 
Mego smutku kir obleka; 
W ranę serca rozbolała 
Zewsząd, zewsząd jad przecieka. 
Kiedy niebo się rozchmurzy, 
Kiedy zorzą świat ożyje, 
Czemuż błękit ten bez burzy 
W jej się oczach nie odbije? 
I wieczoru powiew czysty 
Czemuż skroni jej nie pieści? 
Włos warkocza jej złocisty 
Z fala wiatru nie szeleści. 
Włos, com lubił splatad nieraz. 
Kiedy w trosce duch omdleje, 
Kto mi go pokrzepi teraz, 
Kto, jak nikły sen rozwieje 
Myśli ozarayoh rój natrętny? 
By je zetrzed z czoła, z duszy^ 
Z nich się jej zwierzałem chętoy 
J>zisiaj, kogóż ból mój wzruszy? 
A gdy radośd błyśnie w duchu 
I przehiniie trosk okowy, 
Kędyż szukacz mam pOKłui*hn, 
Kto zrozumie serca inown? 
(rdziez rumianych ust odpowiedź: 
..Czuję twoje szczęście, czuję, 



ŻAL. 145 

Twyoh uniesień dzielę spowiedź ! ? 
Gdy jej niemasz, oóż wysnuję 
Z lutni mojej, jakie pienia? 
Kto mie natchnie myślą, ozuciem, 
Bym wyśpiewał pieśń natchnienia, 
Którą tylko chętnie nucim 
Tej, co była nam natchnieniem? 
Och, męczarnią jest mi życie 
Z tem bolesnem wciąż wspomnieniem 
Mej umarłej, z ta tęsknotą, 
Co mi duszę truje skrycie 
— I żałobą świat okrywa! 

W sercu skrzepłem, tą martwotą 
Smutne ..dzisiaj * wciąż wyzywa 
Obraz szczęścia minionego. 
Tak, bo z wiernej mej pamięci 
Zgładź id rysu jej jednego 
Nic nie zdoła; czucia, chęci — 
Chód nie dzieli ich jedyna 
Wszystko mi ją przypomina. 



-^^ 



PROF. DR LUDWIK GUMPLOWiCZ. 



Suggestya społeczna. 

Jakkolwiek sporną do dziś dnia jest definicya sooyologii, a ró- 
żni socyologowie różnie ją pojmują, to jednak na jeden punkt ne- 
gatywny panuje chyba zgoda ogólna, t. j. że socyologia nie jest 
nauką o jednostce — człowieku, tylko nauką o „społeczeństwie" 
a raczej o .,społeczeń8twa(*lr*. „Społeczeństwo" bowiem jcj^t poję- 
ciem mglisleni i niejasncm, któremu w r/rczywistości żarleu przed- 
miot konkretny nie odpowiada, w rze«'zy\vistości zaś istnieją tylku 
j^spiłeczeństwa" t. j. grupy społeczne; tu tylko są konkretne, na- 
macalne, widome, < łające si*^ obserwować i badae, mogące zatrni 
byd przedmiotom nauki. Sądzę więc, że z chaosu sporów o defini- 



146 KRYTYKA. 

cyc sooyologii żadna inna nie wyjdzie zwycięsko, jeno ta najprostsza, 
źe so^.yologia jest nauką o „społeczedstwacli". 

Punktem wyjioia takiego pojmowania socyologii jest fakt, że 
w świecie społecznym nie jednostka działa, ale spoteczeiistwa czy 
teź grupy społeczne. Bo ostatecznie dzieje tak zwane powszectine 
czyli bistorya powszechna opowiadają nam działania narodów 
i ludów, a dzieje każdego narodu z osobna opowiadają nam dzia- 
łania grup społecznych, z których dany naród się składa. 
Z diiigiej strony jednak w rzeczywistoici widzimy zawsze jednostki 
działające, nie widzimy narodu całego, wypowiadającego np. wojny 
drugiemu narodowi, tylko widzimy ministra lub monarchę podpisu- 
jącego deklaraoye wojny lub wysyłającego ultimatum; nie widzimy 
grupy jakiejś społecznej lub partyi politycznej w całości działają- 
cej, tylko widzimy przywódców grupy albo przewodników partyj 
oddających pewne oświadczenia, stawiających wnioski i t. d. Sło- 
wem, podczas kiedy socyologia operuje tylko grupami, w rzeczy- 
wistości widzimy zawsze jednostki występujące na arenie dziejów. 

Ale to działanie indywidualne pod każdym względem jest tylko 
optyoznem złudzeniem, bo jednostka jest tylko cząstką grupy, kośó 
z kości jej i krew z krwi jej. W duchu jednostki myśli i czuje 
ji^rupa jej, bo myśli i uczucia jednostki wynibiają i tworzą się 
w grupie, są wyrazem jej dążeil i aspiracyj. 

Zachodzi więc teraz pytanie, jakim sposobem, przez jaki środek 
grupa tak ujarzmia jednostkę, że ta uiczein innem nie jest jak 
egzekutorką woli grupy? Skąd to pochodzi, że jednostka czuje się 
wolną, że jej się zdajo, iż samodzielnie myśli i czuje, a jednak nie 
jest ona niczem iimem, jak tylko wyitizem dążeii i usiłowań swej 
grupy? Przez jaki łącznik jednostka przykuta jest tak duchowo 
jak uczuciowo do swej grupy, że nawet wtedy kiedy jej się zdaje, 
ż(» występuje p r z e c i w k o swojej grupie, dźwiga ona jeszcze jej 
jarzmo? Jedno słówko wyjaśnia nam cały ten zagadkowy i tajemni- 
czy związek między jednostką a grupą, ale stówko to otwiera nam 
pole badań socyologicznyeli, które dotąd prawie odłogiem leżało. 
(_^hcę tutaj niówi<» o — suggestyi, a mianowicie o suggestyi spo- 
łcezucj. 

Hoznniioni przez (o owu iiirdoslrzegalnie powolno wpajanie pe- 
wnych myśli, zapatrywali i ui-»zu(? w umysł jednostki przez jcy oto- 
czenie. Siigg<'sty:i ta zaczynu się od zarania życia jednostki, odbie- 
rającej od otoczenia swego pewne „wychowanie". 

Wszystkie zapatrywania, myśli, uczucia, opinie, [)rze'^ądy, za- 
miłowania, nicehcci i nienawiści, które stanowią treść duchowa 



StJGGESTYA SPOŁECZNA. 147 

pewnej grupy, wsiąkają powoli i nieznaczDie w każdą jednostkę, 
zrodzoną i \vvcho^t~ana na jej łonie. Siiggestya ta odbywa się ze 
strony gropy po ozeSoi z namysłu, z całą ^wiadomośoią i według 
powziętych z giSry zamiarów i planów. \Ve»my u. p. wzozcp przed- 
pailstwowy, ktdry ;tyje iv ustroju najpierwotniejszym pod przewod- 
nictwem starfizyzny szczepowej. Ma on pewne wyobrażenie o Bó- 
stwie, o dobrem i zJem Bóstwie, o dobrych lub złych uczynkach 
i t. d. Wyobrażenia te wpajane będą w każdą jednostkę zrodzoną 
w tej grupie od pierwszego dzieciństwa, tak że kaida jednostka 
podzielam! będzie te same iv'yobraźcuia, słowa, myśli i uczucia. 

Jeżeli nas uclerza fakt, że w pierwotnych szczepach tak mało 
jest odrębnych indywidualizmów, to pochodzi te at.ąd, że ta sug^e- 
Htya społeczna odbywa się be/, przeszkód i ditiała w pełnej sile. 
W takich grupach nie ma „oryginałów" ani silnych , indy widualno- 
sei". Umysłowo, uczuciowo grupa taka jest jcilnolitą masą. 

Skąd to poehodni? 

.Icst to pi-OHte nasU^pstwo odl)ywającej się bez prKcszkód i bez- 
ustannie sn^^ostyi i^połecznej, któni w ka^dą jednostkę wpaju za- 
patrywania grupy. 

Tm oia^nicjszo joet koło pienvotnej Iiordy, im jciiiiejsze sto- 
sunki łączą człowieka drobnego szczepu, tom silniej działa suggestyn 
społeczna na jednostkę, tem Jednoliciej usposabia ona wszystkie 
jednostki szc/pp składnjące lak, że jedna staje się podobną do wszys- 
tkim, indywidualizmy nic wyrabiają się i wszyscy stają się jednacy. 
Na dalszych szczeblach rozwoju liidKkośoi następują kombiuacyc 
i zespolenia różnorodnych grup w coraz więcej komplikowane ustroje 
społeczne. W tych ustrojach \s'vstępują już oflrębnc grupy, dajmy 
na to wojowników, pastorzy, rolników, księży, handlarzy i t. d. 
W takich złożonych ustrojach pojedynozc Kru))y pro«'adzą życie 
odosobnione i tylko w pewnych stosunkach wzajemnych z inncmi 
grupami się .słtykaja. I>ajiny na to, że żyją obok siebie klasa pimn- 
jąca wojowników, klasa współpanujjjnyob księży i klasa poddanych 
rolników. Wtedy kiiżda z tych klas ma pewne .itcry życia odrębne, 
Hobie tylko właściwe, obok stykania się z innemi klasami w pc- 
miycb poszczególny cl I stosunkiicii. X. p. panujący wojownicy sty- 
kają się z poddanymi wytimgając od nich pewnych posług, robót 
i danin. l\y/.n tcmi stosiuikanii każda giiipa ma pewne intercsa 
wspólne, pewien tryb życia jej wyłącznie wta^iciwy a stąd wynika- 
jące pewncr dfiżenia i zapatrywania. Członkowie zań każdej odrębnej 
fcrnpy, rodząc i chowając aię na jej łonie, przesiąkają temi odrę- 
bnemi klasowe mi zapatrywaniami, pojęciami, przesądanii, żabo- 



148 KRYTYKA. 

bonami i t. d. W obrębie zatem każdej poszczególnej grupy sugge- 
stya społeczna usposabia jednostki umysłowo, tak jak przez endo- 
gamię fizycznie nadaje im pewien typ odrębny. Niemniej jednak 
poprzez wszystkie poszczególne odrębne grupy stosunki między- 
giTipowe wyrabiają pewne zapatrywania ogólne, wspólne całemu 
ustrojowi społecznemu, które drogą suggestyi społecznej udzielają 
się wszystkim członkom całego złożonego ustroju społecznego. 

Jeżeli dajmy na to ten złożony ustrój społeczny przy>vykł do 
wspólnego języka, to nietylko że z tego wspólnego skarbca ducho- 
wego pewne zapatrywania udzielają się wszystkim w języku tym 
wychowanym i nim sio posługującym, ale wytwarza się pewna wspól- 
nośó narodowa w stosunku do obcych, języka tego nie rozumie- 
jących a porozumiewających się między sobą jakąś obcą gwarą. 
Tym sposobom każda jednostka takiego ustroju społecznego już 
przez sam język wspólny suggestyonowana jest przez cały ustrój 
społeczny, nabywszy osobno pewne suggestye przez swoją grupę 
odrębną. A taką właściwośó suggestyonowania członków wielkiego 
komplikowanego ustroju społecznego ma nietylko język, ale mogą 
mieó religia, położenie geograficzne i t. p. momenta ogólne. 

Tak tedy w każdym komplikowanym ustroju społecznym każda 
jednostka podlega podwójnej susrgestyj społecznej : swojej grupy 
odrębnej i całego ustroju. Oczywista ie każda z tych suggetyj odnosi 
się do innych sfer życia, że całą indywidualnośó chwyta że tak 
powiem w kleszcze swoje grupa jednolita, podczas kiedy złożony 
ustrój suggestyonuje tylko pewne periferyjne krańce indywidualności. 

* * 

Zjawisko suggestyi odkryto najprzód na polu psychiatry i. Nic 
dziw więc że miano ją najprzód za wpływ, któremu tylko cho- 
robliwe jednostki ulegają, a mianowicie takie, które się ł^wo dają 
„hypnotyzowaó". Następnie uderzył fakt że tłumy fatwo ule- 
gają suggestyi. Zjawisko to dało powód do badań nad „psycho- 
logią mass" (Scypio Sighele, Gustaw Le Bon). Ale i tutaj skon- 
statowano tylko różne jaskrawe, w oczy bijące zjawiska sug- 
gestyi. Zauważono jak massy łatwo się dają porywaó, jak łatwo 
ulegają rzuconym w pośród nie hasłom częstokroó najniedorzecz- 
niejszym i jak w stanie takiej „hypnozy" skore są do popełnienia 
czynów często najohydniejszych. Nie mniej także pedagogowie po- 
znali ważnośó suggestyi jako czynika wychowawczego^) 



1) Porównaj J, M. Balduin : Die Eutwicklung des Geistes beim Kinde 
und der Rasse, Berlin 1898. 



SUGGESTYA SPOŁECZNA. 149 

W koóou psychiatra rossyjski Beohterew ocenił suggestyę 
w jej znaczeniu społocznem^ przyczem uważa on wrażliwość na sug- 
gestyę jako objaw „psychopatyczny", suggestyę zas samą jako zja- 
wisko anormalne, uwarunkowane chorobliwem usposobieniem 
osoby takiemu wpływowi ulegającej. 

Na ozem jednak dotąd zbywa t. j na obserwowaniu suggestyi 
jako processu prawidłowego, bezustannego i najpowszechniejszego, 
zapomooą którego każde społeczeiiztwo wpływa na przynależne sobie 
jednostki i to nic tylko na dzieci ale także na starsze dzieci, tak 
inniej więcej między 1-szym a 90-tym rokiem życia. 

Ta suggestya społeczna której podlegamy wszyscy bez wyjątku, 
nawet najzdrowsi i najnormalniejsi ludzie przez całe nasze życie 
powinnaby w daleko wyższym st()j>niu aniżeli to dotąd miało miejsce, 
8ta<5 się przedmiotem badań sooyologicznych. Rola bowiem jaką 
BUggestya społ(»czna ji^ra w życiu naszem jest daleko większą aniżeli 
to dotąd socvoloŁrom si(» śniło. 

Według I> e c h t w e n a^) suggestya spoczywa „na bezposred- 
niem przeniesieniu i przoszczepieniu pewnycli stanów duszy z po- 
minięciem woli a ezestokrod nawet wiadomości suggestyonowanej 
jednostki**. Okreshuiie to Bechtereewa o tyle tylko bym uzupełnił 
SBC przez ów ,,stan duszy^* o którym on mówi rozumiałbym cały, 
zasób wyobrażeń, którym jednostka się przejmuje i który stanowi 
podkład jej dążności i działania. Albow^iem wszystkie te wyobra- 
^.enia, zapatrywania, myśli, zasady, dążności jednostka przejmuje „mi- 
mowolnie'* a najczęściej także nieświadomie od swojego otoczenia, 
t. j. najczęściej od swojej grupy. Bo skądżeźby zresztą miały po- 
ohodzió nasze wyobmżenia, myśli i dążności, jeżeli nie od naszego 
otoczenia którem najczęściej jest nasza grupa społeczna? 

A zatem wszystkie wyobrażenia nasze o świecie i życiu, o in- 
nych grupach społecznych, o życiu doczesnem i pozagrobowem, 
o istotach nadzmysłowych, ducliach i czartach, o początku i końcu 
świat-a, o niebie i piekle, wszystkie zapatrywania nasze i zdania 
o dobrem i złem, o cnocie i występku, słowem cały nasz świato- 
pogląd wpajanym nam bywa przez nasze otoczenie od dzieciństwa 
za pomocą suprgestyi społecznej, której podlegamy najczęściej ai do 
późnego wieku. 

Ponieważ zaś wyobrażenia i zapatrywania nasze są motywami 
naszych dążności i naszego działania: wynika stąd że grupy nasze 



*) Die Suggestion und ihre sociale BedeiUung, Leipzig 1899 str. 3 



150 KRYTYKA. 

są własciwemi motoi^ami naszych czynności. Nie tylko zatem cały 
nasz sposób myślenia, cała ja^ń nasza moralna, ma ;^ródło swe w gru- 
pie społecznej, do której należymy, ale /e źródła tego płyną bez 
woli i bez świadomości naszej wszystkie motywy naszego działania. 

Grubo się myli Herbert Spencer sądząc o „społeczeństwach 
ludzkich^^ źe „własności ich jednostek stanowią o charakterze ca- 
łości**^). Rzecz odwrotnie się ma. Właściwości i charakter grupy 
stanowią o M'łaściwościach jej jednostek; dążenia grupy nadają kie- 
runek dążeniom jej członków. 

Spencer i w tym punkcie uległ fałszywej anologii. Powiada on 
że własności cegieł stanowią o własności wystawionego z nich gmachu. 
Zapomina że cegły istniały przed wystawieniem gmachu, ale czło- 
wiek nie istnieje przed gnipą, raczej grupa wyprzedza jednostkę. 
Rodzimy się na łonie grupy naszej, ta zaś była przed nami i prze- 
trwa nas. Stosunek więc j(»dnostek do grupy nie jest bynajmniej 
stosunkiem cegieł do gmachu. 

Daleko trafniej pojął stosunek ten jednostki do społeczeństwa 
Arystoteles wypowiedziawszy zdanie: że „całoś<5 z naturj^ rze- 
czy musiała istnicd pierwej, aniżeli jej cząstki"^) 

Jednostka jest zatem wyt>vorem grupy, która ją kształtuje 
za pomocą suggestyi społecznej, to jest za pomocą akcyi przez je- 
dnostkę niedostrzeżonej, bo niesięgającoj progu wiadomości jedno- 
stki. W wyjątkowych tylko wypadkach myśląca jednostka spo- 
strzega się i uczuwa ten wpływ swojej grupy. Dzieje się to tylko 
skutkiem szczególnego zbiegu okoliczności. Musi ta jednostka byó 
nietylko z natury silniejszego umysłu i obdarzona niezwykłym zmy- 
słem spostrzegawczym, refleksyjnym, ale musi ona też przez szczę- 
śliwy (czy też nieszczęśliwy) zbieg okoliczności dostaó się w sytu- 
acyę ułatwiającą jej ocknienie się i wyzwolenie się z pod wpływu 
tej suggestyi społecznej. Do szczęścia jednostki taka „emancypa- 
cya" nie przyczynia się. Szczęśliwsze są te jednostki, które przez 
całe życie zostają się w atmosferze swej grupy, nią oddychają 
i żyją, w niej się rozwijają i giną — co zresztą dla największej 
części ludzi jest ogóinem prawidłem. 

Tylko nieliczna gai*stka ludzi dochodzi w ciągu życia do tego, 
śe się samodzielną pracą umysłowa wyzwala z pod niektórych sug- 
gestyj społecznycli swojej jrrupy, pozbywając się pewnych przesą- 



1) Wstęp do studyów socyologicznych, rozdział 3-ci. 

2) „ro yao dż.or .Toóreoor avay//uor t^n-ai ror fteoGrę" Polityku I. 



1 
I 



) 
t 



SONETY. 



I5l 



dów religijnych lub narodowych. A juz tylko białe kruki to ss), 
którym się udaje po długiej walce życiowej wyzud się z całego 
kompleksu społecznych sugg«'styj, przez ciąg życia od grupy swej 
przejętych. Wtedy oczywista jakby im łuski z oczu spadły, widzą 
rzeczy jasno ale z ostatnią suggestyą której się pozbyli, tracą także 
wszelki interes wiążący ich z życiem — chyba że jako filozofowie 
zachowują jeszcze je<len interes obserwowania świata i ludzi jako 
ciekawego spektakhi. 

(Dok. nast.) 




HKNRYK ZtlERZCHOWSKI. 

S O IŁT E3 T "ST- 

AV wagonie. 

Jedziemy — okna dzwonią — j^wiatło lampy chwiejne 
Tańczy po brudnych ścianach... mój towarzysz usnął 
Tak cicho... Anioł smutku skrzydłami mie musnął. 
Turkot kół rodzi arye długie, beznadziejne. 

Po zamną jakaś wizya niepewua i blada: 
Uśmiechy, zwiędłe kwiaty, królewna tęskniąca... 
Na szybach zamarzniętych usiadł sierp miesiąca, 
Rój myśli powikłanych duszę mi opada. 

I jest ich coraz więccy, nachodzą mię tłumnie, 
Zrodzone w clrganiu światła, w kół miarowym gwarze, 
A wszystkie mają cudne, widziane gdzieś twarze... 

Tylko zdziwione oczy obracają ku mnie 

I z kół melodyą długą, nudną, opętauczą 

W kącie na skraju ławki w żółtem świetle tańczą. 



1^*^ 



»» 



15JJ KRYTYKA. 



DAJMOMION. 

Noe. Cicho... ciemno. Słyszę tylko szklane 
Liści spadanie i szmer własnych kroków... 
Latarnie z pośród mgły białej obłoków, 
Stroją swe głowy w tęcze malowane. 

W pustej ulicy ktoś zbliża sie do mnie... 
Kto to? w mgle kształtów odróźnió nie mogę, 
To pies zbłąkany przelata mi <lrogc — 
Znużony jestem ogromnie, ogromnie... 

Idę... przedemną kołyszą się w mroczy, 

Jakiei^ ogromne, tajemnicze oczy. 

(^hoó serce pęka — patrzeó na nie muszę... 

1 iśó jak błędny w nocy z wodne sidła, 
(idzie grzech śnieżyste pokala mi slirzydła 
I zaprzepaści młodą, piękną duszę ! ! ! 




EDMUND LIBAŃSKI. 



Opano^vanie ziemL 

Potężne tętno życia współczesnych społeozeilstw oywilizowa- 
nycii bije tysiącami nowych pragnieii — rwą one myśli, rwą dusze 
ku nowym horyzontom i otwierają nowe drogi pracy i nieustannego 
postępu. Spotężninł duch ludzki, obliczył i poznał moc swoją, ty- 
tani myśli i pracy ważą siły do nowych zadań. 

Geniusz myślicieli i wynalazców, badj^nia uczonych i \\y8iłki 
pracy milionowych armii roboczych przeobraziły do niepoznania 
tryb życia na kuli ziemskiej. W tej ni epo wstrzymamy fali coraz 
rozleglej szego i pełniejszego bytu zlewają się wszystkie zjawiska 



oPaNoWasU^ Z]t:Ml. 153 

wsptflozcsDego iyaia narodów, łąciii .wszystkie obszar^' twdrozośoi 
i pracy, zmiany form społpoznyiili i polityoKnycli, przeobrażenia go- 
spodarki t^połoeitnej, odmienne poj<;cio, itwyozaje, warunki »yoia 
i noivoczcBne światopoglłjdy. Wszystko „płynie" wtip^ilnic z kultura 
narodów, ma i^ecliy ol)ecuo|;o czanu i kształtujo się nieustannie ku 
ziszczeniu nowyeli ideałów. 

A jakkolwiek daleko jesteśmy od niarzed świetlanej sprawie- 
dliwości, powszechnego dobrobytu i szoKędoia, wzajemnego brater- 
stwa narodów, to |)rzecież dobrodziejstwa wiedzy, pracy, postępu 
teohniki, obejmują niepowstrzymanie całą liidzkośó ponad wszelkie 
waśnie polityczne i wyznaniowe. 

Świat techniki, ten świat stworzony pr^ez człowieka — kształ- 
tujący się tryumfująco, coraz wyraźniej, — jest potęgą it^zwalająoą 
społeczeństwa z kajdan prymitywnych prac fizycznych, porywającą 
nieustannie z nizin padołu świeże zasoby ducha dla doskonalsz^o 
pr/e()bntienia życia. 

fty pozuac i zrozumieć te potęgę, jak rzeabi ona całe życie Bpo- 
łeczue, życie jednostki, jak rozszerza je i przekształca, trzeba ją 
widzieó w jej dziełach, w błyskawicach pomysłów, w oelowycli 
wytrwałych umiłowaniach i w mrówczej pracy. 

'/, kr.vi i Młomierii, z tragedyi wielkiej rewolucyi, z dziejowego 
boju potęg przesztośui i rwących się do lepszego Jutra żywycb 
narodów dla zdobycia „praw człowieka", wstawał wiek XIX, Przygo- 
towali go filozofowie, uczeni, myśliciele, wynalazcy, poeci i artyści... 
wykuwali, ksztatto^tali ludzie pracy. 

Z mgieł niejasnych pojęi5 poczęła się wyłaniaó przyi-oda, — pra- 
wdziwa, jasna, wielka, — światło wiedz)' ukazywało ją w zarysach 
pewnych, <lostępnycli rozumowi człowieka, badania geniuszów myśli 
rozpraszały tajemniczośó zagadnień istnienia. A w ślad za tymi wo- 
dzami wskazujące mi ludzkości nowe drogi kultury, za bohaterami 
ducha i wiedzy, rosły zastępy pracownikiiw praktyoznycb, groma- 
dziła się mrówcza i skrzętna praca pokoleń, nie tylko ku .obronie 
przed żywiołami ślepych sit przyrody, alo dla ujarzmienia tychże 
i zaprzęgnięcia ku zaspokojeniu wzmagających się potrzeb. 

Wielka rewolucya francuska wzburzyła niejako po same dno 
ocean dn.^z ludzkich, a potężne fale nowych haseł i pragnień, bi- 
jące śród BzczęUii oręża o wiek XIX, wydobyły na brzeg nowej 
ery cenne perły iimynlÓM' — nowych genialnych ludzi, nn WMzyr<t- 
kich pulach produktywnej twórcKośoi. 

Para ro^poczęłii zwycięzki pochód swój, a wraz z nią żcUko 
i węgiel. Cułu nasika współczesna oywilizacyu, związana ściśle z ma- 



154 KRYTYKA. 

chiną parową, złączoną jest również z produkcyą żelaza i węgla. 
Wiek XIX, wiek pary i elektryczności, może byd równie słusznie 
nazwany wiekiem żelaza i węgla. 

A w odrębnym tym świecie machin, świecie pary, wzrasta 
wszystko łącznie, prawie organicznie. Wynalazek machiny parowej 
pi-zez Watta, zwiększa potrzebę węgla, rozszerza się więc hu- 
tnictwo i górnictwo, umysły pracują nad sposobami lepszego obra- 
biania żelaza, taiiszej produkcyi węgla. Niski stan komunikacyi 
lądowej, będący ogromną przeszkodą dla rozwoju produkcyi, po- 
budza do natężonej pracy w tym dziale, odbywają się narodziny 
cudu współczesnej cywilizacyi ^.lokomotywy parowej" — kolej żela- 
zna otwiera erę zapanowania człowieka nad przestrzenią. 

Ponad 1()0.(XX) mil żelaznych relsów opasało po dziś dzień 
nasz glob w wszystkich kierunkach, dla przejechania całej tej drogi 
(lwa razy większej, niż oddalenie ziemi od księżyca, pociąg expres 
pędziłby 1 ^-i roku — w kolejach żelaznych uwięziony dziś jest 
kapitał 100.000 milionów zł. w. a. — a 150 tysięcy lokomotyw na 
na całej kuli ziemskiej zużywa rocznic ponad 100 milionów ton 
węgla. Olbrzymie parowce, by miasta pływające, przerzynają oceany, 
suną na rzekach i jeziorach dla wymiany produktów ; — dla handlu, 
dla przemysłu, prawie że nic istnieją odległości a z pomocą 
telegrafów, telefonów, narody cyw^ilizowane, mieszkające tysiące 
mil od siebie, zdobyły niejako współczesnośó wszystkich zdarzeń, 
całe życie ludzkie stało się zupełnie odmiennem od życia naszych 
przodków. Niewolnik ziemi stał się jej jianem; lokomotywa i kolej żela- 
zna utorowały mu drogę do panowania, z jej pomocą wyw^alczył 
przez wiek XIX całą kulturę materyalną i całą kulturę duchową 
dzisiejszej doby. 

Jakże ciasnem, jak skąpem i ograniczonom było to życie 
z początkiem nowego wieku ! — Po za murami miasteczka czatowały 
niebezpieczeństwa mienia i życia, obcem było wszystko co istniało 
na szerokim świecie po za widnokręgiem filistei^skiego istnienia. 
Wszelkie radości i smutki rozgrywały się w zamkniętem kole tępego 
egoizmu, cała mozaika życia ludzkiego była szarą, poglądy śmieszne, 
uczucia zacofane, a wszystko co obce nienawistne. Handel i prze- 
mysł drzemał w zawiązku, albowiem zanie<lbane drogi, brak komu- 
nikacyi uniemożliwiały stały ruch transportu tow^arów a ówczesne 
bezpieczeństwo na drogach przemieniało podróż w wyprawę wielce 
ryzykowną. Podczas wiosny i jesieni tworzyły się tak straszne 
błota, że ugrzęzła karetę pocztową musiało nieraz wyciągad 20 koni. 
Wszelkie usiłowania poprawy rozbijały się o zacofany upór i nie- 



OPANOWANIE ZIEMI. 15.> 

rozumną ahciwoś(^, a gdy dla wzmocntenia pokładu drogi zaczęto 
stosować system Mac-Adama (r. 1H19) — zabroniono szybkiej jazdy. 
Bo — jak brzmi odezwa w tej sprawie — z czegoi utrzymałyby 
się gospody przydrożne, z c^ego żyliby piekarze, rymarze, kowale 
i t.d. gdyby podwJini nie byli zmuszeni do zatrzymania się. 
Gminy nie wykonywały poleoed naprawy dróg, bo jeśli połamały 
się koła i osie, lub oi podróżni nabawiali się kalcotwa, to prze- 
cież nictylko zarabiali kołodzieje, ehirurdzy, ale duio pieniędzy 
szło i między inne ceołiy, gdy cała kalwakada zatrzymad się mu- 
siała czas dłuższy w fatalnej miejsoowpśoi. — Wszystkie opisy 
dwozesne priicdstawiaja podrriży takie, jako straszliwą mękę; pomi- 
jając niebezpieczne zdarzenia — jazda ta na trzęsącym wozie bez 
resorów wymagała żelaznego zdrowia i nie lada jakiej wytrwałośoi. 
Łatwo więc zrozumieli, z jakimi tnidnosoiorai połączony był trans- 
port towarów. Niepewnośii dostawy — niebezpieczeństłvo i ryzyko 
podnosiły koszta transportu i paraliżowały wszelki rozwój produkcyi. 

Tam gdzie najżywiej bito tętno rozwijającego się przemysłu 
w pierwszej połowie XIX. stulecia, w Anglii, — tam łączą się wszyst- 
kie wysiłki przcmj-słowców, mechaników, inżynierów, i tam odby- 
wają się narodziny kolei żelaznych. Nad wydoskonaleniem toni 
pruoowały wieki, a dzit^iejsza lokomotywa, ten skomplikowany or- 
ganizm żelazny, twór myśli i praktyki, jest dziełem lioznyob 
generaeyj . 

W Newcastle odbywał się transport węgli w wieku XVII 
w workacli na"" grzbietach koni — w wieku X^^^I stosowano już 
szyny thfwniane, konie ciągnęły wózki naładowane i poznano, że 
na torze gładszym siła konia pociągnie cię»ar i! razy więks;^-, niż 
na drodze bitej. / końcem wieku XVIII, dzięki ulepszeniom 
i pracom inżyoici-a Ucynoldsa, Jessopa, stosowano już szyny 
żelazne, poilobne do dziś*') używanych, koń przewoził na nich U) 
razy więcej uiż na torach dawnych. 

Równocześnie, niezależnie od togo postępu, któr>' udoskona- 
lał relsy dla parowozu gcuialnego Stcfensoua, zajmuje umy- 
sły bailac/y siła niotoryozna pary, którą wykazał w uczonej rozpra- 
wie Oenirt I'apiii (w r. l'iK7l kurator It'01/al Socieli/ w I^ondy- 
nie, nic zwriieając jednak uwiigi nn możność praktycznego zasto- 
sowaniii. W 10 l:it później pojawia nic już ..ogniKta maehiua" T li u- 
masa Siivcry podiiowzjji-a wodę a w r. 1 70.") iilcpuzony mechanizm 
NewiM) mliii. 

•j Iliisii^Jsia szyna kolpjuwa Yignoli pojawii sii; dopioro w r. 1840 



156 KRYTYKA. 

( reuialoy leniuch William Potter, którego zajęcie pole- 
gało ua zamykaniu i otwieraniu kurków przepuHzczającycb parę 
z jednej, wodęzdrugioj strony cylindra, połączył je sznurkami zodpo* 
wiedniemi częściami maszyny Ne we o mb a. Pobiegłby bawió się 
/ rówieśnikami a machina pracowała dalej automatycznie bez 
nadzoru. Najdonioślejszy wynalazek mechaniczny przy maszynie paro- 
wej zawdzięczaó należy, z upokorzeniem dla dumnej potęgi ducha, 
jak pisze słynny A rago — gwałtownej chęci zabawy u małego 
niewykształconego chłopaka. 

Dopiero 70 lat pó;5niej wytnvałe prace Watta poparte 
pomocłj pioniera przemysłu żelaznego Dr. Roebouka*) wprowa- 
dziły w życie ulepszona „machinę parową". W r. 1785 używano 
w górnictwie, hutnictwie, w przemyśle tekstylnym**), metalurgicz- 
nym wyłącznie siły pary — machiny parowej Watta. 

Nazwiska Evansa, Trevethika, i Viviana znaczą po- 
stępy na polu zastosowania tej nowej siły dla poruszania parowo- 
zów na drogach, w roku 1807 ciężka, uiezgra]>na machina ciągnęła 
już wózki w kopalniach, powoli śród ciągłych napraw szyn i części 
machiny. „Kwestya" lokomotywy parowej poruszała wówczas umysły 
wszystkich mechaników. W tym samym czasie dwaj robotnicy 
Jerzy Stefę nson i William Fairbai]rn pracowali przy 
obsłudze maszyn w Newcastle a w wolnym czasie, aby zwiększyd 
swój zarobek, szli do portu wyładowywaó balasty z okrętów przy- 
ł)ywających po węgiel. 

Pierwszemu stawiano później pomniki, drugi zasłynął juko 
genialny inżynier, konstruktor machin i mostów żelaznych. Niestru- 
dzony umysł Stefensona pracował lat 20, nim trawiąca go myśl: 
„zbudowanie kolosa parowego pędzącego na szynach" stała się ciałem. 
Ile to mechanizmów okazało się niepraktycznymi, ile prób dare- 
mnemi — ile to wizyi, nieprzespanych nocy, ile myśli niestrudzonego 
mózgu zawodziły wynalazcę I Wystarczy przytoczenie odpowiedzi 
w piśmie Snartely-Kewien gdy Stefeuson oświadczył, iż zbu- 
duje lokomotywę, która pędzid będzie z eliyżością 20 mil angiel- 
skicli na godzinę. „Czyż można sobie |»rzodst4iwie coś bardziej śniie- 
znego jak to przyrzeczenie — tak pisano — ze lokomotywa będzie 
miała prędkośd dwa razy większą niż wóz i)OCztowy ! Prędzej uwie- 
rzymy, że mieszkańcy W^oolwicli dadzą się wystrzelid w górę na 
rakiecie niżby, mieli |)Owierzyd się takiej maszynie. 



•) /.ałożył pierwsza liut<^^ żolazn.'\ w Szkocyi w r. 17G0. 
**^ patont iia słynnjj machino (io ])rzv(izeMia Arlcwriglita nada 
l)vł w r. ITGiK 



OPANOWANIE ZIEMI. 157 

Jaki świat przesądów, uprzedzeń, musiał ou zwalczyć, uim 
po 15 lataoii niestrudzonych prób urzeczywistnił pierwszy typ 
ielaznego kouia^ a później coraz lepsze, doskonalsze machiny — nim 
zadziwił świat parowym rumakiem pierwszej kolei żelaznej z Stook- 
ton do Darlington. Parowóz ten — wymowny pomnik „'rewolucyo- 
nisty pracy ludzkiej •* — ustawiono w r. 1857 na cokole przed 
dworcem w DarliDgton. Na tej pierwszej kolei rywalizowała zawsze 
jeszcze siła konna z siłą pary^ dopiero w dniu ti. grudnia 1829 ule- 
pszona co do formy siły pociągowej i chyżości „Rakieta"^), lokomo- 
tywa, która zdobyła pierwszą nagrodę na konkursie wyścigowym 
lokomotj^w, otworzyła nową ero rozwoju kolei ielaznych. Błyszcząca, 
elegancka z kotłem poziomym, pomysłową gardzielą pożerającą dym 
i płomiennemi rurami wewnątrz, zadowoliła dostojny konwent ku- 
pców i browarników, hodowców bydła i przemysłowców z miast 
Manchester i Birmingham. Lokomotywa Stcfeusona przebiegała 
w godzinę 40 km. Od tych pamiętnych dni rozszerzały się wstęgi 
relsów na cały glob ziemski — jako wielkie międzyDarodowe szlaki 
postępu kultury materyalnej i duchowej. Olbrzymi pochód cy- 
^^ilizacyi w XIX stuleciu nie da się pomyśleó bez kolei żela- 
znych — całe gospodarstwo społeczne uległo przemianie, produ- 
koya dóbr spotężniała niezwykle i przesunęły się centra równowagi 
politycznej od warstw rolniczych ku stanom przemysłowym. Splot 
komunikacyj dzisiejszych porównaó można do precyzyjnego mecha- 
nizmu zegarowego, na którym toczy się cały przemysł wielki — 
pełne, bujne życie i pi^aca narodów, produkcya przemysłowa rol- 
nicza, wytwory ducha, wiedza i sztuka — z wzrastającą potęgą i do- 
kładnością. Międzynarodowe traktaty i związki zapewniają mecha- 
nizmowi temu trwałośd na długie okresy. 

Powstał całkiem nowy odrębny świat, odmienny, bogatszy 
tryb życia, który wycisnął na współczesnej dobie piętno zupełnie 
różne od czasowy dawniejszych. Ostatnie lat 50 naszej ery przedsta- 
wiają postęp, który dawniej wymagałby nie wieki ale tysiąclecia. 

Olbrzymią piramidę ("hoopsa zbudowaną z ciosów metrowych, 
242 m. szeroką u wpodu, 147 ni. wysoką, nad którą pracowało 
100.000 ludzi hit 2r), wykonano by dziś w ciągu jednego roku 
z pomocą 50 lu<lzi i maszyn parowycli o ^iile 5000 koni. Nir dziw 
więc, źc durh ludzki, wiecznio rwący i>ię naprzód, olśniony swoją 
potęgą, butlzi rora/ śmielszo zdumiewająco pomysły, a całe le- 



M Koła t(«j lokomotywy l'yly drewniano spojon*^ obn/czą żulazną. 



158 KRYTYKA. 

giony praktyków, oały świat pracy umysłowej i fizycznej, łączy hi\^ 
do wykonania nowych dzieł. I nawet nie zadziwia nas to morze 
nowości, taką mamy wiarę w potęgę wiedzy i pracy. Podró- 
żnik, kołyszący się w hamaku na pokładzie .^pływającego miastii'*, 
jakiemi są dzisiejsze olbrzymie statki — nie niepokoi się wcale, 
gdy słyszy pod sobą łoskot i gorący oddech machiny 30.000 konnej, 
gdy olbrzymie fale rozpryskujące się V pianę pod żelaznem! zębami 
kół i śrub niosą nowoczesne cudo techniki ku nowym lądom. — 
Spokojnie śpi wojażer w wygodnym, pełnym komfortu wagonie sy- 
pialnym, podczas gdy smok pai*owy mknie błyskawicznie w zimowe 
zawieje przez mosty rzucone z zadziwiającą śmiałością nad rzekami 
i wąwozami, gdy z głuchym łoskotem pędzi podziemnemi krużgankami 
w kamiennych głębiach niebotycznych skał. i te bajeczne chyżości 
wydają się już dziś za wolne — ruch za leniwy. Marzymy o żeglu- 
dze w powietrzu. 

Jak dziwnym wydaje nam się duch niedawno zauikłej gene- 
racyi z lat 30 — 40 ub. wieku! W roku 1838, gdy powzięto zamiar 
budowy kolei żelaznej z Berlina do Poczdamu, przekonuje Nagler, 
generalny szef poczty, by król nie dał się wziąśd na ten „szwindel'*, że 
szkoda pieniędzy, bo i poczta jedzie zazwyczaj bez pasażerów, a gdy 
za staraniem rozumnych, energicznych ludzi udało się zdobycie kon- 
cesyi dla budowy pierwszej kolei w Niemczech z Norymbergii do 
Furth, biadały pisma ówczesne: ..Konie wyjdą z użycia, rolnictwo 
upadnie, bo nie będzie zbytu na słomę i owies, pieniądze wyjdą 
z kraju na węgiel i wszyscy zubożeją. „Opór okazali także właści- 
ciele akcyj budowy gościńców i kanałów wodnych, ł^ojąc się strat; 
nie {)owstrzymali jednak zwycięskiego pochodu doniosłego wyna- 
lazku. 

Siódmego grudnia 1835 otwarto ruch na tej kolei a rozkład 

jazdy był bardzo ciekawy. 

Pociągi odchodzą z Norymbergii do Fiirth : 

>^ rano z wozami II. i IIF. klasv, siła koni. 

10 rano z wozami 11. i lii, klasa, siłą koni. 

1 popołudniu z wozami 1. 11. Ul. klasy, siłą pary, 

r> popołudniu z wozami 1. U, Ul. klasy, siłą pary. 

Wozy 1. klasy były zamknięte, II. klasy otwarte, osłonięte 
z góry dachem, III. klasy zupełnie otwarte, biedni pasażerowie 
inokli więc w czasie słoty porządnie, bo pociągi szły bardzo 
wolno. Czy znieślibyśmy dziś taką podróż ? 

A była ona również znacznie kosztowniejszą. Postęp kon- 
strukcyi maszyn parowych zdobywał coraz ekonomiczniejsze 



OPANOWANIE ZIEMI. 159 

wyzyskaoie sił, tliła pary na kolei pracuje dzia 15 razy taniej niź 
Biła konia na drogach. Ciepło 1 centnara metrycznego węg;la prze- 
wozi batalion inłantcryi lub bateryc artylery! na milę, epalone 2 kg. 
węg^ uwalniaj; dwoje rąk ludzkich od oałodzienuej fizyoznej zabi- 
jającej daoba pracy. Wapi^ozesny pooiijg pospieszny kolei Pacific 
przebiega przestrzeń z Sniu-Yorku do Sun Prancisko, od Atlantyku 
do Oceanu Spokojnego &400 km.') w przeciągu 4'/z dni z ohyźośoią 
90—100 km. na godzinę. 

A opanowanie ziemi z pomocą koiniioikaoyi, moźnośi5 ta coraz 
tadszego przewozu osób i towarów przemieniła nietylko rozmiary 
j;^3p od ars twa społeczne L^o, tile rozazerzyta dzisiejsze olbrzymie centra 
produkcyi przemysłowej, handel w.szeelHwiatowy i otwiei^a coraz li- 
czniejsze obszary dla' pracy ludzkie], twórczości myśli i produkcyi. 

Przy ruchu kolejowym pracuje dziś około 4 miliony osób, 
in^yniert^w, mochatiików, robotników, a Ucząc z rodzinami co najmniej 
10 milionów ludności. Na całej dzisiejszej sieci kolejowej podró- 
żuje dziennie <> milionów osób i transportuje dziennie 4 mi- 
lionów ton tosyarów do miejsc przcznaczed na całej kuli ziemskiej. 
E^od laty 70 lokomotywa ważyła 4000 kg. i ciągnęła 12.000 
kg. z szybkością 4 mil na godzinę, do dzisiejszych parowozów 
przyczepia się wozy z ładunkiem ponad iJOO.OOO kig., a szybkoś<5 po- 
ciągów pospiesznych w Ameryce dosięga 10 — 12 mil w godzinie. 
Koszta transportu towarów wynoszą dziś '/lo — ^/su ceny dawnych 
transportów lądowych, jazda pospiesznym pociągiem nawet pierwszą 
klasą jest tańszą nii podróż na te same odległości w starych wehi- 
kułach pocztowych. Wozy frachtowe mają dziś coraz lepsze, wy- 
trzymalsze konbtnikoye i unoszą 20—40 ton ciężaru, dawniejsze mie- 
ściły zalcdwo (t— 10 ton. 

A zarzut (gołosłowny, że zwiększyły się wypadki iiieszozcś($, ka- 
tastrof, nie wytrzymuje również krytyki. Statystyczne zestawienia, 
ułożone na podstawie ścisłych dat, wykazały, że w erze przed za- 
prowadzeniem kolei żelaznych wypadało nu milion podróżujących 
(w pocztowych koretach) 14 razy więcej zabitych, 20 razy więcej 
rannych niż na kolejach, a bezpieczeństwo ruchu zwiększa się z ka- 
żdym rokiem przez zastosowanie coraz lepszych urządzeń techni- 
omyoh, przez wprowadzenii! zmian i nowych wynalazków wa polu 
telegrafii, telefonii, automatycznych sygnałów i t. p, 

Zaznajamiiijąc się szczegółowiej z nowoczesną techniką komu- 
nikacyi i handlu, z ol>Kznruni przemysłu i produkcyi, tym światem 

') Oddalonie o lUOO kui. wii^kszo oil oillogloKci No rdo ap u (pólnoiny 
cypl Skandywaiii i liiliralt a ru (południowy cyp] Hisziianii). 



160 KRYTYKA. 

twórczości ducha ludzkiego stworzODym przez człowieka w osta- 
tnicm — moźnaby powiedzied — pdłstuleoiu, niepodobna oprzed się 
wrażeniu jakby potężnego strumienia pracy, żelaznej wytrwałości, 
niezmordowanych usiłowań, które podążają do coraz lepszego, tań- 
szego udogodnienia życia i współżycia narodów. Historya dróg, 
historya komunikacyi, jest historya kultury; słynny Watt wypo- 
wiedział przed wiekiem słuszne zdanie: ^the roadmap of a country 
iH thc likeness of its welfare'', mapa dróg kraju jest obrazem jego 
dobrobytu, a to samo powiedzieó dziś można o mapie kolei. Około 
55% relsów znajduje się w Ameryce, 35% w Europie {bVo 
w Austryi), reszta na innych częściach świata. 

Olbrzymi ruch światowy ma wyraz w pięciu instytucyach no- 
wego czasu: są niemi drogi i kanały, koleje żelazne, żegluga mor- 
ska i śródziemna, poczta, telegraf, — zapoczątkowały go koleje żela- 
zne i dla tego mówiąc o opanowaniu ziemi, należy się pierwszeń- 
stwo „skrzydlatemu kołu". 

Gospodarstwo rolne, lasowe, górnictwo i hutnictwo, setki za- 
jęó przemysłowych uległy zupełnej przemianie pod tchnieniam no- 
wego czasu, pod \vpływem doskonalszego ruchu. Renta gruntowa 
wzrastała niepomiernie, ceny towarów zmniejszały się. Centra prze- 
mysłu, miasta nowoczesne rozkwitały, potaniały bowiem dwa nie- 
zbędne artykuły wieku pary i elektryczności: węgiel i żelazo. 

Dośó powiedzieó, że n. p. w Niemczech w r. 1897 z 220 
milionów trasportowanego na kolejach cięiaru wypadło na węgiel 
i koks 95 milionów ton, to znaczy 40%. 

Zarząd i opanowanie ogromu niepowstrzymanego ruchu, doniosłośó 
tegoż dla całej gospodarki społecznej doprowadziły do tego, że 
cały ten zakres, jak mówi SchmoUer, stanąó musiał na gruncie 
państwowo-socyalistycznyra ; wyłączono go z wolnej, szkodliwej dla 
ogółu konkurencyi* prywatnej ; poczta, telegraf, kanały i drogi stały 
się już własnością społeczną, koleje prywatne przechodzą coraz czę- 
ściej w zarząd państwowy, na dobro publiczne. 

Jeżeli przyznamy, że kulturę stanowi wiedza, technika, sztuka 
i etyka i zrozumiemy cele tych wprawdzie odi^ębnyoh, ale złączonych 
w rozwoju cywilizacyi obszarów dążności ducha, to przyznać mu- 
simy, ze wied/a i toelinika wysunęły się dziś na czoło powszoi^h- 
nogo })ostc[»ii a opanowanie ziemi przez (5zło\vieka wpłynęło i na 
sztukę i etykę, ('el wiedzy — j)rawda, cel sztuki — piękno, cel 
techniki — pozy tok, krystjilizują łącznie nuwą etykę, klóra prze- 
bija się eiiiglo przez sumienia i znajduje wyraz w nowych pracach, 
poglądacli i zwyczajaeii. O|)anowanie ziemi wyswobodziło nowe siły 



BEN HOTUR. 161 

• 

Z |K)d dawnej przewagi dominujących warstw społecznych, nowe 
siły duchowe produkcyjne, a narody te, które dojrzały do spełnie- 
nia wielkich zadań cywilizacyjnych, tworzą dziś historyc i kultu- 
rę nowoczesną; inne znosid muszą historyę i nie widzimy ich 
wpływów w chórze państw współczesnych. Praca ducha, praca rąk 
ludzkich, przemysł i handel — te materyalne podstawy egzystencyi 
torują drogę dążeniom społecznym i politycznym, by w tym zwy- 
oięskim pochodzie ludzkości ku lepszej doli, ku opanowaniu ziemi, 
brały udział nie sztuczne organizmy państwowe, ale swobodne, 
iywe 1 wolne narody. \) 




MACIEJ SZUKIEWICZ. 

Opo^viadanie. 

Ben Hutur nie miał namiotu, ani kó/ wełnę dających, ani 
wielbłądzic ze słodkiem wymieniem — nic, nic, coby nazwał swo- 
jem. Gdy u wierzchołka palm, chłopcy nieletni szc/ypali liście da- 
ktylów, wszystkim z plemienia sypał sie w naręcz owoc soczysty, 
tylk<» na Bun Hotura spadała gałąź uschła i uschłe szypułki. Gdy 
fcikwanK* południc u jedynego chłodziło sie źródła, wszyscy z ple- 
mienia ssali wargami szemrzący kryształ, tylko Ben Hotur pió 
musiał mety ruszone stopą pierwej przybyłych. A kiedy noc spu- 
ściła ze smyc/y szakale i hyeny, wszyscy z plemienia tulili głowy 
do białych picisi niewieścieli, tylko Ben Hotur twarz wciskał 
w piasek albo trorctszc swe dłonie. A był juz w latach, gdy inni 



^ Literatura nowyżaze^o artykułu: 
W. Roscher: ,J01^<>'^f>niia handlu i przemysłu". 
Seignobos: ..Historya rywilizacyi". 
Kucharzewski : ,.Z dziejów techniki'. 
GostfcOWSki: »Teorya ruchu kolejowoi^o**. 
ReuleauK: „(iesihichle dor Uanipfmaschiue". 
E. Hermann: ,.Sein und Worden in Raum uud Zeit". 
Dr Scherzer: ,.Weltindustrion". 
$chmoller: „Jahibuch łiu- VolkswirtschalV'. 
Archiv fiir Eisenbahnen 1809. 
D. Wells: „Recent Eeonomio Changes". 
Dr Zehden: ,Haudels-googra[)hie". 



162 



KRYTYKA. 



miewają zuiiy, lub odaliey kwiatum podobne, Ale nic uiial ich Ben 
Hotur, bo nie miał namiotu, ani kóz wełnę daj)|cycb, ani wielbłą- 
dzic ze słodkiem wymieniem — nic, nic, coby nazwał swojem. 

PnSoz Hmiitku... 

Teu chwiał eic w j^o źrenicach, jak chwieją sio sępy nad 
obłąkaną w piaskach karawaną. Ten wisiał mu u czoła, jak wiszą 
zwietrzałe skały nad ciasnym wąwozem, przez który ciągnie orszak 
weselny. Ten Hzedł przed nim, juk idzie przed hamsincm zapach 
ruszonej świeżo ziemi i widkł sic za nim,jak wlecze dię za strusiem 
rzucoDE mu na szyję pętla łowcy. A przeto wszyscy z plemienia, 
zarówno szeilt, jak i pacholęt-a nioobrzczanc jettzczG, :ioDy sKcika 
i niewolnice z dzbanami wody na głowie, pomykali mu ■/. drogi jak 
się pomyka przed obłąkanym santonem. Ale Ben Hotur nie był 
nawiedzony prz<^z złe dziuny, tylko był bardifo smutny, bo nie miał 
DBiuiotu, ani kóz wełnę dających, ani wielbłądzic ze słodkiem wy- 
mieniem — nic, nic, coby nazwał swojem. 

PnScz Buu... 

Teu schodził nań w noc ciemną i w jasny dziei! i kiedy palmy 
różowiły się od strony wschodniej i kiedy różowiły się od sti-ony 
zachodniej. Teu kładł mu się na otwarte powieki i malował obrazy 
niewidziane i dawał rzeczy nieistniejące, lepsze uiż namioty, niż kozy 
w^nę dające i wielbłądzice ze słodkiem wymieniem i dziewki uic- 
woluc podobne kwiatom. 

Tak żvł srdd swoich Ben Hotur. 



Pewnego dnia radośi^ wielka obiegła wszystkie justy plemie- 
nia. Chychotały dziewczęta iMJzpiei-śne jeszcze i stare kobiety ze zmar- 
szczona twarzą, starey, mężowie i wyrostki. Z długiej wędrówki 
powróciła' karawana do domu, przywożąc plemieniu za kośt* sło- 
niową i strusie pióra, twarde i słuuc kamienie, które kozy chciwie 
a wicll>łądy chętnie lizały, całe sztuki kraśnych perkalów, kilka 
woreczków pai-iorck wzklanych i mnóstwo innego kosztownego do- 
bra. Kto żył wybiegł pod naniiul, ażeby jeszcze przed jiodziatcm 
ucieszyli oczy widi.kicju skurbów. Uziwi.jmt się wszystkiemu, cbwa- 
liiiio w.-^zyi-lkci, !ih' uiijwimj oczu nir mogło się oderwać od kilku 
dzicrtc/yri iidinl/.iiilkicli, przezujii-zoiiycli dla szcikii. Smukłe i gib- 
kie, o ciaiacli łyskliwycli jak briiiiz polerowany, pogladały wokół 
oczyma spłoszonych j^azcli i milcząc, poprawiały eo chwila białe 
muśliny u:i twiirzacli, albo przejrzyste katttiny. A kiedy jednej 



BEN HOTtm. 163 

z nich, ud nnzbyt pochojmego truchtu wielbłąda stoczyły eic na 
plecy długie, miękkie, złonieto włosy, kilku młodzieńeom zamigotały 
świecami kronice, a x iifit Ben Hotura wydarł się namiętny okrzyk 
))odziwii i /.achwytu. Nikt jednak na to nip zwrócił uwagi, bo nikt 
go nic mógł słyszeó w celnej wrzawie, ktlira ciągnęła tłumnie 
przed namiot Hzeika i radowała «ic jego radością, jego weselem, 
jego hzczęśeiem, 

Szeik długo i miłośnic patrzył na ewoje przyszłe iony, z któ- 
rycłi każda kosztowała 20 ciężkich zębów słoniowych. Podobały mu 
się wfl7.yBtkie z postawy wiotkiej, która zdradza ciało gibkie, a lgnące 
chciwie do twardej piersi męskiej. Gdyby nic święte ))rzepiey, 
pcwnieby zdarł x nich natychmiast kwefy muślinowe i oczyma 
całował policzki zanimicninnc i z ust pokraśniałych pił ich watyd 
<lziewczęcy. Air wspomniawszy na wlowa koranu, odegnał od siebie 
|K)kusę i myślą tylko zgadywał ich kształt i pieszczotę. 

— Jak' imię twoje? — zapytał |)icrwszej. 

— Hcłrii. 

— A twoje".' 

— ^aidn. 

— A twiijc' 

— Moclis, 

— A ciebie złotowłosa, jak ciebie zwą '? 

— Leila. 

— Nie włosy ty ni)ainz, Leilo, alo zorzę jaani} na głowic. Wszedł- 
szy przeto, rozjaśnij mój namiot mroczny. Ziilejko! 

Z za o|n>n namiotu wysunęła się postaó kobieca, przekwitła 
i zmięta. 

— Słuchaj stiii-a — odezwał sic do niej szeik — przyładi? tam 
wszystko dla nich, niechaj wytchną po podróży. A nie szczędząc 
wygody, nie szezę<lż im dobrych rad, które się daje oblubienicom. 
.A gdy Leilii czego zażąda, tyle jcat, cobym ja sam zażądał. 

HefrH, Saida i Moelis Hpojrzały po sobie i znaó było w ich 
oczach pierwsze przeWyski zawiści. Stara Ziilejka jednak objęła 
wszystkie cztery zarówno ajialyczuem sjiojrzenicm i gestem wezwa- 
wszy je do wnęlrza namiotu, dała im sorbetów i daktylów, a potem 
miękkich poduszek. 

Szeik zaś odszedł na radę i podział ]irzywiezioneg»i dobra po- 
między płowy jdcmienia. 



164 KRYTYKA 

Wkrótce potem odbyły się gody szeika. Tego samego dnia 
jeszcze uchylił sie dla niego rąbek kwefów Hefry, Saidy, Moelis 
i Leili. Zdumiał się szeik ich urodzie wielkiej. A jako słodycze 
jada się po pilawie, tak i szeik pierwszego wieczoru rzucił chustkę 
jedwabną Saidzie, aby następnych dni zrobid to samo Moelis, 
Hefrze a wreszcie i słodkiej Leili. 

— Juź zeszła gwiazda proroka, pójdź Saido — rzekł szeik i ują- 
wszy za rękę uradowaną wyborem dziewczynę, odszedł z nią w głąb 
namiotu. 



Nazajutrz wczesnym rankiem zajrzało słoóce w oczy Ben 
Hotura, którj' nad wijącym się przez oazę strumykiem przesiedział 
noc całą i dumał. Dawniej, w nocy takie, przychodziła rozweselać 
jego samotnom^, jak heban czarna Lu, porwana niegdyś dzieckiem 
z lasów górnego Congo, a potem wypcdzoua z namiotu swojego 
pana. Dawniej w nocy także, czarna jak heban Lu brała kędzie- 
rzawą głowę Ben Hotura i kładła ją na swej dwunastoletniej, słoń- 
cem Afryki nabrzmiałej piersi i tuliła go pieszczotnie, aź_Ben Ho- 
tur podobny motylowi, gdy opiwszy się nektarem kwiatu zsuwa się 
z niego bezwładny — kładł się na darniach i zapatrzony w gwia- 
zdy uśmiechał się blado. Wtedy Lu garnęła się^do niego i spo- 
wiadała mu sio z miłości swojej i słodkich upojou i dumna była, 
że w miarę jej zwierzeń Ben Hotur ł>ył coraz weselszy. Biedna, 
mała Lu nie przeczuwała, źe pod tyra jego uśmiechem kryją się 
łzy głodu — nie przeczuwała, że Ben Hotur pewnej nocy nic 
przyjdzie na schadzkę i nigdy już do niej nie wróci, nigdy 
więcej... 

(Idy pierwsze i)romienie słońca zajrzały mu dnia tego w oczy, 
przekonał się Ben Hotur, że nie on jeden uyszedł na kraniec oazy. 
Oto niedaleko odeń, zwlókłszy szaty i oddawszy je służebnej, plu- 
skała się w wodzie młoda kobieta. Zwilżyła najpierw dłońmi czoło, 
potem natarła kolana a wreszcie łono. 1 poznał z tego Ben Hotur, 
że przyszła się oczyścić według przepisów korami. A gdy ukrywszy 
się w gęstwinie, zajrzał prze<'ho<lzącej w tWarz, poznał w niej Saidę, 
żonę szeika. Twarz, nieosłonięta jeszcze kwefem, bo miejsce było 
odludne, przybladłą miała i znużoną. Szła wolno, jakby ociągając 
się, rzuenjąc (czasem jakieś słówko służebnej, która ledwo jej mogła 
nadażvd. 

— Słodka to rzecz, oj słodka — mówiła stara. 

— Tak mówią — odrzekła ziewając Saida. 



BEN HOTt*R. 165 

Reszty rozmowy Ben Hotur nie słyszał, bo.olńc kobiety za- 
szły za skałę i zniknęły mu z oczu. A j^dy już docliodziły do na- 
miotu Szeika, Bon Hotur siedział jeszcze na temaamem miejscu 
i patrzył w dal. 

W kilka dni potem, znowu Ben Hotur słuchał noc całą bul- 
kotu strumienia i znowu o jawicie przyszła się w nim pluskad młoda 
kobieta ze stara szatną. Przez chwile ścisnęło sic Ben Hoturowi 
Berce, ze z pod chusty tej kobiety wywiną sie na jej plecy jasne, 
złote włosy. Wiec lity odetchnął, ^dy krucza grzywa wypełzywała 
z pod przyczółka, ilekroć kobieta schyliła sio i dłonią czerpiąc wodo 
zwilżała kolejno czoło, kolana i łono. 

Bvła to Hefra. 

Stała po kostki w strumieniu i przoghidała sio w nim jak w zwier- 
ciedlo. Stara st^)jąo na brzogn, przostopowała z nogi na nogo, cmo- 
kała ustiimi z zachwytu na<l pięknością swej młodej pani, wreszcie 
ugiąwszy sio, sama weszła w wodo i poczoła bryzgać nią na plecy 
i piersi Hefry. Po każdej natrotniejszej kropelce srebrzysty śmiech 
rozchylał wargi Hofry, z za których, jak pestki z głębi rozpoknietego 
granatu, wvzierałv szoreii:i drobnycli, lśniących zębów. Po każdej 
natrętniej szej kropelce, upajający dreszcz wstrząsał bronzowom cia- 
łem Hefry, a przymglono joj oczy zdawały sio mówić słońcu: pójdź 
i pieść. Słonce zaś nie dawało sio długo prosić, jeno pieszczotnie 
ślizgało sio po jej skórze, lgnęło do jej biódr, piersi i łona. I^ecz 
snąć pocałunki słońca wydały sie Hetrze nazbyt powietrzne, bo oto 
wybrnąwszy na brzeg, poczoła sio tarzać w ciepłym piasku gwał- 
townie, nerwowo, namiętnie... 

Ben Hotur uśmiechnął sio blado i odwrócił głowo od tego wi- 
doku. Ostrożnie i pocichu począł sio oddalać w głąb oazy. Ale 
długo potom jeszcze prześladował go widok nagiej Hefry i długo 
jeszcze dźwięczał mu w uszach urywany, półdziki śmiech żony szeika. 



Wieczór był cichy, połon miosi<»czno":o światła i chłodnych 
powiewów. Ognio j)rzed namiotami dogorywały )>ez blasku i przędły 
długie wstęgi szarego dymu. Psy pihiująco pasących sio wolno 
w oazie kóz i wielbłądów uaszczekiwały sio wzajem, przywabiając 
z pustyni |)łaczliwe szakale. Zresztą cisza była uroczysta i głucha. 

Miękkość poduszek i osłaniających je kobierców odbierała sen 
Leili. Leżąc z otwartemi oczyma słuchała ujadania psów i chra- 
pania Gohiy, stróża liaremu. Saida, Moelis, stara Zulejka i szatna 



i 



166 KRVTYKA. 

spały również twardo. Tylko z sypialni szeika dochodził jej uszu 
chwilami wesoły śmiech Hefry. W ciszy nocnej zdawał się on Lei li 
głośniejszym od szumu kaskad, które znała w górzystej swej oj- 
czyźnie i nad któremi lubiła siady wad. To było tak dawno, takjuź 
dawno! Mała będąc, nie nosiła jeszcze wtedy kwefu na twarzy 
i wolna była jak ptaszek. Miała swoje towarzyszki zabawy, swoje 
uciechy i swoje dziwne myśli. Mogła robió co chciała. Mogła po- 
łożywszy się na trawie, tulaó się z pagórka w dół, aż pod namiot 
rodzicielski, miała kilka gołąbków, które codziennie karmiła a sta- 
nąwszy na najbliższej skale mogła patrzed daleko, daleko w świat. 
Nieraz godzinami całemi patrzyła tak w zbłękitnione słońcem i/po- 
wietrzem równiny, śledząc na nich kępy drzew i wijące się stru- 
mienie i rozsypane tu i ówdzie chaty i lepianki. I godzinami ca- 
łemi wędrowała tak nad tymi strumieniami i śród tych drzew i za- 
glądała do każdej chaty i nie znajdywała w żadnej z nich te^o, czego 
pragnęła. Co to jednak było, czego ona tam szukała? /próżno py- 
tała o to kwiatów przytulając do ich kielichów płonące swe wai^i, 
próżno pytała o to skał, przyciskając do nich płonące swe piersi. 
A tak nie mógł jej uwięzió żaden kwiat i żadna^skała i odchodziła 
od nich coraz dakj, w ciszę jakąś, w chłód... Czego ona chciała? 

... Ach, ten nieznośny śmiech rozigranej Hefry ! i te poduszki 
takie palące! 

Leżąc tak, podważyła paluszkiem płótna namiotu. Przez wąską 
szparkę wpadło trochę księżycowego światła i chłodniejszego po- 
wietrza i musnęło jej twarz. Cicho i ostrożnie, nasłuchując, czy 
inne kobiety nie przebudziły się, wyciągnęła z ziemi kołek, przy- 
trzymujący jui-tę i jak rybka prześlizgła się pocichu pod oponą. 

Blask księżyca olśnił przez chwilę jej oczy. Niebo i ziemia 
zdawały się ukute z jednej bryły srebra. Ale srebro to nie było 
ciężkie i gniotące, lecz [)rzeciwnie, lekkie i orzeźwiające. Chciwie 
wetchnęła je w piersi. I w tej chwili zdjął ją ogromny lęk. Bała 
się teraz tej ciszy, tej samotności, której nie znała prawie zupełnie. 
Bała się, że wymknęła się z haremliku, że może nie potrafi wrócid 
do niego niepostrzeżenie, że Gehra śpiący przed namiotem usłyszy 
bicie jej serca — a wtedy co się z nią stanie, co to będzie, co to 
ł)ędzie z tego? 

Ale ptaszęce instynkty swobody i niewinności wzięły w niej 
górę. Oglądając się co chwila na stróżującego eunucha, posuwała 
się zwolna ku kępce palm, rosnących niedaleko. Po chwili znalazła 
się wśród nich i tu do})iero ochłonęła z trwogi. Dobrze jej tu było 
i lekko. Przez chwilę jeszcze drżała, żeby nie poczuły jej psy 



BEN HOTUU. . i^l 

i Die opaciły bezbronnej ; ale słydząi!!, ie one ujadają daleko, »ladła 
)>od jedną z psim i ]>otrKyłii w stronę, gdzie zdawało się jej ie miiiti 
lei«' jej ojezyznn, jej wzgórza, striimieuie, drzewa i kwiaty. 

Jak (Uugii mogłu tak przcsiedzte<^ zadumana, oie umiała sama 
sobie [lowicdziet?. Nie uminła mibie również powiedzieć, o czem przez 
cały czas myłilałn. Kóźn'', dziwne obrazy przenuwały się przed jej 
oczyma a najiijHirezywiej wiaealo złudzenie, ie się do iidt jej roz- 
chylonych Olanie dziwny, nigdy niewidziany kwiat biały, nakra]>iany 
purpurą. Dziwny to był kwiat a jaką dziwną, upajającą mini woń... 

I.eila westohiK^a pełną pierRią i to ją oprzytomniło. Spoj- 
rzawszy przed Mieltie ujrzała cień swój a obok nwc^» i>ienia drugi, 
(^romny, pocbylouy nad nią. (iłowa tt^o dnigiego eienJa dotykała 
jej g^ow7 na piasku. Szalona trwt^a wstrząsnęła lieilą. Zerwała 
się oa ri5wae uugi. 

Beu Hotut stał za nią. 

Zasłaniając twarz rękami wrołJa w piasek, nie wiedząc, czy 
ma uoickai*, czy wobu? o ratunek. Nie wiedziała, kto przerwał jej 
nAmotnn66. Poznała, że oie był to ani szeik, ani (ichra, leez kto 
— nie wiedziała. Zjawił si^ cicho jnk duch i jak dueb cichy Mtał 
przed nią. Ticila była przesądną. 

■^ Ktoii ty ? — szepnęła be7.d;?H ięeznio. 

— Nie brtj się Lcilo, nie drzyj. Jam jest teu, ktiirogiw cieri 
zobaczyła przy swoim cieniu, odszedłszy stą<l myślami, I nie za- 
słaniaj twarzy rękoma; widziałem ją pierwej, zanim przybyłam do 
namiotu szeika i widywałem ją zawsze, ilekro<? odszedłem stąd my- 
ślami. Czy ty nie czujesz, źe^ w swych wędrówkach od lepianki do 
lepianki szukała... .lam ciebie zawsze szukał. A teraz, patrz, zmiw 
oienie nasze stojiiły się w jeden, patrz, patrz, otoSimy wzięli ślub 
cieniów. Pamiętaj o tern Lcilo, kwiecie mój. 

To rzekłszy. IJen Hotur wsunął się w cieri palmy i zniknął. 
A zniknął tak eicho i nagle jak duch i Leila nie wątpiła, ^A księ- 
żyo eznry rziicił na nią i że to wszystko jSni sic jej tylko, albo że 
2ła moc ją tumani. Więc drżąc na całem ciele, zebrała reszto' sil 
i pętlem zawrócibi |iod namiot. Prześlizgnąwszy się jak iTbka [tod 
cięiiką oponę jurty, układała się eieho na posłaniu. l'rywaiiy śmieeb 
Hefry doleciał raz jeszcze jej uszu, raz jeszcze szczeknc^y psy pil- 
nujące stad, /resztą cisza była coraz większa, eorazjednostajniejszn, 
seree jej bib) cotaz równiej, coraz powolniej, zasnęła... 

(Dok. nast.) 



"^ 



Ewestja niepoigMci w grograncl socyalislów poMicl. 

DlaoKcgo flocyaliśoi polacy postawili w swym programie zada- 
nie niepodległości Polski? — oto pytanie, łtt<5ro zadawało sobie 
wielu hidzi przed siedmiu Iatv, gdy w Ptseilświeie, organie zacii;- 
tycli niegdyś ,, m i ędzyn aro do wefiw" pojawił flię ',, Szkic programu 
1'oiskipj Fartyi Socyalistyeznej", ktńrcgo pierwHzym punktem <-Kr,Ńei 
}>olitycznej liyla : nicpo^Uegła rzeczpospolita demokra- 
tyczna. Odpowiedzi Iiyty riłzmiiite. Jedni cieszyli się, jiawet trj-- 
nmfbwali, mówiąc, że międzynnrodowcy naroszeie dali się przeko- 
na- ich argumentom i uznali pożytek taktyki zalecanej, (nawiasowo 
mówiąc, bez najmniejszego powodzenia), oil samego początku istnie- 
nia Hoeyalizmu polskiego, przez t. zw. socyulistów-patryotów. Inni 
rwfdi na sobie szaty z rozpaczy i przepowiadali Prz&lswitowi oraz 
jego zwolennikom ryolile zejście na manowce polityki patryotyezno- 
demokratyczaej. Ale wszyscy, a przynajmniej znaczna większoś(i, 
uważali powyższy zwrot taktyczny międzynarodoweów, za jczeze 
jeden ^dowcipny sposób robienia rewolueyi", za wymysł kilku 
ludzi, może nawet jednego człowieka. 

Kwestya, ozy niepodległoie je^t potrzebna dla robotnika pol- 
skiego, może by<t dziś uivażana za rozwitizaną i postulat Łon jest 
przyjęty przez ogromną większnś<5 unszyeli sooyalistów, ale wszystkie 
argumenty, ktrfre przi-mawiaji; za wtitawieniem go <io programu, 
nie potrafią wyjaśuio, dlaczego Hocyaliści polscy pr/oz tyle lat (od 
r. I1S7H do końca li^'.*2i 0|)iernli się temu żiidaniu i jak się stnlo, 
że w koiieii l>*!)2 i początku ]8fl;'i r. w wielu głowach naraz po- 
wstaje zinianii pojcó pod tym względem, (^rawędy o nmchiawelizmic 
„przcdświt-oweciw", którym przeciwnicy uiejioilległonci st^irali się 
objaśnlrt pr/yjmowaiiic hasła niepodległości przez comz liczniejsze 
zastępy, jnż nam dziś chyba nie imponują i nie wystarczą dla 
objaśnienia tego. tak znamiennego taktu w dziejach rozwoju na- 
szej myśli socyolistyozuej. jS'ależy eięgnąó głębiej i zastanowień się 



/ 



KWESTVA NJEPOl). W PROG. SÓC. POL. It^D 

nad tem, ozy dawue wrogie lub obojętne zachowywanie się socyali- 
8tów w Polsce względom źndaniji niepodległości, oraz dzisiejsze ich 
tak energiczne (zwłaszcza w zaborze rosyjskim) propagowanie tego 
hasła, nie znajduje się w związku z warunkami, wśród którj'ch im 
przyszło żyć i działad, z rozwijaj.-joymi się i zmieniającymi sto- 
sunkami 8połeo.:nymi ? 

Jednem słowem, mamy do rozstrzygnięcia pytanie, czy dawny 
stosunek wrogi większości soeyalistów polskich do niepodległości 
był błędem, z którego oni dopiero dziś się wyleczyli, czy też może 
taktyka ioh była w obu wypadkach racyonalna? — A możemy to 
zrobid tem śmielej, żo w chwili obecnej, namiętności rozbudzane 
ongi przez tę kwestyę, ucichły prawie zupełnie i nastąpiła moż- 
nośd krytycznego, objcktywnego sądu. 

Ale żeby nie wpaśd w błąd tych, kt<)rzy wypadki dziejowe 
uzależniają od wpływu jednostek lub idei panujących w danych 
sferach, nie zastanawiając się nad przyczynami ich pojawienia się, 
musimy rozpatrzyć stosunki społeczne, pośród których zrodził się 
u nas i rozwinął socyalizm. Będziemy przytem głównie mieli na 
widoku zabór rosyjski, gdyż tam zrodziły się i stamtąd poszły za- 
równo programy międzynarodowców, jak i zwolenników niepo- 
dległości. 

Z upadkiem powstania \Hi)i] r. i latami, które bezpośrednio 
po niem nastąpiły, łączą się dwa zjawiska, mające z czasem prze- 
oł)razió z gnintu całą budowę społeczną Polski, mianowicie ruina 
szlachty i uwłaszczenie włościan. Rozpatrzymy działanie tych dwóch 
czynników po kolei. Do roku 180;i szlachta była w zaborze rosyj- 
skim żywiołem dominującym. Pomimo panowania obcego, cieszyła 
się ona znacznym wpływem na rządy — w Królestwie, przed po- 
wstaniem listopadowem, dzierżąc bezpośrednio w reku ster władzy 
i prawodawczej i wykonawczej, a po r. 1831, za pośrednictwem 
urzędników, którzy w ogromnej większości byli polakami; w za- 
branym kraju (Ijitwie i Rusi) w mniejszym, lecz zawsze dośó 
znacznym stopniu, przez różnych urzędników wybieralnych. Przytem 
miała ona stanowczą przewagę ekonomiczną nad innemi klasami, 
gdyż miasta były małe i słabe, drobni kupcy i rzemieślnicy, którzy 
je zaludniali, żyli przeważnie z klienteli szlacheckiej, a przemysł, 
pomijając krótką epokę rozwoju za Królestwa kongresowego, znaj- 
dował się jeszcze w powijakach. Lud wiejski, przykuty pańszczy- 
zną do ziemi, był zupełnie zależny od wielkich właścicieli. To też 
nic dziwnego, że aspiracye polityczne szlachty były, do pewnego 
stopniu przynajmniej, aspiracyami narodu całego. Do pewnego sto- 



iro KRYTYKA. 

pnia, rańwimy; to zoaosty, ie tylko te kienmki polityczne, 
które znajdowały poRłuoh u Bzlaclity, inogtj- l\OT.y<^ na powodzenie 
i flhotJ klasa ta nigdy nie potrafita zogniskowa<$ w Hwym programie 
potrzeb catego narodu, (jak to uozyniła np. bariaazya francuska 
przed Wielką Rewoluoyą), ale nakładała ona bwc piętno na wszyst- 
kie ruchy polityczne. 

Tymczasem d^enia polityczne szlachty musiały byi5 rewolu- 
cyjne. Składały się na to i tradyoye rządów Bziaoheokioh w dawnej 
Rzeczypospolitej polskiej, podtrzymywane przez władzę faktyczną, 
posiadaną przez szlachtę do r. 18G3 i interesy ekonomiczDc oraz 
polityczne, które pchały szlachtę do zrzucenia jarzma rosyjskiego, 
a nmożliwiało ilumne poczucie siły, świadomośó władzy nad resztą 
narodu. 

Piątego tcK we \VH7.yetkich ruolianh powHtarlezych znajdujemy 
w roli kierownika szlachtę — mniejsza o to, czy drobną, ezy 
brednią — a obok niej, w roli pomocników, jednostki z innycli 
warstw, głównie Indzi dworskich i ezęiiii niieszczaustiva. znajdują- 
cego aic pod jej W(>ływem. Ogóhiy kierunek powstań był t«ż 
szlachecki. Demokraci nigdy nie posuwali się dalej, od obiecywa- 
nia włościanom nadziału ziemi, a o organizowaniu ludu dla wywal- 
czenia Hwych praw nikt — pominąwszy drobne uoiłowatiia, ])rze- 
bi-zmiołc bez skutku — na Heri'o nie myślał. 

Powstanie zmieniło to wszystko- Urzędnicy polacy zostali 
]iozbawieni posad, lub okazani na wj^maroie, a autonomiczne urzą- 
dzenia prowincyi polukioh zniesione prawic doszezętnie. Jednocze- 
śnie zaś olbrzymi kawał ziemi został szluolieie wydarty, w zamian 
za śmiesznie drobne. wynagrodzenie. l'rzytem znikła zupełnie nic 
dawniej nie kosztująca praca pnii^zczyźniana. Mnóstwo majątków 
szlacheckich uległo konfiskacie, a pozostałe znalazł)' się u progu 
ruiny, Inb też z największymi tylko wv»iłkami mogły byó przez 
swych właśeioieli utrzymane. 

■Icdnoozcśnie ziiś zniesienie poddaiistwa na łiitwie i Kusi, 
a pańł^zezyzny w Królestwie, wytwarza wolną siłę i-oboiizą i umo- 
żliwia powstanie wielkiego przi-mywliT, który też dzięki blizkości 
Niemiee, kapil:iti>iii i technice niemieckiej, wrcuzeie rynkowi zliytu 
do liosyi, ^ /uczynił rozwijać się coraz wspanialej, stwarza wielkie 
miiiHta i nową klasę — liiir^.iiazyę. 

Ta burżnazya nie mogła byc rewolucyjną. Tradycyi rządów 
ni<r miała, a dawna Polaka rysowała jej się w \vyobraiJni Jako 
jedno długie pasmo upokorzenia i nędzy żywiołu mieszczańskiego, 
jnteresy ekonomiczne wiązały ją z Hosyą, gdzie otwierał się 



KWESTYA Xli:i'01). W PRÓG. SO(J. POL. 171 

olbrzymi i nie przesycony jeszcze towarami — wskutek słabości 
pnemystu rosyjskiego — rynek zbytu. Jednocześnie zaś szlachta, 
walcrąoa z trudem o utrzymanie bytu materyalDcgo, wyrzeka się 
wszelkich di^eii do niepodległości. Wreazoie uwłaszczenie włościan 
musiało zniszozyd wszelkie nadzieje, jakie demokraci dawnego auto- 
ramentu mogli pokładad w Ludzie. To też po r. 18ti4 znikają 
wprost z błyskawiczną szybkością, wszelkie dążenia rewolucyjne, 
powstaje teorya praoy organicznej. 

Wiadomo, na ozem ta teorya polegała: odkładając marzenia 
o niepodległości na przy8złoś<f, miano tymezascin wzinocnif! wszyst- 
kie części składowe — organy — narodu, kt<>rj' kiedyś miał sam, 
jakimś cudołvnym sposobom, oderwał? się od caratu. Porównanie 
narodu 7. gruszką, ktiira po dojrzeniu opadnie sama 7 drzewa, 
zastępowało program polityczny. Wkrótce zaś, jak to zawsze bywa, 
program „na dziś" usunął na dalszy plan dw ocl ostateczny. A jedno- 
cześnie „wzmacnianie wszystkich warstw narodu'', które przy pano- 
waniu kapitalizmu jest zupełną utopią, zamieniło się w zwyczajne 
„eiirickisses cofts" (wzbogacajcie się). Patryotami ei ludzie nie 
przestali byi5, owszem nienawidzili uni moskala, który swą ciężką 
łapę coraz koosekwentniej kładł na wszystkioii instytuoyaob publi- 
cznyeli, ale ten patryotyzm w praktyce miał tylko jedno znaczenie : 
łączność narodowa na zewnątrz i na wcwnątm, bez jakichkolwiek 
domieszek rewolucyjnych, 

Nec loctis iihi Troja fnil, laCgi śmiało zawoład jeden z naszych 
najzdolniejszych publicystów socyalis tycznych. W dsmym i dziewią- 
tym lat dziesiątku, z dawnego, rewolucyjnego pntryotyzmu pozostało 
zaledwie, jako odstraszający przykład, kilka tułających się na 
obczyźnie niedobitków i mało, wszelkiego wpływu na ogół pozba- 
wione grupki w kraju. 

■leżeli teraz zadamy sobie pytanie, jakiem mogło byó stano- 
wisko powstającego, w r. 1H77, socyalizmu do patryotyzmu, to od- 
powiedz będzie łatwa: stosunek ten musiał l)yó wrogi, Patryotyzm 
ówczesny pozbawiony Ijył jedynej cecity, która mogła mu /jcdnad 
sympatye socyalistów — dążenia do niepodległości. 7a\ś liasto soli- 
darności całego uarotiu, głoszone przez |>atryotów, wręcz było 
pracciwm; n:ijbuiilzii-j podstawowym zasadom ruchu robotui<'zcgo. 
Między tymi ilwoinn kknnikiiuii musi:ihi powstflć udrazu walka, 
i to walkii iia zmieni lub iiyiijc. Propagowanie patryotyzmu przpz 
BocyaliwŁów, wolifi- cliariikteru, który on wówczas po^iiadał, ijyłolty 
rówuoznac;(n<' z wyr/cfzeiiiem się /a^atly walki klas, uuicniu/.liwitoby 
szerzenie świudoniości klasuwtj wśród mus robotniczych. 



17d KRYTYKA. 

Z drugiej zai strooy niepodobicdstwem było wówokah ^vygŁa- 
wiunic liastn niepodległośoi, jaku ^dania kltisy roWtuiozcj, złU;ia- 
jsoej we własDym interesie do uicpodległej Rzeozypospolitcj Pol- 
skiej, jnk to dzie czynimy. I>n tego trzeba było bowiem mieć' 
siły, których souyoliiiui nie posiadali. Propaganla tcoryi socyali/mn, 
ugitacyu na podstawie potrzeb dnia, organizowanie jodnoHtek i, za 
i«h pośrednictwem, mus, wyrabianie poczucia Bolidarnośei klasy ro- 
botniczej — to były grodki dla zdobycia tej siły, bez której 
wszelka akcya skicrowunn ku zmianie, w blizkiej przyszłości, tbrin 
rządu, byłaby śmieszną łautaroDadą, Śittteszuą i niebezpieoznii zara* 
zem. gdyi groziłaby ona utopienieui rodzącej si(( dopiero świado- 
mości klasowej w morzu autyrowolueyjnyoii frazesów patryo tycznych. 

Dlatego też widzimy, /.e w ciągu całego tego pierwszego okrewu 
roz^voju polskiego ruchu socyalistyozncgo, uwaga większości działa- 
czi5wskicrotvana jest przcdcwszyetkiem na rozbudzeuio wśród ludu pra- 
cującego świadomości klasowej. Httiiło, ^ robotuik polski ma wicoi^j 
wspólnych iutercsów z robotnikiem rosyjskim lub niemieckim, niż. 
z polskim kapitalistą, głoszone było przy kaxdej sposobności i roz- 
wijano w szeregu ai'tykulów, które pojawiły się w RóiMtości, frsed- 
śioicie i Walce Klas, wykładane na taJDycli zebraniach i w poufnych 
pogadankach. Pi-zytem zwalczano namiętnie zdaniu przeciwników. 

Przeciwnicy ci byli dwojakiego rodzaju: patryoci zwykli, 
którzy piorunowali na wszystkie punkty programu socyalistycznego, 
zatem i na między narodowośó, oraz patryoci soeyaliśei. Gdyż p*^wie 
jednocześnie ze zjawieniem sic międzynarodowców, powstały gi-uiiki 
Hocyalisttyozuo patryotyczue, które dla względów oportunistyeznyełi 
potępiały pogadankę antypatryotyczną, jako odstraszająca robotni- 
ków i zrażającą iełi do ])rogrumu socyalistycznego. 

fraktyka pokazała, kto miał sttisKuośe. / jednej strony bo- 
wiem patryoci aocyaliśoi iiigdy nie potrafili siluą nogą stanąć 
wśród mas i-obotniozyoli, z drugiej ^ na każdym kroku pokazy- 
widi, do czego prowadKiń mogło w owe ozaay łączenie tyeli d^vóch 
zasad, pr/ccho<l/ili bowiem z wielką łatwością do obozu czystej 
demokracyi lub popełniali czyny, które dziś wydadzą się wprosc 
niusłyelianyiui. DośiS powiedzieli np. że jedną z ich pierwszych 
ezyuuości było wydanie <w r. 1879) eotuzyastycznej odezwy, skie- 
rowanej do... KraszewsKiego. 

Pierwszy })oIski program sooyalistyczny (t. zw. program bru- 
kselski, wydany w r. |h78), nic zawierał wcale t. zw, „żądań mi- 
nimalnych'', miał za^.ein na oku wyłącznie propagandę zasad. Agi- 
tacyę prowadzono przeważnie na gruncie ekonomicznym. Rząd 



KWESTY A MEPOD. W PRÓG. 80C. POL. 173 

zwalezauo, ale tak, jak się zwalcza każdy rząd klasowy, nie sta- 
wiając źadaych żądań, możliwych do urzeczywistnienia w łonie 
społeczeństwa dzisiejszego. Ale już w r. 1882 powstaje w Warsza- 
wie, głównie pod wpływem liudwika Waryńskiego, organizaoya 
„Proletaryat" i ruch robotniczy zaczyna przybierad szersze roz- 
miary. Zwycięstwo nad policyą warszawską, w sprawie znanego 
ukazu oberpolicmajstra o rewizyi lekarskiej robotnic, dodaje partyi 
otuchy i pobudza ją do rozwinięcia szerszej akcyi przeciwko rzą- 
dowi. Rozpoczyna się kilkunastomiesięczny okres walki o wybitnym 
charakterze politycznym, która jednak nie ma jeszcze na celu zdo- 
bycia niepodległości. 

Były to czasy istnienia w Rosyi partyi Narodnej Woli, walka, 
którą ona prowadziła olśniewała do tego stopnia całą Europo, że naj- 
wybitniejsze umysły polityczne (między innymi i Marks) przepowiadały 
jej zwycięstwo. Nic też dziwnego, że socyalisci polscy postanowi- 
wszy raz wstąpió na pole bezpośredniej walki politycznej, nie czuli 
się w prawie prowadzid ją na swoją rękę i postanowili wejśó 
w ścisły sojusz z rewoluoyonistami rosyjskimi, którzy stawiali sobie 
jako najbliższy cel, zdobycie konstytucyi. Ale, rzecz charaktery- 
styczna, pomimo tego, że pai'tya „Proletaryat" w swej działalno- 
ści była również antypatryotyczna, jak inne, poprzedzające ją 
grupy, jednak umowa jej z"partyą „Narodnej Woli", wskazuje 
już na zrozumienie potrzeby samodzielności narodowej. Mianowicie, 
najważniejszy punkt powyższej umowy brzmi, jak następuje (dla 
zrozumienia dof łajemy, że „Komitetem Centralnym** był zarząd 
„Proletaryatu" a „Komitetem Wykonawczym" — najwyższa władza 
party i r osyj sk i ej ) : 

„Komit(»f. Centralny przystąpi do rewolucyi nie wcześniej, jak 
na hasło Komitetu Wykonawczego, w chwili, kiedy będzie on 
mógł ją rozpocząó w Rosy i, — poczem w swych pracach 
konstrukcyjnych Komitet Centralny odłącza się od 
Komitetu Wykonawczego, jako samodzielna całośó, 
i w obr('bie swej działalności przeprowadza mo- 
że b n (; reformy, stosując sic do miejscowych w a- 
r un k ów." 

Wi<lziniv ziiteui, ż(» niema tu mowv o zachowaniu związku 
z l\osvn wyzwulonM, ani nawet o fcderaeyi. Jest to wielce znamienne, 
gdyż widzimy tu pierwsze wyniki rodzącego się poczucia swej siły 
VI socyulistów ])olskich. 

tymczasem, (?o my dzisiaj wiemy, ale czego ., Proletaryat" 
nie in(>i:;ł podejrzy war, partya ..Narodnej Woli" znajdowała się 



174 KRYTYKA. 

juz wówczas na drodze do zupełnego upadku. Jej akcya tororysty- 
ozna, skierowana przeciwko rządowi, nie tylko nie obaliła caratu, 
ale skoliczyła się zupełnem rozbiciem rosyjskiego ruchu rewolu- 
cyjnego, który nigdy jui nie miał wróció do swej dawnej świe- 
tności. Wraz z „Narodna Wola*" pada i „Prolctaryat*". Zawiedzione 
nadzieje wpływają, jak z>\ykle^ demoralizująco na ludzi. Następuje 
najgorszy okres w historyi naszego ruchu robotniczego. 

Ale rozwój ekonomiczny — wzmaganie sie przemysłu i ro- 
snąca proletaryzacya ma-ł — robił swoje. Organizacya robotnicza 
odtwarza się powoli i zaczyna nabierać sił, zawsze pod starą firmą 
„Proletaryatu**. Tymczasem otoczenie zmieniło się. Sojusz z socya- 
listami rosyjskimi, mający doprowadzić^ do obalenia caratu, stracił 
racyc bytu, z powodu widocznej dla wszystkich słabości ruchu 
rosyjskiego, a program zwalczania rządu za pomocą teroryznm nie 
mógł nikogo zadowolid, g<ly^ znajdował sie w rażącej dysharmonii 
z realnymi warunkami działalności. Faktycznie też od roku 18H7 
do czasu powstania Polskiej Partyi Socyalistycznoj nie wykonano 
ani jednego zamachu, tylko gadano o tcroryzmie. To też nic dzi- 
wnego, że partya „Proletaryat" straciła moralne kierownictwo nad 
ogółem sooyalistów i zaczęły, obok niej, powstawad inne grupy. 
W okresie 1890 do 18U2 r. widzimy w Warszawie aż 4 organiza- 
cye: Proletaryat, Związek Robotniczy, Zjednoczenie i t. zw. Naro- 
dowców, — koło młodzieży uniwersyteckiej radykalno patryoty- 
cznej, o silnem zabarwieniu socyalistyczuem. Trzy pierwsze organi- 
zacye zawsze jeszcze \\TOgo odnosiły si^ do idei niepodległości. 

Ten stan nie mógł trwaó długo. Kywalizacya, będąca nieimi- 
kniouem następstwem współistnieniu kilku organizacyj o równych 
nuiiej więc(\j siłach, osłabiała ruch i zużywała dużo energii nie- 
produkcyjnie. Jednocześnie zaś jłowstało nowe, nieznane dotjid 
zjawisko. 

W r. IH8t>, nu nii(Młzvuurodowyni kunifresie w Puryżu 
W którym brali też udział delegaci polscy, uchwalone zostało 
urządzenie I-go maja roku* nastcrpnego wielkiej demoostracyi mię- 
dzynarodowej. .Juko najodpowiedniejszą formę dla demonstracyi 
uzuuno wkrótce świętowanie, t. j. j)orzuoenie pracy przez jak uaj- 
AVjęks/e masy robotnicze. Ta forma była też jedyną możliwą dla 
naszych towarzyszy, ze względu na zupełny brak swobód polity- 
cznych w j)aństwie rosyjskiem. Jednak, jeszcze w przeddzień I-go 
maju \Wi) r., nikt w Warszuwie nie zdawał sobie sprawy z tego, 
co miało jmstupie, a większość socyalistów była nuwet przeciwną 
wszelkiej <lemonstracyi. Tymczasem skutek przewyższył wszelkie, 



KWESTA 5IEP0D. W PRÓG. SOC. POL. 175 

nawet najbardzej optyraistyozue oozekiwauia: przeszło 8 tysięcy 
ludzi porzuciło robotę, ulice były pełne robotników świętujących 
i uwaga całego miasta, po raz pierwszy od wielu lat, została zwró- 
cona na istnienie i siłę ruchu robotniczego. 

Następnego roku święto majowe przybrało jeszcze więkazo 
rozmiary. Według szczegółowego wykazu sporządzonego przez ko- 
respondenta Przedświtu, w Warszawie porzuciło pracę około 20 
tysięcy ludzi. Prowincya teź dostarczyła swego kontjmgensu, 
a w iabrycznem miasteczku Żyrardowie nastt^piło starcie z wojskiem 
i krew się polała. 

Te dwie, tak poważne demonstracye robotnicze otworzyły 
przed oezauii socyalintów zaboru rosyjskiego nowe horyzonty. Prze- 
konali się oni, źe ferment socyalistyczny przeniknął do mas daleko 
silniej, niż sądzono. To przeświadczenie, że szerokie warstwy ludu 
dojrzały już do przyjęcia socyalizmu, zrodziło poczucie siły, któ- 
rego dawniej brakowało. A z tern poczuciem sity powstała potrzeba 
skierowaniu jej na coś określonego, na zmianę tych nieznośnych 
warunków, które dławiły wszystkich i zasiewały pole walki ofia- 
rami. Z początku niewyra:^nie, ale z każdym miesiącem jaśniej za- 
częto rozumieó, że koniecznem jest skierowanie ruchu socyalistycz- 
iiego na drogę walki z rządem, walki, prowadzonej nie tylko za 
wcielenie w życie ostatecznych ideałów socyalizmu, ale w imię 
konkretnych, ziszczalnych w niedalekiej przyszłości żądań poli- 
tyczny cli. 

Jakie mogły byó te żądania? Konstytuoya rosyjska, z auto- 
nomią, czy bez autonomii ziem polskich nie mogła nikogo pocią- 
gnąć; Przedewszystkiem czar, rzucany przez rosyjski ruch rewolu- 
cyjny na sooyalistów polskich, dawno już prysł. Dla każdego było 
widocziicm, że na blizkie zwalczenie caratu przez opozycye rosyjską 
niema co liczyd. Ale tu okolic^nośd nie rozstrzygnęła kwestyi. 
Konstytueyc* zdobywać można tylko w Petersburgu i Moskwie, 
gdyż śmiesznem byłoby przypuszozaó, że najsilniejszy nawet ruch 
robotniczy polski potrafi zmusi(^ carat do zrzeczenia się samo^ 
władztwa. To też wszystkie zdobycze, dokonane wśród ludności 
polskiej, nie posuwałyby sprawy ani na krok naprzód i reformy 
zależałyby zawsze od siły ruchu rosyjskietro - czynnika, na który 
nie miałoby się n aj niniejszego wpływu. Przyjęcie programu konstytu- 
cyjnego n)wnałoby sio nowemu zabagnieniu ruchu, gorszemu od po- 
przedniego, gdyż bardziej trwałemu i byłoby możliwem tylko przy 
poczuciu własnej bezsilności. Tymczasem fakty pokazywały rzecz 
\vrecz przeeiwnji. 

4 1 c 



176 KRYTYKA. 

G6i zatem po^iOBtswało, jako etbrmutowanie aspiraoyj połity- 
tycznyoh ? Tylko niepodległość, i to taka forma niepodlcgto^oi 
ktdraby odpowiadała programowi BOoyalistyozDemu, t.j. niepodległa 
republika demokratyczna. Rząd polaki, z natury swojej bardziej 
liberaluy od najbardzej konstytucyjnego parlamentu wBzeobrosyj- 
skiego, nie rozporządzający »<etkami tysięcy jiółdzikiob obłop<5w 
rosyjskich, byłby przeciwnikiem, z którym walka nie wymięłaby 
za każdym razem etawiania całego istnienia na kartę. Zdobycie 
każdego nowego towarzysza przybliżałoby w niepodległej Polsce 
chwilę gruntownych zmian społecznych, podczas gdy nawet zso- 
oyalizowanie całego proletaryatu polskiego w konstytiicyjucj Rosyi, 
mogłoby pozostad bez jakiegokolwiek wpł)'wu na reakcyjną, nie- 
polską więkazo^d parlamentu. 

Inny jeszozc ważny oz}'unik pchał ku przyjęciu niepodle- 
głotoi do programu socyalistycznego. Dawniej ucisk narodowy oi^i- 
źył w zaborze rosyjskim przeważnie na klasach wyższych. Lud 
miał szkołę polską, a w obcowaniu z niższymi urzędnikami, pola- 
kami, posiłkował się prawie ^^7łączniD językiem polskim. W osta- 
tnich za4 czasach rusyfikacya obejmuje wszystkie gałęzie życia pu- 
blioznego. Dziś kaidy robotnik, każdy chłop odczuwa na swej 
skórze, co to znaczy byd poddanym rosyjskim. I tu poważna 
bardzo rolę odegrało przeniknięcie socyalizmu do mas. Jeżeli bo- 
wiem pierwszo przejawy rucbu robotniczego skierowane były prze- 
ważnie przeciwko uciskowi ekonomicznemu, to powoli zaczęła się 
w Indzie budzi<5 świadomoś<5 polityczna, wreszcie zaś narodowa. 
I<loały narodowe, poczucie deptanej na każdym kroku godności 
narodowej było bezpośrednim wyi>ływera przeobrażenia, którt? do- 
konane zostało w umysłach robotniczych przez sooyalizm. Dyscy- 
plina partyi, kt<?ra w zasadzie była jeszcze ])rzeoiwniczką niepodle- 
głości, wstrzymywała te uczucia, ale przy jiierwszej spoHobnoj^ci 
mogły one wybuchnijd. 

Dodajmy, że w końcu ISIU r. nastitpiły masowo areszty 
wśród ..])roletarvatCKyków", u na wiosnę ]XSI2 — wśród .,zwiji- 
zkowoów". Żal, który napełnił serca pozostnłycli towarzyszy, im 
widok tylu ofiar bezowocnych i pi-zeświadczciiie, ze jeduośi* orga- 
niziizyjnii w niezwykły sposób spolęKowiihiby fHy partyi, uuisiały 
pr/yc/yni;u' nie do clii^i-i /aiiii-chuniii próżnyeh sporów i wyhvi(rze- 
niii jettnej piirlyi, ■/. jednym prugnuuetn. 

.leszcze jedną oUoliezuośitia była cwoiueyii, klórii odI)vł;i sii; 
wśróil narodowców. Mgliste Irazesy radykalno psUryolycKUe, ktii- 
rynii ieli dawniej kanniono, straciły z czasem swój wjilyw. /, pti- 



KWESTYA NIEPOI). W PRÓG. SOC. POL. 177 

czątku jednostki, później całe gi^upy młodzieży zaczęły się . przej' 
mow^ad zasadami socyalistycznemi i dązyt^ do zbliżenia się z robo- 
tnikami. I tli zatem grunt był przygotowany. 

Wśród takich okoliczności, jak piorun z jasnego nieba, spa- 
dła na wszystkich wieśó o wybuchu \vulkanu łódzkiego, w maju 
1892 r. Sześdziesiociotysieczna masa robotnicza, porzucająca pracę 
w imię solidarności robotniczej, krwawa represya, 46 trupów 
i kilkuset rannych, tysiące więźniów, — to było dostateczne dla 
przekonania najspokojniejszego człowieka, że taki stan rzeczy dłu- 
żej tnva<5 nie może. Hasło zjednoczenia sił i wystawienia programu 
politycznego przeniknęło wszystkie umysły. Zawiści partyjne, 
przywiązanie do starych sztandarów grup i grupek, musiały 
znikuąó. 

I zniknęły. W listopadzie 1892 r. zebrała się w Paryżu kon- 
ferenoya uczestników wszystkich orgauizacyj, istniejących w kraju 
i zagranicą, na której postanowiono natychmiastowe rozpoczęcie 
energicznej działalności, mającej na celu rozwiązanie istniejących 
grup i wytworzenie jednej organizacyi, oraz przyjęto do programu 
żądanie Niepodległej Rzeczypospolitej Demokratycznej. Owocem 
tej konferencyi było powstanie Polskiej Party i Sacyalistyoznej. 

Galicya i zabór pruski przeszły podobną ewolucyę. Pewną 
rolę odegi:ął przy tern wpływ zaboru rosyjskiego, ale i bez tego 
wpływu wyniki byłyby te same. Jak w jednej, tak i w drugiej pro- 
wincyi nieh socyalistyczny zwracał się z początku ostro przeciwko 
obłudnemu patryotyzmowi klas posiadających, by z czasem wzró- 
słszy na siłach, samemu podnieść sztandar wyzwolenia ojczyzny, 
jako koniecznego warunku normalnego rozwoju każdego narodu. 
Jeżeli ruch ten obraca się w formach legalnych, to dzięki temu, 
że nawet te szczuj)łe swobody konstytucyjne, któremi się cieszymy, 
dają klasie robotniczej możnośd normalnego rozwoju, a zależność 
od narodów, należących do rodziny zachodnio europejskiej, nie 
stanowi nieprzebytej tamy dla postępu. 

Streszczając się, powiemy, że tensam rozwój warunków eko- 
nomicznych, który zniszczył dawne dążenia demokratyczne do nie- 
podległości i, zrodziwszy współczesny ruch robotniczy, wycisnął na 
nim w jłoczątkaoh piętno jaskrawej międzynarodowośei, — z cza- 
sem stworzył zeń siłę polityczną i pchnął go na drogę objęcia 
w swym programie wszystkicli potrzeb społecznych, . między innemi 
i potrzeby samodzielności. .1. W. 




1 80 RYTYKA. 

zowi twarzy. Kacłajmy taki wyrnz (jeżeli jmŁrafimy) głowie jasno- 
włosej I) tfilnynli riimiedoat^b w słońcu, a zrobimy rzet^loą kiir/ka- 
turę. Miękka linia owalu icamyka harmonijnie twiirz i wtapia się 
w ciemną masę włoB<5w, kt<Srą ogranicza znowu łagodnie łamany 
l)rzeg. Te tępe kąty, którymi się włosy ciemne znaezą, doskonale 
hnnnODizują z krągłomi liniami twarzy. Są dla nich ramą i dają 
z niemi jakliy akord optyczny. 

Wszystkie elementy optyczne t*go obrazu, więc linie, barwy 
i i^wiatła przedziwnie zbarmoiiizownne, zestrojone, to znaczy każdy 
element tuk użyty, położony w takiej eile i jakośei, że stanowi 
wraz K innemi całonS piękną. 1 gdyby którykolwiek z nich zmieui<5, 
albo nowy włączy*?, na oliyl>ił trafił, zepsułaby się harmonia, mieli- 
byśmy dyssonans optyczny. 

A nie jttst to właściwe wszystkim obrazom. Wostatuim jiokojn 
naszej wystawy nie jeden obraz znajdziemy, na któr\mby można 
domalowaf: kwiatek różowy i żdłty a chot^by i złoty i amieni*! hnrwę 
Kiikni lilii włosów n dzieło nie na tem nie straci. Spróbujmy pn- 
myśiw', że eoń takiego zrobiono Axenlowiczowi, a zobaczymy ie 
taka róźuica między oluazem jego a naszymi codziennymi, jak mie- 
dzy grą wirtuoza a bieganiem kota po fortepianie. 

Tak jest. Axentowicz ma ogromno upodobanie w formie; ro- 
iiiHliHkif! iikochnoie pięknej harmonijnej formy. Niemiec nie da tych 
jirzceudnic giętycli iinij, tych tak delikatnie, t«k subtelnie snaczo- 
ił/.oiiyeh konturów, liljowflwychkamaeyj, przygłuszonych barw, wdzię- 
rziiydi ruchów i nieokreślonych wyrazów: Axentowicza główka, 
i'zy postat! - każda to ornament zarazem. Gdybyśmy już nawet nie 
roziimeli ieli wyrazu, nie ezuli piękna, jakie tkwi w stanach wc- 
wiiętrziiyeh, w koinbitiacyi zjawisk dn eh o wy eh przedstawionych po- 
Htael - sama łiirma ich, oae same, jako koinbinacya liarw i kształ- 
tów wiązałyby nasze ocuy. I gdybyśmy w obrazie za Germanami 
idip-, nie piękna formalnego szukali, nie wiernego odtworzenia na- 
tury, lub wizyi, jeszcze i w takim razie Axento\vicz się ostoi, jako 
znakomity rysownik i malarz kobiecego elała o iimroku. On nic 
tylko ma pomysły, on je umie matowiK'. On mn ręką pewną i stu- 
dyów masę. Kto się chce przekonai*, ile Axentowicz nmic jako ma- 
larz, czysty malarz, niecli iloltrze ogląilnie tę jego [lostai? kobiecą 
w jasnej sukni i białych ramach en face st^ijącą w drugim ]K>koJii 
wystawy, niech wyczuje w nifj to wszystko, co w niej jest, niech oeeni 
Ile ona waiia i niech pręilko przejdzie do ostatniego pokoju nio.>u]c 
jeszi'zc na oczat^h niknący obraz ten z bialyoh ram. ']'am na osta- 
tniej lieianie na prawo znajdzie także główkę kobiecą innego ma- 



SZTUKA WK LWOWIK. 181 

larza główkę o jasnych włosach i różowej draperyi. Jeżeli wytrzy- 
ma, jeżeli be<lzie mógł patrzeó, to uieeh nigdy nic ogląda Axen- 
towicza. Tak jest, kobiety Axentowieza, to nie szablonowe figurki 
z joiimalów, to nie stereotypowe ozdoby bombonierek, to nie tanie 
fabrvkatv do ozdobv boudoarów mieszezatiskich, to dzieła mało- 
wane z ogromneni opanowaniem techniki, oparte na nadzwyczajnej 
umiejetnośoi malarskiej, dzieła żywe, pełne duszy a skończone 
w formie. I jeżeliby szło o zestawienie Axentowicza z innymi, to 
prędzejbym ta białą postaó z białych ram obok Mony Lizy Leo- 
narda postawił, niżbym miał przy niej Reyznera, Rejchana, a nawet 
Zmurkę powiesió. Ale do.4e już o nim na dzisiaj — czeka inna 
wielkose. 

Od bhidych lih'r)wyeh, smukłyoh, wiotkich postaci przecho- 
dzimy w świat eałkiem iniiv. To Wvezółkowski. Zamiast zręcznych, 
olcganckii»h, taileząeyt^h zgrabnych b*nij, kontur pewny, sumienny, 
skończony, dociągnięty do końca, poważny, nie dwuznaczny wy- 
raźny czasem aż Aa zl)ytku. Zamiast przytłumionych świateł i nie- 
pewnych ])ółnn*oków, wyraźne jasne światło dzienne, zamiast zna- 
czonej lekko modelacyi, plastyka bijąca w oczy. Tam przygaszone, 
lekkie, zwiewne kolory, tu ognista, silna żywa barwa. Tam idealnC 
wymarzone postacie, mogące sie ruszać bez szmeru r mów id oczyma 
bez łez, i śpiewać ustami bez słów — tu zdrowi sibii ludzie z mię- 
sem i kośćmi, krwią, używający codziennych szat ludzkich przez 
sześć dni w tygodniu, źel)y sie w święto wielkie ubrać w togę, 
Tatry albo żółtą chustkę. Axentowiez maluje nerwami, Wyczół- 
kowski krwią. Tamtego linia i kolor i półmrok unosi, ten ma 
każda kreskę i każdą plamę w reku. Mocny jest i pewny siebie, 
tak że aż szorstki czasem. Co dziwniejsza, używa pasteli. Ale jak 
jego rzeczy na pastele nie wyglądają I Jak tam nie ma rozcierania 
miękkich kolorków, ani lekkości właściwej temu sposobowi malo- 
wania. Tam takie mocne, śmiałe rzuty ręki, tam technika tak sze- 
roka, jakgdyby najtęższym pendzleni szczecinowym dol)yta. A barw 
swoich Wyczółkowski te/, z pudełka nie dobywa, ale im ogień 
i blask nadaje, znając dobrze zestawienia kolorów podnoszące ich 
nasycenie. 

Znowu wiedza malarska, znowu umiejętność techniczna. 

\Vc wszystki(»h trzech rzeczach jego obecnie wystawiony (»h 
biją w oczy Ic jego ogólne zalety. Nadzwyczajny jest rektor w todze. 
Bez żadnej pozy w ruchu. Najnaturalniejszy i zui)ełnie żywy czło- 
wiek. Oczy lśniące, żywe, twarz kolorami świeci, togi czerwoność 
podniesiona zielonawym tonem gronostajów, twarz zcharakteryzowana 



183 KRYTYKA. 

silaie, malowana |)«wnic i skoileicana eupetaie. Nie ka^y potrafi 
\Y piirtrocie rektora, rzeczy ju^ w zało^eaiu aiiabloDowej, uniknąf! 
szablonu lak, jak go minął Wyczułkoweki. Nie kuidy jiotrafi i Tet- 
majera zn>bi<^ tak zu|)ełoie podobnym, uietylko w ł-y^aob, ale i w ko- 
lorycie przygaszonym, tak r-godnym z ogólnym nastrojem modela. 
A trzeba tei hy6 miatrzem, sSeby na tle portretu da<? taki pomysł 
kolorystyczny, jaki przedstawia ruda twara poety w obrazie. Na- 
znaczone Tatry w tle i niedokoi^czDiie akeessorya Btmju podnoszij 
efekt, jaki twarz wywiera. Wicie, wart, kto tyle umie wydoby<1 
z modela. — Kobieta wiejska w chustce znowu, .,bajeoznie kolo- 
rowa". Kto ciekaw, dlaczpgo z daleka wydaje się tak żywa i jasna 
i barwna, niech z bliska zobaczy, jak na jej twarzy farby artysta 
pozestawiał, jak tam' zielonośi^ towarzyszy czerwieni, jak tam ma- 
larz eie[>łe barwy zimnymi tonami podpiera i trzyma. Innyby tą 
drogą idąc, twarz kolorami ]i<>plamił, ou da żywą, barwną, wy- 
pukłą bryłę. Na kaidym kroku tęgi, mocny pewny, gardzący pozą 
i drobnymi cfekcikami panuje nad kolorem a słucha rysunku. 

Mebofier. Ten ma ogromne upodobanie w zmienianiu teehniki 
malowania. Portret Kumiiiskiego szerokimi wożykowateml plamami 
robiony w ułabem świetle, wygląda więcej na studyum techniczno, 
niż na portnit człt)wieka o pewnej indywidualności. Podobieństwo 
wprawdzie niimicnne, ule cechy charakterystyczne traktowane tak 
samo, jak i akcesorya. Wygląda to tak, jakby artysta chciał raczej dat? 
figurę ludzką w pewien właściwy sposrtb matowaną, niż utrwalić? 
istotne znamiona tego a te^ człowieka. Jest tam jeszcze jego stu- 
dyum starca w słońcu. Znowu motyw malarski, znowu zagadka 
t<^ciinicznn. Nasycił? pomarniiczo wem światłem figurę i tło obrazka. Zada- 
nie rozwiązane znakoinieie. Jest tam głowa kł)biety malowana sucho, 
tęj)o, białawo, pomyślana znowu, jako problem techniczny a wyko- 
nana doskonale w swoim roditaju. Jest figurka pensyonarki cała 
trzymana w szarawych tonach i kanciastych, łamanych liniach. I ta 
wygląda dobrze, bo linie, barwy i przedmiot doskonale harmoni- 
zują. Jest silno, t<^if, barwne sfiidyum kobiety o nagich rękach, 
wyra/ne w pomyśle a ukończone w teclinice. Mehoficr to talent, 
bodaj czy nic iiajburd/icj nicbliwy w Krakowie, nie mówiąc natu- 
ralnie o wielkim Maliszewskim, któregi>, s/.kiida, że nic ma na na- 
szej wystawie. ,\lc trudno, trzeba się z tern pł)godzic i cieszyć? tein, 
co mamy. 

Z młodych, Okiiń dwie r/cczy wystawił. Ji'<lc-n \,v}my. 
tępy w kohirzc i nic nHJlej)iej naświetlony, eboe piękny i ziij- 
mująey w pomyśle, drugi symbol jasno skcmiponowany, prosty, 



SCTUKA \VE LWdWIK. 



183 



piękny i dobrze malowany. Podpisu nie potrzebuje, jak kaitdy 
zresztą symbol. Xa widzH dzinta, i» ile widz znosi rzoc y 
w tym riidKnjii. Poelum śnii^ się będzie w iiooj", ohorj-ch 
Uidzi hfidzic zaehwyeał jiomytdpm zatrutym i utrapionym, ttliKtrdw 
gniowfił brakiem podpisu i ubrania nii głównej figur^ie, m»tarz<5w 
zadowoli rysunkiem a wdzysey zgodzą sin na to, ie to, eo w nim 
malarz ebeiał p(iwiedziL-<?, a ze ebeiał to pewnn, to |>o\\iedział 
i zimnych barw zestawieniem i ruehami figur i tern wszystkiem 
wogdle, eo miał do rozporządzenia jako malarz. Skom wię« i mówił 
eoś i umiejętnie mówił, to dobrze, to lepiej niż we Lwowie. U nas 
na «y»t«wie czasem tylko ktoń krzyknie głt>nem- wielkim, czasem 
powie słowo profesorskie — zresztą ciHza jak u (rłuehoniemych. 
Źle ! Prócz Fałata, .Stanisławskiego, IJruzdowiczn i AVeiHMa nie nam 
Kraków więcej nie przysłał. Fałat powiększył którąś z akwarel na 
płótnie I jest znakomity, jak zawsze. Panorama I na nim Mady 
zostawiła — ślady dodatnie. Briizdowicz dał pejzaż wielki, tęgi 
i sumienny. To nie kolorki i nie efekeiki, tylko łd>BerwBeya i pra- 
wda. Nie takie to efektowne, jak Stanisławski albo Trnsz Lwowia- 
nin, ale j ii kie) uezciwel Stanisławski tcorye ma, jak miał, dojwił- 
niajaee barwy kładzie przy sobie, jak kładł i jak nauezył Tmaza, 
ale mimo to ciągle naturę obserwuje i i!wiatło malawa<! umie ró- 
wnie dobrze, eboi5 inaczej nii Fałat. O wielkie pomyrfy nie dba, 
ale teolinik jest i dobrze mu z tern. Dla TiWowa był skąpy równie 
jak Weiss, który nic nie dał prócz |»ortret« rodzioów i małej próby 
krajobrazu. Rodziców jKirtrct bardzo piękny. Jest charakter i ry- 
sunek i ki)hiru ddsyr i pomysł jest w portrecie — wogóle rzecz 
bar<lzo przyzw<iita. jVle myśmy o Weissie trochę więcej słyszeli, 
myśmy i widnieli jego rzeczy większe — ezemu ich tutaj nie ma, 
tego nie wiemy I to nic do nas należy. Doń«? na dzisiaj. Kraków 
nie <luł nam może wszystkiego najlepszego, co miał — nie i tego 
co dat, dla nas jest bardzo wiele — my dotychczas i połowy tego 
nie mamv. 




lONKCT D««zriitK[. 



Analizy polityczne. 



Wiedeń, 24. liUy 1901. 

Zajmijmy sio g|)okojnic i lioz H|)rzc<lzpri [lolitykii Koła i)nl- 
Hkiogo w Wiedniu. Spi^ilmjmy w tych ciężkicli czaaac-h przcpiiiwa- 
tlzi(^ rozbiór tej ])<)lityki na jej 8kłR<li)we czynniki, al>y iizy8ka<? tu 
drogą Hiliiij iiodstawĄ do ki-ytyoznycK sądów o rcprCKCDtapyi jtol- 
Bkifj w {iurlamcncic. 

.lu^. sama akcya wyliorc/.n, ktrtra skiniczyła się takim nieza- 
przeczonym tryimiłem Kota mul iipozypyą, kryła w soltic nader 
ciekawy cliaos i brak zujiełny [irzcwodniej idei. Mądrzejsi z pośród 
zwyci^!zców prapstrasnyli aię podrostu swoitth zdobyczy... Xajpierw 
nic Z(lol)yto dla większości Koła i(a<łnoj \vybitniejnzcj siły [łolity- 
czucj, ani fanliowcj. Zwycięzcy sami z tcm się nie ukrywab. Takie 
nabytki, jak n. p, Kriilikowciki, Ja)>łońHki, Wojtyga, Wlazowski, 
Kirmorowski, Zyguliński, Opydo i dr Stojałowski riJwnają się na- 
prawdę wiclkicmii ambarasowi. Hr. Wodzicki adpiriijc wprawdzie 
])o<lobno na jakiiS (hvorski urząd (ochmistrza, czy coś podnlmego), 
ale z wyjątkiem artystycznej grj' w karty, trudno w nim (Iosziika<^ 
nie oz^08 korzystnego, nawet przy nnjlepszycl) elięeiach. W nor- 
maliiycl] czasach nic znaczyłoliy to diiiio w tak wielkim khibie, ale 
nic trzeba zajMminar', że te nabytki zoBtaty opłacone upokorzeniem 
i ro/^) ryczeniem cliłoi>ów, robotników i intcligencyi ebo<' odrobinę 
postępowej, 7.1' /a tę cenę dostano w Kole nie więcej juk kilkana- 
ście głosów, |>otrzel)iiyeh ciiybit jako balast... 

l'omiino, że przez pól roku waleziuio wpront zajaiUc o jed no- 
litośe Koła, uzyskano w i-ezuitacie coś tak skompbkowancgo, tyle 
grup wewnątrz o znpcłnio różnycli iiRpiracyacb i napi(>ciaeh poii- 
tyezn)'pli, o różnych światopoglą<lac)i i pi-ogramaeh, ii: eo chwila 
baczny s|»ostrzegaez wpada w zdumienie, jak leż to dziwne Koło 
ży<' i toezye się może. Spojrzyjmy na te gru|»y. 



AM A LIZY POLITYCZNK. l8o 

Naczelna z nidi to: Jaworski, Abrahamowicz, Gniewosz, 
Woilzieki, przyczepki w rodzaju Piętaka, Merunowicza i cały tłum 
ludzi, nie mających prawie żadnych programów politycznych, społe- 
cznych lub narodowych, oprócz frazesów do niczego nie obowiązu- 
jących. Potem idzie grupa Kozłowskiego, z którą trzymają się 
tacy ludzie jak Danielak, Jan Potocki, Roszkowski. Tu słowiano- 
filstwo, klerykalizm, antysemityzm daje dośó sił do szemrania po 
kątach, do intryg i plotek, chociaż nie wystarcza dla nadania formy 
na zewnątrz. Zaraz potem księża: I^astor, Komorowski, Wla- 
zowski, Zygulinski, a koło nich żydzi pod przewodnictwem Byka. 
Ci jeszcze najgrzeczniej siebie nawzajem traktują, ale pochodzi io 
stąd, że nie cznją się wobec siebie do niczego zobowiązanymi i go- 
towi każdej chwili ciągnąć do Sasa, czy do łasa, l)ez żadnych skni- 
pułów, patrząc tylko, czy się to da zrobió, czy nie... 

W końcu siedzą tu i demokraci, dziwnie w to Koło wj)le- 
cieni. Najjaśniejszą ])ozycyą ma p. Rotter, bo ten zastrzegł sobie 
wyraźnie swobodę odwołania się do wyborców, którzy mają orzec, 
jak też on wobec Koła się ma postawie. Ba, ale tuż obok niego 
siedzi p. dr Grek, który wyraźnie powiedział w mowie kandyda- 
ckiej, że raczej mandat złoży, zanim z Koła |>olskiego wystąpi. 
I*. Jlomanowicz niczego w tej kwesty i nie powiedział, ani wy- 
borcom, ani Kołu, a tak samo umiał wejsó do Ko/a i staruszek 
p. W e i g e 1. Dwóch dalszych demokratów, pp. S t w i e r t n i a 
i D o b o s z y d 8 k i byli forsowani i przez rząd i przez Komitet Cen- 
tralny, a temsamem ani marzyc nie ^mią o odwoływaniu się do 
— mówiąc eufemistycznie — swoich « wyborców". 

Tak zebrana i tak liczna kompania musi ]>rzedewszystkiem 
tem się odznaczać, że panuje w niej nieufność, podejrzliwoiic i nie- 
szczerość wewnątrz, a zupełne niedołęstwo na zcAynątrz. Ma to tem 
przykrzejsze formy, że Koło związane jest statutem, obliczonym 
chyba dla najl)ardziej jednolitego klubu politycznego, a nie 
dla grup tak sprzecznych, zastępujących interesy iudustryalne, obok 
czysto agrarnych, kulturne j)otrzeby inteligencyi obok klerykalizmu 
żydowskie obok antysemickich. Któreż może zwyciężyć? Od|K)wied;? 
nie tak trudna, chociaż nie mamy zamiaru bawić się w polityczne 
przepowiednie. Uderzająca tylko jest zupełna nieobecność w Kole 
reprezentantów i nteresó w chłopskich i robotniczy c h. 

Cóż za ^^wobodę ruchów ma każda z tych grup w parlamen- 
cie? Prawa poshi w izbie dadzą się mniej więcej ująć w cztery 
formy : p r z e m a w i a n i e w izbie i komisyach, stawianie i n t (^ r- 
p e I a c y j i w n i o s k ów, głosowanie. We wszystkich tych pi a- 



186 KRVTVKA. 

wach jost członek Koła polskiego moeuo skrępowany wiekszoHcią 
Koła. Pisma codzienne podały tak dokładnie nowouchwalony statut 
Koła, źe jestem zwolniony od jc^o analizy szczegółowej. Rezulta- 
tem jest niesmak i bunt, tlejący ciągle w Kole. Jak to w praktyce 
wygląda, i jeszcze później wyglądad będzie, o tem parę słów wy- 
starczy. W Izbie odbywa sie głosowanie nad nagłością wniosku 
o budowie dróg wodnych. Sprawa dla kraju nadzwyczajnie w a- 
żna. Komisya parlamentarna Koła każe głosowad przeciwko 
nagłości. Posłowie siadają wściekli. Jeden z nich, który praktyko- 
wał w krętactwie polityoznem poza Kołem, przykucnął tak mistrzo- 
wsko za ław^kami, ie z tyłu musiał uchodzió za głosującego za 
nagłością, podczas gdy „z frontu" musiał byó przez sekretarza zali- 
czony do przeciwników nagłości !.,. 

Albo drugi niemiły wypadek. Czesi stawiają wniosek nagły 
co do zniesienia myta. Chłopska dusza Potoczka uśmiecha się do 
tego, ale Potoczek musi glosowaó przeciw wnioskowi. Zaraz po- 
tem w Kole wyrzuty i lamenty. Najżabawniej wygląda, gdy Koło 
całe milczy jak pień, tam, gdzieby trzeba mówid koniecznie, mó- 
wi d za wszelką cenę. P. dr Kos np. nazywa szlachciców 
„mordercami", opowiada o zabitym przy wyborach Stasiaku 
(w CzerniejowMc 1H97) i t. d. Koło słucha tego, pieni się, wychodzi 
do kuloarów i tu dopiero rozgrywa się wcale niebudująca kłótnia, 
dlaczego też nikt do głosu się nie zapisał, aby na „morderców" 
odpowiedzied. Tasama historya była i z zarzutami p. Wasilki, 
z debatą adresową, z sprawą cenzury interpelacyj, wreszcie ukoro- 
nowano sprawę milczeniem wobec języka interpelacyj 

To ostatnie parlamentarne zdarzenie zasługuje na najpowa- 
żniejsze zainteresowanie opinii publicznej, dlatego pokrótce rolę 
Koła naszkicuję. 

Najpierw nie cliciało Koło, aby Izba rozstrzygała w tej spra- 
wie. Xarody nieniemieekie mają w Izbie w i ęk szos d. Gdyby więc 
()! głosów Koła rzucie na szalę, mielibyśmy przynajmniej autoryta- 
tywną wskazówkę, co też parlament myśli o słowiańskich, rumuń- 
skich i włoskich interpelacyach. (idyby Koło było chciało, mogło 
postawid wniosek znacznie dalej idący, niż orzeczenie prezydenta 
Izby hr. Ycttera, a jednak dający się |>og<)dzid z interesami Izby 
jako całości chcącej, przecież wiedzieć co interpelacye zawierają. 

Tymczasm Koło odmówiło Czechom pomocy nawet przy 
wniosku na otwarcie debaty nad rozstrzygnięciem prezydenta. 

Dlaczego to zrobiono? Dla świata, który „chce byd oszuka- 
nym", mówi się, źe zrobiono to, al)y nie traeid czasu i dojśd do 



ANALIZY POLITYCZNE. 187 

porządku dziennego. Tymczasem sam p. Jaworski miał doradzić 
Czechom zamiast prawdziwej debaty, przemn wianie do — proto- 
kołu stenograficznego, t. j. przemawianie bezpłodne, bez 
wniosku, bez możności zamknięcia debaty i z jedynym rezultatem : 
besztaniem prezydenta Izby za to, ze uległ rozkładowi całej Izby 
i podjął się rozstrzygania. 

Stracono wiec znów całe długie posiedzenie z zupełną świa- 
domością, źe nic z tych wszystkich przemówień nie vyyniknie, jak 
chyba pokarm dla senzacyjnych gazcŁ Ale wnet p(#tem nie wahano 
się znowu straci i całego dnia na tajne posiedzenie, obradujące nad 
skandalicznymi cytatami z Alfonsa Liguoriegoio dziwo! 
hr. Dzieduszycki imieniem Koła odzyskał mowę i przemawiał. To 
czego nie dokazała sprawa „narodowa"^ stało sic faktem dla obrony 
kleru... 

,,Brak czasu" jest więc wymówką wprost nieprawdziwą. Koło 
nie śmiało w tej sprawie się odezwad, bo ono jedno miało klucz 
sytuacyi w ręku. Ono jedno mogło za pomocą prostego zaznaczenia 
swego stanowiska wyznaczy <5 przynajmniej kierunek, w jakim ta 
sprawa w spokojniejszych czasach się rozwijad będzie. Koło uczuło 
samo straszna kompromitacye swesro milczenia 
i w czterych ścianach swej sali klubowej zdecydowało się potem na 
bałamutne oznaczenie swego stanowiska przedtem, w naradach „se- 
niorów** i w pełnej Izbie. 

Przy tej sposobności pragnę cofuąd jeden zarzut, który uczy- 
niłem w parlamencie Młodoczechom, polegając na niedokładnej in- 
formacyi. Zarzuciłem Czechom, źe zamiast wniosku na otwarcie 
debaty, uderzają tylko na prezydenta, którego przecież sama Izba 
zmusiła do kompromisowego i tymczasowego rozstrzygnięcia. Tym- 
czasem Czesi nie uczynili tego, j c d y n i e z p o w o d u 
opuszczenia ich i)rzez Koło polskie, bez którego nic 
mieliby w i c k s z o ś c i I 

Cała ta dziwna i)olityka nosi obecnie na sobie piętno dwor- 
skości i tylko dworskości. Koło nie jest ani zastępstwem 
kraju, ani klubem politycznym, ani nawet socyalnym, lecz zwią- 
zkiem kilku grup, trzymanym tylko przez wolę z góry. Kto ma za 
soiją „galicyjskie*' wybory, nie może czuć się naprawdę swobodnym 
w (lecy/yi o jakichkolwiek ważniejszych sprawach. ,.Z góry" zaś 
wieje chwil<nvo znów wiatr inny, niż przed dwoma laty i Koło 
swoje żagle skwapliwie pod te podmuchy nadstawia. Z jakim rezul- 
tatem, na razie nic wiadomo, l)o równocześnie nie wolno mu się 



188 t^RYTYKA. 

ra8zy(5, aby sio przygotować^ na grożący państwu lul) krajowi abso- 
lutyzm lub rządy §. 14. 

Tutaj równiei mszczą się „galicyjskie'* wybory, przecinające 
wszelką możliwośd porozumienia się Koła z ludem wiejskim i miej- 
skim. 

Co „z góry" ofiarują, to musi się przyjąd, zwłaszcza źe głó- 
wną ceną jest w tych targach zduszenie wszelkiej opozycyi za po- 
mocą aparatu biurokratycznego. Od pewnego czasu stało się rzeczą 
modną targowaó się niejako o głosy buntowników, o to, ile pro- 
cesów trzeba będzie wpakowaó temu lub owemu o|K)zycyoniście 
i ile miesięcy kozy taki „przyjaciel" Koła polskiego w rezultacie 
dostanie... , 

Streszczając krótko powyższe analizy, sądzę, źe Koło powię- 
kszając swoje zastępy wbrew rzeczywistym siłom opozycyi, n i e 
wzmocniło się, lecz o słał) ił o. Uchwalając statut dla kilku 
różnych grup, nie licząc się wcale z ich interesami, nie u z y- 
skało potrzebnej spójności i solidarności. Utraciwszy 
grunt w szerszych warstwach narodu, stało się zupełnie chwiejnem 
i niezdecydowanem i musiało się jeszcze bardziej poddać w^iływom, 
któi*e wcale nie od wyborców pochodzą. 

Tryumfy wyborcze zamieniają się i>owoli w jeszcze głośniejsze 
złorzeczenia. 




TADEUSZ SOBOLEWSKI. 

GABRIEL r)V\NNUNZIO. 

I. 

Bylo to przed dwouui laty. L)'Annunzio opowiadając jednemu 
z korespondentów pism niemieckich o otatuiin swoim romansie ^U 
fuoco", nad którym >vó wczas pracował, uskarżał się na nieporozu- 
mienie, z jakiem przyjmowano je<,^o dzieła. „Gdy stworzjieni 
w „Dziewicach wśród skal" typ Claudia Cantelmo, wtedy poczęto 
naszczekiwać na mnie, źe rzekomo odkopJowałem tylko Nietzsclic- 
y;o Uel>erniensclia, jjdy w istocie dzieło moje tylko ciągle organi- 
cznie się rozwijało — tak dalece, że mocna i pełna swobody mło- 
dzieńczość Cantelma znajduje się już w najdawniejszej mojej pra- 
cy, w śmiałych i bujnych strofach „(Janto novo". Zucliwaly nilo- 



GABRIEL D^A^'NUNZIO. 189 

dzieniec, który ze śmiałą pieśnią i gwałtowną żądzą kroczy nad 
czarownym brzegiem Adryatyku, jest tymsamym, który później 
objawia się w subtelniejszej osłonie Andrzeja Sperellego, Tuliia 
Hennil i Georgia Aurispy. Jest tymsamym, który w postaci Clau- 
dia Cantelroo, znużony uciechami świata, cofa się w zacisze sa- 
motnego parku Rebursy, by rozmyślać i przygotowywać pełne 
chwały przyjście rzymskiego króla — tym samym, któiy, jako 
Stelio Eifrona styka się bezpośrednio z różnoraką duszą tłumu 
i w <rwałtownym wstręcie i nagłych zwycięstwach umie czerpać 
wzniosłą siłę i radość życia — tymsamym, który w końcu jest 
wybranym, by patrzeć na pełno chwały zwycięstwo życia 

i sztuki''. 

# 

O w młodzieniec wspomniany, to zapewne ten, który upojony 
swą własną młodzieńczą bujnością, w strofach pełnych boskiej 
woni zapachu pól i gorących blasków morza i o niepokalanie 
czystej rytmice śpiewał takie płomienne hymny światu i życiu: 

Canta 1'immensa gioia di vivere, 
d^essere forte, d^essere giovine. 
di mordere i frutti terrestri 
cou saldi e bianchi denti yoraci, 

di por le mani audaoi e eupide 
su ogni doloe cosa tangibile, 
di tendcre 1'arco su ogni 
preda novella clie ii desio miri, 

e di ascoltare tutte lo musiohe, 
e di guardare eon oochi fiammci 
ii volto divino dcl mondo 
oomo. l'amantc guarda Tamata. 

Wiersze te pisał d^4nnunzio około roku 1882 — mając 
lat 19. 

Bardzo często poeci mylą się co do znaczenia i doniosłości 
swych utworów. Tkwi to już w pełnej fatalności różnicy między 
tom, co zostało wyrażone, a tcm, co żyło w idei twórczej. Ale 
włoski pisarz ma przerażającą świadomość w olyęciu celów i roz- 
poznawaniu granic swej twórczości — i zdanie jego jest zupełnie 
prawdziwe. 

Od tej pieśni z „Canto novo** — do ostatniej powieści bie- 
gnie nieprzerwana linia, obejmująca jednolicie rozwinięte jedno 



100 KRYTYKA. 

dzieło. Wsaystkie jego wydane, lub dopiero tytułami uaznaczone 
romanse z tycłi przeróasnycli cyklów róży, lilii, granatu, tworzą 
z zupełną samowiedzą skonstruowaną budowę, mającą na celu wy- 
rażenie pewnej idei, sięg^ijącej w głąb podstaw samego życia. 
Sperelli, z „11 piacei*e", Tullio z „Innocentę", Giorgio Aurispa 
z „Trionfo delia morte", Cantelmo z „Yergine delie rocce" wyo- 
brażają rozwój pewnego typu. Jednak łączność tych postaci jest 
nietylko zewnętrzna, polegająca na konstrukcyjnem wyłożeniu je- 
dnej myśli, lecz ponadto wiążą się one razem wewnętrznie, przed- 
stawiając organiczną ciągłość jednej egzystencyi duchowej. Taje- 
mnicę tej przedziwnej rzeczy tłómaczy to, że są one niczem in- 
nem, jak tylko wcieleniem kolejnych etapów ewolucyi duszy sa- 
mego poety, biograficznym jej opisem. Wszyscy oni — to tylko 
on jeden, różnoraki i ciągle przetwarzający się w niepojętej swej 
żywotności, która wybuchając z żywiołową siłą z pierwotnych źró- 
deł młodości, płynęła, jak strumień, coraz głębiej i szerzej, zale- 
wając coraz to świeższe brzegi życia, zabezpieczana kunsztownie 
obmyślanemi tamami i obwarowaniami. 

I ciekawą jest rzeczą, jak jeden literacki typ psychicznej 
egzystencyi przechodził jakby metampsychozę, coraz bardziej się 
różniczkując, w ślad zmian i zwycięstw, jakie się dokonywały 
w najgłębszej istności samego poety i jak powoli jego idealne po- 
jęcie świata i człowieka nabiera wyraźniejszych i pełniejszych linii. 

Dziewiętnastoletni młodzieniec z „Canto novo" przedzierżga 
się potem w 22-lotniego rzymskiego magnata w „U piacere". An- 
drzej hrabia Sperelli-Fieschi d^Ugenta ma w sobie to samo boga- 
ctwo niesłychanej żywotności, która tamtenm w chwilach uniesień 
wydzierała chciwy okrzyk: „Kto mi da zmysł nowy!** Żądny 
wrażeń rzuca się w życie po rozkosz, wydziera mu ją mlodemi 
ramionami, od jednej przechodzi do drugiej, urabiając zresztą ka- 
żdą w dzieła życiowego artyzmu. W końcu bezhul wewnętrznego 
życia mści się przygniatiijącą katastrofą i zabijają go. Prócz tego 
nosi on w sobie małą chorobę, która zwie się : niezadowolenie nie- 
zaspokojonego ideału. 

Niema tu jednak jeszcze owej idealnej koncepcyi życia du- 
chowego, poprzednio wspomnianej. Zaczątki jej możnaby odszukać 
co najwyżej w maksymach ojca Andrzeja, głoszących urabianie 
życia na sposób dzieła sztuki, i)od dewizą: „liabcre non liaberi" 
etc. Zresztą książka ta, pełna przedziwnego przepychu, jest tylko 
jakby próbą sil artysty, ujawnieniem całiy potęi^n władania swymi 
środkami i królewskiej swobody w ich opanowaniu. 



GABRIEL D'ANNUNZIO. 191 

„El piacero", mówi d'AtmunzJo> to dziwna książka — zupełnie 
sztuką przesiąknięta; złożyłem w niej tuk, by je z siebie 7.tzuó6, 
cało me władztwo nad formą i barwą i całą mą subtelność." 

Potem w poetę uderzyło potężną falą ludzkie cierpienie 
i zrodziło dzieło pozbawione niijbardziej łaclAs^kiego cliaraliteru, bo 
w ujiiiowuuiu przejawów życia oparte na motywacłi bardziej mo* 
ralnych niż iiitelektualnycłi. „Boleść przyniusła mi nową nutę. 
Cierpienie było źródłem nowego poznania. Jak się natężało, począ- 
łem za wszystkie me grzechy i błędy odbierać zapłaty: oddałem 
się boleści z tą samą przesadą, z jaką za uciecłiami goniłem. 
A owa boleść nowego ze mnie uczyniła człowieka — rursiis homo 
esl. Pisma Tołstoja i Dostojcwskiego przyczyniły się wielce dO 
zrodzenia nowych uczuć we mnie. I teraz, w czasie, w którym 
sztuka moja dojrzałość osiągnęła, uduto mi się mój nowy świato- 
pogląd złiiżyć w wykoóczoucm organicznie dziele. Dzieło to było 
Innocento. Pisał jo człowiek, litóiy wiele przebolał i głęboko 
w swo wnętrze zanurzał się bystrcmi, jasnowidzącemi oczami". 

Stało się to — być może — w owyuh czasach, kiedy to na 
innem miejscu z taką melancholią zwracał spojrzenie wstecz za 
siebie, obejmując niem niedawny a titk daleki obraz: „O młodości 
twój wieniec na czole mcm zwiędły — czuję ciężar ż>ycia na 
czole pocliylonem. 

Ma ł^aoima nel our si fa piu buona, 
come ii frutto maturo. Umilę a ardita, 
BE piegarsi e resiatere ; ferita 
non geme; assai oom[LreDde, assai perdona. 
Vedo in ooohi frateml ardere vive 
łaorime, odo łi-aterni pctti anaare. 

(Pooma piradlslacn). 

Audrea Sperclli ohiit — mUm ent Tullio Herinil. — Żył 
jednak niedługo. 

Ideał ducliowy, który objawił się stęsknionej oczekiwaniem 
I nadzieją duszy poety, ukazuje się dopiero w dwóch dziełacti: 
„Tryumfie śmierci" — negatywnie, i zupełnie pozytywnie w „Dzie- 
wicach wśród skal." 

„Tryumf śmierci" stal się kamieniem obrazy dla wielu za- 
wodowych znawców współczesnej „dcltadencyi", jako książka na- 
wskroś przesiąknięta niezdrowymi miazmatami zmysłowej de- 
prawacyi. 

Wskutek tego a także dzięki dość lichym i niezupełnym 
tlómaczeniom dwóch jedynych powieści, tj. t. zw. .,Dziecka rozko- 



192 KRYTYKA. 

szy" (II piacere) i „Tryumfu śmifli^ji" utarł 319 sąd, że wioski pi- 
sarz jest zwykłym piewcą zmysłowej miłości, nieco zapranionej 
scłiyłkowem wyrafinowaniem — i nic więcej. W istocie jednalt 
cała erotylta i jej ponura tragedya w pierwszej książce jest rze- 
czą drugorzędną, sprowadzoną do znaczenia tłu dla dramatu, 
o wiele szerzej i głębiej przygotowanego. Giorgio Aurispa musiał 
zginąć — bo niegodnym był życia — bo dusza jogo nigdy nie 
miE^a wejM do obiecanej krainy ideału, a jego powikłana istota 
była stworzonii, by pozostawać na uwięzi sił przeróżnych. 

Jakże wygląda to Idealne pojęcie człowieka, postawionego 
w oblicza życia i świata. 

rfŻyję i oddydiani — powiada Giorgio Anrispa. Ale jaką jest 
substancya mego życia? Jfikie prawa niem rządzą? Nie należę 
do siebie, wymykam się sobie samemu. Wrażenie, jakie mam od 
swego istnienia, podobne jest do tego, jakie mógłby mieć człowiek, 
który skazany na utrzymywanie się na powierzeliui, bezustannie 
cłiwiejąrej się i pozbawionej równowagi, czułby ciągle brukującą 
podstawę, w którymkolwiek kierunku, by stąiiił. Mam najgorętszą 
żądzę życia, rozwijania rytmicznego wszystkicłi swych władz, od- 
czuwania siebie zespolonym i zharmonizowanym. Na teraz pragnę 
tylko odzyskania własnej substancyi, uchwycenia w sobie cech 
innej rasy, by jo wzmocnić i natężyć. Dla człowieka intelektual- 
nego, tajemnicą równowagi jest to umieć przenosić instynkta, po- 
trzeby, dążenia i uczucia podstawowe swej rasy do wyższego 
rzędu". 

Sprawia to wrażenie, jakby refleksyjny kierunek współcze- 
snej myśli, zwracając interes dzisiejszego umysłu na wewnątrz, 
przeniósł także ciążące od wieków na ludzkich mózgach pytanie 
o ..rzecz samą w sobie" ze świata zewnętrznego w sforę poszuki- 
- wau we wnętrzu wl;isnej duszy ; temsamem jednak uczynił je 
bardziej dojmującom, związał je z żywotriemi sprawami tej duszy, 
z kwcsŁyą jej bytu lub ziiglady. 

To, o co rozbił się tak tragicznie Giorgio Auris|)a, to osią- 
gnął i wcielił surową pracą i mozołom woli Claudio Cantolmo. 

„Poskromiwszy nieuniknione zgiełki pierwszej młodości — 
mówi Claudio -- powścii^gnąwszy zbyt gwałtowne i sprzeczno po- 
żąiłama, poszukiwałem, czy też wola m"ja będzie mogła wyduliyć 
droyą wybmu i wyłączania własno dzieło, nowe i wielkie, a pier- 
wiastków, któro nagnmiailzilo we nmio życie". Z^;łęl>iaiiie życia 
i słów Sokrate-sa nauczyło go o potrzebie poddania życia duszy 
karbom ładu i harmonii, o konieczności nadania mu pewnego je- 



GABRIEL D'ANN'UNZIO. 193 

duolitego rytmicznego) stylu, którym tworzył dla istoty duchowej, 
ramy niczem niowzniszal no. Starożytni duli mu jeszcze objawie- 
nie innego j)()jęna: o cnocie rasy, o wnrtoSciach idealiiyi;li boga- 
ctwa ducbowego, przekazywanego dziedzicznie, a dalej pogodne 
pojęcie życia, w którom ból i cierpienie staje się tylko (lodniotą 
wzmagającą ukryte energie ducha i radosne poczucie własnego 
istnienia. 

„Z {głębin mej istuości — stamtąd, gdzie spoczywa nieśmier- 
telna dusza przodkiiw, wytryskJwaly najjle zdroje ener^ńi tuk gwał- 
townej i surowei, że aż smutek mię ogarniał na myśl o beziiży- 
teczności ich w epoce, w której życie publiczne przedstawia nę- 
dzny widok upodlenia, 

„Naczelne pojęcie twejio dostojeństwa — mówi jednak da- 
Isjj — nie będzie uparto na tej pewności, że jostoś zbiornikiem 
przc('liowują<'yni wietorak.'^ energię, która jutro, nlbo w stuleciu 
jediiem, albo w nieskończoności czasu, będzie mofria stwierdzić się 
jiikicmś szczytnem objawieniem''. 

Tymczasem ten moment daleki — warunki chwili, tak 
odmiennej od owych dawnych bujnych czasów odrodzenia, 
ku którym dusza jego zwraca się z miłością — pozwa- 
lają mu na życie odosobnione, zapełnione przemianą zhar- 
monizowanych sit i władz ducha, udoskonalonego twardą dyscy- 
)iliną w .żyjącą poezyę", wydobywaniem ze związku wszechrzeczy, 
z całości gamy dźwięków, jakie otaczające życie duć może, ogól- 
nego rytmu, by go intelektualnie używać w wlasnem marzeniu 
tiaizuconem rzeczywistości. Stoją przed nim trzy celo — wszystkie 
te, które jak płomień zbawczy przebłyski watj' daremną tęsknotą 
omglonej i rozbitej duszy Aurispy. Pierwszo to udoskonalenie w so- 
bie typu rasy łacińskiej, której zasadniczym charakterom jest po- 
czucie harmonii, piękna i dążenie do siły, 'do panowania, do 
władztwa. Następnie : skupienie najczystszej istoty swego umysłu 
i oddanie naj:^łęi,szej wizyi swego wszechświata w jcdynem, naj- 
wyższem dziele sztuki, wreszcie ostatni cel: przekazanie swych 
zdobyczy duchowych potomkowi, któryby je |)oprowadzit dalej, do 
wyższej doskonałości. 

Cala bezczynność i słabość współczesnej duszy została od- 
kryta i pokazana jak rana hańbiąca; cala nicość jej życia, tninio- 
neg-i daremnymi smutkami, metani-hulią, pogonią niedoścignionego 
ideału — napiętnowana. Odląd precz wszelkie znużenia, wszelkie 
luinicbiic rezygnacyo i upokorzenia przed życiem — wszelkie jady 



194 KRYTYKA. 

miłosne. Miejsce ich zajmie niespożyta żywotność wewnętrznych 
energij, poczucie siły, żądza walki i władzy, opanowanie świata 
zjawisk przez piękno własnego mai*zenia, wreszcie wyzwolenie 
ducha z pod władzy potęg losu, a przedewszystkiem z pod fata- 
listycznej siły kobiety. ,iJają biorę, a nie ona mnie**. Nie negacya 
ale aprobata, uznanie życia w całej jego pełni. 

Symbolem tego nowego ducha będzie teraz już nie róża, ani 
mistyczna lilia, ale granat, z ognistą purpurą kwiatu i cudownemi 
własnościami owocu, a istota jego stanie podobna do płomienia, 
który wszystko trawi i pochłania. 

Na dnie tego ideału duchowego spoczywa goethyzm, jeno 
w pewien sposób przystosowany i podany w innej formie — prze- 
kształcony przytem późniejszem przydaniem dionizejskiego żywiołu 
tą przemianą, że tak powiem, jego energii potencyalnej w kinety- 
czną, jakiej dokonał syn i spadkobierca Goethego : Nietzsche. Pojęcie 
jego streszcza się w wyobrażeniu organizacyi psychicznej, skupio- 
nej, o znakomicie wyrobionej ekonomice wewnętrznego życia, silnie 
zaakcentowanych aspiracyach idealnych i męzkiej woli, wydoby- 
wającej swą władzę z całości wszelkich zjawisk, z przedmiotów 
i ludzi — rytmiczną harmonię, pełną piękna. 

Jestto metafizyka swego „ja". Gdy to tak mocno ugrunto- 
wane „ja" zetknie się z objektywnym światem, z grą jego sił, 
wówczas zrodzi się inna metafizyka — metafizyka życia. 

Przed poetą rozwarły się nowe drogi, po których w tryum- 
falnym pochodzie kroczy męska i bohaterska sztuka, poskromi- 
cielka życia, a u kresu ich zabrzmieć ma wzniosły hymn na cześć 
odniesionego zwycięztwa. 




Ostatni występ hr. St. Tarnowskiego. 

Kraków, w lutym. 

We śrudę dnia lo b. iii. wygłosił w wielkiej Auli Uniwersy- 
tetu Jagiellońskiego pod obrazem męczennika i bohatera 4inuki Ko- 
pernika prelekeyę |)ul)liezną [). Stanisław hr. Tarnowski, sędziwy 
nestor gali<5yjskiej krytyki literackiaj, obrawszy sobie za temat: 
.,Zaezarowan(^ koło'* Lueyaua Rydla. Odezyt ten, który w pier- 
wszym zarysie miał l)ye tylko bezpreteusyonalno -amatorską uroezy- 
stoHciił dla krakowskiego high-litu przed joiir-fixem u jjaństwa dc- 



OSTATKI WYSTĘP HK. ST. TARNOWSKIEGO. 195 

Icgatostwa IjBBkowHkioh — x ])rzyczyny jednukźe, że na Siilc konfcrcn- 
oyi wylirano tiiij\>i>wa^.nicJHzą salę CoUeyinm novwn, ic nufitc|)nie 
ogłoRzono lin długi czne afinznmi, reklamowano w UniwerBytecie 
i w ]iisiimch i włączono go w seryo odczytów nowego UniwerayteUi 
fila hyper-inteligencyi, stał hIp z salonowej koDfercncyi faklcm lite- 
rackim, odczytein opokowym, apoteozą w poestyi p. Lucyana Uydln 
w szcnikicli kołach umawianą, intrygującą, ciekawij. Dlatego też 
8alc Uuiwersytecką Kapełnilu po brzegi haute roUe krakowska, 
powa^.ne matrony, bardzo dobrze ubrani starcy, młodziei złota 
clieiwa i karyery i wiele lokajstwa różniącego się tylko tem od 
lokaJBtwa d;!wigaj»eego futra na kurytarzach, ie nie wygoloo^o. 
Pamiętam odczyty pierwszego pisarza (lolski^go, który jest Eksce- 
leiioyą, o Szujekim, Matejce, Chopinie; we wszystkich Ityl tcnsam 
styl w dykcyi, wirtuozostwo w kokieteryjnej modulacyi głosu, to- 
namo wykwintne cieniowanie frazesów, nadzwyczajnie efektowne 
nie<lokoiiczanie zdali, urywanie myńli z pomocą niezwykle arlysty- 
cznycli kannlpuusc, to raK głorinirJHzr, to coraz cichsze, banlzo śpic- 
wuc, bardzo nerwowe, bardzo nasze pasas^c na cierpliwej klawJatn- 
rze napuszystcj, antycznej, arogancko pnrcyalnej krytyki. Mam 
głębokie przcŃwiadczonic, że gdyby hrabia Tarnowski wygłaszał 
odczj-t o Skardze wobec Hkai^t, podniósłby wielki Jeremiasz Pitlski 
7. taką gwałtownością i gniewem ręce do góry, jak to ozyni na 
iilirazic Matejki, J. Szujski |»o w i odziałby br. Tarnowskiemu coś 
równie owtregi) i złośliwego, jak mu mówił z^a zyeia, Matejko w poło- 
wie i>dczytu uciekłby, ti-zasnąwszy z pasyą drzwiami, Chopin wró- 
ciwszy do domu skomponowałby coś bardzo, bardzo desperacyjncgo; 
biedny p. Rydel musiał Htuchaó, uśmiechaÓ sio i jeszcze dziękownó 
j)rczesowi Akademii Umiejętności polskich za te święcenia areyka- 
(iłaiiskie, za ten chryzmat baualuoioi, komizmów i wprost tenden- 
cyjnie wykręcanych i iirzckręoanych tuzinkowych frnzewlw, ofiaro- 
wanych na drogę twórczości młodemu |H>ecie. W odczytach po|irze- 
dnicli pan Tarnowski w wielkim, prawie hetmari^kim stylu aktor 
w swej poprawnej kreiicyi [lolskit^o łSrunetiera y. czajilą kitą na 
czapce, po/walał swą świetnie i dystyngowanie wystiidyowana rolę 
zapominać i nie słucha(^ treści myśli i wymysłów tembar<lziej, gdy 
dawał melodyjne symfonie gładkich, potoczystych bai-dzo, jłlytkich 
ale lekko strawnych i nie tak znowu irytujących swym reakcyjnym 
m/machem poglądów, /reszln inteligentne umysły zaciekawiał sym- 
patyczni'' czy pobłażhwie swą pozą lirabi<^ Henryka na okopach 
Św. Trójcy, magnata co zstiipił z swą kolosalną wiedzą, by naucznó 
miiliiczkie, wreszcie imponował Uj posągową niewzruszonością, z jaką 
stał, dzierżąc berła luiiwcrsytockie przed Panteonem narodowym. 
Hrabia Tarni>wski l)yt całe svieki morabiym atutem knikowskich 
stańczyków, ii protegując na stanowiska wieszczów narodowych 
Mickiewicza, Krasi iiskicgo, ba nawet uznając talent „niesiwkojnego 
marzyciela'- Juliusza, został z czasem monumentalnym autorytetem 
krytycznym, bożyszczem profesorów i kateolietów glmnazyalnych ; 
pensyonarki i studenci, jcznici i hrabiny wykupując z czarnej nie- 
woli murzynów, dziś jeszcze t^altnją sic czj-tając melancholijnie- 



196 KRYTYKA. 

patetyczne, feudalno-klerykalne manifeftty Króla-ducha ze Szlaku. 
Dla dwóch pokolefi młoazieiy był autor „Z doświadczeu i rozmy- 
ślań"* potężna, duchową związaną z tradycyami wielkich |>oetów san- 
keyą na upodlenie, serwilizm, karyerowiczostwo, pogardę dla nauki 
europejskiej, do postępu, do myśli, do nowego duoba, do nowych 
form życia; należeli do komitatów balowych, zapełniali Frybeki 
i Friedmany, zapisywali się co błękitniejsi do Sooalioyi Maryań- 
skiej, a co biedniejsi zginali się wp<tt przed prezydentami i dyrekto- 
rami, mało kto wiedział co Renan, Strauss, Taine, Brandes, Toł- 
stoj, wszyscy lefli dla duchowej strawy na prelekcye magnata, co 
pracuje, a nic traci majątków w Monte-Carlo, ergo jest genialnym 
krytykiem. A piękna Ekscelencya całe lata powtarzała waryując na 
różne nuty lapidarne w swym komizmie charakterj^styki epok i lu- 
dzi : poezya polska porozbiorowa, to Macedonia po śmierci Filipa... 
Krasiński, książę poetów polskich.,, pan Małecki ze Lwowa mówi 
gdzieś podobno... ci panowie z gazet... Soter Rozbicki herbu Jelita, 
ojciec Andrzej, matka Anna z Przewołockich herbu Slepowron, 
chód jak inni mówią Rogala... ten człowiek o tak bardzo nie na- 
szcm, tak bardzo nieszlacheckiem nazwisku... miał on talent, tak, 
to prawda, nie było w nim ale tej boja:^ni bożej, która jest począt- 
kiem wszelkiej mądrości panowie, tej bojaźni bożej, bez której nie- 
ma talentu, tak, niema bezsprzecznie, a jeśli jest, z szatana jest... 
Pokolenia w pokolenia musiały słuchaó, zdumiewaó się i egzalto- 
wać tymi pełnymi patosu próżni, zdumiewaj ącemi swą feudalną 
l>łytkością, ewangeliczną manierą, naszpikowanymi cvi»iami z J. Szuj- 
ski^o elukubraoyami ; wszystkich nas uczono i deprawowano 
w szkołach tcmi aroganckiem i truciznami, oczerniając bezprzykładnie 
jedyne szlachetne porywy polski^o charakteru w XIX. wieku, 
szkalując (Kiwstania ducha naroda, spadlano nas tym dogmatem, że 
każda władza, co jest, od Boga jest, a więc ja powinienem wstąpió 
do namiestnictwa i wielbió Badenich, ty powinieneś żyó z czyno- 
wnikami i dawać składki na posąg wieszatela, on powinien lizać 
się junkrom i)ruskim, a wszyscy powinniśmy pracować organicznie 
i odradzać się w duchu... jezuickich dewotek i „Wieczorów z nad 
Jjcmanu^* ks. Morawskiego. 

Pokolenia w pokolenia szły dogmaty, że: Kordyan to paro- 
dya na romantyczuo-byronowską młodzież, że Europa to masoni, 
liborali i anarchiści, żo dvnastva Ko^mianów to rodzina Petrarków 
i t. d. i t. d. Oczywista ten bezmiernie mały procent młodzieży 
kształcącej sio poważnie, tęskniącej do światła w tej Kapui Duchów 
(ialicyi zaczął coraz krytyczniej ale i coraz cyniczniej patrzyć na 
tę |>łyciuchną i skąpą orudycyę mandaryna, na te komiczne analo- 
gie? i metafory. Więc ton piękny f)aii, ten prawie srebrnowłosy hra- 
l)ia-ostota, to nio więcej jak tylko przepyszny Bollac z Paillen>na : 
Ijo niondo on s'onnuie, fetysz de •la haute femellerie on psycho- 
])atycznio o[)ętauy ideami z teki stańczyka, kopiujący rys w rys 
staruszka Brunetiera, dla którego estetyką są foliały: Remie (h^ 
Uefw Moiiflesj |>od której kącikiem patrzy z pałacu na Szlaku na 
wszystko co my pisali, czuli, t\V()rzyli, cierpieli. Więc to jest pro- 



OSTATNI WV8TĘP HR. ST. TARNOWSKIEGO. 107 

n>k w pustyni niewoli, to jcat JeromiaBZ, o kttlrym nam cuda opo- 
wiadali pedagodzy i mnmki i niańki? Więn to miał liy«^ iiczoiiy 
krytyk, którj' tysiącom tyei^łcy kującym do egzaminów cywilne, 
biologią, paleontologią, chemię, etymologią, etc. miał oczy duszy 
otwieracz na nzai-owne światy poeUlw, na piękno, prawdę, dobro, 
He, lic, lic... 

I wtedy nowe siły woliodząee w iycie, nie przysięgające 
nu dramatyczny talent Bałuckiego, pisma demokratycz.ae ocbrzeiły 
dekadentami, a odmawiających hr. Tamowskiemii daru kr}'tyczDego, 
powabnego znawstwa literatur europejskich, jakiejkolwiek znajomo- 
ści literatury ws|x5łcze«ncj a nadto dobrej społecznej woli nazywają 
pisma konserwatywne »ymbolistami. Tymczasem dekadencyą s|)oł&- 
czną jest fenomen Eksc. hr. Tamowekiego na pierwszej wolnej kate- 
drze polskiej literatury w Krakowie, a symbolizmem, co prawda 
symbolizmem prymitywów, są U' snral)andy icomunałów reakcyjnych, 
oi^ie liciidusznyeb myśli, te Hnbbnty baniek mydlanych, puszczanych 
■/. precyzyą i finezyą, ?. graoyą i gran<texKą kasztelańska, w nonki 
.\ni, At, Maitd i Mit i w nosv kinkowskich l)onzi'>w i mandarynów 
od lyln, tybi lat. 

Tot<>ż komii di>brze znitiią była manieiii dyplomatyczna kni- 
kowskicgił Ilellaca, dziersiąccgo tekę lit<>nitiiry na krakowskim Uni- 
wersytecie, ten "<1 odczytu i> Zaczarowaniem Kole spodziewał się 
encykliki w gUHcie: Rerum noyarum dcoatbitiiim et symlKtlistarum, 
ejaeulatomni et apoealiptieonim... impcratorskiej sankcyi na ten 
rodzaj twórczości, jednem słowem akademickiej reklamy diap. Hydla. 
Tymczasem brubta Tarnowski wykonał dyplomatyczne e<tHp <i'etat 
i eliof' jeszcze niedawno temu, bo rok dał w teatrze miejskim arc\'- 
ka)>łariski eałus gadatliwemu poecio coram piiblico. cbod rok temn 
luitorytetem swym podparł wartość Zaczarowanego Koła w litera- 
turze, teraz już z niesłychanie zimną rezerwą w symbolicznych 
alli^oryaeli twierdził że jwecic .młodzieminszkowi" (a la Icttre) 
braknie ciągle „zastanowienia, reflekeyi głębszej, tak i jeszcze raz 
zasłanowieuia, koniecznie zastanowienia", że za dużo dla [mna pi-e- 
zesa Akademii już tego języka chłopskiego i lycb chłoprtw, że to 
groni zakażeniem języka KoebanowBkicb i... Tamowskieb, że 
pierwsKy akt niepotrzebny, Maciuś nle])ctrzebny i że według kor- 
rekty dusznej bi-abicgo Tarnowskiego szatan Boruta w ostatniej 
scenie dramatu powinien do wojewody miet^ dłuszą mowę w duchu: 
Przeglądu Polskiego, etycznie bardzo słuszną ale W polityczno- 
aktnaliiej stylizaeyi odczytowej znowu triwialnii, bo tendencyjną, 
skici-owaną przeciw lwowskim dcfraudacyom. Dystyngowany bowiem 
■bTeiuras^ jeszcze nie przestał sypae [lopiobi na swą głowę i rwie 
Kzaty niiwcl wobec pięknych part i złośliwych massonów. Wykwitna 
swą |iLiblikę doś(? lekce sobie ważył .sędziwy prelegent, tlómacząe 
jej, sic wojewodzianka z czasów saskieb musiała zapewne czytać 
RoiiKseu, że pod figurą Maciusia podpisałby się z radością... Mnswet, 
Ż.C dynlitów powinno liyć w sztuce znacznie więcej, szczególnie dla 
micszezalistwa. że jednego dębu jetlen drwal nie rąbie, tylko naj- 
mniej ;1, 4, może .">, może 1, a o jednym drwalu może pisad tylko 



198 KRYTYKA. 

„poeta z miasta". Wszystko zaś posypane było w tym odczycie 
miałkimi eufemizmami, pracowity magnat zastrzegł sobie, źe na teo- 
rye „dwóch żółtek w jednem jaju'* się nie godzi i t. d. i t. d. Jednem 
słowem i p. Rydel dla p. Tarnowskiego jest jeszcze za mało pa- 
pieskim, cesarskim, „szlak- fahig" (zwłaszcza wobec tych ostatnich 
wypadków, „tego ślubu", tych oczepin) stanowczo za romantycznym. 
Excellencya niewie „co p. Rydel będzie robił w dzieli, choó wie 
co w nocy" i juź teraz zastrzega się głośno wobec cierpli wego, wybra- 
nego kandydata na katedrę „co maryaźem popsował sprawę" : 2>oint 
des retwHes.., Nie miałeś pan zastanowienia... za dużo chłopów... 
niema alluzyi do defraudacyi,.. nie ma szatanów mieszczańskich... 
Tak więc Zaczarowane Koło nie jest ani dramatem, ani pięknym 
dramatem, ale jest bardzo, bardzo ładną, tak wcale ładną rzeczą... 
ale piękną rzeczą... tak... są tylko liryka ks. Antoniewicza, Wieczory 
nad Lemanem... no i p. Klaczko co pisał w Revue des deux 
mondes: illustre stylistę, celebrę ecrivain oomt« Stanislas 

Adolf N. X, 



^^ 



97owe czasopisma. 

Chimera, Długo oczekiwany organ czcicieli sztuki ukazał się 
w Warszawie, pod redakoyą Zenona Przesmyckiego-Miriama. 

Korespondent nasz warszawski (Ijambro), pisze nam z tej oka- 
zy i co następuje: 

.^Chimera nie zaprosiła na swe łamy ani jednego autora war- 
szawskiego. Czyżby Warszawa była dla niej istotnie tak zacofana? 
Nam się zdaje, źe nie. Byłoby tu dośó sił dzielnych, ale brak je- 
dnej rzeczy, często brak charakteru. Słuźyó sztuce, to nie znaczy 
słuźyó firmom wydawniczym i redaktorom; to znaczy po prostu 
służyó sztuce i nieraz zacięcie walczyó z potentatami, którym nie 
chodzi o literaturę i sztukę, tylko o to, aby im było przy litera- 
turze i sztuce „ciepło'*. Niejedno pismo mogłoby się zdobyó na 
wielki postęp, zarówno co do treści jak i co do szaty zewnętrznej. 
Ale nie zmusza do tego nikt, wydawcy i redaktorowie pieszczo- 
tami powstrzymują wszelkie ikarowe zachcianki, w pismach króluje 
poczciwa powieśó, taka nltra-poczciwa, co to po niej i w niebie 
zacierają ręce i w piekle obrazy niema, a źe się przy niej na ziemi 
zasypia... Otóż Chwiera przedewszystkiem taką nie jest. Wnosi ona 
na grunt warszawski istotnie coś nowego, niebywałego w literatu- 



N'OWE CZASOPISMA. iK!! 

rze beletry8tryo7Ji<>J peryodyoznej, vftio»\ charakter i praw^ służba 
pięknu. Mówimy: w literaturze beletryatycznej peryodyoznej, bo nasi 
tiCKcni, nasi badac/e, oi nigdy nie dali się deprawować i mogą 
istotnie słiiży<5 za wzór poświęocuia. Ale niestety wielu naazyoK 
poetów, nowelistiiw, poivieściopisarzy, przed ewazystki cm krytykdw, 
to stosunków io;re, opi^rtiiiiiaci, to przedewszystkietn ztvyozajni 
reporterzy. Ponad nimi wznosi BJi; wprawdzie poważny zastęp Uidzi 
talentu i oharaktera, ale nic oni dzierżą władzę w ręku. Wadą 
Chimery jest to, ii nie umie (tak się nam zdaje) odróinirf swyeh 
wrogów duohowycli od dusz pokrewnyoli. Zresztą oeobnje ją rów- 
nież pewno zalepienie w ocenie swycb osobistych przyjaciół. Ale 
przy tem wszystkicm wnosi ona do Warszawy walkę o ideę, walkę 
o charakter, walkę o sztukę, występuje przeciw tej zwartej klice 
stosu n ko więzów, którzy u nas zaWsze pomiatali prawdziwą poezyą, 
prawdziwą sztuką, którzy swego czasu wydrwiwali Mickiewicza, 
a dziś 7. przekąsem odzywają się o Słowackim, którzy nie dopu- 
szczą na rynek wydawniczy ani jednego śmielszego utworu, którzy 
słu2ą nie społeczeństwu, ale wyłącznie sobie. Pod tym względem 
rezultaty działalności Chimerff mogą by<5 bajeczne. Czy będą? Nie 
wiem. W każdym razie zeszyt pierwszy jest bogaty, piękny..." 

Słowa te nanzogo korespondenta podzielamy w zupełności. 
Pod względem społecznym stoimy na wręcz przeoiłraym, niż Chi- . 
mero, krańcu, nie podzielamy też jej kanonów eetetycznyob — co 
zaznaczamy w nat^^ym artykule wstępnym, -rcsteśmy jednak zdania, 
■},!.• w społeczeństwie organ sztuoo poświęcony jest koniecznym i że 
('liiineru jirzy całej swej j ed nos ti'Onn ości i ciasnocie ma dużo 
warunków, aby zadanie to Bpełni<5. Najlepsze w pierwssym zeszycie 
wrażenie robi strona formalna: dmk, ozdoby rysownicze Dębi- 
ckiego, Mehotlero, Okunia, prześliczna reprodukcya cudownej Chi- 
tnmij (iustawa Moreau; wszystko to dalekie od angielskiego The 
Slmlio lub Pana albo Insel w Niemczech, nie jest objawieniem 
nowej jakiejś sztuki, jest jednak mile i z dtiiym smakiem. Ten 
brak pienviastku świeżości, rewolnoyjności artystycznej uderza 
w całym numerze — w tyra kierunku szczerem i imiionującem 
było dawneJJ?(/f/«- Zrcaztą, może charakter pisma wyklaruje się powoli. 
Dział poutyokt O))róoz Miriama i n ieszczęśliwych Bonctó^^' Lemailakiego, 
reprezentują lwowianie: Kasprowicz, Porębowioz, StaET, Ruffer, 
Zbierzchowski, których talent nasi czytelnicy znają, oraz talent 
znany z /.ijcui, Knz. Zawistowskiej. Dramat de YiUiers <le rj'ifllc 
Adama i Norwida „Ad licouos" nadają obok artykułów zasadni- 
ozycli l'rzcHrayckiego właściwą banvc pismu; z sądem o powieści 



200 KRYTYKA. 

Przybyszewskiego „Synpwio ziomi". musimy sie wstrzyraad do jej 
iikouczeuia. 

W całości jest zeszyt pierwszy tak zredagowany, źe z drob- 
nymi wyjątkami m«Sgłby by d przedrukowany w Ateneum, Bibl, War- 
szawskiej, lub Tłjg. iltistrowanynu Większa częś<5 naszych czaso- 
pism podpisałaby chętnie poglądy redaktora Chimery o wpływie 
rewolucyi na kulturę, odrzuci natomiast z oburzeniem najwspanial- 
szy utwór artystyczny, jaki Chimera zawiera, dramat de Yilliers 
de Ulsle Adama, z powodu... jego założenia antyklerykalnego, kwa- 
lifikującego go znakomicie w obecnej chwili na scenę w Hiszpanii. 
Znaczy to, że doktryna p. Przesmyckiego idzie na prawo, a in- 
tuicya poety na lewo, tudzież źe zasada sztuki dla sztuki w pra- 
ktyce utrzyma<^ się nic da — o czera zresztą dosadnie przekonywa 
także powiośd Przybyszewskiego... (ir) 

Książka, miesięcznik poświęcony bibliografii krytycznej pod 
kierunkiem literackim Maryana Massoniusa. Warszawa, 1901 r. nr. 
1-2, str. 1-84. 

Czasopisma bił)liograficziiego dotąd nie mieliśmy wcale, cliod 
każdy czuł potrzebę takiego organu, któryby byłczems w rodzaju 
LiUerarinches CenłralhlaU. Nareszcie po długiem oczekiwaniu za- 
częła wychodzić? Książka, która ma byó „możliwie zupełnym, bez- 
stronnym i fachowym obrazem krytycznym bieżącego piśmiennictwa 
polskiego". Tnidno dziś na podstawie dwu dopiero zeszytów tego 
pisma wydaó zdanie stanowcze, czy i o ile spełni ono zadania, 
wymienione w programie. Przyniosło wprawdzie spisy bibliografi- 
czne książek, wyszłych w ostatnich dwu miesiącach i kilkadziesiąt 
ocen i sprawozdań najnowszych dzieł z różnych gałęzi naszego pi- 
śmiennictwa. Ale — otwarcie wyznad musimy — ani jedno ani 
drugie nie potrafiło nas zadowolnió. Bo bibliografia została 
najniepotrzebniej podzielona na działy, a w dodatku często myłki 
w przydzieleniu książki danej do togo czy innego zakresu litera- 
tury, jakie się tutaj zdarzają, nie są bynajmniej zaletą. Dla przy- 
kładu wymienimy, iż praca i)rof. Pelczara o Husowskim została 
przydzi(»lona do historyi, chociaż należy do liistoryi literatury, 
a „Pisma" Rembowskiego zamiast do historyi — do publicy- 
styki, Udzieli „Materyały do polskiej weterynaryi ludowej" zamiast 
do -etnografii do medycyny. Wartoby zadad sobie trudu, ażeby na 
przyszłośd podobne omyłki wydarzały się jak najrzadziej. Taksamo 
nie zadawalnia nas spis czasopism, który nie jest ani kompletny, 
ani zło.iony systematycznie. Co się zaś tyczy sprawozdań z dzieł — 



/ POWODU GLOfSNECiO PROCESU. 



201 



to te pozostanńają najwięcej Ho iyozenia, l>o obok ocen prawdzi- 
wie Joakonałj'ck, napotkad często TDoioa boeny ezablonowe. Wogóle 
redakoya oJe postarała się o to, ażeby reoenzenoi stali Da moiiliwie 
jednakim poziomie umysłowym 1 naukowym, stąd też rtSźoice- ostro 
biją w oczy. Ale, skoro te braki zootauą Dsunięte, co, o ile moźua 
przypiiszczad, nasląpi niebawem, KsiqJ:ka stanie się prawdziwym do- 
broczyiicą zardwuo dla szerokich mas publiczności, jak niemniej 
dla praouji^cych naukowo, którzy powinni wszyscy mileżei^ do 
jej prenumeratorów. W porównaniu z krakowskim Przewodnikiem 
bibliograficsnym jui dziś jeat Ksiujka znacznym postępem... 

Z. 



Z powodu głośnego procesu. 

Proces dra Liebermana i towarzyszy dal powód do publi- 
cznej dyskusyi na temat stosunku sfer obywatelskich (eywiluycb) 
do wojskowości. 

Wiele pisano i mówiono o nadużyciach oficerów, o niewłaśct- 
weni stanowisku zajętem w całoj tej aferze przez władze woj- 
skowe — a jednak sedno rzeczy, o ilo nam się zdaje, nic zostało 
należycie przez żaden organ publicystyczny ucłiwycone. 

Że między obywatelstwem cywilnem, we wszystkich niemal 
jego klasach, (wyjąwszy chyba wysoką szlachtę) — a wojskowymi 
częste bywają zatargi, że zwłaszcza w miastach prowiucyonalnych 
mających większe załogi, zatargi te przybierają cliaraktcr dość 
przyitry i ludność cywilna często wiele z tego powodu znosić musi, 
to rzecz stara i znana, to złe, do którego zmniejszenia dążyć na- 
leży i dążyć można, jednak zło, które tak długo trwać musi i trwać 
będzie, jak długo będzie istniał mililaryzm w dzisiejszej jego 
furraii'. 

Z tern jesteśmy niestety jnż oswojeni; a jakkolwiek nieje- 
dnokrotnie słyszymy o bezprzykładnych i gwałtownych tego ro- 
dzaju scenach, które ciężkie nawet pociągają za sobą okaleczenia 
ofiar owych stosunków, minio to opinia publiczna rejestruje załc- 



202 KRYTYKA. 

(lwie te wypadki, a o większem jakimkolwiek poruszeniu sumienia 
publicznego, o silniejszym jakim odporze społeczeństwa prze- 
ciw podobnym wykroczeniom wojskowych — prawie źe się nic 
słyszy. 

I to wcale nie jest nowością, że jednostka w ten sposób 
skrzywdzona, jeżeli w obronie swej cośkolwiek podejmie, pocią- 
ganą jeszcze bywa do sądowej odpowiedzialności, i nie jest wcale 
rzadkością, że taka ofiara wojskowej preponderancyi zostiije 
jeszcze w dodatku ukaraną — gdyż nasze ustawodawstwo karne, 
nie zna kompensaty krzywd wzajemnie sobie wyrządzanych, ani 
przy ustaleniu istoty czynu karygodnego — motywów działania 
zupełnie nie uwzględnia. 

Wychodzi się z założenia, że każdy odpowiada za swój czyn, 
oderwany od całości wypadku i obywatel cywilny odpowiada przed 
sądem cywilnym, za swoje, zaś dotyczący oficer za swoje przed 
sądem wojskowym. 

Zapomina się z reguły, że to założenie, które sumienie cy- 
wilnego sędziego uspokaja, I bezwzględne stosowanie k»mej ustawy 
do ofiary ataku ułatwia, jest tylko fikcyą — gdyż tam gdzie 
cłiodzi o utrzymanie pewnych kastowych poglądów nadających 
przewagę żywiołowi wojskowemu nad cywilny, tam o rzeczywistem 
pociąganiu jednostek wojskowych zwłaszcza oficerów do jakiej 
kol wiek poważnie traktowanej odpowiedzialności mowy nie ma. 

To tolerowanie tego rodzaju zachowania się, jest w wojsku 
tak powszecłinio przyjętem, że uważane ono jest nawet za prawo 
obowiązkowe, za jakiś przepis przymusowy — stanowiąc niejako 
fundamentalną podwalinę owego „wyższego" pojęcia o honorze 
wojskowym, na którym się całe poczucie godności oficerskiej i nie- 
jako honor stanu zasadza. Dla przykładu przytoczę tylko powszech- 
nie panującą i ogólnie znaną opinię, jakoby oficer, któremu kto- 
kolwiek z cywilnych (ale tylko z cywilnych), i w jakikol- 
wiek sposób uchybił, miał obowiązek natychmiast użyć 
broni i sobie z miejsca wymierzyć satyslakcyę. 

To zdanie jest tak rozpowszechnione, że wielu mniema, iż 
istnieje jakiś osobny przepis, który taki obowiązek na oficerów 
nakłada. 

Że takiego przepisu nigdzie niema, to rzecz jasna, a jednak 
pogląd ten w kolach oficerskich lak jest przyjętym, że chyba nie 
znalazłby się oficer, któryby niial odwagę w jakimkolwiek kierunku 
obowiązkową moc, słuszność, moralność, lub odpowiedność tego 
sposobu zachowania się kwestyouować. 



z POWODU GŁOŚNEGO PROCESU 



203 



Dliiczcgo jednak ten honor oficerski, ma być o tyle driiźli- 
wym, tylko na zniewagi ze strony onób cywilnycli, a nie zara- 
zem ze strony wojskowych, to nam chyba reji-luraaczyć może ka- 
stowy duch, jaki w korpusach oiiccrskicli panuje. 

Otóż wijzystko to dawno znane, obywatelstwo już się dawno 
temu poddało, i jakkolwiek słyszymy często, że ultra -katolicy z try- 
buny parlamentarnej i w publicystyce zwalczają z kościelnego 
punktu widzenia barbarzyński i nietolerancki przymus pojedynków 
ofifersl(ich, to jednak nie słyszeliśmy nigdy, )iby ze względów cy- 
wilizacyjnych, ktokolwiek powołany, przeciw powyższym zwyczajom 
i poglądem oficerskim był wystąpił. 

Jest to zresztą zupełnie naturalne, z tego powodu, iż dotli- 
wość przymusu pojedynkowego i jogo skutków trafia z reguły je- 
dnostki należne do klas rządzących (die oberen Zelintausend), 
barbarzyństwo zaś doraźnej kary «a zniewagę, wyznaczonej sobie 
])rzez samego dotkniętego oficera na miejscu z bronią w ręku, 
krupi się zazwyczaj na ludziach niższej kategoryi, o których aię 
nie zwykło robić wielkiego rwetesu. Jednostki w ten spos6b do- 
tknięte pozostawiane same sobie, oczywiście przeciw potędze ka- 
stowej organizacyi wojskowej nic zdziałać nie mogą. 

I oto tutaj przychodzimy do pierwszego momentu charakte- 
rystycznego, który aferę przemyską odróżnia od innych tego ro- 
dzaju licznych afer. 

Tutaj, przeciw zastarzałemu światopoglądowi kasty wojsko- 
wej, stanęła nie, jednostka, która sanm jest bezsilną i żalić się 
może tylko w imię własnej krzywdy, ale stanęła cala organi- 
zm c y a partyjna, z światopoglądem, modernistycznym, i misyą 
cywilizacyjną. 

Tum samem stanęły naprzeciw siebie, nie oderwane jakieś 
zazwyczaj osobistemu złemu zachowaniu się lub przypadkowi przy- 
pisywane starcia, ale stanęły dwa ś wiatopogłąd y i d wie 
orgaiiizacye. 



^konfii^kowaiio. 



304 KRYTYKA. 

PrzynajtnnteJ publicznie nic o tern niewiadomo — jakkolwiek 
sumienie publrczae wymagało bezwarunkowo ziidośćuczynieRia. 

I to trzeci moment zasadniczej wagi w tej sprawie. 

Równość wobec prawa, praworządność państwa, wymaga ko- 
niecznie równomiernego traktowiinia i równej odpowiedzialności 
wazystkicli za swe czyny. Prawo slcargi, jawnośń zadośćuczynie- 
nia, unormowany i zngwarantowany wymiar sprawiedliwości, to 
liodstawy bylii społeczeństwa cywilizowanego- 

Dopóki dzisiejsza przedpotopowa procedura karna wojskowa 
istnieć będzie, tak długo o zaistnieniu możliwych stosunków w tym 
względzie mowy być nie może. 

Dzisiejszy wyrok lwowskiego Trybunału winien pouczyć wła- 
dze wojskowe w Przemyfilu, żo zbłądziły; winien być wskazówką 
dla władz ccntralnycli, że dalsza odwłoka reformy procesu karnego 
wojskowego nosi w sobie zarodki poważiiycli niebezpieczeństw. 

Jeżeli tou wypadek przyczyni się do przyspieszenia owoj 
reformy, wówczas ofiary, jakie parlya socyalno-di^mokratyczna na 
wolności, na majątku, na udręczeniach fizycznych i moralnych w tej 
aferze poniosła — z pewnością nie posiiły na marne, i na ich ca- 
łopałeniacłi zyska społeczeństwo, skorzysta państwo. 



Spxa.Txrozd.azŁla- 

Dr. Brunislaw Łozińaki. Agenor lir. (Tołiioliowski w pierw- 
szym okreEiic rządów awoioli (1H40— IKfiO). Jjwńw, Kaingarnia II. 
Alteiiberga. 

Dla i>ienv8zego okresu historyi w (ialioyi od 1H72 do 1H4H 
mamy wnale niezłą pracę k^. Kalinki (Galioya i Rrakilw pod pa- 
uowaiiiem austryackiem), która pomimo licznych Ink i reakcyjnych 
zapatrywali autora dzi4 jcszc/.e ^linna byd czytana. Liczne mono- 
grafie ep. Pepłowskiego, pomimo swych metodycznych braków, po- 
dają bardzo zajmujący i ceuny mabryał do hiHtoryi Galicy! z pier- 
wszej połowy XIX w. Okres od 184*J r. do początków ery aiito- 
nomicznej jeat dotąd najmniej opracowany; tylko ekonomiczne sto- 
aunki tego okroRii zostały iijote w 7J»jmującym artykule Marasf<(>'gu 
(w Przegl. [loUkim za rok 18iiti-7). To też praca p. ł.oziń»kie(;o 
wypełnia w uaszcin piśmienuictwit^ lukę, / tego Jednak bynajmniej 
nie wynika, żobv przez to dawała iiaiu pełny ubni:; stu><uukuw po- 
lityuzDycli i ekonomicznych danego ukre»ii, żebyśmy się pisali uh 
jej zasadnicze twierdzenia. 

W dziale ekonomicznym swej pracy, p, l.ozińriki podaje nam 
wyjątek z akti'm' urzędowy<łli, przedMtawiająey obrazy głodu i nę- 



SPRAWOZDANIA. 305 

dsy K IS47 r., gMd ówczesny wywoływał nawot wypadki kani- 
baiizmii. ^Nieurodzaj przyspieszył tylko wybuch ptodn, ale nic 
jest właściwą prKyonyna nieszczęścia. Leży ono w nieprawnem dzie- 
leniu gruntów i w osiedlaniu si«: wielu rodzin na gruntaoli, niewy- 
starczający cli do ich wyżywienia, wskutek czego powstało zaludnie- 
nie, przerastające siły produkcyjne kraju, dniej czytamy: ..Nie 
postarano się mianowicie wcale o to, aby [przez krzewienie 
przemysłu albo przez inne wyzyskanie zbędnych sił, środki utrzy- 
mania zostały pomnożone, nie uozyniono nio w tym kierunku, aby 
W[łłynąi^ na moralną stronę ludu, wydobyi^ go z apatyi, lenistwa, 
a zarazem zwróció uwagę na własne siły i środki pomocy, utrzy- 
manie i zabezpieczenie przed nieszczęściem^. Jestto wyjątek z ofi- 
cyalnego ra|>ortn gubernatora Stadiona, poprzednika i zwierzolinida 
'ir (Jluohowskiego. A czy t«nze w okresie,bcdąoym przedmiotem ba- 
dania. łxiziii8k iogo, podni<>st ekonomiczny stan Galicyi? 

P. łjoziiiski wystawia hr. G. za obronę lasów szlacheckich od 
naporu siekier chło))skioh, przedstawiouiom (lołucliowskiego przy- 
pisuje okólnik minist«ryalny z ó lipca lKr>;! r., normujący akcyn 
serwitutową. Bezwarunkowo, kultura leśna posiada wielkie /na- 
ezenie dla rozwoju ekonomicznego kraju, jednak lasy nie są 
wszystkiem, a włościanie niczem, to tez cnei^iezue j)opieranie in- 
teresów azlaclicetwa przez (iołiichowskiego w sprawie serwitutów 
musiało wjJynąó ujemnie na stan ekonomiczny chłopów. Sądzimy, 
że gdybyśmy przez odpowitidnią reformę włośoiaiieką byli otrzy- 
mali krzepkie pod względem ekonomicznym włościaustwo, to cho- 
ciaż by ta reforma iiszozupliła znacznie posiadanie szlachty, 
stosunki ekonomiczne Galicyi ułożyłyby się inaczej, niź dzisiaj, gdyż 
powstający przemysł w (ialicyi znaUzłby rynek odpowiedni w kon- 
Kumcncie chłopskim. 

P, Lozióski cytuje cały szereg projektów Gołueh owakiego 
w sprawie inwestyoyj dla (ialieyi, nieuw^lędnionych przez rząd an- 
stryacki. I^ecz nie tymi projektami zasłużył Gołnchowski napopu- 
lamośó wśród szlachty, która jeszcze w 1848 r. patryotyczna, nie lu- 
biła „czaruo- żółtego" nauiieatoika, jak go wówczas nazywano. Do- 
piero obrona interesów Kzlaoheckich w sprawie serwitutów, inde- 
muizaoyi, o czem wspomina p. Łoziński, zjednała mu w znacznej 
mierze sympatye szlacheckie. Przeocz\'ł jeszcze p, łioeiilski obronę 
świętości propinacj'i przez hr. Goluchowskiego, którą w 1856 r. 
uważał już rząd za zniesioną przez sam fakt zniesienia patiszozyzny. 
Propinnoyc zachowano dzięki wdaniu s>ę (Totuoli owakiego. Jeżeli 
sobie uprzytomnimy, ile strat poniosło społeozodstwo galicyjskie 
wskutek zachowania propinacyi, jak ona do dziś dnia odbija się 
ujemnie na łinanBacli kniiow}'ob i Jest zawadą naszego rozwoju, 
wówczas nic należąc ani do warstwy właścicieli, ani dzierżawców 
propinacyi, nio możemy byó wdzięczni Gołuebowskiemu. 

Polityku (Jołuchowskiego była przeważnie szlachecka. iSzlaohta, 
żywioł konserwatywny, lecz szykanami dawnej biurokraoyi austrya- 
ekicj była napędzona do obozu rewolucyjnego. Hząd Metternioba 
był bezwzględny w gennanizaoyi. Absolu^-zm auatryacki przeobraził 
się po 1848 r., on Już potrzebował figowego listka na Jakieś llady 



206 



KRYTYKA. 



pafistwa, on gdy występował r. germanizaoyą i auBtryazacyą Bpote- 
cEeóstwa polskiego w (lalioyi, to już posługiwał bir w pewnej mie- 
rze pomocą krojowoćw, Hr. Gt^iicfaowolti był przedstawicielem no- 
wego syatcmu. /lojalizował on sKlacbtę swą polityką Bzłaobeoką, 
i oliooiaż w szkotaoh i urzędanh rozpościerała się szeroko niemozy- 
zna, on starał się wciągDą<5 pewną ilośd szlachty do szeregów biu- 
rokratycznych. Za jego więc czasów rozpoczął się okres auto-ger- 
mauizuoyi i anto-auetryazacyi. Było by to pod wzglodcm narodo- 
wym bardziej DiebezpiccŁnem od poprzedniego eystemii, gdyby 
przeciągło się ».nHOzny okres czasu. Ale Aiistrya wskutek pora- 
żek zewnętrznych i usterek wewnętrznych zniewoloną była przeu- 
brazi<J swój system wewnętrzny i da<J znaczne ustępstwa żywiołowi 
polskiemu. 

(lotuchowski, zdaniem naszem, przy flanco wał nam zarazek biu- 
rokratyczny. Jeieli do 1H48 r. były nieraz prńby ze strony szlachty 
podjęcia jakiejś akcyi ekonomiezuej, próby niweczone \>Tf.ez rząd, 
to po 1*^4S r, próby te niemal ustają. 

Karyera urzędnicza pochłania zaoluiejezi- jednostki. Otwarcie 
karj-ery urzędniczej w chwili przełomowej w gospodarce rolnej było 
czynnikiem biurokraty zjąoym naszą szlaolitę, poniewai w rękaob tej 
szlachty spoczywały główne zasoby ekonomiczne kraju, musiało więc 
to wpłyną<j ujemnie na dalszy rozwój (ialicyi. 

llóźniąo się poglądami z p. }<ozi]lskim za>:naczy<i musimy, ż- 
w pracy jogo jest dużo ccunego mator}'ału w kwcstyi ekonomie 
cznego rozwoju (ialicyi, oraz z dziejów jej systemu HOministraoyj- 
nego i kwcstyi ruskiej. H7, iitudnicki. 



Nowe książki nadesłane redakcji, 

Sprawozdania pomieścimy w następnych zeszytach, 
Poezj-e: Leopold Siiiff: Sny o jiotędzo, \Var»izawa, (ictietlinei- 
i Wolt. D- mol: Symronio ifsioniia, l.wów. \Vł. Buki. wiń ski (Selim) : 
Nowy zeszyt. Warszawa, Jan Fiajiur. l>«wleAć. Kilward Paszkowski: 
Podniobie. Z kroniki czwaiii-jro |>lvlra, Lwów, T(i«-. wydawnicztł. FllazoOa. 
N. L. Tołstoj: Co eo jpsl sztuka, si«>lKiii'zyt A. .1. Cohii. Wydawnictwo 
Przeglądu tllazoHozncKo Warszawa, .lan Kiszer. Fr, l'aulaon: Kanti jego 
nauka. Przotożyl .1. Wt, Dawid. Wiirszawii, nakl. redakcji '"'/'jsri. Zeszyt L 



Odnośnie do korespondencyi warszawskiej, umioszrzonej w -2. zeszycie 
Krytyki, uważamy za otiouiąziTk zaznaczyć, że mowa lam była wyłąi-znie 
o krytyrc ihialulnoiri [), tJiiwnlowif^ta na polu lilerarkioin. Czynimy lo 
zastrztiżciiii' wulin- i():(s>:criftnyc-li, IcndpnryjnyHi |iO(jłoBtk, jakoby ]•. U. 
liyl przy warszawsltiin U-alr/.i' ludowym zainlercsowany matcryalnit>. .lest 
In jiiojtrawda: i' H. jiracował dla sceny ludowe- bezinteresownie, li z przp- 
koiiiuiia, klńn-ffo nic [iijcl::ii'lftmv. ali) klcirciio w wąlpIiwiiŃć nii- |iodajcmv. 



Oclpuwiodzialny redaktor i 



1 Wilhelm Feldman. 



Z diiikanii .Słowa Polskiedp)" [i od zarządem Z. Iliiłaouiskiego. 



Filareci a społecznicy. 






) wątpliwie jedni 



ze sikodliwycli oech wielu wsp(il> 
I ludu robociego, ie «■ dusinej 
iKubIK lapal i spadli do poziomu 



cicsnych pried! 
atmosferze polityki cc 
dluhaczy politycaoyeh. 

Z drugiej Htrony należy odrńiniaii idealiim od rantaiilyciności 
i ulapiJnoścL Zapatoa dla celdw oslałecznych winna lomanysiyć 
jasna awiadomość użycia w praktyce środtów polilycinych, 

(Werner Sooibart) 

Dwie pierwszorzędne władze psychiczne człowieka: rozum 
i uczucie, pozostają z sobą bardzo często na stopie wojennej. Ary- 
stoteles wyklucza Platona, wiedza — poezyę, realizm — ma- 
rzyeielstwo. Rozum — to przedmiotowość, uczucie — to subjek- 
tywizm, pierwszy jest skłonny do analizy, drugie — do syntezy, 
pierwszy systematyczny, powolny, nieraz pełzający, drugie — 
gWiiłtowne, niecierpliwe, gwałtownymi częstokroć skokami dąży 
do celu, pierwszy jasny, zimny, rachujący, stąd skłonny do 
samolubstwa, drugie żarzy się płomieniem, który ciepłą falą 
ogarnia wokół wszystko. 

To są zdania powszechnie utarte, eho6 zupełnie jedno- 
stronne. Każda kartka z dziejów umysłowości ludzkiej świadczy, 
że rozum jest nietylko analityczny, lecz buduje też wspaniaJe 
syntezy, życie codzienne uczy, że uczucie prowadzi nietylko do 
altruizmu, lecz że często jest zazdrosne, bezwzględne, fana- 
tyczne i w dążeniu do zaspokojenia swych pragnień ślepe 
i samolubne. 

Przyjmijmy jednak te kategorye, jako ułatwiające umy- 
słowe operacye, a obaczymy, że władze te psychiczne rzadko 
są z sobą w zgodzie. Rzadko splatają się harmonijnie, by cha- 
rakter jakiejś epoki utrzymać w pełni sił i równowadze. Naj- 



20S KRYTYKA. 

częściej widzimy w dziejach kontrast i walkę : rozum Woltera 
zwalcza uczuciowość Russa, uczucie i wiara romantyzmu silniej 
przemawiają do pokolenia z 1830 roku, niż racyonalny klasy 
cyzm, wezbrane fale serca ścina pozytywizm i naturalizm w lód, 
a ten w ostatnich czasach topnieje pod gorącem tchnieniem 
neo-romanty zmu . . . . 

Tak samo, jak w filozofii i Uteraturze, widzimy walkę 
dwóch tych potęg w każdej innej sferze życia. Występuje ten 
kontrast też silnie w dziedzinie socyologicznej. Rozum ze swą 
skłonnością do objektywności, do uniezależniania zjawisk od 
podmiotowych zabarwień i dążeń, poddaje się zwykle zasadzie 
ogólnej przeciętności, woli zbiorowej, uczucie jest indywiduali- 
stycznem, pierwsza uznaje objektywne normy myślenia i po- 
stępowania, kładzie więc punkt ciężkości na prawo, uczucie jest 
anarchistyczne; rozum będzie dążył do s v\ry eh celo w społecznych 
przez zmianę rzeczowych warunków bytu, więc instytucyj, urzą- 
dzeń, trybów życia socyalno-politycznych, uczucie będzie nie 
nazewnątrz lecz wewnątrz człowieka rozpalać gwiazdy nowego, 
lepszego bytu. Ulubionem dzieckiem rozumu — polityka, uczu- 
cia zaś — moralność. Pierwszy chce brać w swe ręce p a ń- 
stwo i przerobić je na obraz i podobieństwo swego ideału, 
drugie bierze w swe ręce serce jednostki w tej wierze, że nasy- 
ciwszy je dobremi natchnieniami, owionie szlachetnym i zbawczym 
duchem — całość. Przez duszę do świata ciał idzie uczucia, 
rozum — naodwrót. Najwyższym wyrazem oddziaływania uczucia 
na bieg spraw ludzkich: religia, akcyi rozumu — nowoczesny 
ruch socyalny. Religia chce wcielać typ : homo sandiis, a rozu- 
mie się, że ten nie będzie popełniał żadnej krzywdy, niespra- 
wiedliwości — dla niego nie potrzeba też ustaw, sądów, żan- 
darmeryi, jego cel, sankcya, natchnienie i całe królestwo — nie 
z tego świata; nowoczesny ruch socyalny uważa religię „za 
sprawę prywatną**, faktycznie odnosi się do „zaświatowości" 
więcej niż sceptycznie i pragnie ustrój socyalny wraz z jego 
ustawami, sądami, żandarmami tylko zreformować, w ten spo- 
sób, by zbiorowiska ludzkie mechanicznie niejako zostały po- 
pchnięte na drogę wyższego rozwoju obyczajowego i umysło- 
wego. 

Kontrast ten dwóch światopoglądów wypływający z czyn- 
ników czysto fizyologicznych, zaostrza się w ostatnich czasach 
częstokroć do stanu otwartego, ostrego boju. Widzimy go w nie- 
ubłaganej, od trzydziestu lat toczącej się walce anarchizmu 



FILARECI A SPOŁECZNICY. 20!) 

z socyalizmem, widzimy go ostatnimi czasy w ścierania się 
prądów etycznych ze społecznymi; oznaki te są inncmi formami 
jednej i tejsamej treści, objawami, zależnemi bezpośrednio od 
włiiściwośei i środowisk plemiennych i ekonomicznych. U ludów 
romańskich, o żywej fantazyi i nerwowym temperamencie, żyją- 
cych przytem w warunkach przeważnie m^omieszczańskich, 
napięte w najwyższym stopniu uczucie miłości i eutuzyazmu dla 
ideahi wyładowuje się w anarchizmie, który — o ile nie idzie 
w parze ze zwyrodnieniem — jest praktycznie wogóle za dobry 
dla tego świata. Świat germański, niemiecki i anglo-saski prze- 
był gorączkę utopijnej ideologii wraz z przebyciem etapu walki 
matomieszczaństwa z produkcyą fabryczną. Obecnie panuje 
w krajach tych nie marzenie, lecz walka : organizacyj zawodo- 
wych w Anglii, zawodowych i politycznych w Niemczech, ale 
zawsze organizacyj społecznych. Walka ta zbyt dużo zużywa 
jednak sił, zbytnio wtłacza człowieka w mechanizm ruchu 
masowego, zanadto przykuwa go do ziemi, jej interesów, na- 
miętności i małostek, zaczęsto każe pamiętać o tern, co ludzi 
dzieU, zarzadko o tern, co ich łączy, aby nie wywołała pew- 
nego hamulca. Jest nim ożywiony ostatnimi czasy w tych kra- 
jach ruch etyczny, propaganda kultury etycznej. 7i cechującą 
je zawsze zdolnością do syntezy i zmysłem realnym, ludy ger- 
mańskie nie wywołują między czynnikiem etycznym a organi- 
zacyjoo-społecznym jawnego antagonizmu, pragną je widzieć 
obok siebie, aby się uzupełniały wzajemnie, przenikały i w har- 
monii wytworzyły zbiorowisko jednostek o bogatem, czystem, 
idealnem życiu wewnętrznem, umiejących jednak trzeźwo i si* 
lami zbiorowemi, jak konieczność życiowa nakazuje — bronić 
swoich interesów na tle interesów ekonomiczno • społecznych 
gromadnych. Z temi ideami graniczy dziaitalność olbrzyma no- 
woczesnej Anglii, najwpływowszego jej męża w ostatniem 
ćwierćwieczu, Ruskina. I dla niego punktem wyjścia jest uczu- 
cie jednostkowe, najpotężniejszym motorem — zachwyt, entu- 
zyazm, wprowadzający nas kontemplacyjnie w tumy najwspa- 
nialszych marzeń, gdzie zarazem jesteśmy nieskończenie dobrzy 
i czyści, Ale aby nasze zmysły mogły się napawać czarami 
piękna i wznieść nas do najwyższych szczytów myśli, muszą 
one być wolne od szpetnych, druzgoczących kajdan niewoli 
współczesnego systemu ekonomicznego. Chwała więc Pięknu na 
wysokościach a pokój ludziom dobrej woli na ziemi. Między 



KURTYKA. 



treścią duchową a formą zewnętrzną, społeczną — powinna 
panować harmonia. 

Królestwo to harmonii opuszczamy, zbliżając się do „naj- 
młodszych z aryów". Między nimi najczęściej jeszcze wystę- 
puje dążność do odrodzenia świata przez czyste uczucie. Idea 
ta jest u potomków „złotej wolności" szlacheckiej owiana 
bujnym, nieposkromionym indywiduahzmem, zaś u odwiecz- 
nych niewolników carskich — pokorą, rezygnacyą, biernością, 
cnotami niewolniczemi. 

W Rosyi wszystkie te czynniki duchowe skondensowały 
sLę i skrystalizowały w Lwie Tołstoju. W nim idealizm serca 
i wzgarda dla imperatywów rozumu doszły zenitu. Z świętym 
zapałem pierwszych apostołów głosi królestwo boże w sefcnch 
jednostek; z fatalizmem tych, którzy od wieków nie zaznali 
wolności i samorządu, głosi rezygnacyę z kierowania losami 
ogółu zapomocą ustaw, instytueyj, organów społecznych. Walka 
społeczna jest mu wstrętna; „nie należy przeciwdziałać złemu". 
„Szukajcie — woła z ewangelią — królestwa bożego i prawdy 
bożej, a reszta będzie wam dana" sama, z natury rzeczy, bez wycią- 
gania po nią ręki. Bierność więc wobec tych mechanizmów 
życiowych, które jak państwo, ustrój ekonomiczny etc. są re- 
gulatorami naszych losów; pielęgnowanie żarów duszy własnej, 
by ją przepaliły i uwolniły od wszystkich namiętności i złych 
miazmatów; miłość braterska wobec wszystkich bliźnich, któ- 
rym trzeba pomagać nie środkami objektywnymi, reformami 
prawno-ekonomicznemi, ale po bratersku, jak w rodzinie, więc 
udzielaniem im bezpośredniej pomocy, dzieląc z nimi troski, trudy, 
zajęcia; Tołstoj - jak wiadomo — pomaga też„ swoim" ciiło- 
pom orać, żąć i naprawiać buty. Gardzi sztuką i literaturą no- 
woczesną, jako owocem pyszalkowatego rozumu i zgnilizny 
moralnej a wobec ogromu kwestyi .niewolników współczesnych" 
radzi także bierny opór, (nie przyjmować posad urzędowych, 
nie przyjmować mandatów parlamentarnych, nie płjieić podat- 
ków, nie przywiązywać się do własności etc), natomiast udo- 
skonalać się w duchu i wytworzyć w ten sposób pożycie ludzi 
z sobą wedle zasad sumienia. 

Jest to pogląd czysto religijny — Tołstoj jest też naj- 
większym odnowicielem religii, którego bezbożny wiek Xl\. 
wydał. Ale nie jedynym. Przed nim żył i działał między lila- 
kami wielki Towiański, obecnie ukazują się u nas mali To- 
wiańscy. 



FILARECI A SPOŁECZNICY. 211 

Wincenty Lutosławski, którego Lwów niedawno słyszał, 
jest jednym ze spóźnionych potomków ducha Towiańskiego. 
Od niego przejął główne zasady teozofii, filozofii, etyki, zapra- 
wił je filozofią Platona i polityką rzeczypospolitej ateńskiej, 
którą zna dobrze, i na ich modłę pragnie przekształcić naród, 
by go dźwignąć, uszczęśHwió, by nim cały świat zadziwić. 

Socyologia Lutosławskiego jest bardzo prostą. Ludzie — 
do których oczywiście nie należą trzody baranów — dzielą się 
na dwa główne typy: społeczników i filaretów. Pierwsi, zapo- 
minając o pracy nad podniesieniem własnej duszy, marnują 
życie na latanie z posiedzenia na posiedzenie, z organizacyi do 
organizacyi, dyszą walką i rozpraszają siły na cele odległe, 
egzoteryczne ; filaret natomiast czuje w pokorze ducha własną 
niedoskonałość i część swego czasu poświęca na podniesienie 
poziomu własnego; masy ludzkie — ubolewając nad dzisiej- 
szymi stosunkami — pozostawia opotrzności boskiej, a działa na 
otoczenie najbliższe : wybiera np. 10 chłopów, zaprzyjaźnia się 
z nimi, staje się aniołem opiekuńczym kilku rodzin, kupuje im 
„szifskartę" etc. Jednem słowem wciela maksymę starego poety : 
czyń każdy w swem kółku, co każe duch boży, a całość sama 
się złoży. 

Mamy więc rodzimą, słabą cząstkę tego łańcui;lui spo- 
łecznej polityki uczuciowej, którego ogniwa skromne a silne 
widzieliśmy w ruchu etycznym, zdobne wszystkimi blaskami 
1'antazyi poetyckiej u Ruskina, oślepiające krwawym nieraz 
płomieniem u — anarchistów, srebrzące się łagodną jasnością 
stali i jak ona obusieczne — u Tołstoja. 

I oby ten łańcuch rósł, potężniał i w coraz ciaśniejsze koto 
łączył ludzi — w coraz bliższe sobie, iście braterskie, filareckie 
koło duchów. Nie ulega wątpliwości, że pobudki etyczne i zwią- 
zki serdeczne stają się w dzisiejszym świecie coraz rzadszo, że 
świat we wczesnej, bardzo wczesnej młodości wystudza nam[serce, 
gasi zapał, larga i w błoto rzuca najpiękniejsze kwiaty ekstaz 
duchowych. Nic skarżymy się na obniżenie ideałów — skarżymy 
się na obniżenie poziomu dusz ludzkich. Ideały zakwitły w osta ■ 
tnira wieku wspaniałe i potężne, mogące się mierzyć z najpię- 
kniejszym wytworem ducha ludzkiego wieków poprzednich: 
religią; żaden jeszcze wiek nie widział tylu ludzi pracujących 
bezinteresownie w służbie nauki, uniwersalnej, ogarniającej ludz- 
kość całą; żaden wiek nie widział jeszcze tylu bojuwników za 
wyzwolenie narodów, za sprawiedliwość społeczną, za poniue dla 



310 KIUTYKA. 

treścią duchową a formą zewnętraną, społeczną — powinna 
panować harmonia. 

Królestwo to harmonii opuszczamy, zbliżajt(c siędOnnaj- 
młodszych z aryów". Między nimi najczęściej jeszcze wystę- 
puje dążność do odrodzenia świata przez czyste uczucie. Idea 
ta jest u potomków „złotej wolności" szlaclieckiej owiana 
bujnym, nieposkromionym indywidualizmem, zaś u odwiecz- 
nych niewolników carskich — pokorą, rezygnacyą, biernością, 
cnotami niewolniczemi. 

W Rosyi wszystkie te czynniki duchowe skondensowały 
się i skrystalizowały w Lwie Tołstoju. W nim idealizm sercu 
i wzgarda dla imperatywów rozumu doszły zenitu. Z świętym 
zap^em pierwszych apostołów głosi królestwo boże w sefcacłi 
jednostek; z fatalizmem tych, którzy od wieków nie zaznali 
wolności i samorządu, głosi rezygnacyę z kierowania losami 
ogółu zaporaocą ustaw, instytucyj, organów społecznych. Walka 
społeczna jest mu wstrętna; „nie należy przeciwdziałać złemu". 
„Szukajcie — woła z ewangelią — królestwa bożego i prawdy 
bożej, a reszta będzie wam dana" sama, z natury rzeczy, bez wycią- 
gania po nią ręki. Bierność więc wobec tych mechanizmów 
życiowych, które jak państwo, ustrój ekonomiczny etc. są re- 
gulatorami naszych losów; pielęgnowanie żarów duszy własnej, 
by ją przepaliły i uwolniły od wszystkich namiętno.śei i złych 
miazmatów; miłość braterska wobec wszystkich bliźnich, któ- 
rym trzeba pomagać nie środkami objektywnymi, reformami 
prawno-ekonomicznemi, ale po bratersku, jak w rodzinie, więc 
udzielaniem im bezpośredniej pomocy, dzieląc z nimi troski, trudy, 
zajęcia; Tołstoj - jak wiadomo — pomaga Łcż„ swoim" chło- 
pom orać, żąć i naprawiać buty. Gardzi sztuką i literaturą no- 
woczesną, jako owocem pyszałkowatego rozumu i zgnilizny 
moralnej a wobec ogromu kwestyi .niewolników współczesnych" 
radzi także bierny opór, {nie przyjmować posad urzędowych, 
nie przyjmować mandatów parlamentarnych, nie płacić podat- 
ków, nie przywiązywać się do własności etc), natomiast udo- 
skonalać się w duchu i wytworzyć w ten sposób pożycie ludzi 
z sobą wedle zasad sumienia. 

.lest to pogląd czysto religijny — Tołstoj jeal tuż naj- 
większym odnowicielem religii, którego bezbożny wiek XIX. 
wydał. Ale nie jedynym. Przed nim żył i dzialnl międny Pola- 
kami wielki Towiański, obecnie ukazują się u nas mali To- 
wiaiiscy. 



FILARECI A. SPOŁECZNICY. 211 

Wincenty Lutosławski, którego Lwów niedawno słyszał, 
jest jednym ze spóźnionych potomków ducha Towiańskiego. 
Od niego przejął główne zasady teozofii, filozofii, etyki, zapra- 
wił je filozofią Piatona i polityką rzecisypospolitej ateńskiej, 
którą zna dobrze, i na ich modłę pragnie przekształcić naród, 
by go dźwignąć, uszczęśliwić, by nim cały świat zadziwić. 

Socyologia Lutosławskiego jest bardzo prostą. Ludzie — 
do których oczywiście nie należą trzody baranów — dzielą się 
na dwa główne typy: społeczników i filaretów. Pierwsi, zapo- 
minając o pracy nad podniesieniem własnej duszy, marnują 
życie na latanie z posiedzenia na posiedzenie, z organizacyi do 
organizacyi, dyszą walką i rozpraszają siły na cele odległe, 
egzoteryczne ; filaret natomiast czuje w pokorze ducha własną 
niedoskonałość i część swego czasu poświęca na podniesienie 
poziomu własnego ; masy ludzkie — ubolewając nad dzisiej- 
szymi stosunkami — pozostawia opotrzności boskiej, a działa na 
otoczenie najbliższe ; wybiera np. 10 chłopów, zaprzyjaźnia się 
z nimi, staje się aniołem opiekuńczym kilku rodzin, kupuje im 
„szifskartę" etc. Jednem słowem wciela maksymę starego poety : 
czyń każdy w swem kółku, co każe duch boży, a całość sama 
się złoży. 

Mamy więc rodzimą, słabą cząstkę tego łańcucha spo- 
łecznej polityki uczuciowej, którego ogniwa skromne a silne 
widzieliśmy w ruchu etycznym, zdobne wszystkimi blaskami 
fantazyi poetyckiej u Ruskina, oślepiające krwawym nieraz 
płomieniem ii — anarchistów, srebrzące się łagodną jasnością 
stali i jak ona obusieczne — u Tołstoja. 

I oby ten łańcuch rósł, potężniał i w coraz ciaśniejsze kolo 
łączył ludzi — w coraz bliższe sobie, iście braterskie, filareekie 
koło duchów. Nie ulega wątpliwości, że pobudki etyczne i zwią- 
zki serdeczne stają ^ię w dzisiejszym świecie coraz rzadsze, że 
świat we wczesnej, bardzo wczesnej młodości wystudza namjserce, 
gasi zapał, targa i w błoto rzuca najpiękniejsze kwiaty ekstaz 
duchowych. Nic skarżymy się na obniżenie ideałów - skarżymy 
się na obniżenie poziomu dusz hidzkieh. Ideaiy zakwitły w osta 
tnim wieku wspaniałe i potężne, mogące się mierzyć z najpię- 
kniejszym wytworem ducha ludzkiego wieków poprzednich: 
religią: żaden jeszcze wiek nie widział tylu ludzi pnicujących 
bezinteresownie w służbie nauki, uniwersalnej, ogarniającej ludz- 
kość całą ; żaden wiek nie widział jeszcze tylu bojowników za 
wyzwolenie narodów, za sprawiedliwość społeczną, za pomoc dla 



:il2 KRYTYKA. 

ludzi biednych i nieszczęśliwcach. A przecie — czy w ogólności 
człowiek stal się dla bliźnich łagodniejszym, tkliwszym, lepszym ? 
Stal się grzeczniejszym — między człowiekiem a człowiekiem 
stanął konwenans, którego dawniej nie było, który udogadnia 
życie, ale czyni je zimniejszem, pozbawionem uroku i polotu. 
Czy człowiek stał się głębszym ? Bezwarunkowo posiada więcej 
wiadomości użytecznych, trzeźwych, pięknych, niż dawniej, ale 
przeważnie zapełnia sobie niemi mechanicznie głowę — duszę 
jego pozostawiają obojętną; stąd fakt że postęp techniczny jest 
we współczesnym świecie nieskończenie większy od postępu 
moralnego. Czy stał się człowiek dzisiejszy podnioślejszym ? 
Niestetyl czyny jego są często lepsze, niż on sam. Wystarczy 
wskazać na dwa fakta. Udział we walce o emancypacyę prole- 
taryatu jest czynem wysoce moralnym, gdyż — jak wskazuj 
Lassalle — udziałem tym pracuje się dla godności i szczęścia 
wszechludzkiego. A przecież większa część jednostek, biorą- 
cych udział w tem dziele, widzi w niem tylko walkę, tylko inte- 
res klasy, tylko nadzieję polepszenia przyszłości własnej : czyn- 
niki same w sobie bynajmniej nie etyczne. Drugi fakt: wielka 
część ludzi nie popełnia czynów złych, tylko dlatego, że żyjemy 
w państwie praworządnem, gdzie na każdej ulicy stoi policyant, 
wszędzie czycha oke prokuratora. Wszak istnieje nawet teorya 
naukowa, że z biegiem czasu prawo tak szczegółowo będzie le- 
gulować wszystkie stosunki i tajniki życia, iż moralność stanie 
się zupełnie zbyteczną. Ot<5ź istnieją potężne ideały i mają 
czcicieli — zmienił się atoli stosunek nasz do tych ideałów. 
A gdy ktoś stosunek ten chce podnieść, ogrzać go ogniem en- 
tuzyazmu, gdy ktoś chce, by słońce świeciło nietylko nad nami, 
ale i w nas, byśmy byli nie bezdusznemi maszynami, służą- 
cemi zresztą użytkowi publicznemu, ale stopili się calem sercem 
z najwyższymi naszymi celami — musimy do niego szybko, 
szczerze, gorąco, jak do dawno niewidzianego zwiastuna wieści 
z lepszego świata wyciągnąć rękę. 

Lecz drugą trzymajmy bezustannie, silnie, czujnie, na ma- 
szyneryi współczesnego życia polityczno-społecznego. Kto ją 
usuwa, naraża się na to, że koła i tryby tej maszyny chwycą 
go i zdruzgoczą, albo że zostanie odrzucony — struci gnmt 
pod nogami. Gdyby społeczeństwo ludzkie składało się tylko 
z samych anielskich tych główek, które widzimy na Sistinie 
Rafaela, mogłoby ono wpatrywać się w inkarnacyę Doskonało- 
ści z wieczystą adoracyą ; tak jednak nie jest. Gdyby świadomość 



FILARECI A SPOŁECZNICy. 213 

cnoty sama mi^a moc odradzania ludów — nie byłoby 
świętych kościelnych ni świeckich; wszyscy byliby świętymi — 
wszyscy bowiem cnoty ich znają. Gdyby hietorya zanotowała 
była przykłady, jak klasa możnych i sytych pod naporem uczuć 
szlachetnych ustępuje przy pełnym stole miejsca słabym i głod- 
nym — moźnaby wierzyć w rewolucyjną potęgę dobrych in- 
stynktów : historya jednak nie zna ani jednego podobnego przy- 
kładu. Nie wynika stąd, byśmy uczuciu i etyce odmawiali zna- 
czenia społecznego, ale faktycznie są one i długo jeszcze będą 
tylko zlekka przyspieszać ruch motorów społecznych, porusza- 
nych siłami realnemi, żywiołowemi. Może dojdziemy kiedyś do 
tej doskonałości, że nasze dusze je zastąpią : dziś to obiecywać, 
znaczy odebrać narodom, klasom i jednostkom ubogim, krzy- 
wdzonym i walczącym — jedyną ich broń w zapasach o byt, 
skazać je na bezwładność i zgubę. Tołstoj wyciąga ostateczną 
konsekwencyę ze swego anarchizmu społecznego, mówiąc, że 
nie zależy mu wcale na istnieniu ludzkości, jeśli ma istnieć 
w takim stanie, jak dziś — klasy społeczne i narody nie mogą 
jednak tak rozumować. Muszą więc wytężyć pełną władzę ro- 
zumu i wyzyskać wszystkie jego zdobycze kulturne i środki 
mechaniczne. Ból i gorycz ogarnia, skoro uprzytoranimy sobie, 
że są między nami jeszcze mistycy, którzy chcą uśpić czynność 
naszego mózgu, osłabić energię ramion, rozluźnić formujące 
się dopiero kadry do walki społecznej — w imię Miłości, Du- 
cha. „A czy wiesz, co on wybierze" '? Nie propagował buddyj- 
skiej etyki Mickiewicz, który nawet w ostatniej epoce swego 
życia był mężem czynu i brał żywy udział w i-ewolucyi — 
propagowali ją inni, którzy na ziemi znojów i wysiłków nigdy 
nie żyli. I już mielibyśmy zapomnieć, jak z śpiewem i wiarą, 
że „z archaniołem na przedzie — pójdziemy na święty bój-' — 
poszliśmy i w krwi utopiU tyle żywotów i nadziei tyle? Albo — 
przykład bliższy. Mieliśmy do niedawna wpośród siebie czło- 
wieka niezwykłej miary, St. Szczepanowskiego, który również 
miiJ w sercu i ustach hasło miłości, bohaterstwa ducha, ofiary 
mistycznej, przeto zaniechał bojującej społecznej organizacyi. 
I co z jego geniuszu i oceanu dobrej woli. i żaru przepotężnego 
zostfdo — co? 

Nie — sarao uczucie jest ślepe, jak sam rozum jest chromy. 
W dziedzinie społecznej małe uczucie prowadzi do zabawek i fi- 
lantropii, gdy pokierowana rozumem jedna wielka reforma spo- 
łeczna czyni tysiąc aktów filantropijnych zbytecznymi i oswa- 



^14 KRYTYKA. 

badzając ludzi od trosk materyalnych — daje też możność pie- 
lęgnowania ducha, wielkie zaś uczucie bez krytycznego rozumu 
prowadzi do szlachetnego nieraz, ale bezpłodnego i zawsze co- 
fającego wstecz mistycyzmu. Los ten będzie nas spotykał zaw- 
sze, ilekroć pracę nad rozwojem indywidualnym będziemy od- 
rywalij od ekstenzy wnej pracy społecznej. Mając nawet skrzydła, 
niepodobna latać w przestrzeni, gdzie wypompowane lub za- 
trute powietrze — swobodnej więc atmosfery i wolnej od mia- 
zmatów potrzeba, aby także jednostka wznieść, się mogła ! Si- 
łami jednostek lub dusz eleuterycznych takiej pracy się nie do- 
konywa. Życie społeczne, walka narodowa i klasowa, rozłożona 
na kto wie ile lat, znojów, partyzantek i bitew, nie jest szarżą hu- 
saryi pod Kirchholmem lub kawaleryi pod Samosierrą. Kiedy 
cała Europa miała już wojsko regularne, siła wojenna Polski 
opierała się na pospolitem ruszeniu, zależnem od dobrej woli, 
patryotyzmu, animuszu szlachty; jaki rezultat — wiemy. Czy 
mamy to urządzenie naśladować też w współczesnera życiu społe- 
cznem ? Należy proklamować obowiązek powszechnej służby spo- 
łecznej. Każdy musi walczyć ; właśnie w walce najdzielniej roz- 
wija^się indywidualizm współczesny: wtem współzawodnictwie, 
w tem prowadzeniu duchów, które widzimy w nowych ruchach 
socyalnych. Tylko że nasz sentymentalizm razi samo pojęcie walki: 
oszałamiamy się frazesem — miłości. Wszak dawaliśmy się nie- 
dawno tysiącami[mor(łować, wierząc, że ofiary te, jak Chrystusa na 
krzyżu, okupią naród i wstrząsną sercami siepaczy ; w słabszym 
stopniu czynimy tosamo w polityce i życiu spolecznem, każąc 
poświęcać interesa, łamać ostrze walki, wywieszać hasła miło- 
ści przeciwników — czynniki idealne nad materyalnymi. Czyż 
tak nam nie każą — raz dla braci-Czechów, raz dla braci- 
szlachty, raz dla spokoju Austryi? W rezultacie przeidwnicy 
się śmieją — a nas niepowodzenie do reszty demoralizuje. 

Walka jest prawem natury. Walka wre w całym wszech- 
świecie, walką człowiek wyzwoHł się ze stadyów zwierzęcości, 
walką wydarł przyrodzie jej tajemnice, by ją ujarzmić. W tem 
znaczeniu pojmując walkę, trzeba przyznać słuszność Nietz- 
schemu, który powiada, że wojnie ludzkość więcej zawdzię- 
cza, niż miłości bliźniego. Ale na to niema zgody, aby dobra 
wojna uświęcała wszelką sprawę. Walka jest środkiem, z ko- 
nieczności przez rozum wskazanym, zmieniłaby nas atoli znowu 
w zwierzęta, gdyby pobudką jej nie była miłość, a celem 
harmonia. 






MŁODY ŻOŁNIKKZU. 215 

Co stąd wynika? odrodzienie w duchu — tak ale równo- 
cześnie odrodzenie form społecznych. PogUębienie indywidual- 
ności — ale w współzawodnictwie i życiu publicznem. Roz- 
palajmy w duszach ogień czysty, ale uczmy się też przysiadać 
fałdów iiiidmateryalistyeznemi naukami społecznerai. Kochajmy, 
ale właśnie dlatego walczmy. Im większe to ognisko uczucia, 
tem większa sankcya dla nieubłaganego rozumu społecznego. 
Im realniejszy ów ostatni, tem większa gwarancya, że miłośń 
i etyka nie będą bezpłodne. Z świętym zapałem a pełną świado- 
mością prawdziwych artystów uderzajmy dłutem w blok społe- 
czny — aż wyjdzie z niego wyśniony, czysty, piękny ksształl 
naszego Ideału... 



M*RV« KONOPNICKA. 



mflłody żołnierzu... 

Miody żołnierzu, nitody żfiłiiierzu, 
W jaki ty idziesz bój? 

W śmiertelny idę bój 
W śmiertelny trud i znój, 
W śmiertelny pi-och i pył... 
W bój, który wiecznie byt, 

I wiecznie trwa, 

Idę radosny, 

A na promioiniym puUIcrzi 

Mej wiosny, 

.Jutrzenka gra! 

Wskroś mroków i omdlenia, 
Wskroś burzy i zawiei, 
Bez chwały, bez korzyści. 
Bez wodza i bez roty, 
Sam niosąc sztandar mój, — 
W bój idę wszechtęskimty, 



) Motyw z irlandikiej piośni ludowej. 



216 KEYTYKA. 

W bój idę wszecli pragnienia, 
W bój idę wszechnadziei, 
Co nie dla mnie się ziści, 

W ogromny duchów bój! 

Na śmierć, na skon. 
Młodość mą niosę. 
Pod walki kosę. 

Juk złoty plon 

Ciężki od ros... 

Idę cichy, płonący, 
Idę w mrokach żarzący. 
Na wielkie bojowisko. 
Gdzie duchów wszechognisko 
Płonie, świeci, rozbłyska, 
Lecę — iskra ogniska — 
Na całopalny stos. 

Może rozwidnię sobą, 
Pola ciemne żałobą, 
^ Może sobą ogrzeję 

Stygnącą serc nadzieję... 
Jako się rzuca z szczytów 
Gwałtowny zdrój, 

Tłik — jasny od jutra świtów 

Idę w ten bój. 

Co z mojem życiem 

I z serca biciem 

Jest nierozdzielny.... 
W bój duchów idęl W bój idę śmiertelny! 

Młody żołnierzu, młody żołnierzu, 
Za co ty idziesz w bój? 

Za wszystko dobre idę w bój. 
Za ideałów ołtarz mój. 

Za życia moc. 

Za życia zdrój. 



MŁODY ŻOŁNIERZU. 

Co dla pokoleń niezrudzonyuh płynie 
W tiijemiiej i-zasów głębinie 

Idę przez inrok, idę przez noc, 
Wierny przymierzu, 
Co duchy w ogniwa sprzęgła... 
Nh śmierć — jest moja przysięga, 

Ofliira — jest mńj znak. 

W bój idę z:i bratmi ul. 

Za brutni rój, , 
Za światło cłint. 

Za spokój pól... 

Idę, by na swem gnieździe mógł wolny ś|iicwuć ptak. 
By mógł zakwitiii^ć z pąka biały jutra kwiat. 
By ziemia rodzić mogła dla łaknącycli Itłosy, 
By usłyszane były tajne wieku głosy, 

W pustym dnia gwarze — 
Za podniesienie pochylonycli głów, 

W jasny blask stońc:t... 
Za wiełką pieśń bez stów, 
Którą nu dziejów cytarze, 
Uo świeci, cłiwalą złota. 

Na strunach czynów, 

Z ojców na synów, 
Nieśmiertelny łiymn żywota, 

Naród — od łut tysif|ca - 

Sam sobie gra ! 

Ja skra, ja rucłi, 

Ja młodość świata, 
Ja życia duch, 

Oo z mogił wzłatii, 
Za ideałów ołtarz mój, 

Za wszystko dobre idę w bój, 

W śmiertelny bój I 



-^ 



« OAGZVl4lK«-eOLII 



Dokąd dąży dzisiejszy ruch icobiecy? 



„Prawa kobiety przynieść powinny 
oprócz korzyści dla jej płci, dobro o^)lne". 
Olimpia da Guges. 

Pod koniec zeszłego stulecia ozwato się po raz pienvBzy żą- 
danie równouprawnienia kobiet, podniesione nie w imieniu wybra- 
nych jednostek, leaz ogółu. Mindzy hasłami rewoluoyi fraoouskiej, 
uawołująoej o prawa człowieka, ukazuje się gorąoe, natchnione 
oświadczenie, które jai wtedy żąda tyolisamyoli praw dla ko- 
Itiety co dla mężczyzny, prawa wstępowania na trybunę dla tej, którą 
zrównano wobec szafotu. Od tego czasu emancypacyjny ruch 
kobiecy rozlewa się coraz szerzej, przejawia się kolejno we wszyst- 
kicli warstwfioli społeczeiistwa i wszystkich krajach, przybiera różno- 
rodne postaci odezw, broszur, pism peryodyoznych, dysertaoyj 
naukowych, dzieł poważnych, zgromadzeń publicznych i jednostko- 
wych wysiłków, przechodzi od krzykliwej agitacyi do poważnej 
praoy, od Hirtu towarzyskiego aż do poświęcenia sic doli sióstr 
upośledzonycli. Przepłynęło j\y}. uad nim 11 dziesiątków lat, wstę- 
puje w nowe, trzecie już stulecie, słuszna więc, aby zastanawiaó sic 
nad nimi.') 

Dzisiejctzy ruch kobiecy rozlał sic już tak szeroko, 
że niema prawie państwa, w któremby kobiety nic walczyły 
o swoje prawa, nic |)odcjmowały obowiązków i zadań społecznych, 
nie pukały do wrót wszechnic i nie przemawiały do sumienia Ofcólu. 
Mpołoczeństwa nigdzie na to nic pozostają głuohemi ; wystarczy 



1) Uczyniniy 1u w szei'ogu urtykuJów. Dz^iejazy stanowi [jrzogi^ii 
iiujważnioJBzych faktów z paru lat ostatnich. Dane faktyczne, zaczorpiiicto 
zontaly zo sprawozdali mi i-dzy narodowych koiigrcsiiw, z wychodzącego 
w \\''iediii(i pisma ,.T>ok<imimtc dor Frau", ora^ z wlasDj-uh obserwacyj nad 
i'in-lipin kobiecj-m w Hcrlioio, Wiodniii i Par\'żu. 



DOKĄD DĄŻY DZISIEJSZY RUCH KOBIECY. al!) 

chyba wspomtiiet! o 2ało;S(!Dm iiniwei-sytetów kobiecych w Japonii 
i Honduras, aby się przekoD&<5, ie nawet odległe i ol»oe europej- 
skiej oywili7iioye podążają za ionemi, a nawet im przodują. Huoh 
kobieoy jest faktycznie międzyDarodowym; jakkolwiek nie wystę- 
puje tak jednolicie, jak ruch robotniczy. Istnieje przecież nawet 
międzynarodowa organizacya stowarzyszcll kobiecych: International 
coundl of women, które, wytworzywszy aię podczas wystawy w Chi- 
oago, obejmuje dziś związki kobiece w Stanach Zjednoczonyoli, 
Anglii, Niemczech, a w tej chwili prawdopodobnie i we Francyi, 
gdyż kwestya przyłączenia się do niej występowała na obu kongre- 
sach zeszłorocznych w Paryżu. 

Międzynarodowa rada kobieca uwzględniać! musi odrębności 
położenia kobiet w różnych krajach, odmienny charakter jaki przy- 
biera kwestya kobieca w każdym i dlalego może postawiła sobie 
za cel propagandę idei pokoju, a zatem spmwę, w której świat 
kobiecy pośrednio tylko jest zaangażowany, opartą na idei popu- 
larnej wśród kobiecego świata. Badania uad prawem familijnem 
oraz biuro wywiadowcze, zajmujące się sprawą pokoju, uznane ró- 
wnież za celo najbliższe, należą naturalnie do zadad drugorzędnych. 
Zresztą jakiż wybrad cel wspólny, skoro ruch kobiecy objąó pra- 
gnie wszystkie przejawy życia, a kobieca indy.Tidualnosd Daila<5 by 
im chciała odrębne piętno? 

Przedcwszystkiem występują dążności do zdobycia nowycli 
pól pracy i nowych stanowisk, oraz uzyskanie praw politycznych. 
Pienvszy kierunek, jak zwykle sprawy ekonomiozne, wprowadza roz- 
dział pomiędzy same walczące szeregi, drugi je tymczasem podnosi. 
Zarysowuje się zatem kwestya kobieca klas wyższycli i robotnic, 
występujących jako zorganizowany odłam stronnictw społeczno- 
demokratycznych. 

W żadnym kraju nie występuje równie jaskrawo różnorodność 
interesiiw klasowych wśród kobiet, jak w Niemozech. Uuoh kobiecy 
wśród klas wyższych niezmiernie już dziś rozgałęziony, tworzy 
^Narodowy związek kobiecy, stojący pod przewodnictwem p. Ma- 
ryi .Stritt. Należy do niego 127 stowarzyszeń, dążących do różno- 
rodnych celów, z których najważniejsze mi — uzyakauie praw poli- 
tycznych, kobiece gimnazya, dostęp do uniwersytetów i zawo<lów 
liberalnych. 

Robotnice, których koło 200 tysięcy zorganizowanych zostało 
w stowarzyszenia zawodowe, idą ręka w rękę ze stronnictwem so- 
cyalno-demokratycznem, a wzfilędom burżuazyjnego kobiecego ruclin, 
aż do ostatnich czasowy zachowywały się odpornie, a nawet wrogo. 



^22i) KRYTYKA. 

Porozumieniu staje niewątpliwie na przeszkodzie marksowska zasada 
rozwoju, według której każdy ruch musi by 6 klasowym, a za- 
przeczyć się nie da różnica istotna. Dla robotnic interesy klasy 
robotniczej górują nad innymi. Jeżeli wyodrębniają się one z po- 
śród proletaryatu, to przeważnie w celu ściślejszej i łatwiejszej 
organizacyi, którą by z czasem do ogólnej wcielić można. Socyalizm 
i w przyszłości socyalistyczny ustrój, jest wspólną wiarą kobiet, 
tak jak i mężczyzn. Obie strony ufają, że z jego urzeczywistnie- 
niem kwestya kobieca zniknąć musi, antagonizm mężczyzny i ko- 
biety, cokolwiek egzotyczny nawet w sferach mających więcej czasu 
na zajmowanie się subjekty^vnymi stanami duszy, nie mąci ogólnej 
harmonii. Socyalno- demokratyczne organizacye kobiece mają tedy 
przedewszystkiem interesy klasowe i zawodowe na uwadze, a z cza- 
sem dołączy się do nich z pewnością i częśó zadau kulturalnych, 
jak np. walka z alkoholizmem, którą już dziś bez organizacyi toczą 
kobiety w imię dobrobytu rodziny. Wyodrębnianie się socyalno- 
demokratycznego odłamu z pośród ruchu ogólnego kobiet, zaczyna 
przecież ustęp owad, ilekroó zjawią się wspólne sprawy. W Austryi, 
zwłaszcza w Wiedniu, gdzie rozwja się nader pomyślnie socyalno- 
demokratyczny ruch kobiecy, feministki coraz silniej się z nim 
solidaryzują, widząc w socyalizmie największego sprzymierzeńca wal- 
czących kobiet. Dały temu wyraz zgromadzenia zwoływane w ostat- 
nim okresie przedwyborczym, na których przedstawiali się kobietom 
opozycyjni posłowie z różnych stronnictw. Podobnie ułożyły się sto- 
sunki w Belgii, gdzie istniejącą od lat blizko dziesięciu Ligę 
kobiecą do euei*gicznego działania pobudzają organizacye robotnic 
i urządzane przez nie kongresy. Ponieważ zarówno w partyi nie- 
mieckiej, jak i w belgijskiej w zarządach znajdują się kobiety, 
sprawa równouprawnienia nie ulega kwestyi. Na kongresie bruksel- 
skim z 1900 roku utworzono kilka organizacyj kobiecych (Conseil 
national, Comitós fód^raux, Sooiete d^^tudes Liguc des femmes 
Bocialistes de Bruxelles), a deputowani Dc^nis i Vander\'elde wnie- 
śli w Izbie projekt prawa, nadający jednakowe prawo wyborcze bez 
różnicy płci każdemu obywatelowi starszemu nad lat 21, który 
przez pół roku zamieszkuje w gminie. Jakkolwiek w zasadzie pro- 
gramy socyalistyczne nigdzie nie >vykluczały kobiet od prawa wy- 
boru i wybieralności, wniosek belgijskich deputowanych był pier- 
>V8zem czynnem zastosowaniem zasady. Za ich przykładem pójsd ma 
stronnictwo w Holandyi przy wyborach z 1901 roku. 

Zresztą prawo wyborcze posiadnją już kobiety w Nowej Ze- 
landyi, w Stanach Colorado, Idaho, Wyoming i Utah. W Anglii 



DOKĄD DĄŻY DZISIEJSZY RUCH KOBIECY. 3ai 

żądały go zgromadzeDia kobiece w [jiverpoohi, llriatoln, Warwicli, 
Cambridge, Wandworth, międzynarodowe kongi-eay kobiece w Pa- 
ryżu postawiły jo na csiele 8ivycb desideratów. Prawa polityczne ko- 
hioty, któro u nas wywołują jeszcze dyskretny uśmiech współczucia 
uad niedojrzałością niewieścich aspiraoyj, są więc prawdopodobnie 
postulatem najbliższej przyszłości. 

Posłuchajmy jak Udmaczy angielska odezwa niezbędność prawa 
wyborczego kobiet: 

„Gdyż dopóki kobiety nic ivybierają oztonków parlamentu 
nikt ioh nie pyta czego im potrzeba, traktują je jak dzieoi nieświa- 
dome własnych celów, a tylko ten co nosi but powie(l?:iei5 moie, 
gdzie go obuwie uciera. Deputowany słuclia życzeń tylko tych, co 
go wybrali, a nie kobiet. 

Gdyż niektóre prawa, odnoszą się wyłącznie do pracy kobiet 
i dzieci. Szwaczki, krawczynie, zeccrki, praczki, robotnice fabry- 
czne podlegają prawom, wydanym bez zapytania samych interesu- 
wanycli. 

Gdyż kobiece prawo wyborcze najlepsze wydało rezultaty 
w niektdrycli Stanach Ameryki i niektórych koloniach. 

Gdyż najlepiej kobietom dopomódz można, gdy będą dopo' 
magaó sobie same. 

Gdyż prawo wyborcze jest najprostszem sposobem dowiedzenia 
się, czego żądają i potrzebują kobiety". Okazuje się takie, że wiele 
prawodawstw dziś już nie sprzeciwia się praivu wyborczemu kobiet. 
Tak jest np. w Niemczech, ale odkrycie to dokonane niedawno, 
sfer miarodajnych z pewnośoią nie przekona. Za to tam, gdzie ko- 
biety oddziaływają już na przebieg spraw, a zatem w radach szkol- 
nych, w urzędach zajmujących się ubogimi, w radach gminnych, 
parafialnych, kobiety z zapałem biorą się do dzieła i pojmują je 
na swój sposób. W Colorado np. przeprowadziły zakaz pracy dzieci 
młodszyoli nad lat 14, w Nowej południowej Wallii (Australia) 
dzięki im, przeszło prawo nakazujące dla służby domowej ośmio- 
godzinny dzieli roboczy (dziewczęta dopiero od lat 14 du służby 
mogą by«5 przyjmowane). Wreszcie w rosyjskim mirze (rada gminna) 
gdzie kobietom przysługuje prawo głosu na równi z mężczyznami, 
zauważono zmniejszenie pijaństwa, tam gdzie mężczy;^ni wychodzą 
gromadnie na zarobki, a kobiety samowładnie rządzą. 

Jednem z ważnyuli następstw współczesnego ruchu jest przy- 
zwyczajanie kobiet do solidarnego występowania. Dowody solidar- 
nośoi składają liczne stowarzyszenia, w ostatnich zaś czasach coraz 
szybciej rośnie liczba stowarzyszeń zawodowych. Goduemi uwagi aa 



233 KEm-KA. 

np. stowarzyszenia kelnerek w Monanhinm i Berlioie, pomoonio 
h&D(llowyoli w Berlinie, w Bordeaux zawodowe ty\varzy8two kobiet 
sajinująoyo)i eię hacdlem i przemysłem, towarzystwa prawnicze 
(w Chicago) medyczne (w New- Yorku), syndykat buohhalterek 
i kaeyerek francuskich, amerykadskie stowarzyszenie kobiet uczo- 
nych i studynjąoych (National assooiation of college allumnae Com- 
mittee) i w. in. 

Zawodowej emancypacyi kobiet towarzyszyti musi przeobra- 
żenie stosunków towarzyskich. Wielka ilo66 kobiet pracując samo- 
dzielnie, samotuie mieszka, miejsce towarzystwa domowego po za 
pracą zajmuje klub, gdzie kobieta spędza ozae wolny, ozyta gazety, 
spoiywa posiłek i przyjmuje gości, liiozba takich klubów, zajmu- 
jących obszerne lokale w których zoajdują się restauracyc, czy- 
telnie, salony przyjęcia nieustannie się powiększa. Obecnie spotyka- 
my je w Wiedniu, w Berlinie, Paryżu, Rzymie, Wiesbadenie i in. 
miastach. I nasze czytelnie w Poznaniu, Krakowie, Lwowie stano- 
wią rodzaj takich klubów, jakkolwiek iycie towarzyskie dopuszcza 
u nas jednakowo mężczyzn i knbiety, a wyodi-ębnienie i samodziei- 
nośó w innych kierunkach byłyby potrzebniejsze. 

Najmniej moie oozekiwaó mośna było, ie emancypacyjny ruch 
kobiecy zwróci się do zadali, które aż do tego czasu stanowiły główną 
trtsić życia większości kobiet, t. j. do gospodarstwa domowego i wy- 
chowania dzieci. Stało się jednak inaczej: wychowanie stanowi 
jedną z najważniejszych kweatyj na kongresach międzynarodowych 
i cel wielu organizacyj kobiecych. W (Jhicago np. odbył się w roku 
ubiegłym kongres matek, w Londynie istnieje rozgałęziona opieka 
kobieca nad opuszczonemi szkolnemi dzieómi (London School Niir- 
ses sooiety), która utrzymuje ó urzędniczek zatrudnionych wizy- 
tacyą szkół i nadzorem nad dzieómi. Kwestya gospodarstwa domo- 
wego stała się nader ważną, odkąd zawodowa praca kobiet, a zwła- 
szcza zajęcie robotnic fabryoznyoli odrywa je zupełnie od domu 
i rodziny. W stanach Zjednoczonych powstają s/koły gospodarstwa 
domowego np. w Ohio, w Minnesocie, w Utah, Pueblo, Warren 
a nawet w niektórych colleges^) sztuka gotowania stanowi jeden 
z przedmiotów. Dyetetyczne kuchnie w New-Yorkn, prowadzone 
przez kobiety, wvilają cliorym i rekonwalescentom pożywienie, przy- 
gotowane według recept lekarskich. W r. 1899 wydały 127.(H)M 
poroyj jedzenia i 223. UOO litrów mleka, W Wiedniu szkoła gospo- 



'l W r/ądowj^m iiniworsylede w Illiuuis postanowiono w i'ok\i liiożrn^yii 
kurs EOH[)0<iarslwa domowcfro. 



DOKĄD dąży dzisiejszy ruch kobiecy. 323 

daretwa domowego dla robotnic liozy 500 nczennic. Wykład Mrs 
Sarned prezydentki Darodowego etowarzyasenia ekonomii domowej 
na międzynarodowym kongresie w Paryiu wywotał tak poweKeohne 
zainteresowanie, ie wezwano jq do tworzenia podobnych stowa- 
rzyszeń w Holandyi, w Niemczech, w Anglii i Szkocyi. Przeoiwnicy 
emanoypaoyi dojrzą mo2e_w tym zwrocie do gospodarstwa domowego 
reakoyę przeoiw pozadomowym dążnościom kobiet dziaiejszyob. Są- 
dzimy przecież, źe jest on właśnie dowodem, ii nowe zadania ko- 
biety nie wykluczą dawnych, skoro rozwijają aię r<5wnolegle z dąże- 
niem kobiet do udziału w życiu naukowem, apołecznem i publioz- 
nem i najsilniej w tych włalnie krajach, które jak Stany Zjedno- 
czone i Anglia mają najstarszy i najdalej idący luoh kobiecy. 

Hpołeozne zadania, podejmowane przez dstisiejsze kobiety, no- 
szą moie niemniej wyraźne cechy odrębnej indywidualnodci. 
Wspomniało się już o zwalczaniu alkoholizmu i o popularności idei 
pokoju. Nie przeczy temu pomysł pojawiający się już kilkakrotnie 
w prasie niemieckiej, a podnoszony przez autorki, aby dla płci 
słabszej zaprowadzi*^ przymusowo służbę społeczną, ktdrej podją<$ 
by się musiała knżdit kobieta między 18 a 22 rokiem życia. By- 
łoby to zajęcie W szpitalach, ochronach, domach sierot, przytułkach, 
które odpowiadałoby wypełnianej przez mężczyzn powinności woj- 
skowej. 

Podobną próbę uczyniono juz w 8tanaoh Zjednoczonych pod- 
czas ostatniej wojny, rekrutując z przymusowego poboru dozorozy- 
nie rannych i chorych, wysyłane na plao boju. Angielskie stowa- 
rzyszenia kobiece mają po większej części cele społeczne. Zadaniem 
istniejącego od lat 26 „College for Working Women" sta- 
nowi udzielanie robotnicom nauki wieczornej, a celem jej umoral- 
nianie, rozbudzanie zamiłowania do nauki, logiczne formułowanie 
myśli i sztuka przynoszenia szczęścia bliźnim. ..Women'rt Trade 
Union League" zajmuje się hygieną i warunkami pracy robotnio, 
kobiece stowarzyszenie w3póldzielcze')ma na celu budowę mieszkad 
robotniczych, inne*) wreszcie wysyłanie za morze kobiet fachowo 
uzdobionych, które nie zdobyły sobie w kraju odpowiednich sta- 
nowisk i czuwanie nad niemi na obczyźnie. Z Anglii również przy- 
były wprowadzone obecnie i w Wiedniu stowarzyszenia z celem 
dostarczania ubogim matkom bielizny dla dzieci powonaro- 
dzonyoh. 



ij \V'offlen's C'oopetative Guilci, 
»l fnited Uritish \VomerL"« Ab 



^;>4 KRYTYKA. 

Rozszerzenie działalności zawodowej, poparcie jej i usystema- 
tyzowanie przez odpowiednią organizacyę, zdobywanie praw poli- 
tycznych, a więcej jeszcze wpływu na wszystkie przejawy państwo- 
v/ego i autonomicznego życia, przeobrażenie życia towarzyskiego, 
cele społeczne obok uprawnionych już od dawna filantropijnych, 
wreszcie udoskonalenie sfery działalności macierzyńskiej, wycho- 
wawczej i gospodarczej, oto główne kierunki dzisiejszego ruchu 
kobiet. Trudno zaprzeczyd, że dokony\^'a się tu szeroko pojęta de- 
mokratyzacya kultury, że połowa ludzkości, która dotąd biernie 
poddawała się jej działaniu, czynny w jej rozwoju i przeobrażeniu 
udział mieó pragnie. Wprawdzie ten nowy element wkracza w da- 
wne szranki, ale i one pod jego wpływem zmieniad się mu&zą. Tego 
jednak nie dosyó. Właściwy problemat stanowi nietylko owa armia 
nowozaciężna, armia kobieca, która zdobywając prawa, jednocześnie 
obowiązki podejmuje, ale wytworzenie nowego pokolenia mężczyzn 
i kobiet, nowej skali oceny wartości, nowej podstawy dla stosun- 
ków wśród ludzi. Czyż nie będzie to związane z problematem ko- 
biety- człowieka ? 



JERZY BRANDE8. 



Rzeźba kolorowa.*^ 

Indywidualności wybitne i oryginalne należą oczywiście do 
rzadkości, lecz więcej zajmujące od tych wcześnie skończonych, 
zastygłych postiici, są jednostki, które mimo swej oryginalno- 
ści wykazują w swym rozwoju duchowym częste ewoliicyc. Nie 
chodzi tu o tych, co odwołując swe dawniejsze słowa i czyny, za 
punkt wyjścia obierają sobie stanowisko, wprost przeciwne poprze- 
dniemu — subtelniejszego obserwatora nic pociągają oni w spo- 
sób tak sympatyczny, jak ci, co >v jego oczach rozwijają się, po- 
tężnieją, coraz to nowe opanowują dziedziny, olśniewając zwycię- 
skim pochodem, nie zaś rozdźwiękiem wewnętrznym. 

Takim duchem jest Maks Klinger. Licząc lat około dwu- 
dziestu wystąpił jako rysownik, a jeszcze w dziesięć lat później 
głównie za takiego był uważany, mimo kilku cennych obrazów, 
które wykończył. Obecnie, dosięgnąwszy czterdziestki, nnjwięccj 
zwraca uwagę powszechną jako rzeźbiarz. 



*) Szan. autor, użyczając nam swej pracy, „z przyjemnością i wdzię- 
cznością** wraca wspomnieniem do chwil spędzonych we Lwowie. /iV^/ 



RZEŹBA KOLOROWA. 225 

Od malarstwa przeszedł do rzeźby i tu zapewne należy szu- 
kać przyczny, dlaczego bezbarwna rzeźba ani na chwilę nie zdołała 
go zająć. Jego już przed czternastu laty mouelowany Beethoven, 
przedstawiający mistrza na podwyższeniu, z orłem Jowisza u stóp, 
wykonany w kosztownycli materyałach, w nadnaturalnej wielkości, 
jest obecnie na wykończeniu. Nagi, naprzód podany tors s'^^ ''i 
jasnym marmurem syryjskim, na bogato fałdy szaty składa si^ 
żółty, prążkowany onyks z Tyrolu ; orzeł u|)lastyczniony w czarnym 
marmurze, a skała w bronzowym. Tron, na którym siedzi mistrz 
jest z bronzn, zdobiące go główki aniołków z kości słoniowej, zaś 
skrzydełka aniołków są wyłożone antyczoem szkłom Millefiori. 

Pierwotnie zajmowała Klingera jedynie twarz Beethorena 
Kilkakrotnie też przy dawniejszych dziełach czerpał z tego cudo- 
wnego, zadumanego oblicza, dla odtworzenia Jana apokaliptyka. 
Stopniowo jednak opanowała go chęć rozświecenia tej całej, mar- 
murowej postaci, do czego doskonale nadawał się przepych drogich 
kamieni. Pod względem technicznym nęciła go nowość, wcale do- 
tąd nie wyzyskana, przedewszystkiem jednak widział przed sobą 
cel, po dziś dzień go jeszcze ożywiający: stworzenie dzieła po- 
mnikowej wzniosłości. 

Dotychczasowe rzeźby Klingera zdają się być bardzo dalekie 
od sztuki starożytnej. W rzeczywistości są one z nią bliżej spo- 
krewnione, niż ta pozornie-grecka sztuka o białości kredy lub 
cukru, do której jesteśmy przyzwyczajeni. 

Już w najdawniejszych czasach grecy do swych pomników 
używali mieszanych materyałów; tworzyli n. p. statuy drewniane, 
o (/łowach i rękach z marmuru. Statuy Fidyasza ze złota i kości 
słoniowej, uchodzące za kulminacyjny punkt sztuki, niewątpliwie 
zawdzięczają swe powstanie rozkoszy kojarzenia blasków 
najróżnorodniejszych materyałów. Bo i Fidyasz był począt- 
kowo malarzem. Harmonizowanie w dziełach sztuki kilku rodzajów 
marmuru powstało w Aleksandry i jeszcze za panowania pierwszych 
Ptolomeuszów, a zatem w epoce, kiedy sztuka grecka była w peł- 
nym rozkwicie. 

^Nowa Salome", pierwsza z rzeźb Klingera, które zwróciły 
na siebie uwagę, jest zarówno duchem jak koncepcyą dziełem 
nawskroś modernistycznem. Ta Salome nie jest ani sfinksem, ani 
syreną, lecz małą, piękną i niebezpieczną paryżanką, która znaj- 
duje ludzi, nie szukając! ich, a której trofea stanowią głowy mężczyzn, 
spoczywające na cokole: maska młodego studenta i starego 
aferzysty. Ręce są zbyt wielkie, (gdyż artysta |)Osługiwał się 



226 Krytyka. 

innym modelem, niż do cfUej figury), wyglądają, jukby Rtworzone 
do zugarnianiii pieniędzy. Głowa i ręce wykonane w jasnym, szata 
w szarym mannurze z Pentelikonu. A trzy głowy odcinają się 
silnym kolorytem. Wfos dziewczyny jest czarny, lecz nie czyni 
wra;,^nia masy, gdyż opada na czoło w puklach lekkich, niemal 
^.. ^ejrzystych. Oczy z ciemnego bursztynu mają wyraz wabiąi^y. 
' Kamea z muszli spina szatę na lewem ramieniu. Obydwie maski 
mężczyzn u jej stóp działają bardzo dekorutywnie, gdyż głowa 
starszego modelowana w ciemnym, o żółtych żyłkacłi marmu- 
rze z Porta-Santa, zaś maska młodzieńca ma odcień błękitny i jn- 
sno-żółte oczy z bursztynu. 

Z jakim zapałem Klinger usiłuje najrozmaitszemi próbami 
toclmicznemi rozszerzyć granice swej sztuki, dowodzi trud, jaki 
sobie zadaje, aby małą, piękną statuę młodej kapiącej się dzie- 
wczyny umieścić w odpowiedniem otoczoiiiii. Postać c^a jest nieco 
na bok pucliylona, z wyciągnięterai przed siebie ramionami pływa. 
Klinger w żółtym alabastrze uplastycznił lekko wzdęty piasek, 
usiłując następnie stworzyć także wodę. W tym celu zakupił od 
chemika za kilka tysięcy marek roztworu eterowego, który ula- 
tniając się powoli, miid pozostawić masę stalą, przejrzystą jak 
woda. W masie tej zamierzał następnie wykonać lekko sfalowaną 
wodę, mającą otaczać cif^o pływającej. Eksperyment jednak za- 
wiódł, gdyż część cieczy wypłynęła di-obnym otworem w naczyniu 
reszta zaś po wielu nawet latach nie dała się zamienić w ciało st^e 

Namiętność artysty dla marmuru datuje się od r. 1886, kiedy, 
dla wykonania pewnego zamówienia poraź pierwszy przybył do 
Carrary. Tu znalazł tak cudowny blok mariuuru z Seravezza, że 
z wolnej ręki i bez modelu (jak Michał Anioł) wykuł w kamieniu 
głowę do swej Kassandry. Ta przeityazna głowa na szlachetnej, 
snmkłej szyi, była jego pierwszą próbą w marmurze. Przejmuje 
do głębi surową powagą i bolesnym, wizyoiicrskim wyrazem ciem- 
nych oczu. Naprzód podany korpus wykonał Klinger później 
w miirmurze Grechutto, spoiwszy obie części bronzową przepaską, 
która spływając z lewego ramienia na suknię, ukrywa szczelinę. 
Jasną, wspaniałą suknię królewny stworzył ze złocistego alabastiu, 
pokonując i tu rozliczne trudności, albowiem pod ciężarem fałdów 
naramicnnych, przy pierwszej próbie kruchy alabaster rozprysł się 
na |)icć części. Z winy też matoryułu szata o|)ada w znacznie 
cięższych fałdach, niż na rysunku. 

Nie należy jednak sądzić, aby Klingera do podobnejjo koja- 
rzenia materyałów, ucieleśniających jego marzenie, inspirował na- 



RZEŹBA KOLOROWA.. 337 

iwny naturalizm. Jest on głęboko przeświadczony o prawie kolory- 
styki w dziedzinie rzeźby ; pragnie uciec od jaskrawej bieli loato- 
ryatu, wiodącej do przesady i sztuczności, tak ogromnie rozpa- 
noszonej, zwłaszcza w nowoczesnej rzeźbie włoskiej, pragnie usil< 
nie zacliot^ać największą zaletę plastyki, jedno tylko mając na 
oku : styl. Kolor zaś stanowi dlań konieczny łącznik między trze- 
ma gałęziami sztuki, architekturą, rzeźbą i] malarstwem, które 
łącznie maszą współdziałać, aby powstała nowa sztuka plastyczna 
a tylko kolor jednoczy je z sobą wszystkie. 

Gdy większa część naszych rzeźbiarzy uważa dzieło swe za 
skończone z chwilą gdy jest w odlewie gipsowym, Klinger prze- 
dewszystkiem podejmuje szereg podróży dla znalezienia marmuru, 
odpowiadającego zarysowującej się przed nim idei. Nie pokrywa 
on nagości malowidłem, lecz odpowiednio do głównego tonu karna- 
cyi, juki piugnie nadać całości, wybiera sobie stosowny marmur. 
Dlatego wałęsał się tiik wiele po ^eckim arcłiipelagu. 

Razu pewnego znalazł na wyspie Syr, wyłaniającej się 
z morza, niby góra marmuru, wiodące do portu schody marmuro- 
we, świecące tonem najpiękniejszej karnacyi. Nie spoczął, do- 
póki ich nie nabył i zabrał z sobą do ojczyzny. Blok był wpraw- 
dzie wąski, lecz artysta wyrzeźbił w nim w Lipsku cudowną głowę 
i ciało swojej Amfitryty. Na ramiona nie stale już materyalu, 
a ponieważ nie dały się one przymocować osobno, więc piękna 
statua pozostała bez ramion, jak niejedna z czas(5w starożytnycli, 
w katastrofie członków swych pozbawiona. Niezwykły sposób szli- 
fowania, stosowany pizez Klingera, nadał temu rzadkiemu bloko- 
wi w wyższym jeszcze stopniu pozór, życiem drgającego ciała. Klinger 
bowiem unika kwasu, nadającego marnmrowi odcień żółtawy, 
a z czasem nawet przyprawiającego go o zczernienie. Sposoby 
posługiwania się woskiem, stosowano niegdyś przez greków, dziś 
zupełnie poszły w zapomnienie. W każdym razie jest ów osobisty, 
gorą'7 stosunek artysty do materyalu, w którym Klinger dzieło 
swe przekazuje (totomności — prawdziwie podniosły i artystyczny. 

Amiitrytn, naga aż poniżej lędźwi, stoi dumna i wspaniała, 
wysoka i smukła. Szatę, która spadając z bioder, odsłania brzuch 
i górną część uda, podtrzymuje na biodrach pyszna gema. Cala 
szata, wykonana w marmurze tyrolslum, by wilgotna przylega do 
nóg bogini morza, aby w tem przeźroczystem udrapowaniu uwy- 
datnić piękność jej członków. Marmur ten jest pomalowany jasno- 
błękitnie. Ciemną masę włosów usiłował Klinger ująć w złotą 
siatkę. Oczy wykonane w bursztynie. Twarz spokojna, tchnie har- 



'2'ZH KRYTYKA. 

monijnym wyrazem młodej, dojrzałej kobiety. Wszystko jednak ma 
na celu podniesienie piękności idealnie pięknego, nagiego torsu. 
Stosunkowo szybko minął okres, kiedy Klingera pociągał głównie 
wyraz twarzy, zagadkowy, przewrotny lub uducliowiony — jak 
u Betliowena lub Salome. Obecnie nęcą go wyłącznie i do odtwo- 
rzenia pobudzają niezliczone tajniki i plastyczne kombinacye ludz- 
kiego ciała, jego rucłiliwa i niezgłębiona logika, na mocy której 
najsubtelniejsze siły oddziałowują na siebie w sposób najzawilszy. 
I wykazuje tu oryginalność nietylfco na podstawie osobistej spo- 
strzegawczości, jak każdy uczciwy rzeźbiarz, lecz także na mocy 
oryginalnego sposobu myślenia. W jego bronzowych statuach, n. p. 
w trzech tancerkach, które nie dotykając się wzajemnie, swobo- 
dnie i śmiało poruszają się w tańcu wirowym, występuje nietylko 
dokładna znajomość ludzkiego ciała, lecz także wdzięk i niewymu- 
szona swoboda geniuszu, tak rzadka u niego, jak wogóle u wszyst- 
kich niemców. 

Lecz myśl jego skierowana zawsze ku dziełu monumental- 
nemu w wielkim stylu. Niedawno naszkicował wielką grupę,' którą 
nazwał ^dramatem"". Nagi olbrzym siedzi na skale i całą siłą na- 
piętych muszkułów usiłuje wyrwać pień drzewa, by nim bronić 
umierającej kobiety, wyciągniętej na ziemi, z ramionami oplecionemi 
koło cyplu skały. Główna figura jest doskonała, sama grupa 
natomiast skomponowana bez należytej spoistości, aby tem silniej 
działać kontrastem, między delikatnem, konającem ciałem kobiety, 
a gwałtowną namiętnością silnego torsu mężczyzny. Całość jednak 
tchnie wielkością pomysłu i odczucia. 

Jakież przeciwieństwo między punktem wyjścia, a osiągniętą 
dotąd metą Klingera! Lekkie, pierzchliwe, płytkie fantazye i fan- 
tasmagorye na temat zgubionej rękawiczki swej damy, rylcem ry- 
townika rzucane, a wspaniałe, monumentalno odtworzenie wewnę- 
trznej logiki nagiego, ludzkiego ciała! Rozpoczął od fantazyj na 
temat życia; zatapiając^ się następnie (w cyklach sztychów jak 
„Dramata", „Życie" i obrazach, jak „Ukrzyżowanie"), ze zgrozą 
i współczuciem w niesprawiedliwości bytu i okropności śmierci. 
Następnie siłą kultu dla piękna, będącego jądrem jego istoty, 
otrząsa się z przygnębienia i w materyałach najpiękniejszych, 
i najcenniejszych stwarza, co jest najpiękniejszem i najcenniej- 
szem: nagie ciało, ludzką duszą natchnione. 




JAN STEN. 



Stanisław "W^yspianski. 

(Z cyklu „ICłoda Folska''.) 

Górną przeżyliśmy chwilę. Poczuliśmy nad sobą los, który 
odsłonił nam poetę, wieszcza, genjusza. Widzieliśmy błysk dusz}, 
która biegła po niedoścignionych dalekich drogach i nagle rozżarzyła 
się światłem olbrzymiem, jak słońce. Na scenie krakowskiej ode- 
grano „Wesele**. 

Wyspiański nie jest człowiekiem współczesnym. Natchnie- 
nie jego zabiega w przyszłość i z najdalszej zamierzchłej prze- 
szłości wyrasta — ale niema w sobie nic z chwili dzisiejszej. 
Skrzydła rozpięte jego natchnienia nakrywają czas obecnj% ale się 
oń nie dotykają. W tera jego siła: pół wieku nędznego bytu wy- 
macane są w jego duszy i pieśń jego nie nam, lecz raczej dziadom 
naszym jest rówieśna. On nie mógłby o sobie powiedzieć, źe zna 
szatana groźnego, z którym się szamocą Romieśni mego wieku: 
zomie się niemocą. Nic ze zwątpień młodości naszej, nic z wahań 
i szamotań nic z ironji, która brała każdą myśl cudzą czy własną, 
każde uczucie, gest'kaźdy ijodrzucała go, gdyż był marny, nie odbiło 
się o je<,^o duszę. I zdaje się, jakgdyby ze słowami swego Stańczyka: 
„Świętości nie szargać, bo trzeba, by święte były" stał na straży 
swej myśli i bronił jej od skalania, którego jedyną osłodą, iź jest 
bolesne, — i czekał, aż wielką się stanie. A tymczasem szukał dla 
niej słów, nastrajał na pogwar pól, na szum leśny, na wiślany 
szmer, na zygmuntowski dzwon. I szukał dla niej barw, świateł 
i kształtów. I kazał jej przywdziewać powłóczyste szaty przcd- 
homeryckicłi bohaterów, jak posągi białe czekających srromu, 
który je skruszy, zanurzał ją na dno wodne, w wieczny opałowy 
świt, przyzywał żywych i wywoływał umarłe — z cieniów Hadesu 
i z niepamięci ludzkiej. 

I myśl jego stała się mocarką nad rozlicznemi królestwy — 
i sięgła po kraj własny. I zapanowahi odrazu nad krainą ciał 
i duchów. 



230 KRYTYKA. 

Wyspiański ma śmiałość być wielkim ; nie lęka się swej fan- 
tazyi. Du snblime au ńdicule — i nie jeden pamiętając o śmiesz- 
ności nie śmie zbliżyć się do wzniosłego. Tosamo głębokie za- 
patrzenie w siebie, które w dawniejszycli iitworacłi Wyspiańskiego 
wygląda nieraz jak nieudolność formy lub niczem nieusprawiedli- 
wiony upór, cłironi go od trwogi własnej i zucłiwale przez najzdra- 
dliwsze przełęcze przewiedzie. Scena po prostu gnie się w jego rę- 
kach i gdy zecłice, sprowadzi na nią Sen w postaci nagiego utre- 
fionego młodzieńca. Zmorę — w postaci ćmy puszystej; Brutus 
będzie kroczył po Rzymie dziewiętnastego wieku, a w cłiwili mo- 
dlitw przez kopułę basyliki Św. Piotra wedrze się rój litewskich ru- 
sałek i jezdni z Mendoglem na czele. To znów zwinie się scena 
i skręci na kształt ważkiej drogi podziemnej, którą wciąż hucząc 
i^wie się naprzód ku tragicznemu krańcowi dnimat dziejowy. I zetrą 
się ze sobą dwie idee tak ostro, jak się przecinają dwie linje. 
Lelewel i Czartoryski, przyszłość i przeszłość, marzenie i rzeczy- 
wistość uderzą o siebie i pójdą wstecznemi drogi. To znów scena 
się rozszerzy, rozpłaszczy, kontury osób się zatrą, jak w latarni 
magicznej, której ognisko szerokie źle nastawiono, wyrazy się 
zmącą i osnują szmerami, mgła wilgotna zimowego ranka przy- 
głuszy serca bicie — powstanie niby pieśń, niby płacz, może tylko 
przeczucie, gioza — Warszawianka.. Aż wreszcie pomiesza widma 
i ludzi, sjjlącze dwa ś\vijity w jedną nierozcrwaną całość, żywych 
okamieni słuchaniem i wskrzesi muzyką upioru, wszystko otoczy 
atmosferą czaru i tak wyolbrzymi, że żywi, znikomi i marni, poc/yą 
staną się nieśmiertelni. To napięcie wizyi artystycznej, zawsze 
u Wyspiańskiego potężne, w Weselu doszło swego szczytu. 
W obrazach Wyspiańskiego, nawet w przepysznym Kazimierzu 
Wielkim tej potęgi niema. 

Jest on malarzem wizyonercm sceny, (idyby szukać dlań ko- 
niecznie ilustratora, - a poszukiwanie to mimowoli się nastrc<*za, 
gdy wspomnieć, że Wyspiański wprzód byl twórcą Franciszkań- 
skiej polichromyi, nim został dramaturgiem — to rac/.oj Malcze- 
wski ł)yłl)y pokrewny mu duchem w malarstwie. Tasama tu i tam 
realność' wizyi, tosamo zuchwałe i>oniioszauio zmysłowego z nad- 
zmysłowem, idei i formy, lasama śmiałość tecłmiki, tosamo bez- 
względne dążenie do wysnucia z siebie swej treści, nie bacząc na 
to jak się objawia, czy będzie zrozumiała, nawet — czy będzie 
piękna. 1 tasama paląca tęsknota i zgryzota i wstyd, które sa.czy 
się i z ^Melancholii** i z ..Błędnego koła" spętanych kajdanami 
męczenników i sp(»jonycli rozkoszą splątanych par — a z Wy- 



STANISŁAW WYSPIAŃSKI. 2 31 

SDiaóskieg^o wyrwała się nagle potężną, niszczącą, bezlitosną 4awą 
w „Weselu". Wesele — to son zapustnej nocy zimowej, opo- 
wiadania świadka, który odurzył się własną fantazyą, otworzył duszo 
i widział je równie blisko, jak ciała, w którycli się kryją. I gdy 
napiął ich nerwy do najwyższego oczekiwania, pryska czar, kur 
pieje i rzeczywistość na nutę skocznego oberka wiewa się ).ełną, a jednak 
leniwą i przejmująco smutną falą. Satyra, sielanka i dytyramb w We- 
sel u ocierają się o siebie, natchniona mowa dusz wyrywa się naprze- 
mian z szumnym gwarem hucznego wiejskiego wesela, a mimo 
to jednoczy się z niem nierozerwanie i zda się, jakby właśnie z tego 
weselnego upojenia nocą, muzyką, miłością, winem, ta dusz ekstaza 
brać winna swój początek. Ekstaza^ w której na zaproszenie pan- 
ny młodej schodzą się do weselnej chaty widma, wydobyte z ko- 
łysek swych w głębi dusz. Więc przed wiejską kobietą staje upiór 
jej dawno zgasłego kochania i raz jeszcze na chwilę obejmuje 
ją w uścisk i okręca „raz do koła" na tem weselu takiem, ja- 
kiem ich wesele być miało. Przed dziennikarzem, gnącym się 
w jarzmie codziennej, brudnej karyery, którą pogardza, st'ije widmo 
wielkiego szydercy Stańczyka i bryzga mu w oczy jego własną, 
samolubną nędzą; przed poetą, tonącym w bezsilnych drobiazgach, 
l)łyska tarczą i zbroją widmo, ktcre jest duchem wielkości i dzie- 
jowej nieśmiertelnej sławy; przed wzrokiem chłopa skrwawiony 
duch Szeli wyciąga ręce i struchlałego porywa z sobą ^.bośrna 
brać" ; przed artystą, który śnił dyszące gniewem i zemstą chłop- 
ską Racławice, zjawia się duch Wernyhory i oznajmia cud, wy- 
zwolenie, dzień święty, archanielski. I wstają wszyscy o świcie 
w oczekiwaniu; jedni z pełną wiarą i kosą w ręku, inni napół 
przytomni tego co przeżyli, porwani ogólną atmosferą niepokoju 
— i tak wytężając słucłi, by usłyszeć hasło, zapadają w senność, 
z której nie podźwignie ich dźwięk złotego rogu Wernyhory, lecz 
przebudzi skoczne granie Chochoła i głos jego szyderczej piosenki. 

Wszystkie środki artyzmu sprzęgły się w Weselu, by dać 
wstrząsające wrażenie: mistrzowskie dyalogi, konsekwentne jak 
utarczka myśli, to znów rozpływające się w nieskończonem powta- 
rzaniu melodyjnych zwrotów, podobnych do operowego recUativo; 
sceny zbiorowe zgrupowano na podobieństwo obrazu i poruszane 
czarodziejsko wolnym, sztucznym ruchem; język, pełen obrazu, 
siły, dźwięku, zapomniana zda się mowa wielkiej poezyi i wiclkie^ro 
natchnienia. 

Wyspiański lubował się dotąd w przedstawianiu niesłyclianie 
prostych, elementarnych liuji duchowych; postaci jego są to 



rdz KRYTYKA. 

istotnie zaklęte i skamieniałe posągi o tragicznycli rysach. Nawet 
martwa 'niewzruszenie forma greckiej tragedyi nęciła go zawsze 
i próbował wkrzesió ją nietyiko dla antycznycli scen, lecz i dla 
najbardziej współczesnych rozpaczy. „Klątwa'^ gdzie nad zbrodnią 
księdza żyjącego jawnie z koclianką i dziećmi, bada chór wśród 
polskiej wsi, była może dotąd najpiękniejszym klejnotem poezyi 
Wyspiańskiego. Ale forma ta musi pęknąć i nie wytrzyma naporu 
wzrastających i ciągle krzyżujących się zagadnień duszy. Tak 
różnostronnycb, tak zawiłych i tak ludzkich postaci, jak te, które 
wywiódł w Weselu, Wyspiański nie stworzył przedtem. Twór- 
czość jego szlachetna, posągowa, lecz marmurowo blada, i rzekł- 
bym obojętna, okrasiła się rumieńcami życia i stała się bardziej 
litosną. Jest równie wielka — a bliższa. Eozumie współczesność, 
lecz niema na sobie trądu współczesności. Stała się bardziej 
ludzką, nie utraciwszy tragicznej powagi bohaterów. Ta głęboka, 
wewnętrzna powaga, ta spokojna świadomość własnej go- 
dności i losów, które nieuniknionym biegiem wznieść muszą i wznio- 
są, mistyczna wiara w nieubłaganą konieczność — dają właśnie 
twórczości Wyspiańskiego tak niedzisiejsze piętno. Dziś, gdy 
w. każdym najszczerszym artyście jest nieco literata, więc kabo- 
tynizmu, pajacowej próżności, taniej zawiści, Wyspiański wydaje 
się być rodem z tego pokolenia wieszczów, którzy dawno pomarli. 
I nie wydaje się ani zuchwalstwem ani dziwactwem, gdy jednego 
z największych naszych poetów dzisiejszych pyta się ustami widma : 

A czy wiesz, czem mogłeś być, ty żak ? ! 

1 zaprawdę wydaje się on jak wśród dzieci i niedorostków, 
własnemi igraszkami zajętych, duch niesłychanie poważniejszy 
i starszy — nie wiekiem lat i przeżytych zgryzot — lecz wieczną 
nieśmiertelnością myśli, nad którcmi się zadumał. 




PROF. DR LUDWIK GUMPLOWiCZ. 



Suggestya społeczna 



(Dokończenie.) 



Ale wródmy do naszego przedmiotu. 

Jeieli grupa jest źródłem wyobrażeń i zapatrywań jednostki : 
zkądźe grupa je bierze? w jaki sposób powstają one w grupie? 
Nie waham się odpowiedź na to pytanie zaczerpnąć z Rat zen- 



8UGGESTYA SPOł.ECZNA. '2:33 

hofera^) a mianowicie z teoryj jego o istocie myśli naszych. 
Stosując teoryę jego do grupy wszystkie wyobrażenia i zapatry- 
wania tejże okazują się niczem innem jak tylko objawami jej inte- 
resu żywotnego. Objaśnijmy tę rzecz przykładem. 

Jeżeli szczep Avojowniczy wśród nierównie liczniejszej ludności 
się chce utrzymaó, zmuszonym on jest naraźad się na każdym kroku 
na niebezpieczeństwa, zewsząd mu grożące. W takiej sytuaoyi na- 
jeźdźcy nie mogą byd sentymentalnymi, muszą działaó terrorem 
i postrachem. Okrucieństwa popełniane bez skrupułu są wtedy dla 
najeźdźców jedynem środkiem ochronnym. Popełniane z początku 
w obronie własnej stają się z czasem nawykuieniem. Taktyka ter- 
rorystyczna przestrzegana z początku z konieczności, wytwarza 
z czasem w umyśle zwycięzkich najeźdźców odpowiednie zapatry- 
wania i zasady. Brak odwagi, tchórzostwo, unikanie niebezpie- 
czeństw staje się największą w oczach grupy najezdniczej hańbą'; 
śmiałkowstwo, ślepe narażanie się na wszelkie niebezpieczeństwa 
największą cnotą i chlubą. Jeżeli szczep taki zwy ciężki podbiwszy 
sobie zaludniony kraj staje się klasą panującą i panowanie swoje 
chce ustalió: zmuszonym on jest uciec się do kłamstwa i obłudy, 
do wszelkich środków „moralnych" za pomocą których tylko może 
się spodzie wad aby, fizyczną przemocą zdobytą władzę w ręku swem 
zaohowad. Udaje więc wiarę w nadzmysłowe potęgi którym zwy- 
cięstwo i panowanie zawdzięcza, bo prngnie wiarę tę wpoid w raassy 
poddanych, których samymi środkami fizycznymi w posłuszeństwie 
utrzymad nie może. W takiej sytuacyi religia musi pomagad, klasa 
więc panująca wchodzi w sojusz z religią. Kapłani muszą dopo- 
magad rycerzom w utrzymaniu władzy. Ten cały zaś zasób zapa- 
trywań, zasad, zdań, artykułów wiary które konieczne są do pod- 
trzymywania władzy, wpajane bywają w następujące po sobie poko- 
lenia tak, ie z czasem cała klasa panująca przejętą jest niemi jako 
dogmatami w które wątp id się nie godzi. 

Oczywista że bezbronna, pokój owo-u sposobi ona podbita klasa 
poddanych, gnębiona w niewoli fizycznej i umysłowej dochodzi 
w skutek całego położenia swego do wcale innych zapatrywań i za- 
sad. Popęd samozachowawczy zmusza ją do uległości .i do znoszenia 
brutalnego ucisku. Tylko chytrośc i skrytośd może bezbronnym 
jednostkom klasy tej zapewnid pewne korzyści. Tchórzostwo nie 
jest u nich hańbą: ratowanie życia za każdą cenę największą zaletą. 



J) Porównaj: Gustaw RatzenJiofer, Der posilive Monisuin. Lipsk 18t)8. 



■"T 



234 



KRYTYKA 



Ten interes życiowy poddanych wytwarza w umysłach całej grupy 
ich odpowiednie zapatrywania które przez suggestyę społeczną 
wpajają się w każdą jednostkę na łonie grupy tej zrodzoną i wśród 
niej wyrastającą. 

Te zapatrywania zas centralne, wytworzone przez interesa ży- 
wotne grupy rodzą znowu drogą licznych konsekwencyj cały łań- 
cuch odpowiednich wyobrażeń i zapatrywań na wszystkich, cho<5by 
najdalej od bezpośrednich interesów żywotnych odsuniętych dzie- 
dzinach życia społecznego i osobistego. 

Tym sposobem każda gi-upa społeczna przedstawia zwarty 
system zapatrywań i zasad, który staje w rażącym przeciwieństwie 
do równie zwartych systemów zapatrywań i zasad innych grup spo- 
łecznych. Te wrogie systemy zderzają się ; na pozór ludzie walczą 
z sobą, w istocie wrogie systemy sir; zderzyły a zwalczają sie grupy, 
dyszące w jarzmach tych systemów. Te zwarte systemy zapatrywań 
i zasad nazywamy „kulturami" a filozofowie nauczają nas, że to 
właściwie „kultury" czy „kulturne światy" walki z sobą toczą. 
Tak nieraz nam mówiono że w walkach Aleksandra W. z Persyą 
walczył hellenizm z kulturą wschodnią; w walkach Turcyi z Eu- 
ropą walczył pół-ksiożyc z krzyżem ; to znów w Europie w średnich 
wiekach w walkach Franków przeciwko Sasom, Polski przeciw 
Pomorzanom i Prusakom walczyło chrześciciaństwo przeciw pogań- 
stwu ; w wojnach krzyżowych wystąpiła kultura zachodnia przeciw 
wschodowi; dziś w Rosyi popularną jest teorya walki zdrowej 
sławiańszczyzny przeciw „zgniłej** kulturze zachodnio-europejskiej; 
mocarstwa europejskie łupiące dziś Chiny głoszą walkę „kultury 
europejskiej" przeciw barbarzyństwu chińskiemu; Anglicy głoszą 
walko zasady wolności politycznej przeciwko takim „wstecznikom" 
politycznym jakimi są Burowie a wreszcie dzisiejsi teoretyc»y soeya- 
lizmu głoszą walkę zasad postępowych przeciw ..kapitalizmowi". 

Te frazesy filozoficzne zawierają nieco prawdy, ale nie całą 
i nie nagą. W gruncie rzeczy bowiem toczy się zawsze walka 
o interesa żywotne grup społecznych, przyczem mniej lub więcej 
świadome albo może nawet nieświadomo, na motyw rzeczywisty, 
interes żywotny — zarzucanym bywa płaszczyk zasad i idei. Tak 
głoszoną bywa często walka ..prawdziwej wiary" „wyższej kultury" 
„wolności" .,brater8kości" i tp. gdzie w gruncie rzoi^-y chodzi o - 
bogaty łup, o polepszenie bytu jednej grupy kosztem drugiej, 
wreszcie o pano\vanie jednej grupy nad drugą. Tylko drogą sugge- 
styj społecznej stuje się, że jednostki w istocie przejęte są zapatry- 



SUGGESTYA społeczna. S35 

waniem i przekonaniem, ie walki te toozą się o zasady, idee, o wiarę 
kulturę, wolnośd, równosd, zbawienie ludzkości i tp. 

Co się zaś na wielką skalę odgrywa między światami kultur- 
nemi i państwami, to na mniejszą stopę odgrywa się wewnątrz 
poszczególnych państw: interesa żywotne pojedynczych grup spo- 
łecznych zwalczają się pod pozorem, że tu chodzi o „zasady poli- 
tyczne" o „idee moralne* o „etykę" o „prawdę" o „sprawiedliwość" 
i tp. Każda grupa społeczna walczy o swój interes żywotny: je- 
dnostki zaś w skutek suggestyi społecznej myślą, że prowadzą walkę 
o „idee i zasady" ; ani się im śni że te „idee i zasady" są wytworem 
żywotnych interesów ich grupy społecznej, które poniżej progu 
świadomości jednostek drogą suggestyi społecznej przetsvarzają się 
w -idee i zasady". 

W taki to sposób się dzieje, że jedne grupy społeczne w pań- 
stwie walczą o „wolnośd i postęp'* drugie o „moralnośó i porządek". 
Te hasła hypnotyzują jednostki i przykuwają je do grupy. Jed- 
nostka mniema, że z „przekonania" z „wolnej woli" uznając „pra- 
wdziwość" „sprawiedliwośó^ „wartośó moralną" tych zasad w obronie 
ich walczy i ofiary ponosi ; ani jej się śni, że interes żywotny grupy 
wprzęgnął ją w swój rydwan i do walki napędza. To wsystko robi 
suggestya społeczna i w tern leży ogromne znaczenie jej dla roz- 
woju społecznego. Skupia ona wszystkie siły jednostek koło je- 
dnego niewidzialnego sztandaru którym jest żywotny interes grupy. 



Znamy teraz istotę suggestyi społecznej i. rolę, jaką odgrywa 
w rozwoju społecznym. Przypatrzmy się teraz dwom głównym jej 
rodzajom. Jedna bowiem suggestya społeczna jest naturalna a jedna 
sztuczna, albo raczej jedna odbywa się bez\viednie, druga wywieraną 
bywa z pełną świadomością celów i systematycznie. Tę ostatnią wy- 
wierają pewne grupy i ustroje społeczne uświadomione swych in- 
teresów i tendencyi. Do takich ustrojów należą np. wszelkie stowa- 
rzyszenia wyznaniowe i kościoły któro albo z pełną świadomością 
celów swych sio ukonstytuowały albo też w ciągu swego rozwoju 
do świadomości tej doszły. Jak wszystkie naturalne ustroje tak 
i te sztuczne ożywione są popędem samozachowawczym, który 
wytwarza w nich odpowiednie, temu interesowi żywotnemu służące 
wyobrażenia, zapatrywania i zasady, sformułowane najczęściej w zwarty 
system „artykułów wiary". To ..nauko'* swoją szerzą ono zapomocą 



^>3i; KRYTYKA. 

wychowania młodzieży, zapomocą kazau i propagandy a w nowszych 
czasach zapomocą katechizmów, broszur, książek i gazet. Zapo- 
mocą tych środków starają sie one z większy <5 szeregi „wiernych" 
wpoid w nich „zasady wiary'* w których obronie potem jednostki 
.,z przekonania" gotowe życie poświeció. Takie ustroje społeczne 
np. maliomedanizm albo budyzm nie szczędzą życia swych „ owie- 
czek „ : w walkach religijnych często krocie ich giną wrzekomo 
w obronie „zasad wiary" w istocie w obronie interesu żywotnego 
grupy czy ustroju społecznego sztucznego, który ś wiadomo wyko- 
nywaną suggestyą pozyskał i sfanatyzował te „armie wiernych". 

Podobnym ustrojem jest państwo. Na pewnym szczeblu roz- 
woju swego uświadamia ono sobie jasno swoje cele. Wtedy stara 
feio ono za pomocą propagandy szerzyć te wyobrażenia, zapatrywania 
i idee, kt<5re zdolne są służyó interesowi jego żywotnemu. Ta pro- 
paganda „oficyalna" odbywa sic zapomocą wychowania publicznego, 
nauki, teoretycznego wykształcenia na wszystkich dziedzinach wie- 
dzy i polega na szerzeniu tych wyobrażeń, zapatrywań i zasad, 
które sprzyjają utrzymaniu państwa w tej formie, w Jakiej chwilowo 
istnieje. 

Przypomnijmy sobie tylko, jak w pierwszej połowie zeszłego 
wieku uprawiano w Niemczech kult zasady ,. legi tymi zmu'\ Działo 
się to urzędownie i półurzedownie, w celu lepszego zabezpieczenia 
kilka tuzinów tronów małych książątek niemieckich. Teoretycy sta- 
rali się według prawideł umiejętnych uzasadnió to „prawdo" legiti- 
mizmu; profesorowie pisali uczone dzieła o tej zasadzie, wykazując 
jej wyższośó ponad wszystkie inne zasady. Aż pewnego jłoranku 
po szczęśliwej kampanii Bismark kopnął nogą to zasadę i oświad- 
czył, że „siła idzie przed prawem''. Odtąd o legitimizmie w Niem- 
czech ucichło, jui żaden profesor o świętej tej zasadzie nie pisze. 

Natomiast dziś piszą o innej : o zasadzie „jedności narodo- 
wej". Ta dziś panuje. Urzędownie ją propagują ze strony Prus. 
Wymaga ona wrzekomo, aby wszystkie kraje niemieckie zjednoczone 
były pod jednem berłem. Ponieważ berło to dzierżą Prusy a „Fap- 
petit vient en mangeant", więc z Prus szerzy się systematycznie 
ta suggestyą społeczna o jedności Niemiec, jako szczycie szczęścia 
narodu. Oczywista, że ta teorya pruska, że jak daleko język nie- 
miecki sięga, tak daleko sięgad powinno zjednoczenie Niemiec, ma 
kilka dziur. Bo jeżeli „zasada" jedności polega na zjednoczeniu 
jednej narodowości pod jednem berłem, to Prusy po winny by wydaó 
prowincye nie-niemieckie. Ale wszystkie „zasady" polityczne mają 
to wspólne, że są zawsze tylko „bierne" i „zachowawcze", to zna- 



Sr:GGESTVA SPOŁECZNA. f237 

czy ie bywają powoł3^vane, kiedy jest cos do brania i zacho- 
wania, ale nigdy nie są „wydajne", to znaczy, że jak świat świa- 
tem, nikt jeszcze w imię zasady nikomu nic nie wydał. To tez 
Prusacy są zNyolennikami zasady jedności narodowej tylko tam, 
gdzie mają zachowad i bra<5; gdzie zaś w imię tej zasady by mieli 
sią czegoś wyrzec, tam stosują inne „zasady" polityczne, jak n. p. 
stanowisko światowe, interesa handlowe i t. p. Zresztą, co prawda, 
to nie tylko Prusacy mają takie „zasady"; wszystkie inne państwa 
postępują tak samo, bo zasadą polityki jest : interes żywotny, gwoli 
któremu głoszone bywają najrozmaitsze według okoliczności „zasa- 
dy", które zapomocą suggestyi społecznej wpajaó w największe 
masy jest zadaniem prasy urzędowej i „gadzinowej". W tym wy- 
padku suggestya sztuczna, wywierana świadome przez rządy, ma 
zadanie pozyskania jak najszerszego ogółu dla celów polityki rzą- 
dowej. 

W ogóle publicystyka gra dzisiaj ważną rolę, jako narzędzie 
świadome wywieranej suggestyi społecznej. Każde stronnictwo stara 
się przez rozszerzanie swojej gazety wpajaó w publikę odpowiednie 
interesowi swemu zapatrywania i zasady. W tym wypadku związek 
między interesem a suggestyonowanemi ^zasadami" i „ideami" 
jest zupełnie jawny dla tych, co mają oczy; takich jednak między 
czytelnikami gazet jest strasznie mało. Nie zliczy tych setek „za- 
sad" głoszonych przez najrozmaitsze grupy społeczne: magnatów, 
właścicieli wielkich, przemysłowców, bankierów, kupców, uczonych, 
biurokratów, a nawet literatów i artystów, odnoszących się do naj- 
rozmaitszych sfer życia, a które nic są niczem innem, jak osłoną 
interesów żywotnych tych grup. „Zasady" te puszczone w obieg 
z mniej lub więcej świadomą tendencyą suggestyjną, kursują 
i przyjmowane bywają za dobrą monetę. Gdyby można zrobió roz- 
biór ściśle umiejętny duszy człowieka i zbadad wiele w niej jest 
pojęd i zapatrywań własnych, zdobytych pracą umysłową a wiele 
w niej jest suggestyj społecznych, rezultat byłby bardzo upakarza- 
jący. Nawet najsamodzielniejszy myśliciel spostrzegłby ze wstydem, 
że jak gąbka włożona do wody tak nasiąkł wyobrażeniami i zapa- 
trywaniami swojego środowiska. 

Z tem wszystkiem nie radziłbym nikomu przystąpió do takiego 
obrachunku sumienia; mógłby się przy tem pozbyó wielu suggestyj 
społecznych, które dotąd przyczyniały się do jego szczęścia osobi- 
stego. Z ostatnią suggestya, którejby się pozbył, straciłby zarazem 
może wszelki interes żywotny. Bo ostatecznie ta suggestya będąc 
wytworem interesu żywotnego grupy, wiąże jednostkę z życiem. 



238 



KRYTYKA 



Pozbywając się wszelkich suggestyj, jednostka zrywa nie tylko 
więzy łączące ją z grupą ale temsamem traci wszelki interes ży- 
wotny; 00 więcej świta jej poznanie, ie nie była nigdy sobą, źe 
była cząstką grapy i żyła dla grupy. Takie przejrzenie ostateczne 
może mied chyba to dobre, ie u schyłku życia zniża do zera war- 
toś<5 przywiązywaną do życia osobowego i temsamem robi jedno- 
stkę obojętną na zanik życia, daje jej taki spokój w obec natural- 
nej konieczności śmierci, jakiego jej żadne suggestye o ^^nieśmier- 
telnosci duszy" i „życiu pozagrobowem" da<$ nie mogą. 

Pomyłka druku: W pierwszej części tego artykułu w zeszycie lutowym 
str. 147, wiersz 3 od góry po wyrazie „Jfrupy" opuszczono : ,.po części bez- 
wiednie i mimowolnie^.- 




JÓZIF RUFFBR. 



o Słońcu. 



1. Błogosławieństwo. 

I wiosną złote Słońce nawiedziło sady 
I dojrzał czas i krasą owoc każdy płonie 
A dumne matki-gruszc, i matki-jabłonie 
Opuszczają ramiona: nie mogą dad rady... 

I rozegrzało Słonce skiby czarnej ziemi 

I, wdzięczna, w samo serca swojego w zanadrze 

Wzięła ziarno i oto patrzy teraz: radze 

Człowiek — że mu się takie bujne kłosie plemi?... 

I rozbudziło słońce krew w Dwojgu Człowieka, 
Aż w żyłach im zagrała, jak ognista rzeka ! 
— I nawiedzona l)yła od męża niewiasta... 

Czas dojrzał: pierś jej w dwoje mlecznych gron urasta 

I oto mąż się Śmiejo onej : że ogrojce 

I^ujne, godne wykarmid wnukom dzielne ojce... 



o SŁOŃCU. 239 



2. Rozkosz. 

(Jak hymn) 

Graj ! silniej graj, o Słońce ! 
Bo niedość ra^ mnie Twe święte groty, 
Co z cięciw harfy niosą pioruny pieszczoty 
Boskiej, trawiącej... 

Graj silniej jeszcze! 
Bo niedośd ciałem kłębię się i wiję^ 
Niedosd smagają nmie twe złote żmije 
W ogniste dreszcze !... 

Mocyd nie staje?!... 

Więc zawyj w bezmiar swą Rozpacz i w walce 

Z oporem stron niesfornych kalecz do krwi palce, 

A potężniejsze graj Kaje! 

Takie — że niemi w Szał duszę zamącę! 

Bo ja Cię przeklnę ! — graj ! graj ! ! graj ! ! ! o Słońce !... 



S, Gnie w. 

Trawiona Twoim żarem ziemia ledwo dysze — 
Spękanem sti*asznie łonem dżdżu chód kropli woła 
I pokazujed rozpacz swoją: zwiędłe zioła, 
A ty masz za odpowiedź jedną wrogą ciszę... 

Ludowi, co te ziemię orał — tak okropnie 
Znikczemniał duch i zawiądł od srogolci Twojej, 
Ze ani kląd cię nie chce, ni o ciebie stoi, 
Jak pies, co ginąc nie dba, że go ktol tam kopnie... 

A śród pustynnych piasków — wszakże widzisz. Słońce? 
Twą żagwią zapalona żądza dziką zbrodnię 
Spełniła na godności ludzkiej : bo tam życie 

Syn ojcu dla wielbłądziej wody wydarł skrycie 

1 patrz — ten człowiek zgwałcił godnośó swą zawodnie: 

Nie znalazł wody! Widzisz? Pastw się, ty, Szydzące! 



4. Poeępny. dumny lud. 
Oto brat ioh powróoił z otiej dsiwoej ziemi, 
Co poślubiona Stońou. Przeto w jego ohatę 
Przyszli, aby ełyazeli te, w ouda bogate 
Powieści, ktlSre prawi z oozyma Iśoi^emi... 

Stoją, siedzą w milczeniu i nakrzyż ramiona, 
Słuchają — i tę, ziemii^, oo ją pieśoi słoUco, 
Bogactwem zasypaną — te ludy kwitnące 
Obaozyła ich młoda dusza w Boy zbudzona... 

I myśli lecą! lecą! niby owe ptaki 

Na wyraj... &i — zawróoą nagle na ioh czoła 

I siędą w dumnych oczach: z lotów ni poznnki.., 

Nie pójdą tam! bo tutaj ciężki tnid ich woła, 
Błogosławieuetwo wota walk i prao nuiącc... 
Posępny, diunny lud!,.. O, raduj ty się, Słońce!. 



B. Przepawtna tajemnica. 
Wyznawam, źem niegodny spojrzeó w ciebie, Hłoiico 
Ja, ziemi proch — a myśli takie mam ponure. 
Potężne tak i czarne, ii je jako chmurę 
Zwycięską na twe groty wiodę szalejące... 

A czarny cieli tej chmury zgnębił moją duszę... 

I oto, jak wygnaniec chodzę, jak przeklęty 

Po puatkach i trujące samotności męty 

Piję — bronię się, wzdragam i — piję — bo muszę. 

jakąś żywiołową mam się winid zbrodnię. 

('om — ziemi proch — z mą myślą si>łodził ją niegodnie 

1 t<trach! i straoh mnie bierze w ręce swe trzęsące!... 

Ah! nie! jam nie jest winien, Słoiicc, że i w słoiica 

Śmie godzid ona Zimna, Wieczna i Niszcząca! 

Ja myślom swym wypfdam oczy I — słyszysz, Słońce ! ? 



'•^^ 



m. M. MZŁOwaKi. 

lia slow D pozjtywimie w Polsce i o Jego roli przeszłej 
w dziejaci IidztoścL 

{Przemówienie na zjeździe pozytywistów w Paryżu, dnia 2 września 1900 r.} 

Obok licznych zjazdów i kongi^BÓw, odbytych w PsLTyia 
w kodoowym roku ubief^ego stulecia, miało mieJBoe jedno zgroma- 
dzenie, które chooiai w zasadzie przedstawiało charakter ^oiinknię- 
tego koła, niemal kościoła jednego łvy;iDania, nie mogło wszakże 
nie obudzi<^ zajęcia we wszystkich, kŁ<5rym nie jest obcy postęp 
my^li ludzkiej, nie mgło nie przyciągnąć, prócz adherentów ścisłych, 
licznych przyjaciół i sympatyzujących, w liczbie których znalazł 
się i podpisany. 

Mam tu na myśli zjazd przedstawicieli towarzystw pozytywi- 
stycznych Europy i Ameryki, odbyty w dnia<!li 2 — 5 września, dla 
uczczenia pamięci Co m te' a. 

Pierwotnie zamierzano w dniu 2 września odsłonili jiomnik 
A. Comte'a, na ktdry składki łvpływalj- ze wszystkich krajów 
Europy i Ameryki. Posąg wszakże uie był gotów na termin wyzna- 
czony. Uroczyste zgromadzenie publiczne, odbyto się pomimo to 
dnia oznaczonego o 3-ciej po południu w sali Towarzystwa Uczo- 
nych przy ulicy Dantona. Kilkaset zgromadzonych tutaj osób mogło 
c^lągaó bardzo piękny model pomnika, przedstawiającego popiersie 
filozofa wieńczone przez ludzkośó w postaci młodej kobiety z dzieo - 
kiem ; obok stoi wiedza w postaci młodzieńca zamyślonego. 

Przedstawiciele rozmaityoli narodowości: wygłosili tu liozne 
mowy, Lafitte, głowa kościoła pozytywnego, prezydował \v- fotelu, 
ale słabośff zmusiła go niebawem opuśció salę. Przemawiali: Denis 
i Keufer z Francyi ; Molenaar z Niemiec, prof. Bridgos z Anglii, 
Maoedo i Parraz Meksyku, Nowikow z Rosyi, Ahmed Riza z Tuoyi 
(przedstawiciel młodo-tureokiego stronnictwa, wygnaniec i wydawca 
pisma rewolucyjnego „Mesztweret" , i^imon z Brazylii. Polska nie była 



2i2 KRVTVKA. 

reprezentowana na tern zebraniu, Polska, w której wszakże tak roz- 
głośne jeszcze przed paru dziesiątkami lat były echa pozytywizmu. 
Skłoniło to piszącego te wiersze do przemówienia na wieczornym 
bankiecie, na którym wobec paruset osób w dalszym ciągu odby- 
wały się liczne mowy, aby zaznaczyó udział Polski w ogólnym 
ruchu pozytywistycznym i wypowiedzied swoje osobiste zapatty- 
wania na znaczenie i przyszłośó zasad pozytywizmu. Przemówienie 
to podaję obecnie w tłiunaczeniu dosłownem^) 



Szanowne Panie! Szanowni Panowie! 

Pragnąłbym, po wrażeniach dnia dzisiejszego, abym mógł się 
nazwaó pozytywistą powtórnie nawróconym. W każdym razie, całą 
sympatyą serca i przekonań pociągnięty ku temu zgromadzeniu, 
ośmielam sie^zabrad głos, aby zapełnid lukę, niezawodnie mimowolną, 
powstał*} na posiedzeniu popołudniowem ; aby powiedzied kilka słów 
o ruchu pozy wisty cznym w Polsce, ojczyźnie mojej. 

Sądzę wszakże, iż zanim do tego ])rzystąpię, obowiązkiem 
moim jest wyjaśnid mój osobisty stosunek względem doktr>'ny. Na- 
leżę do pokolenia, którego pierwsze kroki ku wytworzeniu filozo- 
ficznego poglądu na świat i na społeczeństwo czynione były pod 
przeważnym wpływem pozytywizmu. Studya filozoficzne późniejsze 
oddaliły mię od tej doktryny, przeważnie w niektórych jej punk- 
tach teoretycznych i oderwanych. Istnieją wszakże dwie zasady 
praktyczne w Polityce pozytywistycznej, które najzupełniej harmo- 
nizują z tem, co stanowi, i mam nadzieję, zostanie na zawsze podwaliną 
moich aapiracyj, pragnied i czynności. Są to dwie wielkie zasady : 
sprawiedliwości między narodów ej i sprawiedli- 
wości społecznej, które słyszałem tylokrotnie wygłaszane 
z taką siłą, z taką definicyą, z taką jaskrawością ; które słyszę wciąż 
powtarzane przez wszystkich członków tego zgromadzenia, nieza- 
leżnie od ich narodowości i stanowiska społecznego, które stosują 
oni, wbrew przesądom urodzenia, przeciwko swojej narodowości lub 
swojej kaście. 

Te dwie zasady stały się dla mnie niejako nowem objawie- 
niem Pozytywizmu ; pociągnęły mię całą siłą sympatyi ku tym, 



M Oryginalny tekst znajdujo się obok i)rzemówień wygłoszonych na 
sessyi popołudniowej i niektórych innych, w zeszycie listopadowym 
R e V u e O e c i d e n t a 1 e dwumiesięcznika, będąroffo orjjfanem Towarzystwa 
J^zytywistycznego w Paryżu. 



KILKA SŁÓW O POZYTYWIZMIE. U 46 

którzy go wyznają; kazały mi odczud toźsamośd większej części 
mojej istoty duchowej z celami, ku któiyra dąży Towarzystwo Po 
zytywistyczne. Takie jest znaczenie zdania, od którego rozpocząłem 
to przemówienie. 

Nadmieniłem przed chwilą, ze w Polsce całe pokolenie, do 
którego należę, uległo silnemu wpływowi Pozytywizmu. Istotnie 
jeśli nie ścisła doktryna Comte'a, to przynajmniej duch jej zastąpił 
u nas na początku siódmego lat dziesiątka bieżącego stulecia ro- 
mantyzm i idealizm, które panowały aż do chwili ostatniej naszej nie- 
szczęśliwej walki o niepodległośó w r. 1863. Nieszczęścia kraju, 
okropności ucisku, blizko sto tysięcy ludzi, elita narodu, wymordo- 
wanych, uwięzionych lub wywiezionych na Syberyę — wszystko 
to spowodowało reakcyą, przygnębienie chwilowe. Wtedy t-o Pozy- 
tywizm przyniósł świeży powiew, odradzający życie umysłowe spo- 
łeczeństwa. 

W r. 1868 Franciszek Krupiński, ksiądz katolicki, dał pierwszy 
dokładny i szczegółowy wykład nauki Augusta Comte^a w miesię- 
czniku — Bibliotece Warszawskiej. Wykład ten był bar- 
dziej niż bezstronny; był sympatyczny dla doktryny. Dawniej he- 
glista, F. Krupiński nawrócił się na Pozytywizm i został mu wier- 
nym do końca życia. 

Studyum Krupińskiego zainaugurowało bardzo intcnzywny 
ruch w tym kierunku. Wykłady doktryny następowały po sobie 
obok artykułów polemicznych, zwalczających zabobon i doktryny 
religijne przestarzałe, w imię Pozytywizmu. Pozytywizm stał się nie- 
bawem hasłem wszystkich żywiołów młodych i postępowych w walce 
z tradycyą i konserwatyzmem, jak przed pół >viekiem romantyzm, 
występujący do walki z klasycyzmem. 

Ta substytucya haseł zasługuje na uwagę. Polska, która roz- 
poczęła stuletnią walkę swoją o niepodległośó w imię zasad fiilozofii 
politycznej XVIII, stulecia, prowadziła ją dalej, przez większą 
ozęśó XIX. wieku pod egidą ideałów poezyi romantycznej, która 
pod wpływem walk olbrzymich i nieszczęśó kraju, przybrała u nas 
rozwój heroiczny i odcień proroczy. Po>vróciła teraz do zasady 
filozoficznej, jako do probierza najwyższego, po ostatnim stoczonym 
boju. Zasada ta, stawiająca trybunał spokojny i pozyty^vny rozumu, 
na miejsce uniesień wyobraźni i serca, staje się podstawą nowego 
programu politycznego i społecznego, zwanego „programem orga- 
nicznym". Celem jego było podniesienie kraju we względzie dwo- 
jakim: umysłowym i ekonomicznym, aby w ten sposób zabliźuió 
świeże rany ostatniej krwawej walki ; przedewszystkiem zaś podnic- 



•4 44 KRYiYKA. 

sienie umysłowe^ moralDe i ekonomiozne ludu wiejskiego i klas ro* 
botniozyoh. 

Praoa w zakresie tego programu trwa po dziś dzień rozsze- 
rzając się i pogłębiając nieustannie. Lecz od dziesięciu lat, mniej 
więcej, wszedł w grę nowy czynnik, który nie pozostał bez wpłjrwu 
na dotychczasową przewagę ducha pozytywistycznego w Polsce. 
Pierwszy zapał dla pracy organicznej uśpił był chwilowo dąienic 
do niepodległości narodowej, które zresztą na razie nie mogło mied 
ujścia praktycznego, wobec świeżej i okropnej klęski w r. 1863. 
Usiłowaniom wszakże ku urzeczywistnieniu programu organicznego 
w ciągu dwóch lat dziesiątków od 1870 do 1890, towarzyszył coraz 
to wzrastający ucisk rządu zaborczego, usiłującego stłumió wszelkie 
objawy życia narodowego pokojowego. Doświadczenie to przekonało 
o niemożliwości dążenia nawet do celów czysto kulturalnych i poz- 
bawionych tendencyi politycznej inaczej, jak środkami tajnymi 
i konspiracyjnemi. Istotnie, co można np. uczynió dla oświaty ludu 
w kraju, gdzie można dostaó się do więzienia lub na \vygnanie za 
rozdanie włościanom kilku książek drukowanych z upoważnieniem 
cenzury rządowej; gdzie język ojczysty wygnany jest ze szkoły 
a zastąpiony przez obcy i antypatyczny dla ludu; gdzie prześlado- 
wanie „tajnego nauczania" (co za zgroza w tem połączaniu wyrazów!) 
staje się coraz suro wszem, jak świadczy o tem niedawny ukaz carski^ 
Jeśli więc pewna częśó programu, wygłoszonego przez naszych pozy- 
tywistów, zostaje wykonywana z większą jeszcze ekstenzywnością dziś, 
niż przed dwudziestu laty, dzieje się to w sposób absolutnie tajny. 
Doświadczenie to przyczyniło się potężnie do ożywienia dążeii ku 
niepodległuści politycznej, które panują w ciągu ostatniego dzie- 
sięciolecia wieku. Spowodowały one zwrot idejowy od Pozytywizmu 
ku poezyi bohaterskiej pierwszej połowy stulecia, poparty ])rzez 
odnowione studya fiilozoficzne. 

Zwrot ów od Pozytywizmu nie jest może całkowicie uzasa- 
dniony. Pomiędzy pierwiastkami nauki pozytywistycznej istnieją 
takie, które mogą posłuźyó za podstawę do nowego poglądu na 
życie polityczne i społeczno, mogą spoid sio ściśle z nowemi aspi- 
racyami naszych patryotów. Do tej roli nadają sio jirzedewszystkioui 
wymienione już zasady Polityki pozytywistycznej. Na nio8zozoś<*ie 



1) Prawo z dnitt 26 kwietnia 1900, któro jo.st zrosztą tylko rozszerze- 
niem na Królestwo Polskie prawa wydanego w r. 1892 dla Litwy. Za ,.zbro 
dnic" uczenia czytać po polsku poddaje ono kaive HOO rs. lub więzieniu trzy- 
miesięcznemu. Tożsamo istnieje w Polsce pod zaborem pruskim tylko kara 
jest mniejsza (lOO marek lub o dni więzienia). 



KILKA 8ŁOW O POZYTYWIZMIE. 245 

ta strona nauki Comte'a była dot%d najmniej znaną i najmniej oce- 
nioną w moim kraju. 

Nadmieniłem juź ie istotę ruohu pozylyiiriBtyoznego u nas sta- 
nowił przedewszystkiem duch krytycyzmu, skierowany przeciwko 
dawnjrm wierzeniom i przesądom tradycyjnym. Duch ten torował 
sobie drogę we wszystkich dziedzinach życia umysłowego i czyn- 
nego, wprowadzując wszędzie ferment reformy i postępu. Prze- 
gląd Tygodniowy, redagowany przez p. Wiślickiego, pierwszy 
otworzył szpalty swoje dla owego pozytywizmu wojowniczego, którego 
dwaj główni szermierze pp. Świętochowski i Chmielowski, uzyskali 
z czasem zasłużony rozgłos : jeden jako publicysta i belletrysta, drugi 
jako historyk literatury i krytyk. Pierwszy z nich założył niebawem nowy 
organ pozytywizmu bojowego Prawdę. Trzeci tygodnik. Głos, 
reprezentował również duch pozytywizmu co do zasad ogólnych, 
chociaż różnił się od dwóch pierwszych w programacie społecznym. 
Redaktor jego J. Potocki był zwolenikiem angielskich uczniów 
Comte^a, zwłaszcza zaś Spencera, którego kilka tomów przetłu- 
maczył. P. Ochorowicz, znany w Paryżu z prac swoich nad hypno- 
tyzmem, nałożył wydawnictwo pt. Biblioteka pozytywisty- 
czna, w którem ukazywały się bądź szkice oryginalne bądź prze- 
kłady dzieł napisanych w nowym duchu. 

Jeśli całej tej literatury nie można nazwaó pozytywistyczną 
w ścisłem znaczeniu wyrazu, nie zbrakło i przedmiotowych, nau- 
kowych wykładów nauki Comte^a wśród których ^vymienimy dwa: 
pp. Kraszewskiego i Stiuwe^go ; obaj zi*esztą nie są zwolennikami 
doktryny. P. Smolikowski dał wykład religii pozytywistycznej (1875) : 
p. Bolesław Limanowski, publicysta i socyolog bardzo >vybituy, 
mieszkający obecnie w Paryżu, napisał szczegółowe studyum o S o- 
cyologii Comte'a (1875). Nie wymieniam tu publikacyj war- 
tości drugorzędnej. 

Ten pobieżny rzut oka pozwala ocenió, do jakiego stopnia 
życie umysłowe i czynne całego pokolenia w Polsce zostawało pod 
wpływem Pozytywizmu. W^pływ ten nie zesłał jeszcze wyczerpany 
i nauka Comte'a będzie mogła odzyskad ponownie znaczenie swoje 
dzięki stronom swoim pominiętym przez moich współrodaków. 

Wracam w ten sposób do punktu, od którego zacząłem, a je- 
śli pozwolicie mi nadużyó uprzejmości Waszej w ciągu kilku minut 
jeszcze, ośmielę się wynurzyd swój pogląd na przyszłe znaczenie 
pozytywizmu, nie tylko dla mojej ojczyzny, ale dla ludzkości wogóle. 
Przyszłośó te widzę w konsekwentnym rozwoju i zastosowaniu dwóch 
wielkich zasad, które już ^vymieuiłem, zmierzających ku podwój- 



240 KRYTYKA. 

nemu celowi : p o k o j u społecznego i pokoju międzynaro- 
dowego. Pierwszy znaczy zniesienie panowania jednostki nad jedno- 
stką ; wyzwolenie pracownika z niewoli środków produkcyi. Drugi 
— zniesienie panowania narodu nad narodem ; zależności politycznej 
będącej wynikiem zbrodni lub niesprawiedliwości dziejowej. 

Łatwo dostrzedz, źe obie te zasady są ściśle z sobą z\viązanc. 
Istotnie, jeśli wei^miemy pod uwagę cztery główne przyczyny wojny, 
które daje nam poznaó historya, możemy przyjąó, iż wojny reli- 
gijne, wytwór fanatyzmu, należą całkowicie do przeszłości; że 
wojny dynastyczne stają się coraz rzadsze i znikną zupełnie 
z rozpowszechnieniem rządów republikańskich. Istnieje wszakże 
kategorya wojen, które nietylko nie zmniejszają się ilo- 
ściowo, lecz przeciwnie, szerzą się coraz bardziej, tak iż koniec 
stulecia został świadkiem prawdziwej bakchanalii chciwości wojo- 
wniczej. Są to wojny kolonialne. 

Skąd to pochodzi? Dla czego wtedy, gdy pokój jest na ustach 
u wszystkich, gdy wygłaszane są zasady humanitarne, dlaczego ta 
rzei nieustająca? Dla czego te niesłychane oknicieństwa względem 
ludów, które nazywamy nieuc)rwilizowanymi ? Przyczyna tkwi w tem, że 
wojny owe są wynikiem koniecznym organizacyi lub raczej dezorganiza- 
cyi systematu ekonomicznego XIX. stulecia. Każde państwo szuka 
upustu dla swoich produktów przemysłowych, niemniej jak dla pro- 
letaryatu swego, wygnanego z ojczyzny przez maszyny, które „pro- 
dukują taniej i nie żądają chleba"^. Systemat ekonomiczny obecny 
jest taki, że ci, którzy kierują produkcyą, znajdują zysk w momen- 
cie sprzedaży, co pobudza ich do produkewania w jak największej 
ilości i w jak najgorszym gatunku; do szukania coraz to nowych 
nieszczęśliwców, których połowę mordują, aby zmusió resztę do pła- 
cenia drogo za lichy towar, w celu ubezpieczenia zysku kapitalisty. 
Tasama więc organizacya społeczna, która jest przyczyną niewoli 
robotnika w jego ojczyźnie, która go wygania za ocean, sieje zara- 
zem i nasiona wojny międzynarodowej. A skoro wspólną jest przy- 
czyna złego, lekarstwo musi by<^ jednakie. Pokój społeczny st«taie 

się podstawą pokoju międzynarodowego. 

Istnieje wprawdzie jeszcze jedna przyczyna wojen, lecz wojen 

drogich dla przyjaciół Ludzkości o tyle, o ile przyczyna ich jest nie- 
nawistną. Wojny te są sprawiedliwe i wspaniałomyślne, gdyż dążą 
do naprawienia krzywd dziejowych, rabunków dokonanych przez 
naród na narodzie. Mam na myśli wojny o niepodległośó. Wy- 
nikające z niesprawiedliści międzynarodowej, muszą zniknąó skoro 
tylko zasada sprawiedliwości międzynarodowej stanie sie zwycięzką 



BEN HOTUR. Ji47 

Da kuli ziemskiej, a wszystkie nasze życzenia są za tern, aby nie 
ustały wcześniej. 

Te więc dwie ideje będą zawsze pociągały umysły szlachetne 
ku Pozytywizmowi, gdyż podążają one ku temu, co j^est najdroźszem 
dla każdego kochającego bliźnich swoich : ku lepszej i bardziej 
ludzkiej przyszłości rodu ludzkiego. Za ich rozszerzenie, za 
ich iwycięztwo podnoszę ten toast. 




MACIEJ 8ZUKIEWICZ. 



Sezi. Slot -o. X 

Opowiadanie. 

(Dokończenie). 

Upłynęło niemało dni od tego czasu. Ben Hotiir siadywał 
nad brzegiem strumienia na krańcu oazy. Kilkakrotnie widział 
Saidę, używającą zwykłej rannej kąpieli^ kilkakrotnie widział swa- 
wolę Hefry, aż dnia jednego zadrżał cały spostrzegłszy u jej boku 
smukłą Leilę. Pewny był, że za chwilę ujrzy jak wchodzi w wodę, 
i zwilża czoło, kolana i łono, stosownie do świętych przepisów. 
Ale wnet odpędził od siebie tę myśl, dostrzegłszy wlokącego się za 
kobietami Gehrę. Więc spokojniej już patrzył, jak obie zodziewały 
swe szaty. Hefra pierwsza zzuła kaftan i trepki i rzuciwszy je 
eunuchowi, wpadła w wodę. Podobna była wtedy do rybki o mie- 
dzianych łuskach, tak była zwinna i tak radośnie pluskała się 
w wodzie, ręką przyzywając Leilę. Ta rozpinała wolno kaftan, 
a gdy Hefra nalegała na nią coraz bardziej, aby się spieszyła, Leila 
potrząsnąwszy głową, twarz zakryła włosami i oczyma i giestem po- 
kazywała towarzyszce stojącego opodal sługę. 

Hefra zaśmiała się : 

— Gehra ślepy, Gehra nie widzi kobiet — rozbieraj się i chodź. 

Leila raz jeszcze spojrzała spłoniona na sługę, który usiadł 
w kuczki i apatycznie poglądał w dal i zwlokła odzienie. 

Hefra klasnęła aż w dłonie i zaprzestała wodnej zabawy. 
Wiedziała i czuła, że sama jest piękną. Ale teraz spojrzawszy na 
kształty Leili, oniemiała z zachwytu. Usta jej drżały. Szeroko roz- 
warte oczy śledziły każdy krok dziewczęcia, któremu żwir łaskotał 



248 KRYTYKA. 

stopy i zwiększał jeszcze rozkoszną nieśmiałość ruchów. A gdy 
Leila zanurzyła w kryształ prawą nóżkę i wyjęła szybko dla chłodu 
fali, Hefra wybiegła z wody, obj^a wpół Leilc, )K)tem przewróciła 
ją na piasek i poczęła się wraz z nią tarzaó^ całowad ją i pieśció. 
Oddech jej stawał się wciąż prędszy^ uścisk coraz silniejszy, a taki 
jakiś dziwny, ze Leila patrzyła na swą towarzyszkę wystraszonemi, 
cndnemi oczyma, nie siląc się jej nawet opieraó. 

Ben Hotur przymknął oczy i gorzko dumał. Ta krótka chwila 
wydała mu się całą wiecznością, której niema kodca. Ale oto 
przerwał ją nagły, proszący, dziecinny krzyk Leili: 

— Hefro, Hefro! 

Siedzący dotąd apatycznie Gehra zerwał się z siedzenia. Rze- 
mienie świsnęły mu w dłoni i bronzowa skóra Hefry poczerwieniała 
kilku ciemniejszemi pręgami. 

Hefra zgrzytnęła tylko gniewnie i uciekła w wodo. 

Gehra pogroził jej z daleka. Potem ujął Leilę za ramię i po- 
pychając gwałtem w wodę dorzucił : 

— Dziś szeik tobie rzuci chustkę jedwabną. 



(idy dnia tego noc zapaliła na niebie pierwsze gwiazdy, oaza 
zawrzała zgi^kiem i okrzykami. Starsi z plemienia stawali gromad- 
kami i radzili o czemś półgłosem. Młodzież npędzała w obręb na- 
miotów chodzące luzem konie, wiązała juki podróżne i czyściła 
broń, kilkunastu zaś mężów dojrzałych stało u namiotu szeika 
i słuchało opowieści u wędzonego na słońcu pustyni człowieka, który 
przed zachodem słońca przycwałował do onzy i oddał jakieś pismo 
szeikowi. 

Bon Hotur nie dbał na to, co się dokoła niego działo. Myśl 
jakaś ciemna, której sam nie zdołałby rozwikłaó, położyła mu sio 
od rana kamieniem na mózgu i gnała precz od ludzi. Ze zwieszoną 
głową brnął długo przez piaski pustyni. Z duszy całej pragnął, 
aby teraz na otwarte powieki położył mu się sen i ukazał rzoozy 
nieistniejące. Ale sen ów nie chciał na niego zstąpić, czując, że sio 
nie pomieści przy jego smutku, który go tak iłoozył, że aż iia 
piasek powalił, .lak długo leżał tak w pustyni, z otwartemi w niebo 
oczyma, nie wiedział Ben Hotur. Zerwał sio dopiero usłyszawszy 
niedaleko zmieszane głosy ludzi i parskanie wielbłądów. Przy świe- 
tle wschodzącej zorzy ruszała na wschód karawana — całe jogo plo- 
mio z szeikiem na czele. 



BEN HOTUR. '^4:» 

Ben Hotur wciągnął w płuca chłodne powietrze poranku 

i wkrótce potem znalazł się pod znanemi palmami i nad brzegiem 
znanego strumienia. 



Mijały dnie i tygodnie. Wyprawa Avojenna, na którą szeika 
wezwało sąsiednie, zaprzyj aj^nione plemię, przeciągała się długo. 
W oazie prócz małych dzieci, starców i kilku stróżów haremowych 
nie spotykał Ben Hotur nikogo. Wyszli mężczyźni, wyszła młodzież, 
pusto było i odludnie. Zato zrazu nieśmiało i jakby ukradkiem, 
potem coraz częściej wymykały się z namiotów kobiety stare 
i młode, aby uźyó przechadzki, porozmawiaó, pośmiaó się trochę. 
Eunuchy klęli je zrazu, grozili karami, alo wiedząc, że starcom 
można zaufaó, przestali wreszcie dąsaó się i nie bronili niewinnych 
zabaw. Jak wypuszczone z klatki ptaszki trzpiotały się młodsze 
z pośród nich, dziwiły się swej swobodzie, niebu, słońcu. Czasem 
brały się za ręce z małemi dzieómi i nucąc i bijąc w tam-tam, 
zawodziły pląsy wesołe. Czasem siadały w cieniu palm i zabawiały 
się rozmową. Ben Hotur mijał je zawsze zdała, ale gdy pewnego 
wieczoru ujrzał zasłuchaną w opowieśó jakiegoś starca Leilę, za- 
trzymał się i patrzył w nią długo. I długo byłby tak za plecami 
siedzących stał i patrzył w złotowłosą dziewczynę, gdyby nie za- 
chodzącem słońcem wydłużony cień jego, który [>adł pośród zebra- 
nych i położył się Leili pod stopy. 

Kilka kobiet obejrzało sic wstecz. Jedna nawet zerwała sie 
wylękła. Wnot jednak inne poczęły ją UHi)okajad i trącając się 
łokciami, szeptały wkrąg : s a n t o n, s a n i o n ! Więc usiedli znowu 
wszyscy, ale zato apatyczny dotąd i towarzyszący swej młodej pani 
Gehra przyskoczył do Ben Hotura i rzekł: 

— Precz ty ! jeszcze w nas przejdą z ciebie złe d^inny. 
Ale Ben Hotur nie ruszył się z miejsca. 

— Odejdź, mówię — wołał Gehra. 

Ben Hotur nie usłuchał go i tym razem i wyciągnąwszy ręko 
rzekł spokojnie: 

— Pójdę, gdy twoja pani pozwoli. Oto przydeptała mój cień 
i ruszyó sic nie mogę. iSam widzisz. 

Nawet zagniewany Gehra nie mógł sic nic smiac z innymi 
z głupoty Ben Hotura. Śmiał sio starzec, śmiały sio dzieci, tylko 
liCilę przeszył dziwny dreszcz, bo choo owej nocy księży (?o woj nie 
widziała twarzy owego zjawiska, zdawało sio jej, że to musi być 



250 KRYTYKA. 

ten sam człowiek, który teraz przemainiał do nich. Odszedłszy 
kilka kroków rzekła cicho: 

— Ben Hotur juź wolny, niech Ben Hotiir idzie. 

On zaś uradowany, ie Lcila wymówiła imię jego, uśmiechnął 
się po swojemu i rzekł do gromady : 

— Mówicie: ds^inny siedzą w Ben Hoturze. Może... Ale oto wam 
pokażę, że bywają mający moc nawet nad cieniami — a stanąwszy 
na cieniu Leili prosił ją, aby uszła parę kroków, a ona nic mogła 
i nogi podnieśd. 

— Pamiętaj — zawołał Ben Hotur i uwolnił cień Leili i od- 
szedł. Na wszystkich zaś obecnych padł wielki strach i rozeszli 
się do namiotów. 



O północy stanął Ben Holur pod jurtą szeika. Aj)atyczny 
Gchra wyciągnął się u jej wejścia, jak pies w progu domu i owi- 
nięty wełnianą płachtą spał. Z wnętrza jednak dochodziły Ben Ho- 
tura zmieszane głosy świadczące, że sen nie zamknął jeszcze oczu 
kobietom szeika. Położył sic więc cicho na piasku i podważając 
dłonią szorstką oponę namiotu słuchał rozmowy. Nie trudno mu 
było rozeznaó ospały głos zwiędłej Zulcjki, śmiechem przeplatane 
słowa Hefry i nieledwo szept cichy Ijcili i bezdźwięczną mowę 
starej szatncj. 

— Nie śmiej sic Hefro z iSaidv — mówiła stai*a. 

— Saida tak mówi, bo ją szeik przestał lubieó a teraz mnie 
jedne kocha i będzie kochać, o będzie! — kończyła namiętnie 
Hefra. Drżę z oczekiwania, omdlewam, a on nie wraca. 

— Czy to bardzo słodka rzecz miłośó? — pytała Leihi. 

— Och i jak słodka, jak bardzo — śmiała się Hefra. Zdaje ci 
się, że ogniste mrówki chodzą po tobie. W szyi, kolanach, piersi 
i łonie, w^szędzie je czujesz jak biegają, cisną sic do serca, zapie- 
rają oddech, na złotych skrzydełkach latają [)rzed oczyma, brzęczą 
w uszach rojem natrętnym... Strach ogarnia cię całą — a wtem 
on cię przytuli, uściśuie, ubezwładni. Kąsające mrówki uciekajji 
gdzieś z ciebie, w głowie zapala sic słońce i rozpływa po całem 
ciele palące zrazu, potem cera z chłodniejsze, słodsze... 

— Ach — westchnęła Leila — dlaczego mnie nikt nie kocha? 

— Będzie jeszcze, będzie — mruczała stara. 

— Bardzo pragniesz? — pytała drżącym głosem Hefra. 

— Ja sama nic wiem, tylko mi tak tęskno, tak tęskno... 



BEN HOTUR. 251 

— Pójdź — podjęła żywo Hefra i kończyła cos raówid do Leili 
w kacie Damiotu. 

W tem ozwał Bie syczący prawie głos zwiędłej Zu- 
lejki : 

— Ja ci powiem, Leilo, co to jest kochanie. Przyjrzyj się mnie 
uważnie. Przed laty byłam podobna do ciebie ; szeik mnie] bardzo 
kochał. Gdy z wieczora począł mnie pieścid, zdawało mi . się, źe 
jestem piaskiem, który porwał gorący hamsin i ciska go ku słońcu 
i nosi po przestworze, aby nad ranem rzució go znowu bezwładnym 
i milczącym piaskiem, szc^śliwym, źe może tak leżed bez ruchu 
i bez czucia. Wtedy zdawało się nam obojgu, źe dzień krzywdzi 
noc i dłużej trwa od niej w dwójnasób. Lecz jeszcze palmy dru- 
giego nie strząsnęły owocu, a stałam się memu panu jako jest dla 
ust niełaknących dojrzały granat lub jagoda daktyla. Takie usta 
nie ssą ich chciwie; a zle jest granatom i daktylom, gdy usta nie 
dobędą z nich wszystkich słodyczy i wszystkiego soku. I znowu nie 
minął rok, a oto pan mój miał zamało dnia do sprawowania sądów 
i dowództwa i późno w noc przeciągał narady ze starszyzną. Potem 
zaczął grad w kości. Potem... byłam w namiocie, aby sorbety 
w glinianych dzbanach ohłodzió, aby pilawy gotowad potem... kle- 
pisko umieśd... a dziś dla niego jestem jak stare i schodzone bydlę, 
które trzeba karmid, a z którego pożytek mały. Czy ty słuchasz 
mnie jeszcze Leilo? 

Pytanie Zulejki pozostało bez odpowiedzi. Wnętrze namiotu 
zaległa głucha cisza. Leila wysłuchawszy smutnej powieści Zulejki, 
wcisnęła sio w kąt namiotu i ukryła twarz w poduszki. Przez 
płótna jurty słyszał Ben Hotur głębokie westchnienie złotowłosej 
dziewczyny, a potem jej spokojny, senny oddech. 

Ze zwieszoną głową oddalił się w głąb oazy. 



Wreszcie powrócił szeik z długiej wyprawy, wioząc łupy bo- 
gatsze niź te, które w życiu zdobył. I zaczęły się w namiocie jego 
dnie wesela i wielkiej radości. Całe plemię używało dowoli wywczasu 
i słodyczy osiadłego życia. Wszyscy weselili sio oprócz Ben Ho- 
tura, który o południu nawet zdawał się brodzid w gęstej, czarnej 
chmurze. Było to od owego poranka, gdy na skraju oazy^ o wscho- 
dzie słońca ujrzał oczyszczającą się w potoku Leilę. Od tego dnia 
nie miał jednej chwili spokoju. Tułał się po oazie, sam nie wie- 



252 KRYTYKA. 

dząo po co i na oo, tułał sio po niej rok blisko, policzył w niej 
wszystkie palmy i wszystkie skały i myślał, czyby mu to ulji:i nie 
przyniosło, gdyby zaczął raehowa(^, ile ziarnek piasku rozlało sic 
wokół oazy w żółte, miałkie i rozpalone morze. Gdyby tak zacząć 
od tej oto palmy, najdalej w piaski wysimictej, to moźeby zdołał 
zliczyó wszystkie ziarenka, wszystkie okniszynki, wszystek ten miał 
złoty... 

Zaczął więc liczyó. Zaczął przemierzać małą garstkę pyłti, 
rozsypaną między kilku kępkami zeschłej trawy. A w miarę tego, 
jak ubywało piasku pod jego dłoiimi, szept jaki<5 cichy powstawał 
w jego uszach, w głowie, w piersi. Szept ten zmieniał się powoli 
w dziwne słowa. A tak był silnym, ze Ben Hotur ani poczuł, 
kiedy wstał i machinalnie zawrócił ku chatom i jurtom plemienia. 
Jakaś jedna wielka mysi tak całkowicie go pochłonęła, że nie za- 
uważył mijającego go szeiica z kilką starszyzny i wiodącego o coś 
zajadły spór. Nic zauważył, że we wszystkich już namiotach spano 
oddawna i że go dzika gorączka pędzi pod namiot szeika i kładzie 
przemocą w tern właśnie miejscu, gdzie niegdyś leżąc słyszał oddech 
śpiącej Leili. Tu zdało mu się, żo słyszy za oponą ci(»hc łkanie, 
które atoli głuszyły wydzierające mu się z ust słowa. A słowa mu 
biegły coraz gorętsze, coraz smetnicjsze... 

...TiU mnie kochała w nocy gwiaździste, kochała mnie gorąco. 
Lu miała piersi krągłe i ciało gibkie i słodkie. 1 inne miały ciała 
gibkie i słodkie — ale cóż z tej gil)k<)ś(M i cóż z tej słodyczy ?.., 

Miłości szukam... 

Gdzie ty jesteś? — gdzie? 

Od gwiazd idzie śpiew, od chmur idzie śpiew, śpiewają |)almy, 
i śpiewają rzeki... 

...oaza moja na skraju piasków, tam gdzie ich niebo dotyka. Oaza 
moja daleko dalej, niż oko widzieć to może. Oaza moja spi ciclio 
w słoiicu a w nocy słodko oddycha. Oaza moja ma wiotkie palmy, 
którym nie trzeba rodzić owocu. Oaza moja ma srebrne rzeki, któ- 
rym nie trzeba ludzkich ust sycić. Niema w niej głodn, niema 
pragnienia, niema ciał gibkich i słodkich. Oaza moja jest wiecznie 
zielona, w oazie mojej wieczne jest życic... 

Ben Hotur nie dośpiewał jeszcze swej pieśni, gdy 
uchyliły się opony namiotu i przy bladem świetle nowiu zamigotały 
złote włosy. Stało sie to tak prędko, że zanim Ben Hotur spo- 
strzegł, co się stało, żona szeika klęczała już u jego kolai i tuląc 
twarz do jego zaplecionych dłoni, szeptała ze łzami : 
— Sen mój odgadły twoje usta — ktoś ty? 



BEN HOTUR. 253 

— Leilo, kwiecie mój scłóty. Otom jest, którym wziął ślub cieniu 
z tobą. Moją jesteś, pójd;^ ze mną. 

Ująwszy sie za ręce szli oboje w słodkiem milozeniu. Po 
chwili minęli ostatnie palmy oazy. Pustynia leżała przed niemi 
w całej swej ciszy królewskiej. Księżyc sypał snopami błękitnego 
światła. Każdy jego promień k^adł się w bruzdy piasków, ślizgał 
na grzbietach pagórków i świat cały zamieniał w srebrny sen. Już 
w dali majaczała niewyraźnie rodzinna oaza Ben Hotura a oni je* 
szcze nie przemówili do siebie ani słowa. Czuli, że lepiej im z tą 
ciszą niż z naj cudniej szemi słowami. Czuli, że idą z oazy, w której 
rosną palmy rodzące owoc i ludzie o ciałach gibkich i słodkich, 
do innej, nieznanej, lepszej oazy, gdzie wieczna panuje zielonośó, 
gdzie usta nie pragną wody z potoku a serce tesknió przestaje. 
Czuli, że wziąwszy ze sol)ą ślub cieniu, idą na gody weselne 
w srebrny sen pustyni, w przeczyścić świecącą dal, w wiecznośó 
rozkoszy... 

Wschodzące słońce wybiegło złotym kręgiem nad horyzont. 
Wybiegłszy zaparło się o fioletowe powietrze zachodniego widnokręgu 
i wnet poczęło z tych fioletów prząśó dziwne obrazy. Na sklepie 
niebieskim wyrastały palmy cudowne, gęste i bujne. Tu i ówdzie 
śr6d palm sterczały skały, porosłe szmaragdowym mchem a pośród 
skał rozlało się zwierciadłem ogromne jezioro, nęcąc oczy wszystką 
rozkoszą chłodu i fali. 

liCila zwróciła oczy ku tej oazie. Całonocna wędrówka odjęła 
moc wszelką jej stopom. Coraz trudniej jej było nadążyó Ben Ho- 
turowi, coraz większe omdlenie obejmowało jej członki. Widząc to 
Ben Hotur wziął ją na ręce i tuląc do piersi brnął dalej przez 
piaski. 

— Byle tylko dojśd do tych palm wysokich, byle jeszcze przed 
wieczorem. 

Ben Hotur spojrzał w jej anielskie oczy i uśmiechając sio 
rzekł smętnie : 

— Dojdziemy tam, oh dojdziemy. Tam wszyscy dochodzą. 

— Wszyscy dochodzą do oazy miłości? — pytała Leila. 

— Do tej oazy — wszyscy... 

I znowu posuwali się w milczeniu. Słońce wybiegłszy wysoko 
na niebo sypało żywym ogniem. Zdawało się, że każde ziarnko 
piasku jest rozżarzonym węgielkiem, który wżera się w stopy Ben 
Hotura. Raz i drugi musiał on przysiąśó na chwilę i odpoczywać, 
raz i drugi spragnicma Leila pytała, czy prędko dojdą do cieniu 
i źródła. 



.• t 



KRYTYKA. 



— Oaea nasza ma srebrne rzeki, ktdr)'mi nie trzeba ludzkich 
ust sycitf... 

I znowu brał Ben Hotur cudną Leilc na ramiona i znuwn 
szli dalej ku zachodniej oazie. Stała ona przed DJomi równie daleko 
jak o wschodzie słofioa a Ben Hotiir wiedział, ie ona \eły daleko 
dalej niż oko ludzkie widzici^ to moie. Znał on majaki pustyni, 
znał śmiertelne jej słoiioe, rozumiał, i& trzeba tylko iść do owej 
oazy, nio więcej tylko iśd i iś6... 

Leila poczuła, źe nazbyt cięży Ben Hoturowi. Więc zsunęła 
mu się z ramion i znowu poczęła iS6 przy nim. ^oticc stało jeszcze 
wysoko, gdy ona usiadła na piasku, nic zdolna jai ajśó ani 
kroku. 

— Pi<S mi się chce Ben Hoturze, daj mi pid... 
Ben Hottir klęknijł nad nią : 

— liCilo, tu nie ma wody, Ijeilo, kwiecie miij złoty. Powiedz, 
czy ialujesE, iti poszła ze mną? ie6 rzuciła ntimiot nzeika i chło- 
dne sorbety? — powiedz Leilo... 

Ona otworzyła spiekłe wargi i długo patrzyła mu w oczy. 
Potem rzekła bezdźwięcznie : 

— Wiem, już wiem... słoiioe nae S[>ftli i pragnienie. Usta moje 
łakną. Przytul usta do moich ust, z nich będę pi<^. Błogosławię 
oi, iei mię tu wywiódł, ^m cho<^ zdnla ujrzała oazę wiecznie zie- 
loną... Ben Hoturze, podnieś mi głowę — niechaj ją raz jeszcze 
zobaczę... &%ła jakaś wstała przodemną, gdzie ona, gdzie ta oaza ? 

— Otośmy jui doszli do niej... 

— Usta twoje... Wogosł... 



J^odoe oparto sic o piaski zachodnie, ogromne i krwawe, pu- 
stynia cichszą była od grobów. 



Nazajutrz sto droraedarów wyrzucało racicami piasek pu- 
styni. Stu je^Sdzcdw z rozkazu szeika szukało zbiegów dokoła oazy. 
8zeik na ich czele wpadł pierwszy na ślady stóp Leili i Ben Ho- 
tura i pomknął za niemi. Po godzinie prędkiego truchtu ujrzał 
zrywające się z za wzgórka jtiasku dwa sępy. Gdy leciały nad jego 
głową, Bzcik zanwaiył, że mają krwawe dzioby. Zawrócił więc wiel- 
błąda do oazy a gdy go inni jeźdźcy s]>otkaw8zy poczęli obrzucaó 
pytaniami, wzniósł tylko oczy w niebo i rzekł : AUah jest wielki ! 



-*^ 



WITOLD HEOeR. 



Szkice z celi więziennej. 



I. 

Cela. 

— Tu Iłcditieaz pokutował 7a winy swoje! — rzekł odoniek- 
Będsia — i otwni-to oicmne, wilgotne loohy, zabroniono ^wieoif! 
Btońou, ś])iewad ptactwu, zielenią drzew i bafwnośoią kwiatów, ba- 
wiłj oko nieszczęśliwego, nawet powietrze uznano za zbytek niejio- 
trzebny dla cierpiących, duszę omotano cierpieniem aamotoośoi, 
iimyeł wdrąiono w jedni myśl przewodnią, której imię: „zbro- 
dniarz" — a wszystko to uozynioao, aby nieprawi kajali się w żalu 
i skrusze, by sprawiedliwości ziemskiej stało się zadoś<5. 

Przykuty do kilku kwadratowyoli metr<)w ziemi, otoczony 
monotonią ciągle powtarzający cli się w tymsamym po sobie po- 
rządku zdarzeń, więzień traci powoli świadomo^ swego położenia, 
poczyna mu by<5 dobrze w tej cisKy, wpada w ohorobli\vy nastrój 
rozdrażnienia ua samo wspomnienie wolności, poczyna nienawidzili 
ludzi i w niewytłumaczony przed sobą sposób czuje żal do szczę- 
śliwszych od siel>io. W głowie trawionej gorączką majaczą ty- 
siące naj fantystyczniejszyoli myśli, wspomnienia przeszłości z naj- 
drobniejszymi szczegółami snują się przed oczyma, wytwarzając ro- 
deaj myślowej biblioteki, kreślonej w nerwowych zygzakach, peł- 
nych ekscentr}'cznych zboczeń logiki. 

— Niema złego, coby nie mogło byó dobrem — tego rodzaju 
sprzeczna z rozumem i moralnością synteza, staje się podstawą ro- 
zumowania w ocenianiu faktów, wgryza się coraz silniej w świado- 
mośó więźnia a z czasem jest jego jedynym, niemal sakramental- 
nym kodeksem moralnym. Ten duchowy stan wytwarzany życiem 
w celi tłumaczy zgodne pożycie mordercy z oszustem, matkobójcy 
Z szaleńcem spełniającym zbrodnie z miłości, przestępcy polity- 



>:>r, KKVTVKA. 

ezuo^o z Oi^zustem religijnym. Iio<* w jakiż inny >pos(»h w\tłinna- 
czy<f iK>bie można 9ur«»wego Katona, pif^tnającego wszystkie wady 
ludzkie, gorszącego się na widok najdrobniejszego zboczenia z drogi 
bezwzględnej nczciwości, a przecież rozmawiającego zn|>ebiie swo- 
bodnie, nawet poufale, z |>ewnem wylaniem, w celi więziennej 
z ni^ogowym oszustem? 

Wszystko wzbroniono więźniowi, pozostawiając mu tylko wol- 
ność mjwlenia ciągle, ciągle, bez przerwy... Myśli i>łyiią też nie- 
przerwanym {)Otokiem, potkną czasem o bolesne wsponmienie, bał- 
wanią się wówczas, pokrywają pianą bezsilnej złości, tr\'sną łzą je- 
dną, druga, nastąpi chwilowy zastój i znowu płyną w nieskouczo- 
nośó, by po pewnym czarcie powróció w tym samym porządku .. 
ciągle... ciągle... 

Nie ciało, ale dusza \nęźnia poczyna odczuwać odosobnienie 
od reszty żyjącego świata, radaby się ^\yrwaó po za kraty, nie 
w chęci uwolnienia się z więzów niewoli, ale aby zaczerpnąć no- 
wego tematu do drażnienia się, do nienawidzenia ludzi wolnych, 
a gorętszego przywiązania sic do swej samotrości. Ten nastrój du- 
szy, wytworzony celą więzienną, to objaw najstraszniejszej choroby 
— bo zobojętnienia dla świata, życia i ludzi. 



II. 
Życie \v celi. 
Jeżeli przysłowie: „podobny do kogoś jak dwie krople wody - 
może gdzie byó zastosowane w całem tych słów znaczeniu, to eliy- 
ba tylko do życia w celi więziennej, do spędzanych godzin i dni 
wśród zabójczej monotonii, przerywanej tylko wprowadzaniem i wy- 
prowadzaniem wieźni. Brak wszelkich rozrywek umvsłowveh i fi- 
zycznych zmusza więźnia do romyślania nad popełnionym prze/ 
siebie czynem, a nie napotykając na opór moralny w towarz\'9twie 
różnorodnych złoczyńców, utwierdza on się jeszcze silniej w prze- 
konaniu, że zbrodnia jego jest rzeczą zupełnie naturalną i tylko 
dzięki złośliwości ustaw dostał się on do więzienia. Myśl ta rozwija 
się u więźnia z każdym dniem, poczyna w nią wierzyó i gotówby 
udowadoiaó, że jest on czystym jak łza, a złośliwymi są tylko ci, 
którzy nie pozwalają mu spokojnie uprawiaó jego -rzemiosła". Z my- 
śli tej towarzystwo, na które jest skazany, go nie wyleczy. To- 
warzystwo to bowiem o ile nie zostało zdemoralizowanem w e(»li, 
przyszło tu już z pojęciami patologicznemi. Oto ilnstraeye tych 



S/KICE Z CELI WIĘZIENni.-j. Jj',' 

jłojcrf. Styony okpiśwlat. AJamBki, po werdykcie ławy przyaięglyoli, 
zasądzający o I) go na pic<j lat, wrócił do celi pełeo niekłamaDego 
obunenia. „Nędzna Galioyo!" — zawołał. ^.Złoto w błocie poule- 
wierają, nie umi^ oconic? ludzi zdolnych i dziwią 8i« potem, źc 
kraj w nędzy ginie". Była to aluzya do eędzidw, kt-órzy jego odwa- 
żyli się zaBądzić za raaniyoli ozlcniaście zbrodni oszuBtwa! Inuy 
znów więzieti nie tndgł pojąd, dlaczego zgwałcenie jeat zbrodnią, 
kiedy nikt na tem szkody pieniężnej nie podiósł, nie postradał 
iyoia ani mienia. Chłop rozumem swoim objąd nic może przepisów 
ustawy o kłttsown łotwie 1 wezelkicli kradzieżach leśnych. Jakto — 
l^umaczył jeden z chiopdw uwięzionych za kłusownictwo — pan 
ani nie zrobił, ani nie hoduje zwierzyny i dlaczego ona ma hy<S 
jego własnością, to czysta napaśó, 

W ten sposób rozumuje większość więżni n system więicieli 
otieonych doskonale dostraja się do szerzenia tych pojęó. Po kil- 
kami esięcznem po/yoiu w celi wychodzi aresztant silniej moralnie 
oadsKargnny, niż w chwili kiedy po spełnieniu czynu zbrodniczego 
dostał się w ręce sprawiedliwości. Zupełnie fałszywa metoda pozo- 
stawiania więźnia podczaa śledztwa w zupełnej bezczynności, ciągłe 
przypominanie mu zbrodniczego czynu, bez wyjaśnienia powodów, 
dlaczego ten czyn jest złym i karygodnym, odnosi wręcz przeciwny 
skutek od nakreślonego prawem. Zycie w celi staje się szkołą 
zbrodni — „akademią złodziejską" — zdrowym na duszy 
wychodzi tylko bardzo silny osobnik, choó i On nosi w sobie za- 
rodek suchot moralnych. 

łjączenie ze sobą ludzi bez względu na rodzaj przestępstwa, 
zmuszanie ich do wspólnego życia w jednej ceb, gdzie musi się żyó 
w zgodzie, gdzie niezbędnie potrzebną jest obopólna toleranoya w osą- 
dzaniu popełnionych czynów, to siejba zarazku demoralizaoyi, to 
lęgowisko zbrodni! 



IIL 
Typy "więzieiino. 
Jak każde środowisko, wykonujące przez dłuższy czas ci- 
śnienie na jednostkę, wpływa więzienie silnie ua charakter i poję- 
cia. Jest to rozdział psychologii więzienia — ale niemniej ciekawa 
jest psychologia jednostek „kryminalnych", obraz dusz tak już 
urodzonych i wyrobionych stosunkami społecznymi, że więzienie 
prędzej ozy później musi się steó iob przystanm. 



;>r»8 KRYTYKA. 

Osm razy miałem juz zaszczyt mieszkad w celi więziennej, 
nigdy jednak napotykana tam galerya — omal nie powiedziałem 
Łombrosowska — nie była tak zajmująca, jak ta, którą ostatnim 
razem zastałem w „Karmelitkach lwowskich". Sama śmietanka kry- 
minalistów zebrała się w celi pod nr. 21, przemieniając ją na ro- 
dzaj klubu^ w którym musiały byó zachowane wszelkie formy to- 
warzyskie. 

Każdy był obowiązany powitaó przy wstawaniu towarzyszy 
swoich grzecznem „dzień dobry", a wieczorem przed rzuceniem 
się w objęcia Morfeusza następowały serdeczne życzenia „przy- 
jemnych snów". Podziwiaó można było tych ludzi, jak potrafią 
oni nigdy nie zapominaó o roli, jaką kiedyś na drodze oszustwa 
odgrywali. Taki Adamski był wspaniałym baronem A s c h e n- 
b ergiem. Codziennie trawił dwie do trzech godzin na czesaniu, 
obcinaniu paznokci i nadawaniu im formy migdałków i pr/emysli- 
waniu nad tem, czy wdziaó jasne spodnie i anglez, czy odpowie- 
dniej by było ustroió się w ciemny tużurek. Największym zmartwie- 
niem jego była myśl, że w Brygidkach, do któiych spodziewał 
się dosfcaó, nie będzie można wziąó ze sobą lusterka, szczoteczki 
do zębów i .,Kalo d on tu**. Człowiek ten potrafił wyrobió sobie 
poważanie w całem więzieniu i u sędziów, których traktował 
„z góry", jako nieszlachciców. Gdy dowiedział się o wojnie w Chi- 
nach, wniósł do ministerstwa wojny przez prezydyum sądowe po- 
danie, aby go wysłano do Chin, dla ratowania interesów Austryi. 
Pewnego razu obraził Adamskiego sędzia śledczy. Adamski zerwał 
się oburzony wołając: „Panie sędzio, proszę się niezapominaó, ja 
pańskie postępowanie napiętnuje w dziennikach i w parlamencie. 
Niezapominaj pan, że moja matka jest hr. Łubieńską, a Stadnicoy 
są moimi kuzynami!" Jak wiadomo, wszystkie te koligacyc z hra- 
biami l)yły fałszywe, ale Adamski tak przejął się swoją rolą, że 
wmówił w siebie, że naprawdę cała arystokraoya węzłem krwi 
z nim jest połączona. 

O Badenich, Stadnickich, Orlewiczach mówił Adamski tak, 
jak szlachcic mówi o swoich gumiennych. Opowiadając fakt okpie- 
nia towarzystwa asekuracyjnego we Wiedniu, w którym sam Ba- 
deni na korzyśó Adamskiego interweniował, mówił: „Poszedłem do 
Kazia, a on natychmiast polecił wypłació mi marnych 1000 złr., 
które wieczór z młodym Górskim i Orlewiczem puściliśmy w tin- 
glu!" Potem od niechcenia dodał: „Lubiliśmy się z Kazikiem!'' 
Razu jednego doszło między Adamskim a jednym z więźui do 
sprzeczki. Adamski nie mogąc przekonaó argumentami, odwrócił 



SZKICE Z CELI WIĘZIENNEJ. 259 

się od nieprzejedoaDego przeciwnika, lekceważąco maobn^ fCl^^ 
mówiąc! „ot, panvetiiiisi! ! Takich ludzi zawsze irzeba traktowa<5 par 
dietanoe!" 

Adamski posiadał wspaniały humor. Zapytany przez komisa- 
rza więziennego, czy nie czuje zbytniego zmęczenia z powodu pół- 
torarocznego więzienia śledozego, odpowiedział: ,,No, dzisiaj więzie- 
nie jest w modzie u arystokraoyi. Hrabia, który nie siedział w ko- 
zie, nie ma wstępu do kół arystokratycznych!" Po wyroku, zapy- 
tany ile otrzymał, z zupełnym spokojem odparł: „Pięć kawałków, 
dobrze, że wziąłem ze sobą palto, bo nie miałbym ich gdzie po- 
ohowaó". 

Do towarzystwa Adamskiego doskonale dostroił się niejaki 
Distłer, aferzysta pieniężny, który z całym spokojem byłemu 
komisarzowi więziennemu, zmarłemu radoy Weinrebowi, wy- 
obrzoie, powiedział: ,,Ja mogę dłużej siedzied w kryminale, jak pan 
iyć- Gróźb pańskich nie obawiam się, bo człowiek, który jeszoze 
starego testamentu nie zapomniał, a nowego nie nauczył się, niko- 
mu nie imponuje!*' Tensam Distler za poradą Adamskiego, 
dowiedziawszy się we więzieniu, że radca Weinreb umarł, kazał 
zaprowadzió się do zarządu więzienia i złożył ironiczną kondolen- 
cyę z powodn spełnienia sio jego przepowiedni. 

Mówiono czasami i o polityce. Wówczas wszyscy oilgrywali 
role ofiar, prześladowanych przez wpływowe osoby i partye. Adam- 
ski twierdził, ze padł dlatego ofiari, ze nie udało mu się przo- 
przeó na SIązku Michejdę przeciw Cingrowi i udowadniał, 
ie żył z Badenim w bardzo zażyłych stosunkach i tylko dzięki anti 
słowiańskiej polityce Korbera zamknięto go do więzienia, by 
przestał byó dla rządu szkodliwym. Th u men, dyrektor „Unio 
catholica" dawał nam „słowo honoru", że miano go stawiaó na 
posła do parlamentu, że byłby zrobił ogromną karyeię polityczną, 
ale nie mógł śoierpied szwindli klerykałów i dyrekoyi wiedeńskiej 
Unio eatholira i dlatego wtrącono go za poradą dra Starczew- 
skiego do więzienia. Słowem — żaden z nich nie poczuwa! się do 
najdrobniejszej winy, a jak wymawiał słowo „oszust" to tylko wów- 
czas, gdy ehciał niem okreilió ,uie8prawiedliwoś<5", ktt^ru dla celów 
ubocznych śmiała tak zasłużonych ludzi wtrąció do więzienia. 

Ostatnim czasy najpopularniejszym wg więzieniu lwowskim 
był złodziej Jarema, skazany na siedm lat więzieuia. To był 
poeta więzienny a jego piosnki układane na prędce znalazły także 
uznanie u „barona Ascheberga" i reszty mieszkuńców „e x t r a 
oeli*', lub jak jii uuzywiiuo „inteligentna c i n u u d z w nn z i g'* 



2ti(i KRYTYKA. 

Jarema bez 7Aprxeo7enia miał ogromne zdolności (nie tylko zło- 
dziejskie) leez poBzty na inai'ne, dzięki warunkom, w jakich aię obra- 
cał. Po zasądzeniu Jarema iiłoiył szereg wierszyków, kt<5re całe 
^Karmełitki" żałobnym tonem śpiewają. Kilka BtMfek, kbSrc utkwiły 
mi w pamięci, przytaczam: 

„Zeb;^ złodziejstwem uie trudnił mą więcej, 
Mflsz tu tąj sa to odmdziesiąt lutesięcy, 

Po wjToku, mundur dali, 

Do Brygidek odesłali 
Ach Boie mój ! 

„Żeby te Brygidki zabity cholery, 
One mi zepsuły całą karyerę. 
Lepiej było w <Tomu dwinki, krówki pad''' 
Jak po Lwowie zegarki kiaSi. 

„Dziad" rouic oskarżał, sędziuwie słuchali 
A potem lat siedem Bryeidek wsypali. 
Nikt nie chciał bronić biednego Jaremę, 
Nawet adwokat miał wielką tremę 
Ach Boie mój! 

Na zakończenie doda^f muszę, ż o Adamski i Thumen 
oatkiem seryo odgrażali się, źe ziiolnoaci swoje po ^vyjlciu z wię- 
zienia obrócą na zwalczanie inatytiicyj prokuratorów i aresztów 
śledczych. Wierzę bardzo, że muszą ozurf oui do obu tycli icsty- 
tuoyj 00 najmniej gorąoy źall 



IV. 
Sądy zlotlzioJKkii'. 
Myliłby się ton, któryby sądził, 7.a zło<lzie.i każdą kriulzic/. 
uważa za słuszną i znajduje dla niej ze swego stanowiska ..zawo- 
dowego" UHjirawiedtiwienie. Jest pewien rodzaj kradzieży, który 
oburza sumieuie złodzieja i biada temu, który dosŁauic się w ręce 
sprawiedliwości z!odziojskicj! Nadto mają wHitysoy więźniowie swój 
„kodeks karny", który ma także szereg „niehonorowyoli czynów" 
surowo karanych. Do tego rodzaju wykroczeii zalicza hic zdradza- 
nie tego, co słyszy wię w ccii więziennej, iueuczyuuoś(? względem 
to«vQrzyszy niedoli, nieszoxerośi5 w postępowaniu z drugimi. Każdy 
też no*vy przybysz tak zwany ..zuwaclie" musi złożyó przed to- 
warzyszami, którycli zastaje w celi, generalną spowiedź ze swoicli 



8ZKI(JK Z CELI WJKZIKNNEJ _, 961 

nozycków, z zamiarów na przyszłold i Daprzemiaa musi wyełuoba($ 
wynumeli iDDyoh. Źadoa, oawet nuj okropniej sza zbrodnia, nie wzbu- 
dza obrzydzenia, ^nohają o niej .ze stoickim spokojem robiąa 
tylko swoje uwagi, cbwaląoe spryt lub ganiąoe lekkomyślnoid w wy- 
konaniu jej. Słyszałem chłopa opowtadającejro o popełnieniu po- 
dwójnego morderstwa na swoim braoie i bratowej, Gdy skończył, 
poozęto prowadzi<5 zajadłą sprzeozkę, czem łatwiej pozbawić czło- 
wieka życia, ezy kosą czy widłami — samym faktem ohy- 
dnego morderstwa nie zajmowanosię, jako rzec^-ą 
podrzędnej wagi. Na żadnej twarzy nie zadrg^ ani jeden mu- 
Bzkitł, nie widarf było u nich odrazy do okropnego czynu, ohotf 
byli między nimi ludzie, których żadną miarą za złych z gruntu 
nie można było uważatf. Sie mam zamiaru kre^lió programu dosko- 
nalenia przestępców, ale przyznai5 muszę, że w tem zamarciu uczu- 
cia u tych ludzi wielką winę ponosi dzisiejszy system więzienny. 
Był up. w więzieniu młody 16-stoletni chłopak Radecki, były 
student szkoły kadeckiej, kt^Jry z połnem zamiłowaniem opow'iadał 
o swoich kradzieżach i oszustwach, tak jakby popisywał się ze 
swoich zdolności nabytych nauką i pracą i nigdy nie spuścił na- 
wet oczu, gdy wyriiżano mu ubolewanie, że zwichnął karyerę. Oto- 
czenie, w jakiem się od kilku miesięcy znajdował, przekonało go, 
że tylko przez wyidealizowanie swych zlirodniozych ozynów może 
znałeś poklask u otaczających go przestępców. Mówiono mi, że 
powieszony we Lwowie za morderstwo Bekieraki, z pewną po- 
gardą traktował swoich towarzyszy celi, dumny, że popełnił zbro- 
dnię, za którą od pierwszego razu uzyskał najwyższą kai*ę. Cisami 
ludzie z takim spokojem nurzający się w nąjokropniejszyoh ohydach, 
rozpaczają często dla bardzo błahych powodów. 1 tak np. 
Bekieraki płakał raz przez godzinę, że nic przynie- 
siono mu czystej bielizny! Inną znowu rażą wieszał się na 
kracie więzień za nałożenie mu jednorazowego postu; tensam wię- 
złed śmiał się po rozprawie, gdy przeczytano rau wyrok na trzy 
lata ciężkiego więzienia. 

Solidarnośó między więźniami jest jedną z najwięcej przrt- 
strzeganych zalet, '/a zdradzenie tajemnicy ka^ui, mszczą się na 
zdrajcy w okropny sposób i długo mu przydomek „kapusia", 
przeszkadza w uzyskaniu względów towarzyszy. „Są<l złodziejski*, 
ściga takiego przestępcę z niestrudzoną cierpliwością, bu Hzpiclo- 
stwo swoich kolegów jest okro|>niejszą w oczach więzni zbrodnią 
od morderstwa, rabunku, podpalauia itp. (Już po napisaniu powyż- 
szych słów, zdarzył się w łviczicniu Iwowskiem wypadek zumordo- 



'2ió2 KRYTYKA. 

wania więźnia przez współ-więźnia za zdradzenie tajemnicy. Ilustra- 
cya do psychologii r,8adó\v złodziejskich". Red.). 

Ten stan morainy wiczni, to także studyum dla psychologa- 
kryminalisty, to akt oskarżenia przeciw dzisiejszemu systemowi 
wychowywania ludzi, przeciw dzisiejszemu porządkowi stwarzają- 
cemu zbrodnie, które dadzą wytłumaczyd się niezbędną koniecz- 
nością u ludzi słabych, a przecież są ohydne i odrażające i społe- 
czeństwo musi się przed niemi bronić. 




LAMBRO 

KRONIKA WARSZAWSKA. 

Warszawa, d. W marca 1901, 

(lazeta Polaka podała w łamach swych rezultaty ogłoszonego 
przez siebie konkursu cnoty. Laureatka otrzymała dwieście rubli 
nagrody, podobizna jej została umieszczona w piśmie. Prasa nasza 
zastanawia się nad tym faktem poważnie. Jedni dowodzą, że cnotę 
powinno się taksamo wynagradzać jak talent i mądrosd. Inni 
trzęsą sio z oburzenia i wołają: nie nagradzajcie srebrnikami cnoty, 
którymijsplugawił ręce Judasz. Jeszcze inni mówią inaczej, a wszyscy 
mówią głupio. 

To tak nie jest. 

To jest tak. 

Czy siedział kto z państwa w kozie? W takiej porządnej 
kozie, w której siedzi sio kilka miesięcy, za kratami żelazncmi 
o szybach groszkowanych, bez książki, bez papierosa, bez ołówka 
i papieru? W takiej kozie niepodobna o uiczem uczci weni myśleć 
i aby nie zwaryowad liczy się kafle w piecu i to z góry na dół, 
z dołu do góry, po przekątniach i na różne inne sposoby. Liczy 
się takie krople deszczu padające za oknom. Niema to sensu, ale 
też i nie o sens chodzi, tylko o to, aby nie zwaryowaó. 

Otóż niech państwo wyobrażą sobie, że i)ewnogo dnia zam- 
knięto do kozy ciUe społeezedstwo. Do takiej porządnej kozy, do 
której z świata nie dojdzie żadna uczciwa książka, żaden papierek. 
Wtedy społeczeństwo poczyna sio bawić rachowaniem kafli w swoich 
piecach, liczeniem kn)j)li padającego deszczu i urządza konkursy 
cnoty. 



KRONIKA WARSZAWSKA. 26A 

I wtedy jedoi wołają z piania b& usŁaob, ie to niejna sensu 
a drudey również z piaoą na uslacb, źe tu tna sens. 

To niema sensu i ma sens. Niema sensu jako rzeo^ sama dla 
siebie, ale ma sens, gdy ohodzi o to, aby nie zwaryować... 

Wielka, bezbrzeżna Wioiń ogaraia, gdy się spojrzy na młode, 
rześkie, do życia powołane spoteoze^stwo, które zamlinięŁo w kozie 
i kt<5re x rozpaczy zaczyna liczy<5 kafle i iirządzad konkursy cnoty... 

To jest tak, proszę paiistwa... 

Może nie?? 

Przypatrzcie się naszej prasie. 

Jedno i toeamo nazwisko spotykamy w Prawdzie, Tygodniku 
Ilustrowanym, Bibliotece Warszawskiej. Walka konserwatyzmu 
z postępem zróżniczkowała się. Dziś często gęsŁ«> Bziaohoic pisuje 
w Prawdzie, a parwenjnsz w Słowie. Słowo i Prawda wypowiedziały 
dawno wszystko, co miały do wy powiedzeń i a. Resztę trzeb aby 
zrobili. Ale jak ? Kiedy przeszkadza jeneralna koza, w której Jest 
zamknięte całe społeczeństwo. To też ci, którzy nie mają nic więcej 
do powiedzenia w Słowie, tworzą delegacye i jeżdżą do PeterH- 
burga; ci zaś, kt^irzy nie mogą więcej Już powiedzie*^ w Prawdzie... 

Szto wy chatitie skazaij? Padpolnyje rabaty? 

Ja tylko chciałem powiedzieć, ie przestały istnied te i^romue 
różnice pomiędzy obozami. Nowe poglądy zostuły zaszczepione, 
o nich można było trzydzieści lat dyskutować. Ale O wprowadzeniu 
tego w życie nie dyskutuje się, o to oię bije, o to się walczy 
z orężem w ręku. A teraz — z jakim orężem ? 

Społeczeństwa, które nic siedzą w kozie, mają pałasze, re~ 
wolwery, kije; społeozeóstwa, ktrtre do kozy wpakowano, mają 
Kar|Mjwiozów, urządzających zamachy na ministrów. 

Ale poiniędzy s{>ołeozeństwami osadzonemi w kozie zachodzą 
pewne różnice. Społecznośó rosyjska siedzi także bezwarunkowo 
w jakiejś obrzydliwej kozie. Ta koza uic Jest Jednak podobna do 
naszej. Bo niechaj sobie łaskawi czytelnicy wyobrażą, że Świąto- 
bliwy S/Dod wytrąca z Cerkwi Prawosławnej wielkiego herezyarchę 
Tołstoja, a natychmiast po tym doniosłym fakcie Rosyjskie Koło 
Pisarzy posyła demonstracyjną <lepcszę do ow^o hcrezyarohy i nic_ 
mu się za tu nic dzieje. No niecbby luk waszego sługę Lambru 
Konsystorz Warszawski wyklął a Warezawska Kasa I^itcracka wy- 
stosowała do niego adres'. Następnej nocy spadłby im członków 
Kasy deszcz aresztów, śledztw, bndad, dochodzeń... 



264 KKYTYKA. 

Więo Jeat różnica pomiędzy kozą, w kbSrej siedzi e[x>łeczflli- 
stwo rosyjskie, a pomiędzy kozą, w której osadzono ejKtłensno^*^ 
polską. 

Niechaj mądrzy łudzie, którzy gwiazdy liczą, określą te róż- 
nice bliżej ; oługs waez Lambro jest tylko kroDikarzem, który 
stwierdza intnienie faktu i idzie dalej. 

Który stwierdza istnieaio faktu... 

Ot, znowu wielkie słowo ! 

Ale stwierdzajmy fakty. Otóż stwierdzam, ie krytyka war- 
szawska przyjęła słowami zachwytu Dyanę Kozłowskiego. Cliwalił 
„Kurjer Warszawski", chwalił „Kurjer Codzienny'-, chwaliła „Ga- 
zeta Polska" a kiedy już wszyscy pochwalili, wtedy Bogusławski, 
senior kiytyki i zarazem leirf Kozłowskiego wyciął w „Tygodniku 
Ilustrowanym" pochwalny panegiryk na oześ<5 swojego zięcia. 

Historycy nasi twierdzą, że Kozłowski zakpił sobie z pu- 
bliczności, z krytyków i z swojego teścia. Że nie przedstawił świa- 
ta z pod blachy, tego szalonego wykwintnego świata, tylko wziął 
Bałuckiego Dom Otwarty, poprzebierał iiktorów w kostyumy z cza- 
sów ks, Józefa a prozę Bałuckiego w rymy i rytmy. Ale hi8ti>rycy 
nasi twierdzą głupio. Bn w Warszawie każdy twierdzi głupio, któ- 
n^ się nie słucha. Pewna tkliwa dama rzekła po premierze Byany 
do wasz^o sługi Lambra : Ach, panie, Dyonc wprawdzie chwalą, 
ale doprawdy po niej uio w duszy nic zosiuje... Ta poni stanowczo 
twierdziła tkliwie, bo po Dranic stanowczo zostaje coś w duszy. 
Zostaje miaiiowicit! głębokie przekoiiaDic, że Kozłoiv8ki je-st zięciem 
B<^u sławsk i ego, a Bogusławski seniorem krytyki, kiytyka zaś war- 
szawska nie <iba o sądy historyków, bo sama jest dopraw<ly histo- 
ryczną... 

Zresztą prawdopodobnie teatr lwowski wystawi Dyan<; a wte- 
dy przekonacie się, ozy Lambn), sługa wasz, nie miał racyi, mnie- 
mając, że owa dama twierdziła tkliwie. 

Po Dyanie nastąpiły Światowe RozPiwki [jubowskiego, które 
zostały bardzo żlc przyjęte. Dlaczego ? Bo istotnie po nich nie 
zostaje nic w duBzy, ani nawet przypuszczenie, że Liibowski jest 
zięciem Bogusławriki^o, ani nawet insynuacya, że mógł byl na 
starosto mniej nudną sztukę napisat^. 

Kto wątpi, niech pospieszy do teatru, gdy ubić te sztuki 
wystawią. 

Ale prawda!... Wy uie jesteście społecznością osadzoną w ko- 
zic. Więo nie zabawiacie się liczeniem kufli w piecii, rachowaniem 



TEATIŁ LWOWSKI. 305 

kropli deazcKU, Dyaną Kuzłoweki^u i Swiatowemi Hti»rv\vkami 
Lubo wski ego... 

Ale chooiaź Lamino, sługa w&ez, pis/e w teti upusiib, ko- 
chajcie Warszawę ! 

Koohajoie j^, hu ona Jest naprawdę doltra i — bardzo, bar- 
dzo biedDa... 



^*^ 



Wiadomą jest rzeoza, ie jak za czasów Stańczyka społeozcó- 
Btwo najwięcej obfitowało w lekarzy, tak dzisiaj ma ono najwięcej 
mawoów teatru. Z naszej inteligencyi nie każdy bywa w teatrze, 
ale kttidy krytykuje teatr, a krytykują pono najwięcej ci, oo naj- 
rzadziej bywają. Każdy salon musi podczas każdej wizyty byó 
areną krytyki teatru, tcmbardziej nią muszą byij „sulony", zwane 
oEaaopismami. Wszelkie szanujące się pismo, stnżąoe zresztą spra- 
wom najbardziej odenvanym, musi mieó stałą rubrykę poświęconą 
oczywiście zawsze fachowej, głębokiem znawstwem i be/.intereaowną 
mitofeią dla sztuki natchnionym reoenzyoni teatraluym. 

„Krytyka" tvyłamała się z tej regnły i przez kwartał cały nic 
nie pisała o teatrze lwoH'8kim — bo uic było o czem pisaó. Mie- 
li£my-że powtarzad raz po raz pod adresem dyrekcyi guoiisque 
landem z pierwszego naszego zeszytu? Odpowiedz znamy. Teatrem 
lwowskim rządzi miasto. W zoaczeuiu także symboliozuem. Miasto, 
6vr plebs inteligentny, unikający silnych wzniszeó, bo deprymują, 
siloyoh myśli, bo natężają, ów ttam mikroeefalów umysłowych, 
dla którego najwyższą poezyą jest „Śmigus", oaj wytworni ej szym 
dowcipem także .,Smigua", iródłem wszelkich emocyj umysłowych 
jeszcze raz „Śmigus", ów tłum nenvowycb aferzystów i przyrasta- 
jących do krzeseł biurokratńw, którzy po wzniosie spędzonj-m dniu 
żądają jak najwięcej taniego śmiechu i przyjemnego łaskotania 
sentymentu, ów tłum kobiet znudzonych, szukających emocyi w po- 
lioyjnem roztrząsaniu tajemnic cudzych toalet i polowaniu na sen- 
zaoyjki — ten wielogłowy a bezmó^i philister omni])Oteus, arty- 
stycznie impotcDS, rozsiadł się w nowym teatrze i rządzi. 

Najwyższą poezyą, na której trawienie w ostatnich czasach się 
zdobył, to Romansowi Rostanda, owa woi!a oeukrzonn łabry- 
cznymi chemikaliami, owa i-obótka salonowa ręką najprzyjemniej- 






KRYTYKA. 



szept bawidatny tkana, dw surogat artystyczny, pmgnący zastąpid 
poez}'^ piękoem wdzięczeniem 8ic do niej, B/tukę — aztuezkanii, 
cały pisany bez iskry natchnienia, na zimno zlepiony przy pomocy 
kunszta r}-motwi5r8twa i tapiceretna teatrałnegu. A śmiał się Lw(5w 
najwięcej na ^Basce' (ilidakiego, na eztuce, w której trywialność 
jeździ na ordynarności i banalności:; pogania, w kt4Jrej autor ką- 
pie się w pooie własnym, chcąc wydobyci z siebie koncept i dow- 
cip — a daje tylko wypociny, poczęte zresztą z ducha bohatera 
jego, Radziwiłła Panie Kochanku... Przesunęła się -Nawojka", 
sztuka, w kbSrej autor z poezyą przedstawił ona dzieweczkę, co po- 
szła na woje o światło, a prawdziwą krzywdę wjTządził Włady- 
sławowi Jagielle, w której okazał więcej nerwu sceniozn^o, nii 
rooina było się spodziewać, gdy reżyseria okazała, więcej, niz on, 
temperamentu. Polem był jeszcze cały szereg rohót scenicznych, 
wołających: „Pieniądze, albo życie!" szereg sympatycznych sztuk: 
począwszy od „Najstarszej" a koiicząc na „Spusciznie" po utartym 
szablonie teatralnym, imitujących mniej lub więcej dla użytku filistra 
„Odrodzenie" — ale nie sztuka, nie tchnienie wielkie, nie gośtf nowy, 
który miał tratąpic! w mury teatru wraz z dyr. Pawlikowskim. 

I tak p. Pawlikowski prowadzi teatr ; przy pomocy wspania- 
łego jiersonalu, wykwintnej rezyserj-i, przepysznych dekoracyj, daje 
małe rzeczy w wielkim strbi, a my wolelibyśmy wielkie rzeczy 
cliocSby w małym stylu... jak to fic; dzieje — dla braku środków 
w Krakowie. 

Ale p. Pawlikowski jeszcze badu Lwów... 

Czegóż może się dobadaif? Publicznouci nowej uie stworz)-, 
a Ul, która jest, jest tak pozbawiona stylu, jak np. architektura 
jej pasażów. Można mówió o stylu, o stykteh w Berlinie, Paryżu, 
można i w Krakowie, mieście n połowę mniejszem, niż Lwów, 
w którcm jednak urodził się dla sceuy poUkicj Słowiicki, w któ- 
rem odiył dla sztuki polskiej (ioethc, Szekspir, Jhseu a z poduie- 
Hiei.ia serc i bolesnego rozdarcia iniędw^- ideą a żyeiem, / dążno- 
ści pełnego, reuet<ansowego e/łowieku do uduah'zienia .,/.łotego 
rygu" harmonii między słowem a wcieleniem, wśród tragicznego 
tryumfu całego pokolenia narodziło sir ..Wesele'' Wyspiańskiego... 
("liceeie piizuaó różnicę między kulturą estetyczną, muraluą, naro- 
dową Krakowa a — Lwowa? Wystawcie tu hy ..Wesele". Nie słyszałem 
jednak, aby p. Pawlikowski o tej próbie myślał. C*zy» wnbeo lego 
nie czas już zakończyć okres prób i hadaii, i przysiąpió do iir/e- 
czywi»<tnieuia pierwotnego, najlepszego iirwgr.unu: i-zuca(< filistrowi, 
co filistcrskie, n systematycznie, 7. janno wytkniętym plniiem. wpi-.»- 



TEAR LWOWSKI. 3(17 

w&dzid „Unterstroeraung" artystyczne, które postuiy sztuce, zorga- 
nizuje gmioę estetyczną i rosnąc, wzbierając, 7. ozasem płynie na 
kulturę duchową całego lawowa? 



W tych warunkach chwytamy się kaidej trawki, kałdej ga- 
łązki, kt<5rą nam falujące morze sztuki nowoozesuej rzuca, i ohoie- 
libyśmy widzied w niej najłowied^ lądu obiecanko. 

Źdźbłem takiem, pr^ynicsionem pzez falę, jest „Psyche" Zo- 
fii Wójcickiej. Dobyła we Lwowie jednego tylko przedstawienia, 
00 mogłoby o niej świadozyd natręt dobrze, gdyby... 

P. Wójcicka pojmuje młode pokolenie jako panienka i jako 
nauczycielka. Jeżeli Kordyan modli się do Koga, by zdjął mn 
% serca jaskółczy niepokój, to dzisiaj imię tego Kordyana — le- 
gion. Ale wzywaó na nich mamę znaczy przeszłością leczyć przy- 
szłońó. Nie przytulenia do serca macierzyńskiego, gdzie się w oieple 
gnuśnicje, pragnie pokolenie, lecz do serca iJeału. Jak sobie ten 
punkt wyobraża autorka, dała kapitalny dowód w akcie czwartym. 
Hela desperuje przez trzy odsłony : i ona obora na brak celu ży 
ciowego, idei wielkiej , prawdy bytu. Nareszoie Władek zaczyna 
przed nią roztaczać pomysł jakiegoś wynahizku, z entuzyasmem, 
z ekstazą, a ona wbija weó oczy, powoli osuwa się na kolana, wy- 
ciąga doń dłonie — ideał znaleziony: mą;^... 

Swoją drogą następująca potem scenka wyznań jest ładną 
i wTaz z kilkoma innemi, które z trudem trzeba wylowió z morza 
remiiusoencyj, niekonsekwencyj i poetycko-deklamatorskich lioen- 
cyj, kałe się spodziewać po p. Wójcickiej dzieł sztuki prawdzi- 
wych. W pamięci zostały tylko maska p. Nowackiego, który py- 
sznie grał dobrze przez autorkę zaobserwowane, lecz źle pojęte 
Kordyaniątko, zapał p. Stanisławskiego i obok wdzięcznego profdu 
p. Bednarzewskiej — tragiczny kontur p. Arkawin. Artystka ta 
jest bezwątpienia najcenniejszą zdobyczą pereonalu p. Pawlikow- 
skiego, ale dla jej rozwoju należy ktmiecznie sięgnąó do wielkiego 
repertuaru tragicznego. 



„Złote runo'' Przybyszewskiego — to jeden z najpotęinicj- 
szyoh ntwoi'ów literatury dramatycznej polskiej. 

Złote runo — tytuł nasiąknięty jadem i ironią rozpaczliwą, 
jak „homo sapiens". I oto mamy człowieka, którj' tysiijCe lat pra- 



KitrrYKA. 



oiije, aby w_\Twa<i aię n objęrf barbarzyństwa, /(tiisi^j w sjbie grzeoh 
pierworotlny : iiiRŁyokt bcstyalny, oięgDąoy go do losu (iKikicli, ća- 
dnyin hamiiloem nieokiełnoaDyalk namiętności; cRłowioka, który 
wyi»ielcgnował w sobie naJriiadBzy i najwyższy kwiat knltii.-y : i5wia- 
(lomośd, przera^.aj^co JaRuy dar widzenia wssiystkicli Dajdn>bniej- 
8zyL'b rnolirtw i odruoliriw swojej psychy, leoz party odwieczną 
t«skno^ za ^złotem runem", za szoznśoiem, za najwyższą jego in- 
kamaoyą — niiło^oią, rzuca się w odmęt zbrodni, zaczyna szalet^, 
zaczyna deptatf Bzozcńcie i dobro cudze, obowiązki, idee najpię- 
kniejsze niszczy, pustoszy, jak zwierz rozjuszony, a liwiadomojff 
tego oświeconego, kiiltumego pana stoi obok, spokorniida, oichs 
stnźka, kuplerka instynktu, aby potem śmia<j sio z niego piekiel- 
nym ńmieohcm: oto Uomo sapiens, oto złote runo. Świadomoś<5 ta 
staje się tedy jego sumieniem, świadkiem czujnym i nieubłaganym, 
biczem policzkującym <liiszę, i nurtuje w jego głębi i zatruwa mu 
dni i noce, i bywszy jego narzędziem — staje się luśoioielcm, 
zmorą, katem... Nad tą przepaścią zawieszony byt, kaidej ołtwili 
chwieje się i mo^je runą(i — a tylko fimicri! jedna z niego OBWO- 
badza, śmierd ta, ktiira z iyoiem, z miłością splata aię jednym wę- 
żowym UBoiskiem, aby razem, na gruzach zbankrutowanego bomo 
sapiens i złotego runa odbywa** inferj-alny, szatański taniec. 

Jestto filozofia rozpaczliwa, ktiirą odnajdujemy w wiekach 
Hrednicłi, wijących się w błędnem kole grzechu pierworodnego, 
którą ujął ozcScioivo Schopenhauer, przedstawiając odwieczną walkę 
między wolą a intelektem, pisząo oknitnc swe kartki o miłości, 
jako o głównym organie owej ślepej, bezrozumuej woli. 

/filozofią tą, jakjz każdym światopoglądem, walczyó właściwie nic 
można. Możemy tylko mówirf o jej znaczeniu. Oczywiście wywraca 
ona wszystkie nasze pojęcia o moralności. Niema winy a są wi- 
no\vajcy. „Niema winy, tylko kara jest", „Bo też wj- wazysey tacy 
biedni". Pociąga też ten światopogląd za sobą przewTdt w naszym 
artyzmie. Bo Btanąwszy na tak ogólnem stanowisku, sięgnąwszy tak 
głęboko w duszę ludzką, l^rzybyszewski tibchodzi się bez wszystkich 
tych zewnętrznyeh zdarzeń, ccci) i opisów, które składają się na kram 
realizmu; sprowadził człowieka i natnn; do kilku prostych linij — 
■A mają już one w sobie taką siłę fatalną, że wiją się i uderzają 
o siebie i splatają piekieluym u4oi.skiem i wykonują ten okropny 
„taniec miłości i śmierci", który — podług Przybyszewskiego — 
stanowi treśó naszego życia. I tak Rembowski, który niedawno 
jeszcze miał stosunek z ł-ącką a namiętnie kociia swą żonę (Irenę), 
musi byó niesuokojnym, podejrzliwym, dręczyo ją zazdrością, nie- 



TEATU LWOWSKI. 2r.H 

dowierianicn]. Grunt dla mśoioiola gotowy, zjawia »\o. on w postaci 
Przeeławskiefio — Irena idzie w jego objęcia, Kouwidsyjuy tnniec 
rozpoczyna się. Darmo próbuje go wstrzyma<5 lluBKOzyo, który sam 
ma na sumieDiu gr/ech — jest ojcem Rembowskiego — i oboe go 
!<agłu8zy<j filantropią, załeptó tiścicm ligowym intelektualnego kłam- 
stwa; darmo Rembowski w poczuciu własnej winy, kierowany gło- 
sem intelektu, okazuje gotowośi^ pr/chaczenia żonie. Pr^znaozenic 
juz weazło — przesuwa wskazówki jego żyoia. I gdy Rembowski do- 
wiaduje się o stopniu upadku żony — na aic mu się jui nie przy- 
da głupi intelekt, z którego, jak z pustego czerepu, wieczna ironia 
nań spogląda: idzie w śuiieró. 

Dramat to straszliwy tą bezwzglętluośoią, z jaką aiła fatalna, 
zamieszkawszy w oncj gromadce, j% rozsadza. Poeta narzuca nam 
swą wizyc, z taką potęgą, że musimy w nią wierzyd; przemawia 
„poprostu i z kr/ykiem" tak silnie, że ogłusza. Przemawia, jak 
urodzony dramaturg : z koncentracyą i coraz rosnąoem zmaganiem 
się sprzecznych potęg, które nareszcie wzajemnie się druzgoezą. 
Przechodzą one całą gamę barw : od owego (juasi swobodnego opo- 
wiadania Przęsła wsk i ego w pierwszym akcie, do uderzania obuchów 
na końcu drugiego i owego okropnego konwiiłsyjacgo śmiechu lu- 
dzi rozoii^ gnioty eh na torturach, którym Ruszozyc i Irena wyzwalają swą 
^iertclną newrozę z początkiem trzeciego. Efektem natomiast jest 
wprowadzenie personfikacyi przeznaczenia ozy też śmierci. Kie — widmo 
to w tej chwili Rembowskiemu jeszcze się nic ukazuje; ozud wniemre^- 
Heia-autorn. Przypominam sobie jedną powie- skandynawską: młody 
człowiek zdradziwszy przyjaciela, zostaje sam w pokoju. Humienie 
zaczyna mu robid zarzuty straszne, szarpać, malowad sytuacyę bie- 
daka w najgorszem świetle. Wtem drzwi na klucz zamknięte się 
otwierają, wchodzi przyjaciel, bez słowa wskazuje na zegar. Zdra- 
dzający patrzy peteu przerażenia — niebawem dowiaduje się, że 
w porze, na którą wskazuje stojący zegar, desperat ^inął pod ko- 
łami lokomotywy. Tam tiuinienic mogło się uoieleśnió — przed 
Rembowskim nie. 

Musimy ów punkt traktowaó ze stanowiska realistycznego. Bo 
Przybyszewski na rzecz realizmu robi dużo ustępstw. Nie w itloi 
zasadniczej. Gtly Ibsen potrzebuje fatun^, i władającego losem 
ednostek, znajduje je w chorobie, odziodziczonej przez Oswalda, 
jw nicrozelwaluośoi małżeństwa niszczącej panią Alying. — 1'rzyby- 
Bzewski nie nazewnątrz nas, ale w nas widzi te sity fiitalne, które 
prowadzą w przepaśó, wieczyste i nieubłagane. l'omimo tego roz- 
bratu z naturalizmem, nadaje jednak swym osobom mnóstwo cech 



27 KRYTYKA. 

oliarakterystycznych, uważa nawet swą i)sychologię — za narodową 
Polak tylko ma wyeiągnąd konsekwenoyc z falalizmii miłości i od- 
bierad sobie źyoie. Więc to fatum ,, taniec miłości i śmierci", grzech, 
pierworodny — to nio dola ludzkości, tylko jedno z licznych nie- 
szczęśd narodowych ? Raz postawiwszy takie pytanie — znajdzie się 
ich więcej. Nie osłabiają one jednak znaczenia dzieła, które zbu- 
dowane podług prawideł starej sztuki, nie wnosząc nowych form, 
jak to czyni np. Maeterlinck, Wyspiański, jest jednem z najsil- 
niejszych w nowym nas^zym repertuarze. A działało tem silniej, ie 
wykonanie można nazwa<f pod każdym względem głębokiem. Dyr. 
Pawlikowski rozwinj\ł cały swój artyzm w wyreżyserowaniu, artyści 
w grze. Najwięcej zarzutów można stawiaó p. Tarasie wieżowi, który grał 
Przęsła wskiego. Przy jego rysunku ręka autora najwięcej wahała się, 
w grze jego drgały t^ż różne tony: raz jakiejś siły elementarnej ducha 
mściciela, to znowu człowieka, działającego raz bnitalnośoią raz senty 
mentalizmem, to znowu cynizmem ; zhamonizowaną postaó nie była. 
Także nieznajomy w interpretacy Węgrzyna budził grozę nietyle swą grą, 
ile zachowananiem sio wobec nirgop. Solskiego llembowski w interpreta 
cyi[tegoż ostatniego (trochę tylko za młody), Ruszczyć p. Chmielińskie • 
go i Irena p. Bednarze wskiej, to pełne wcielenie my śliautora, szczęśliwe 
połączenie owej nagiej psychy z konstrukcyą realną, drgające wszyst* 
kiemi nutami bezmiernej rozpaczy opętanych kon^yulsyami miłości 
i śmierci ofiar wiecznego przeznaczenia. Przystosował się do nich 
grą dyskretną i głębokimi akcentami p. Hierowski-ł^ącki. 

* 
Otrząsamy się ze snu okropnego, paraliżującego naszą w-olę 
i uczucia, wychodzimy znowu na świat, jaśniejący słońcem, dyszący 
bogaiszem tchnieniem namiętności, zapełniony pogwarem większej 
liczby głosów, niż zamknął w szczupłej swej, jednostronnej skali 
twórczej Przybyszewski. I te zaczynają graó w duszy i oczy wzno- 
szą się ku słońcu. Kiedyż inne te tony i promienie zajaśnieją w na- 
szym teatrze ? Mimo całego swego wstrętu do naturalizmu, Przy- 
byszewski tkwi swą istotą w ziemi, jej namiętnościach i czysto fi- 
zyologicznych procesach. Na drugim biegunie mamy najczystsze kon- 
strukcye ideowe Wyspiańskiego, refleksyjne — Ibsena, uczuciowe — 
Maetelincka, bohaterskie — Bjomsona... promettyskie zapasy 
o nowe prawdy... nowego świata... napełniające duszę wzniosłością, 
potęgą. Kiedyż, kiedyż i we I avo wie je ujrzymy ? Dyrektor teatru, 
który pierwszy wystawi greckie dramaty Wyspiańskiego, może sta- 
nowió w teatrze polskim epokę. A wszak p. Pa>\likowski ma po 
temu mnóstwo warunków... 



SPRAWOZDANIA. 371 

.liituni Małeclii. Juliusz Słowacki, jego iycie i dzieła w sto- 
sunku do wapótczesnej epoki. Trzy tomy. Lwów, nakładem keięg, 
(iubrynowicxa i Schmidta. 

W r. I86l) — (iwicr(5 wieku temii — wydał prof. Małecki 
poraz pierwszy dwutomową wówczas monografię o Juliuszu Słowa- 
ckim. Pisząc pi-zedmuwę do swego dzieła uważał za potrzebne _wy- 
tłómaozyó się, skąd przyszło ua myśl pisaó tak obszernie o czło- 
wieku, który w społeczeństwie zajmował tylko skromne stanowisko 
pilarza, a którego dziełom przy całej ich genialnosci sam nieraz 
niedostatki wylyknm". „Ze mnie z tej strony będzie zaczepiała 
krytyka — pisał — o tern wcale nie wątpię", 
Jakże czasy się zmieniły! 

Dzieło proi". Małeckiego do wywołania owego zwrotu w poję- 
ciacli powszechnych niewątpliwie się przyczyniło — w tern niespo- 
żyta jego zasługa. Znane jest też 0:10 doskonale całej naszej inte- 
ligencyi, jako naj piękniejszy pomnik, wystawiony dotąd poecie. 
Pomnik to w pełuem znaczeniu słowa klasyczny — oddający duszę 
poety w wielkich konturach, spokojnie, harmonijnie. Czy Słowacki 
do tego rodzajn traktowania się nadaje — on, kochanek zftfirów 
i rusałek, on, częstokroó splot nerwów, pokłębionych, subtelnych, 
których okiem nic dojrzeó, a tylko duszą pokrewną wycziió — to 
inne pytanie. 

Szan. autor, klasyk-filolog i historyk głęboko też w te podziemne 
labirynty duszy Słowackiego się nie zapuszcza, na twórczośó osta- 
tni^o okresu jego żyoia np, na Króla-Duoha rzuca ze stano- 
wiska artystycznego z kilkuniistu zaledwie zdań splecioną zasłonę, 
obszernie natomiast rozbiera go pod względem dogmatycznym. Tak- 
samo występuje charakter autora w rozbiorze znacznej części arcy- 
dzieł Słowackiego (por, rozbiór „Balladyny" i zarzut, że w połowie 
jest ona „tantazmagoryą, która w scenicznym utworze raczej razi, 
niż podobaó się może"). 

Z tern wszystkiem jest dzieło Małeckiego klasyoznem także 
w najpiękniojszem znaczeniu wyrazu, jasne, proste a wspaniałe 
w formie, zbudowane na głębokim podkładzie materiału taktycznego, 
traktowane zawsze na tle epoki i życia poety — iście pomnikowe 
i dotychczas przez żadne inne nie zastąpione. 

Do niezmienionego tekstu autora z wydania drugiego, dodał 
<Ir. Bronisław (lubrynowicz szereg większych i mniejszych dopi- 
sków, przytaczających wyniki badań lat ostatnich nad Słowackim 
a przynajmniej wzmianki o nich bibliograficzne. Dopiski te, dalekie 
oczywiście od wyczerpania przedmiotu, jednak z niemałym trudem 
dokonane, są nieocenione dla wszystkich, zajmujących się poetą: 
wprowadzają in medias res całej najnowszej o nim literatury. 

Podnieśó należy jeszcze prawdziwy kult dla znakomitego 
dzieła ze strony wydawcy. Ozdobił je dwoma portretami i autogra- 
femi ])oety i uczynił edyoyc pod każdym względem wytworną 
i poprawną. (fp) 



m m 



27i 



KIUTYKA. 



Wiktor Oo}}iitlicki. Wyzwolona, powiearf w )i tomacb. \VarBrawa, 
Stara piosnka, temat nie uowv i furma nie wczorajsza, jakby 
dla sliariiionizowaDta się z mocno myszką tracącą doktryną, jakiej 
autor broniłJ usiłuje. Usiłuje! Bo wr<5g emunoypacyi, co jua 
on^i w ..Złotych ogoiwaoti'' wyraźnie /aiiuaczył swe staaunrisko 
wobee nowych prąddw, a i w „WarsKawianoe" nie szozęiiził za- 
truiycli strzał potl adresem „feministek i właścicielek nieruolio- 
inoici, osobiśoio zarządzających swym majątkiem", w „Wyzwolo- 
nej" uporo/ywiejoetflzachowanyprzoz wielkiego twórco „KI motorach- 
mim", który z całą iiiepoprawnosoią poety odczuwa, widzi i wciela 
piękno, nawet w postaiS nwcj bohaterki -emancypantki. A chociaż 
(jomulioki powieściopisarz par l'oroe zohyHzi<^ ją usiłuje, bez- 
pośrednio zwracając się do czytelnika z persiHażami, jakoby „nauka 
była dla niej tylko młynkiem do poruHzenia własnych ambicyj", 
bu nie waha się nawet przysięga<! na ewangelię pani Laury Mar- 
holmowej. jako jedynie zbawienną dla tworów rodzaju żeńskiego, to 
jednak .wyzwolona" zarysowana mimowolnymi, rzutami <Tomnliokiego 
poety, czyni wrażenie bardzo dodatnie i symjiatyoznc, budząc — 
moie nawet aż nazbyt wyraźnie — wspomnienie o Zofii Kowalewskiej. 
Poeoie też zawdziccamy kilka ustępńw wielkiej piękności li- 
rycznej, «atf miewających sztywne, a chwilami wprost naiwne wy- 
wody doktrynerskie. //;. f. 

I), mol. Syinfmiut ji-sif^ttiu. -■ 'rhenn' varie. Lwów, 1901 
Szara jesień, głęboki smutek i żal snów przominionycb, to 
(łtruny dominujące w tynb ksinżkai^b. IiJtruny srebrnie dzwoniące, 
jak pszczoły |iod joHioń. struny, misterne, czuło, trijcaue ręką sub- 
telnego, ]tniwdziwego artysty. Jednak dźwięk tycli strun tu nie me- 
lancholia serc przeżytych i chorych, serc bezsilnych, tęskniących za 
kamiennym snem cichych mogił, Iwz smutek mhłdy, nitM|ii>kojny, 
rodzący się z |M>czucia ^^urości i monotonii życia, dni bez burz 
i orkanów. To tęsknota za życiem rozlewuera, petnem, wyhujałeńi, 
za życiem wzlotów podniebnych i upadków otchtannych. Ito jest 
ogromny niewymowny urok w życiu tych, któnni <hino doświad- 
czać wicikicli zwycięstw i wielkich klęsk. Ci, kkSrym wiirnnki życia 
odmówiły rozkt)r:zy życia w biegunowych sprzeczności ach i ost;i- 
tccznościach, życia tryiimfiijiicych i iipudająch naprzcmian lnigów 
sw^o własnego Kwinta, ci, których spciiily przypadkowości życia, 
jeżeli zachowali tężyznę ducha i jintgnicuic mocy. czują Miinlek 
i wielki żal do siebie samych. Ilekroć zapadnie cichy, wonia jaś- 
minów ocieżatv zmierzch wił)KCnnvcli wieczorów, gdv zawładnie 
chora dhiu'jeh^iciii. królowej liści n'marły.-li,; ilcknić dusza odczuwa 
zgon dnia lub lata, .'schyłek świat-la lul> pory słonecznej, kr<>s znowu 
jednej tikończonej przeżytej ci>oki, tylckroć mimowoli wraca niyalą 
wstecz dla porachunku z sobą samu. I wtedy oczom wpatrzonym 
w łkającą agonie świateł zaelio<lniej zorzy, ukazują sic minione 
chwile ż,ycia, pochód mar niemych, bladycli, idących z czołem smn- 
tnem, pochylonem, jak winowajcy. 1 wtedy nicnjarzmioiinj nigdy 



JśPRA-WOZDAMA. 273 

dasr.y wydaje się oałe iycie winą, winą cigromuą, gizechem prze- 
ciwko wtelkfwoi i własnej i)otcdze. A z ust wyrywają się słowa 
gorzkie i smutne i jęki beznadziejnej rozpaczy. 

Z uuiierająeych drzew jesiennych padają zwolna ziótkle, pierw- 
szym przymrozkiem oazronioae liśoie... Drzewa płaczą ronionym 
deiizczem /iutyob liści... Współczują smntkom ludzkiej duszy. 

Takie są kartki tyoli książek. A ile w nich woni, a ile w nich 
czystego ukochania piękna, a ile w nieb blasku i śpiewu. Siła 
ucKucia, zaklęta w ułowo ręką pewnego siebie artjftty. L. 

Rok JSO'i. Wykład popularny {wydany przez Uniwersytet lu- 
dowy im. Adama Mickiewicza.) 

Zwięźle, treściwie i popularnie przedstawiona jeet tu ostatnia 
walka o niepodległość, z uwydatnieniem wszystkich momentów spo- 
łecznych i politycznych. Uniwersytet ludowy zamierza stale 
wydawaó wszystkie popularae wykłady prelegentów, tak dla użytku 
na prowincyi (gdzie brak p'i-elegcntów), jakotei do szerokiego rozpo- 
wszechnienia. Byłaby to rzec/ niemałej wagi, Ik> wydawnictwa te 
wypełniłyby dotkliwa Inkę naszego piśmiennictwa i przyczyniłyby 
mf do rozlmdzeuia duchowego szerokich kół ludnoifci, w. t. 

Emilii Żula: La Teritil en marche {liihllot/ieijiic Cliarpentier). 
Aiialule France : ^flmsil:Hr Brrt/eret n Parts {(kihnmi Liny), 

Autor „J'accuBo" zebrał świeże jeszcze artykuły swoje, które 
wil>niją dotąd w pamięci wszystkich, lecz nie po to, by wznieci*? 
ogicii, który (irzygasł, ale by pamiętną sprawo Dreułiisa w t«m 
lepszcm świetle przckazaó hipitoryi. 

Uaz jeszcze odżyła .afera" w wyszłej co dopiero książce 
Anatole'a FraDce'a: Monsieur Bergeret a Paris: 

...P. Bergeret opuścił prowincyę, gilzie był profesorem uni- 
wersytetu, by zamieszkaó z siostrą, córką i z psem Ui(|uetem, bar- 
dzo inte3igeutnvm w Paryżu. Stworzenie to bynajmniej nie podzie- 
lało przekonań swego pana, który poszedł do stolicy z cntuzyazmcm. 
Posłuszeństwo, niewola, nienawiśi! do obcych i miłośó do kątów, 
do których przywykł, były dogmatami jego psiej wiary. Strasznie 
tedy cit'r])iał Rii|net, gdy rumor powstał w mieszkaniu profesora 
w wigilię wyjazdu. Nie ulega jednak pewności — nowi larowie 
i penaci nie zdołali w nim wzbudzió szacunku. Z mieszkania bo- 
wiem na piatem piętrze trudniej się było wydobyó nu łono natury, 
niż 7. niziuchnej willi na prowincyi... 

Pan Bergeret przybył do Paryża w chwili, gdy mnóstwo do- 
mów burzono, stawiano nowe, brukowano ulice, gdy rumowiska ku- 
rzu, bnidu wszelakiego rodzaju aż zanadto było. 

— Ho ! — prawił |)an profesor — ■ / gruzów ustaje miasto 
nowe, idealne!... 

W pogoni za mieszkaniem przypadek zawiódł go na ulicę, 
gdzie mieszkał był przed laty pięódziesięciu jego ojciec, również 
protesor uni wersy tttii... Tu w tym pokoju znajdowała sie jego 
cenna biblioteka... Tu bywała ośmdzicsięoioletnia panna I<aJonette, 



KUYTYKA 



gorliwa rojaliatka, kt<)ra potowę /c awej n-aty rooiSDej wydawała oa 
publikowRDie broszur o Ludwiku XVI, ksiądz Mathaleo, który od 
ust sobie ujmował, by drukować broszury, dowodzące, ze ^ońce 
iksięźycobracająsięuaokoio ziemi — i p, (.Jille wyśmienity lioUenisLa. 

Rzeczy mają swą dusze... Z każdejto kąta tępo mieszkania 
wypełzła pr7eszlo4<?, w oozaoii tańiłzyta, mieniła się wszystkimi 
kolorami arohaizmu... i głęboki smutek wywołała w duszy prole- 
sora. Wreszcie znalazł mieszkanie obok ogrodu Lukscinbnrgskiego. 
Ale i tu biate posągi, drzewa, aleje — wszystko to przemówiło do 
duBzy językiem przeazłośoi. Tu pod pomnikiem królowej Małgo- 
rzaty w owych czasaeh stiidenoi ideały swe awiticili... Tam się mi- 
łości uczyli... Tu teź cmentarz przoszłofci, tu gdzie dzisiejsza mło- 
dzież marzy O teni, jak zostań adwokatem, lub deputowanym... 

Prof. Bergeret mociio się zaangażował w sprawę Dreyfusa, 
•lako jeden z bojowników o sprawiedliwość na pierwszy szedł ogieu|: 
ze strony reakeyi i jej organów prasy, jak równjoi ze strony stu- 
dentów nacyonali stycznych, obelgi gradem zaczęły naii pada(5. Zam- 
knięty dotąd w swym gabinecie, gdzie czytał Wirgiliusza, uczony 
począł poznawało mechanizm ayoia społecznego. Ciekawe się rzeczy 
działy w około niego. Ileakoya się wzmagała, a ogień jej sycili na 
prowinoyi burmistrz żydowski Worms, a w Paryżu salon lirabiny 
Honmont, siostry żydowskiego barona Wallen8t<'ina, który czmy- 
chnął z Wiednia przed antysemitami, by ruch icb popieraó we 
Franoyi... Salon ów, to centnim konspiracyi rojalistycznej, gdzie 
bywał jej faworyt, antysemicki i-adca Lacrisse, (numer do pozłoty!), 
gdzie się zbierały wszystkie podpory arnńi i zatabaczone księżni- 
czki z wyspy Lesbos, gdzie westsilki z góry Synaj strzegły znieza 
narodowego Franoyi... 

Auatole l*'rance był dotąd wirtuozem w życiu i w literaturze, 
czytał dobre książki z XVII w.; wertował liabelaisa, zbierał szty- 
chy, ota.^zał się dziełami sztuki, gładził, cyzelował swój styl ^^'y- 
kwintny, żył słowem w wygodnej atmosferze estetyzmu... Obecnie 
zeszedł z swej wieżyczki z kości słoniowej, przemówił, jako czło- 
wiek czynu... >. 

Marciu Wrofiski. l^oijinianka z ihlmUmy ;/os/;odarslti'a spo- 
łeczneyo vel potiti/csnej ekonomii- Lwiiw r. 1900. Jak sam tytuł 
wskazuje, broszura niniejsza jest pupularuem przedstawieniem nauki 
gospodarstwa społecznego. Autor wychodząc z pojęcia pracy, nader 
zręcznie przebiega główne pojęcia ekonomiczne, unika definicyj, 
starając się natomiast wprowadzić czytelnika w świat oceny eko- 
Domicznycb zjawisk. Wobec niezwykłych trudności, jakie się w tej 
dziedzinie każdemu popularnemu przedstawieniu nastręczają, bro- 
szurka niniejsza stanowi bardzo dobry nabytek, jako pierwsza ksią- 
ika dla samouków, a nawet wskazówka dla popularnego odczytu. 
Zalety tej broszurki każą zapominać o licznych l>łędach stylu, gra- 
matyki a uawel ortografii i takich nieliterackich wyrażeniach, jak 
zakazy (obatalunki), kiinij pieniędzy, Jtreitylti papiei-owe i t. p. dr. zd. 
Od[iowiodzlolny redaktor i wydawc-a Wilhelm Feldman. 
Z drukarni , Słowa PoUkiet^o'' pod zarzi^dcm '/.. Haln<'ii'iHkieKo. 



<f> 



Nasi dekadencj 




Znamy ii-li dobrze. FeJno ich we wszystkieli knajpach 
i podejrzanych lokalach, przy wszystkich zdrojach, tryskających 
alkoholem i na sabbataeii domorosłych dyablów i tlyabHc, 
plawincyeh się w orgiacli hibieżnycii, pełno ich tam, gdzie 
człowiek zrzuca wierzchnią odzież cywihzacyi i wydobywa 
ztiiebic nagą duszę cyniczną i nawpót zwyrodniałą — niema ich 
tylko przy pracy społecznej. Z jmgardą sytych a przynajmniej 
upojonycb nadludzi spoglądają na ttum plebejów, którzy stoją 
przy maszynie społecznej i zasmoleni, zziajani obsługują lokomo- 
bilę publiczną, wyręczając w pracy dawnych niewolników, potem 
bydło dwu- i czworonożne; z pogardą i poczuciem wyż- 
szości ludzi, stworzonych do nieskończonych rozkoszy eleuzyj- 
skicli. I wyeliylając kielich tych rozkoszy, przynajmniej myślą, 
upajają się sznmną deklamacyą, pełną próżniactwa, próżności 
i próżni, zato tern lżejszą, unoszącą ich nad ziemię marną 
i nikczemną, w krainy wymarzonego bohaterstwa i bohaterskich 
absurdów, iien, hen „w wieczność — gdzie panuje niedorzecz- 
ność"... 

Znamy tych dekadentów w obu ich postaciach. Jednym 
ojcem chrzestnym Sienkiewicz, patronem 1'iuszowski, dragim — 
ojcem chrzestnym Przybyszewski, patronem Falk, Obaj są z tej 
samej rodziny, herbu: bez dogmatu. Pierwszy pochod.''.i z bo- 
gatej Unii tego rodu. Dziadkiem jego Petroniu.sz, ma<jnat, sy- 
baryta, „energiczny" rządca prowincyi, właściciel najpiękniejszych 
eial kobiecych, które od czasu do czasu każe smagać, ale tak, 
by skóry nie popsuć ; elastyczny myśliciel, co znał chrześci- 
jaństwo, ale je odrzucał, bo mu nie dogadzało i wolał bawió 



KRVrVK\ 



na (lwoi'ze tyrana, komcdyantii i bydlęcia w koronie, wyzyski- 
wać jego nikczemne słabostki, grać na strunach jego naj- 
potworniejszych instynktów, nadawać rozpuAeie pnnów i tortu- 
rom nędzarzy pozory piękne, gromadzić bogactwa i używać — 
póki się dało, potem z bohatorskim grymasem zejść z widowni. 
Kuzynem Ploszowskicgo najbliższym — liiikacki, który ma 
cienkie łydki, ostry dowcip i postępowy paraliż mózgu. UczyJ 
się PłoszowHki u jezuitów i jest bogatym, spija więc dobre 
wina, uwodzi damy salonowe, zmienia codzień bieliznę a co 
godzina zapatrywania, a w przerwach układa wytworne sofiz- 
maty o improducłitńtó slai-c\: nie wiem, nie wiem, nie wiem... Nic 
nie wiedząc i w nic nie wierząc - wobec świata nic traci ani 
na chwilę imponującej pewności siebie i wyniosłości; pozyty- 
wistów będzie gromi! w imieniu wyższości swej etyki ,chrzc- 
ściańskiej", zarzucając im mateiyalistyczne pojmowanie darwi- 
nizmu, przy swojem „nie wiem" — daje na mszę... Tymcza- 
czasem przebywa na wyżynach, spożywa bez pracy rentę grun- 
tową, i wplątawszy się w nieszczęśliwy romans, z rozpaczy, że 
natrafił raz na uczciwą kobietę, odbiera sobie życie. Drugi 
pochodzi z uboższej linii tego rodu. Ojcem jego... jiuter sem/Kr 
cst iiircrtiis — krew to jednak szlachetna. Stąd atawistyczne 
skłonności arystokratyczne. We wieku panowania pieniędzy musi 
biedak pijać zwyczajny alkohol, uwodzić mężatki i panny miesz- 
czańskie, zmieniać kołnierzyk co tydzień a oszczędzać na ideach; 
jest też najczęściej monomanem. Ponieważ człowiek najczęściej 
patrzy na świat oczyma swoich braków, przeto on ubóstwia 
siłę, a z wielkiego jak morze Nietzschego wziął sobie za symbol 
tylko ttio hlondc Bestie mit den rołhni Barken. Jak wszyscy 
słabi ludzie, popada t«ż często w parnksyzmy siły, wtenczas 
grozi, łaje, bije, morduje, aby rychło, wyczerpany i znużony, 
popa.ść w apatyę, z której budzi go absyni, lub jego surrogat. 
Mimo odległości kilku piąter, brat bogatszy schodzi czasem do 
uboższego i święcą uroczystość odnalezienia się; koszta płaci 
plebs, dla którego jednakową żywią pogardę. Zresztą używają 
każdy z osobna, bogaty za pieniądze odziedziczone, uboższy za 
))użyczonL'. Pierwszy jest więcejjw/T^-se, 'drugi więcej ordynarny- - 
treść w nicli lasama: życie bez woli, bez planu, bez ko.ści 
pacierzowej ideału, bez jutra; życie krótkich upojeii i cUugich 
KabcHJdiiia-óii; życie tarzające się w konwulsj-ach ostatecz- 
ności, pelue apatyi bezbrzeżnej, to histeryczny cli wyuzdań, ka- 
prysów, wybuchów; życie, które nie uznaje zwykłej logiki, 



NASI DKKAI)KN(-I. !i7t 

nfiuki pozj-Ływnoj, głupiego, podłego mózgu, a akceptuje tylko 
logiki! ueziić, chuci swych bezbrzeżnych, apetytów nieposkromio- 
nych ; życie, które przed plebsem ukrywa zazdrośnie przędzę 
swych myśli i uczuć swych kwiaty, bo to nie biblia pauperum, 
bo psu wystiirezy rzucić ochłap ; życie, pełne przytein pogardy 
i nienawiści do społeczeństwa, które dla geniuszów, nadludzi, 
arystokratów, wybrańców, tak smutne stwarza warunki bytu, 
a najczęściej ich zapoznaje; do społeczników, którzy w tej 
podłej maszynie podsycają wieczny ogień — bodaj resztkami 
płuc — i dla połi^czenia ich z mnicjszomi maszynami i warszta- 
tami fabrykują bezustannie transmisye — bodaj ze skóry 
własnej... 

Znamy ich — tych dekadentów — wszak na imię im le- 
gion I Tylko nie szukajmy icli między tą śmiesznie szczupłą 
gromadką, która sobie ten oficyalny tytuł przywłaszczyła i z na- 
iwną nosi go dumą, jali Itapelusz i płaszcz bandycki — dla 
podrażnienia ^listra... Śmieszni oni z dzikiemi swemi preten- 
syami! Oni — dekadenci? oni, którzy stworzyli sobie bóstwo 
„sztukę" — mniejsza o to, jak rozumianą — i na jego ołtarzu 
składają młodość, karyerc, i służą mu, nieraz jak mnisi, bo z po- 
korą i najczęściej... bez talentu ? Dekadentami ci, którzy mają idea!, 
którzy pragną stylizować życie, a w dodatku nie grają w karty, 
piją najczęściej dlatego — bo alkohol daje ciepło i oszukuje 
żołądek, sprawy miłości traktują tragicznie a w rezultacie za- 
pisali przecie kartkę w dziejach literatury, kartkę, którą nawet 
zagranica musi czytać... Oni mają z prawdziwym dekadentyz- 
mem tyle wspólnego, co staiiezyc^y z Stańczykiem, od którego 
wzięh tylko nazwę i dzwonki, a nie treść duchową... 

Naszych dekadentów, legiony naszych dekadentów, gdzie- 
indziej trzeba szukać. Rodzina Płoszowsklego, bai-dziej jesz('ze 
zdegeoerownna, bo na więcej pokus wystawiona, zamieszkuje 
nietylko pałace i stajnie wyścigowe, szybuje nietylko między 
Monte Carlem i arystokratycznymi litpanarami, lecz ulegając 
przymusowi ciężkich czasów stoi na okopach św. Trójcy. Bez 
wiary w cel jakiś, bez wiary w siebie, nazewnątrz z miną ce- 
lebrantów — między sobą jak histerycy, z pełnemi jeszcze kie- 
szeniami a bez szpiku w kościach... Kto śledzi stan współ- 
czesnej arystokraeyi galicyjskiej, musi myśleć, jak miilym był 
zasób energii umysłowej i moralnej w tych wielkich rodach, 
skoro nawet ni^yt wielcy ojcowie wyczerpali się — i takich 
zostawUi potomków. Adam i Alfred Potoccy, Jerzy Lubomirski, 



360 



KRYTYKA. 



czasem rzucić ochłap składki, można się i poświęcić i wysłu- 
chać hrzdtvkania i gęgania czyjegoś na koneei-i^ie, ale broń Boże 
poniżać się i prowadzić czytelnię, brać udział w kulturnej misyi 
Uniwersytetu ludowego & bodiij powszechnego. Bo i kiedyż? 
W dzień — przeklęte zarobkowanie, w noey alkohol i karta! 
W tych warunkach wyrastają homunculusy o anormalnym 
systemie nerwowym, którzy rozdrażnieni, zirytowani, z apatyi 
i prawdziwie polskiej miękkości przerzucą się z łatwością do 
największej brutalności ; sposób, w jaki w Galicyi urzędnik 
w służbie traktuje chłopa, żyda, robotnika, albo w jaki się ..ro- 
bi wybory", wymierza podatki etc. niema w całej kulturnej 
Europie sobie równego... 

Uczuciowość i logika dekadentów jest zupełnie odrębną, 
patologiczną. Myśl ich — to ezereg elastycznych skoków po- 
drażnionego, nie znającego konsekwcncyi uczucia, zaprzeczenie . 
praw „głupiego mózgu" i męskiej woli. Kto nawiąże nić przy- 
czynowośei między myślą a czynem w Galicyi ? Przed wybo- 
rami odbywa się w całym kraju szereg zgromadzeń przedwy- 
borczych, na których zapadają najsurowsze rezolucye przeciw 
komitetowi centralnemu — kandydaci tego komitetu prawic 
wszędzie zostają wybrani; obecnie odbywa się cały szereg zgro- 
madzeń, żądających odjKoła polskiego upaństwowienia gimnazyra 
w Cieszynie — Koło jest spokojne: ani jeden jego filar nie- 
zawali się ni tei^az ni przy najbliższych wyborach. Zdawałoby 
się, że wystarczy umieć patrzeć na powierzchowne fakta ży- 
ciowe, aby poznać wiu-tość stańczyków, (jdzie oni byli, gdy 
jednostki w mieszczaństwie pracowały i założyły lo trociię 
instytucyj autonomicznych, które jako tako reprezentują u nas 
życie f Ani jeden chyba stańczyk nie pomagał w akeyi soko- 
łów, Szkoły ludowej, założenia gimnazyum w Cieszynie, obrony 
polskości na kresach, przy zakładaniu towarzystw zarobkowych 
i gospodarczych, straży ochotniczycli ! Przeszkadzali przy wpro- 
wadzaniu zwłok Mickiewicza i wystawianiu mu pomniku, nie 
dopuszczają obecnie popiołów Słowackiego na ziemię ojczystą. 
Najwyższą ich ambicyą, aby o nich kiedyś, jak o „ojcu-Ka- 
deckim" śpiewano: w twoim obozie jest Austrya. Wic to każdy, 
wygaduje się też na stańczyków co niemiara — i w rezultacie 
zawsze się ich słucha. 

To jest logika i moralność polityczna. A prywatna? He- 
kadcnci są nadludżmi i przeważnie nic liczą się z przesądami 
clycznymi, dobrymi dla trzody. Dckadcnt będzie pijat i używał 



NASI I)KKAUEN(;i. :>,Sl 

za pieniądze cudze, pożyczone bez myśli o jutrze — a inni 
dekadenei mu pomogą. Potowa biesiadników Koła artystyczno- 
literackiego we Lwowie wiedziała, że ks. Mardy rosie wicz ma 
kochanki i przegrywa olbrzymie sumy w karty, tosamo wie- 
dziano o Szydłowskich, Amoreie — i jeszcze Ich, o ile 
się dało, wyzyskiwano. A czy długo musianoby Mardyrosie- 
wiczów. Szydłowskich, Kłosowskich, Nowickich szukać na pro- 
wineyi ? 

A przy lem wszystkiera jesteśmy wyznawcami dogmatu, 
upajamy się nim i zdolnością do bohaterstwa, — kilka razy do 
roku na świętach ducha, zmieniających się rychło w święto 
brzucha, a z bezbrzeżną pogardą lub politowaniem spoglądamy 
na garść zapaleńców, narwańców, „sportowców", prawiących 
kazania społeczne — na puszczy... Oni są masonami i socya 
listami — prawda, ale „inteligencya", z wyjątkiem szczupłej 
gromadki, powtarzajtieej się stale, monotonnie, przy wszystkich 
dobrych sprawach, gros tej inteligenoyi okazuje w uczuciach 
i pojęciach najprawdziwszy, rozpaczliwy, nieobliczalny anar- 
chizm... 

Galicya przeszła w ostatnich kilku latach szereg klęsk, 
które byłyby zdolne wstrząsnąć podstawami zupełnie zdrowego 
nawet kraju. Uprzytomnijmy sobie, cośmy przeżyli w ciągu 
czterech lat: wybory z r. 1897 ze znacznym krwi przelewem 
i masowem więzieniem ludzi, emigraeya głodomorów „na 
złamanie karku", grzmot burzy podziemnej, zażegnanej urzędo- 
waniem w kraju kata, szereg kmehów instytucyj publicznych, 
bankructw niezliczonych, samobójstw okropnych i gorszyci od 
nich procesów, zwichnięcie niezmierzonego szeregu cgzysteneyj 
i okrycie żałobą tylu rodzin — i nowe wybory z cały aparatem 
korupcyi i całą reakcyą goryczy i bólu... W międzyaktach 
trochę wylewów, trochę nieurodzaju, raz nieporządki w magi- 
stracie krakowskim, to dla równouprawnienia w lwowskim ; 
spadnięcie z nieba Badcniego na etat suchego chleba Koerbera 
i spadnięcie z nędzy poprzedniego bytu ekonomicznego do stanu 
krańcowego braku kredytu, ducha przedsiębiorczego, zajęcia dla 
głodnych mas robotniczych... A przy tern wszystkiem jesteśmy 
związani łańcuchem tragicznym z Austryą, jej zacofaniem eko- 
nomicznem, jej tańcem politycznym na wulkanie namiętności 
narodowościowych, rasowych, religijnych, podsycanych z jednej 
i drugiej .strony przez życzliwych sąsiadów... 



asa KRYTYKA. 

Gigantów potrzeba, aby kraj w lem położeniu będący ra- 
tować i zapewnie mu przyszłość! A u nas — na górze i w śred- 
dniej klasie, na odpowiedzialnych, najbardziej eksponowanych 
stanowiskacji — przeważnie dekadenei.. . Z dołu zaś, o ile nio 
dochodzi tylko nieuświadomiony jęk rozpaczy, może się wydo- 
bywać co najwyżej — od czasu do czasu — głos bezsilnej 
krytyki... 

Czy na dekadentyzm jest lekarstwo? Niektórzy leczą 
histeryę, newi-ozę zimną wodą. Dobrze. Od pewnego czasu grożą 
nam z góry absolutyzmem ; w Galicyi chwieją się pewne szczyty, 
na najwyższych szczylacli mają podobno niebawem zasiąść 
duchy nagiej — w miejsce dotychczasowej m-ękawieznionoj — 
reakcyi i bezwzględności. Daj liożei „Troehę absolutyzmu" od- 
działa swem zimnem na słabe nerwy Gaiicyi wprost dobro- 
czynnie. Obudzi śpiących, otworzy zmysły stępiałe, wstrząśnie 
sumieniami. Indywidualizm polski pokaże może rogi. Wszak to 
trochę postępu, które Galicya posiada, zawdzięcza ona Kazira. 
Uadeniemu, który .swą „żelazną" pięścią wykrzesał z twardej 
naszej ziemi ruch chłopski, ruch soeyalistyezny, opozycyę. 
W tych szeregach dają sig w ostatnich czasach także zauważyć 
ślady dekadentyzmu — Hadeni 11. 'zorganizuje pierzchających, 
zdecyduje wątpiących, zmusi do wyrobienia sobie przekonań 
i dokumentowania ich w czynach. 

Jjeezą jeszcze neurastenię zmianą warunków bytu. Naszymi 
warunkami: zacofany typ ekonomiczny, za którym idzie brak 
zróżniczkowania społecznego i określonych dążeń ideowych. 
Nieszczęściem naszem jest, że u nas stan średni stanowi „in- 
teligcncya" zamiast właściwego mieszczaństwa. Nie jesteśmy 
z pewnością wielbicielami porządków i ideałów mieszczańskich, 
ale stanowią one konieczny etap rozwoju, rozwijają spote- 
ezeiistwo, dają mu mnóstwo uiezależnycli jednostek — miast 
zależnej hiurokracyi, dają wykształcenie realne, miast formal- 
nego, prawniczego, dają łączność ze wszystkimi żywymi inte- 
resami i"prądami zachodu, dają perspektywę na powstanie inte- 
ligentnej, zorganizowanej klasy robotniczej. Htąd ma dla nas 
kwestya ..uprzemysłowienia Gaiicyi"' znaczenie, o wiole prze- 
kraczające zakres jej ekonomiczny... 

Rody wyczerpane odświeżają często swą krew kojarząc 
się z jednostkami o siłacli świeżych, niczdtigencrowanyeh. 
r nas w „niższych" warstwach społecznych wyrósł już spory 
zasttjp pracowników, pehiycli zapału, żywiołowej enerijii, choć 



NASI DEKADENCI. 2>:'. 

szorstkiej kultury. Powoływanie tych żywiołów do odgrywania 
należnej im roli w życiu miszem publicznem i duchowem — 
odświeży z pewnością wyrodniejące w swej jalowośei kola na- 
szej... -inteligencyi"... 

A przy tera wszystkiein musimy pogłębiać i natężać indy- 
widualną naszą wolę. Dekadentyzm — bo brak woli społecznej, 
my musimy ją krzewić wszelkimi sposobami. Wobec ogrom- 
nego upadku etyki i odwagi cywilnej w Umju. musi człowiek 
uczciwy nauczyć się mieć tyle odwagi, co nieuczciwy, 
człowiek niosący „dobre nowiny" musi mień tyle inicyatywy, 
co niosący karty i butelczynę ; człowiek kulturny — tyle siły 
co apelujący do przesądów i niskich instynktów brutal. A „je- 
żeli prawda ma być skandalem — powiedział św. Augustyn — 
to niechaj będzie skandal". Stońcti boją się tylko istoty bliskie 
rozkładu, kochankowie księżyca — dekadenci... 

Ploszowskish i Bukackich nikt już nie uratuje. Na wy- 
tarcie ich nerwów i sil żywotnych składny się od Fetroniusza 
wieki nadużyć i wyrafinowania. Ale „inteligencya" nasza to 
z pewnością nic tak stara rasa, aby miała stargane nerwy 
i szpik wyschnięty. Są wśród niej jednostki, których pragnienia 
i zdolności tera są większe, że muszą być mierzone w stosunku 
do inereyi ogółu; jednostek tych coraz więcej. I tym w obli- 
czu niezdolnych do świadomych, systematycznych aktów woli 
dekadentów wołamy: 

Mnóż się w swych czynach, a będą z ciebie miliony... 



JULIUSZ U.OW«CKI. 

I-)aj<; wum tę ostatnią koronę.,. 
Duję wam tę osCaŁniii kurouo pamiutek 

I lez i dawnych mulcU aadziei kuronc... 
Dawniej mywlulem rzcciiy iiczyiiiif Hzalouc, 

Wami zalożjd uowycli nan>diiw początek, 
Lecz mi toran wystarczy mały ziemi kątek, 

(jiliiie w deskowej sii; zuwi-c muszli i iitono. 



ł^ i a cl » w a |n... 

Biaila wam, gdy się l)u<lxi duch i obudeouy 

Suń finieiy, krwię nową żywota czerwony ; 

Gdy okiem UtyBkawicy na wsre strony błyska 

I świat do nowych wielkich lotdw ()owoływa... 

Wyście wj-nieiih dawne króliiw pruchiiwiuka 

Z kościami w trumnach. ZamiaHt kmyozed: Poluka żyw-a ! 

Wyście krzyczeli: Niechaj żyje z cudzej pracy! 

A tył wam szpikowali ołowiem Prusacy... 



Polsko, ojczyzno!... 
Polsko, ojczyzno! padaj ze mną ua kolana, 
I proś Boga o starcie z!otogt> szatana, 
Kiriry upadł z nieba jako jasna Wyskawioa, 
Zmiótłszy trzeci:) częśtf Iwoich gwiazd i dwierd księżyca, 
^io z woli, ale właśnie zaparciem się woli 
Myś Hc ie iióg na Kkrzypcnch szlachcifa rzępii 
Za oudowiinścin wszelką idący po ciemku. 



Xu jetlnoj gói-z.'... 
Xa jednej grtrzc podczas Kawieruchy 
Widziałem Polski lułj straszniejsze duchy. 
Zosjiły sic cicho w iiotiy i mtSwiły : 
lJi>b<^>dz'my trupa polskiego z mogiły 
I wykażemy, że tu bez żywota. 
Nie żywy anioł jest, lecz giirstka lilota. 
1 riickł 7, nich jeden wychudły i /.bladły, 
Którego już wszy pogryzły i zjuilly, 
A który guaty sucłicmi gr;fCchotał : 
Jiini - rzekł — t<; Polskę jak jiająk iimotał! 
•leżeli i'hi-ccic iriip olicjr/.ec suiv, 
Zd.-iii..-i<- koszule 



nogo. 



'.l''J ' 



W ton Cl 
Dwaj . 



na pierwsKc z tym liiipcm s/.arm; 
I moskiewscy [irzyskoczyli hyule... 



cle 



MATECZNIK. 



Młodości, uwierz... 
Młodości, uwierz w eoy czyste i złote, 

Ktdre nad formy przelatują stare, 
A masz bród pewną na świata ciemnoto, 

Musz we snach twoich jiii stworzoną wiarę. 



^v£sL,tecz3ai.^*^ 



Oto Bóg, który łona tajemnie odmyka, 
Podniósł wreszcie zasłonę czarną z mateczniku 
I pokazał... opro]>ną umysłów niinf, 
Oczy krwii] zaszłe, twarze zielone i sine. 
Dogasające czoła przy ofiarnej czarze. 
Zabójstwa serc i ekryte na trupy cmentarze, 
Kijami po moskicwsku uasiekane grzbiety. 
Żywo, zwierzęca widma — włóczęgi — szkielety. 
Chodzące ludzi szczątki — cinł ruchome ówierci, 
Pełny wężowisk, ducha małecznik, grób śmierci... 
Tamże jest tron jako grób straszliwy i czarny, 
Xa którym się pokazał ów niedźwiedź polarny, 
Figura z krwi i z ciała wewnątrz chora, pusta, 
Mocarz zapowiedziany w proroctwie oszusta. 
i'rzed jego (Miżyczoną ju^ od cara mocą 
Szkielety waryatów kładną się, grucUocą, 
Podlą Kię i za podłoł^(5 mu składają dzięki, 
yłychad trzask czaszek, grzechot piszczeli i jęki. 
Któźl>y powiedział wczoraj, ze ta ach kotara 
Kryje takie tum uczty straszne Baltazara, 
Ze ten, co miał serdeczne niegdyś w Polsce państw 
Dzisiaj osławiony zapadł w ducha pijaństwo 
I hachanalią kończy z uozm^iem wieczności. 
Nie wiedząc że ma z trupów śraii^jących się gości, 



*| \Vi£tsz ton, iigloszony przez A Małeckiego w Pismach pozgonnycli 
Juliusza (Lwów ]^K<'i I. 81) podajomy tu w pełniojezoj i znacznie 
odniionnoj rodakcyi. Pickiolny len oł>raz Zf^nilizny moralnej raratu 
i iigodowców-, 7. lylułu zaledwie przypominający opis puszczy litewskiej 
w „Panu 'riirieiisEu"' a pełen Danicjskioj Zgrozy, liyl dwakrolniu oprarowy 
wany - widocznie sani poeta przywiązywał duń wicksiit wagę. M B. 



i^e tam uicoświecuuy JC8Ł dom bez i 
I roka oarslca ogniem \>o ddauuch piejąca, 
Ze przy st»le okropne zbierając okrucby 
•Siedzą ciała nie swemi uiipełnioiic duchy. 
Liczba Jakaf^ szatanów, która ciał używa. 
Ten mówi j a, a drugi — diieli się w nim odżyw 
Drugi, którego prsieszlo&i w siebie zajr/e(5 znęei, 
Spojrzy i ciid/ą pamięd znajdzie w swej paraifioi. 
Inny gdzieś pod Grocliowem zaznaczony blizuii 
Zapumui się i Moskwę nazywa ojceyzoę. 
Tamten rozczocbni włosy i podnicmo pięście 
I krzyknie jak kubieta : Boże! o, oieszeicęście ! 
I zaBzlonbanien), w kt<5rem jui braknie oddechu, 
Zakończy jak tlzieoinna harmonika śmiechu, 
Z tonu ua ton spadając, ai głosem zaleci 
W te jamy, gdzie psy wyją piekielne jak dzieci... 
Tam, pntrzrtj, człowiek niby zachłyśniuny Bogiem, 
Ojczyzny, swojej matki dawnej, stoi wrogiem; 
W nerce, gdsiie ona jeszcze święty ogieil trzyma, 
Swemi wztyletowemi utkwiwszy oczyma... 
Waryat, a mądry ! Sztandar zaguł)y rozwinie. 
Wszystkich wyszle i straci, ale sam uie zginie — 
Juku ])ła»! będzie ])ływiił w skorupiicb i ćUJDie... 
I teraz stoi, patrzaj, jak trtip w grobie cały. 
Od którego szlaki sto lat uciekały, 
1 nareszcie z przestrachem rzuciły trumnicę, 
(idzie kości wypriSchniałc gorzały jak świece, 
r nud ukropitem. ciemneut piekła malowidłem 
Szaiy lak mnebnął rękii, jak nJedopcrz skrzydłom. 



mkoholizm jako objaw wspiłczosoej kultur). 

Zakończony przed tygodniem VIII. międzynarodowy kongrcu 



aiiŁyalkobolisŁów' ) Ciiyni sprj 
kotwiek aktualną i zastanowiti 
Gżeniem tego powszechnie zi 



alkoliolizmu bardziej mi kicly- 
się każe nad socyoEogiozuem zna- 
auego ol>jałVU. Nie ulega dziś już 



!■ sil,' nad 1 



i*ilt|,li« 



ti-litikoi 



j l",-il/i.-iii 






ALKOHOL, JAKO OBJAW \VSPÓL(;ZERNEJ KULTURV. ?287 

wątpliwości, że alkohol jest trucizną, kt6ni w znacznych ilościach 
(Iziaład mo/e śmiertelnie, a w drobnych dawkach wywiera na orga- 
nizm wpływ ujemny, kt<5ry przejawia aie w zmianach patologicznych 
i funkcyonalnych, oddziaływa na wole i na sferę emocyonalną 
więcej niź na intelekt, a dając złudzenie wzmożonej działalności 
mózgu i nerwów, należy do trucizn, i nieprzyjaciół ludzkości. 

Spożywcą tej trucizny jest przecież cały ogół i to we wszyst- 
kich krajach, a korzyści ciągną wytwórcy, jako z najłatwiejszego 
i niezawodnego i^ródła zysków i spekulacyi. Jest to pewnik, który 
l)ez trudności wykazać sie daje na zależności form alkoholizmu od 
gospodarczych stosunków państw różnych. Gdzie przeważa wielka 
własnośó z kulturą żyta, jęczmienia, kartofli jak w Niemczech pół- 
nocnych, w krajach polskich, w Rosy i, mnożą sie gorzelnie i bro- 
wary, a ludnośó rozpaja sie na wódce i piwie. W kraju drobnej 
własności i kultury owocowej jakim jest np. S^wajcarya, konsu- 
mują sic olbrzymie ilości win owocowych, we Franoyi kraju winnic 
żaden obywatel obejsó sic nie może bez wina do obiadu i kolacyi. 

Demon alkoholizmu przybiera tedy różne postacie, a pod każdą 
podobno jest równie szkodliwy, licząc naturalnie liczbę stopni 
skonsumowanego alkoholu. Jako objaw tak ogólny złączyć się on 
musiał ściśle ze wszelkiemi objawami współczesnej naszej kultury, 
siegnąó głęboko w ducha cywilizacył jako nast^4)stwo, a jedno- 
cześnie przyczyna moralnego nastroju epoki. 

Spróbujmy pomyśleć nad tem przez chwile. W dążnościach 
i sympatyach naszych uwzględniamy prawie wyłącznie dzień dzi- 
siejszy i najbliższą przyszłosó. Tymczasem owa najbliższa rzeczy- 
wistośó jest n iezada wal n łającą, jałową, niestałą, złożoną z szarzyzny 
powszedniej lub niepewnej przyszłości. Cele zaziemskie zajmują 
dziś nader mało miejsca w życiu i myśleniu jednostki, pocieszyó 
jej nie potraii nadzieja przyszłego życia, w które często nie wie- 
rzy, albo o które nie dba. Za wszelką cenę należy sie tedy oma- 
mió, zapomnieó o rzeczywistości, podnieśó ducha, choiby kosztem 
późniejszej depresyi i upadku. Alkohol, którego działanie w znacz- 
nej części |)olega na złudzie, na pozornem wsprzepianiu, wlewaniu 
otuchy, optymizmu, zaufania we własne siły, staje sie niezbędnym 
i ukochanym towarzyszem. Ileż to górnych projektów, ile wylewów 
serdecznych, jaki dowcip, śmiechy, jakie iskszące oczy, zarumie- 
nione policzki przy uczcie, gdy wino kilkokrotnie napełni kieliszki. 
Człowiek dzisiejszy, jak słusznie w przemówieniu swem zauważył 
prof. Masuryk, czasem potrzebuje czuó sie nadezłowiekiem, choóby 



3Pfł KRYTVKA. 

7a nonę ]>(1iSniejr)Z(>);o ponUenia i U|>otllcnia, |iu;fuieJ876gu wyznoiu 
Bin 7. 07^owiGCzci1»twa. 

A itrzccie:'. wickBEOH<^ ludzi niply tak daleko nie zaolio- 
(Ui, olice fiin tylko troclin j)odDicoi<{, trocin; odbiegnąć od rzeczy- 
wistouoi. 

Człowiek dzisioJBity iitraoiwsjsy naiwną winrc, która odezko- 
<lowanie za wszelkie złe doczesne widziała w przyszłej nagrodzie 
lub karze, itie pozyskał jrszozc moralności że tak powiem spo- 
łecznej. A zatem owej głębokiej wiary w związek pokoleit, ani 
przenikoięoia Bię poczuciem obowiązku, względem ŁeraźnicJHzej i jirzy- 
Hztej ludzkości. Siebie tylko, oo Dajwyiicj bczpośrednicłi awoich 
naatępoów, widzi i stawia w centrum wszechświata. Dobro rasy, 
odpowicdzialnoŚij wobec odległych uastępoów, przekonanie, ze wiel- 
kośtf i przyszłośf! narodu tkwi przede wnzystkiem w moralnej i fizycz- 
nej dzielności Jego członków, rdwuie mało waży na szali moralności 
jednostkowej, jak uświadomienie związku, jaki zachodzi między 
każdym naszym czynom, a wartością pr/.y.-*złogo ogółu, :Zyd i nży(?! 
wołają śmielsi i bardziej bezwzględni, ciągną*? życiowe jarzmo 
i cośkolwiek z życia wydobyć dla siebie i iimycli pragną inni — 
często najlepsi. Jedno i drugie ułatwia alkolml. *'g<3ł. któryby 
w imię obowiązków dla przyszłości wyrzekł się zatruwania na <li!iś, 
musi^by byrf złożonym z silnych charakt<.'rów, a takim nie sprzyja 
świat dzisiejszy, nie wytwarzają ich, lecz gnębią i łamią warunki 
współczesnego życia. 

Bo przedewBzytkicin życie ekonomiczne związane jest dziś 
z wszelkiemi formami nlkobolizniu. W żadnej epoce nie był on tak 
powszechnym ani tak groźnym. Htarożytnośó znała użycie win lek- 
kich i Błodkiob, gdyż rozgrywała sic jej historya na w-ybrzeżaeh 
morza śródziemnego, w pasie winnic, ale dopiero przy schyłku ce- 
sarstwa rzymskiego rozpowszcclinia się pijauBt>ro i to wśród warstw 
zamożnych, '/m czasów Chrystusa i wśród otoczenia, do którego 
t»ezpośreduio ])rzemawiuł, pijaiistwo było nieznanem. To też, tak jak 
poprzednio Mojżesz, nic przestrzega piv.eil nadużyciem trunków, 
choć tak bardzo pragnie wyswol>odzió duszę z oków ciała. Surowe 
zakazy .Mahometa, które dotąd bronią wyznawców' jego przed pi- 
jaństwem świadczą, że czyniło już ono spustoszenia za jego czasów. 
Alkohol, jako środek leczniczy, zalecali istotnie lekarze arabscy, 
oni to właściwie odnaleźli go, a sam wyraz alkohol Jest pochodzenia 
arabskiego. Wódka wyrabiana z wina i itżu nic staje się przecież 
jeszcze groźną, gdyż |»rzez całe średnie wieki wysoka Jej oena 
czyni użycie wyłącznym przywilejem zamożnych staiii'"\". 



ALKOHOL, JAKO OBJAW WBPÓLCJZESNEJ KIILTUKV. 380 

Sposób przygotowania wódki z żyta, odnalczioDy dopiero 
w XVI. stuleciu rozpowszechnia ją po oalej i^rodkowej i północnej 
Europie, a kartofel podawany armiom najmitów, jako najtailsze po- 
żywienie, staje sic powszechną okrasą w formie wódki. Kapitalizm 
ujarzmia masy ludowe przy pomocy taniego i masowego alkoholo- 
wego produktu, z którego sam największe ciągnie zyski. 

Dziś cała produkcya rolna, a zwłaszcza rolnictwo na wielkiej 
własności ściśle jest ze sprawą alkoholizmu związane. Nietylko u nas 
ale i w całej Europie środkowej, północnej, wschodniej browary 
gorzelnie podtrzymują byt rolnictwa w dzisiejszej jego formie. Olbrzy- 
mie dochody pobierane pr/ez wszystkie państwa z podatków od 
alkoholu stanowią prawie najważniejsze pozycye budżetu. Alkoho- 
lizm zrósł eie organicznie z ustrojem dzisiejszej produkcyi, z naszym 
systemami podatkowymi, z zamożnością naj>vj)ływowszych w kra- 
jach środkowej Europy stronnictw agraniych. Jest on potężnym 
sprzymierzeńcem kapitalizmu na wsi, bo nawet w tych krajach, 
które jak nasza Galicya na rozwój przemysłu zdobyó sie nie mogj^ 
udają sie gorzelnie i browary, a wódka i piwo niezawodnych znaj- 
dują konsumentów. 

Niemniej dzielnie <lopomaga alkoholizm ustrojowi dzisiejsze- 
mu w mieście. O nędznej i>łacy, niestałości zarobków, o niskiej 
niegodnej człowieka w czasacli cywilizacyi stopie życiowej, zapo- 
mina robotnik przy kieliszku dzieląc życie pomiędzy prace i knajpę, 
do której wypędzają go straszne warunki pomieszkania ; niema czasu 
trzeźwo i krytycznie zastanowió się nad położeniem swojem, zapra- 
cowany lub oszołomiony trunkiem nie może ocenió sił własnych 
i tej całej pracującej rzeszy, która los jego i niedolę dzieli. Owa 
moralnośó społeczna, która uznaje, że warto dzieu dzisiejszy i chwi- 
lowe użycie jednostki poświęć id na ołtarzu interesów ogółu i przy- 
szłości pokoleń o nie może stad się trwałym dobytkiem ludzi, którzy 
w kieliszku każdą utopią troskę... 

A przecież złudne działanie alkoholu, podnoszącego nastrój 
i krzepiącego jakoby ducha i ciała jest tak silnem, że aż do ostat- 
nich czasów stronnictwa robotnicze, wolały nie zajmować się tą 
stroną kwestyi społecznej, nie odrywaó robotników od właściwego 
ich celu wyswobodzenia i samowiedzy klasowej. Najsilniejsze ze 
stronnictw robotniczych, wzorowo-dyseyplinowana socyaldemokraeya 
niemiecka, przed paru jeszcze laty zbywała poganlliwą obojętnością 
dążenia ruchu antyalkoholicznego. Dziś sprawy przybierają nową 
postaó, stronnictwa robotnicze w Belgii, Szwajcaryi, w Niemczech 
w swoje ręce biorą sprawę walki z alkoholem. Doraźnym tryumfem 



'iW 



KnVTVKA. 



wictleusikiogo kongresu będzio jak się zdaje zjedDaDio stroniiii'twn 
społeczno- dpmok raty cz nogo dla swoioli oeWw. Dziś jii» w Wiedniu 
znajduje się znaczna liczba zupełnych abstynentów między robotni- 
kami, a co ważniejsze, nie wywołuje to żartów i prz ośla down ii, lecz 
szneuiiek i wzgl^fdy wśród współtowarzyazńw. 

Nie mogło by(5 zresztą inaczej. Alkoholizm w dzisiejszej swo- 
jej formie powszechnego użycia napojów wyskoko\vyeli, w postaci 
niezbędnej, codziennej konsumeyi wódki przez warstwy najuboższe 
i OHtrego pijaóstwa nie u l>atvincycli się pr{5żniakó\v, lecz u ludzi 
procy, których do tej praey niezdolnymi czyni, jest wytworem ka- 
]>italizniu. U jego zarania odkr^'eie sposobów przygotowywania wódki 
z żyta i kartofli, dzisiejsze rozpowszechnienie piwa i win fałszo- 
wanych i olworzyło dla kapitałów drogę pewnej i korzystnej fnikty- 
fikacyi. Kapitalizm uozynił z alkoholu, jak z każdego przedmiotu 
konsumcyi środek spekulaeyi, a popierały go w tern właściwości 
napojów zmniejszających moralną i fizyczną odporność organizmu. 
Kapitalizm stworzył dla najszerszych mas ludności takie wanmki 
bytu, które wprost wydawały je na pastwę alkoholizmu, ou wj-- 
tworzył klasę najemników bez jutra, »le płatnych, oderwał kobietę 
oil rodziny, której potrzeby pozostały niezaspokojone, on rzucił 
klasę praciiJQeą do suteren i dziur ciasnych i wilgotnych, które 
niszczyły życie rodzinne, a całe życie towarzyskie ktiuecntrowały 
w Hz)-nkach i piwiarniach') 

Jeżeli zatem stronnictwa dcmokracyi społecznej stanowią re- 
akcyę przeciw kapitalizmowi, jeżeli bronią przed nim klasy robo- 
tniczej, muszą z k<mieezności wziąśó w swoje ręce i ruch antyalko- 
holiczny, staJLC się w nim przodownikami. W czasach dawnych, 
warstwy pracujące, które przez swoje ubóstwo i brak sposobności 
nie mogły używaó alkoholu, diiwały dopływ świeżej niez-atrutej krwi 
wyŹKzyni warstwom społeczeiistwa. Dziś siato sic inaczej. Alkoho- 
lizm jest powszechnym, wszystkie klasy świadomie bronió aio prze- 
ciw niemu muszą. W pierwszym jednak rzę<lzie, miejmy nadzieję, 
stnnie bid wiejski i miejski, którego interesy mateiTalne nie są 
w takim stopniu z alkoholizmem związane jak warsty; posiadają- 



'i Ni(^ oliala hynajmnicj Iwicrdzpnin mojojro fakt, że iiijniistwo s 
siv i tom, f^dzic kapitalizm mało znajduje dla siołiic gruntu, jak iip. i: 
Przede wszystkiom nie jostodmj- więcej pijackim noi^odem od innycli, 
tylko nasz nhlop i robotnik w skutek niedustatecznejfo odżywiania więcej 
cicrpjii od nadużycia alkoholu. "— ■ -;-l-. i.-_':.-i: 



Poza t 



1*11 uu iiHuii'.^\ Ulu ajKOJLUJu. ro/.u ii-ui iimuiy U fliebic kapitalizm iiutiiy, 

\ jesteśmy oliarą kapilalizmii innych krajów, ktiJre nczynily z naszego 

rynku zbyln illa towarów i rozliily stare formy drobnej wytwórczości. 



;jvr:w»r,'::vk- 



ALKOHOL, JAKO OBJAW W8P0L0ZESNEJ KULTURY. 301 

cycli. NatiiralDJc, ie inieyatywę przyjąi5 nmei ta sfera, która świa- 
domie i celowo stoi w opozyoyi do ustroju WBpółczesDcgo. 

Alkoholizm dając pozorne i chwilowe zadowolenie, przytlu- 
iniaji|c krytyoyzDi, pOKWaUjąc znoHi<5 7Je warunki bytu, kUSre ina- 
czej do oporu pobudziłby musiały, osłabia sił^ opozycyi przeciw 
dzisicjazym warunkom bytu i dlatego demokracya społeczna uznad 
go musi za własne sprawę, skoro o t;oh zgubnyoli następatwacli 
przeświadczoną biedzie. 

Dprócz warunków ekonomicznych i moralnych, które wytwo- 
rzyły alkoholizm dzisiejszy, wspomnieó naleiy o zwyczajach, które 
uiycie napojów wyskokowych czynią nieodłącznem od wszelkiego 
iywszego przejawu naszej to^rarzyBkośai i wesela. Alkohol, jako to- 
warzysz uczt i zabaw, zjawia się najwcześniej, juź wtedy, kiedy 
o powszechnem Jego użyciu nic było jeszcze mowy. 

Jest to dziedzina, w której najwięcej usprawiedliwionym się 
byó zdaje i z której bodaj źe najtrudniej będzie go wyrugowali. 
Tu zastąpió mo^.na skoncentrowane napoje alkoholiczne lżejszymi, 
a któż wyrzec się zechce zabawy i środka, który ją podnosi i oży- 
wia? Nic choę przeaądzaó, ezem zastąpi się alkohol, gdy dzisiejsze 
swobodne jego bytowanie zamieni się na pomieszczeuie w apte- 
karskiej szafce, między morfiną i opium. Zwrócę przecież uwagę 
że czasy najoblitszego użycia alkoholn, a zatem wiek XIX., nie 
były okresem swobodnych i licznych zabaw. Wiek XIX. zmniej- 
sz}'! sumę wesela, bo zredukował do minimum godziny wolnego 
czasu u pracowników ręcznych, a wśród umysłowych stworzył dą- 
żenie wytężone do celów naukowych, do karyery, stanowiska, z za- 
pomnieniem o swobodzie ducha, o radości z żyoia, którą przecież 
zawsze, nawet na widok pięknego promienia słońca odozuwaó mo- 
żna. Właśnie to pokrzywdzenie wesela, te krótkie chwile, które 
odpoczynkowi, przestawaniu z naturą, z przyjaciółmi, z rodziną, 
poświęcić może człowiek dzisiejszy, wywołały kouieczuośó spotęgo- 
wania nastroju przez alkohol. Zycie większości ludzi, nawet tych, 
ku>r}'m nie dokucza niedostatek, ani prześladuje nieszczęście, a za- 
tem tych n.adkich uprzywilejowanych, jest dziś ponurem, zgryźli- 
wem, smutnem. Nienasycona ambioya, pożądanie dóbr materyalnych, 
rozdźwięk w rodzinach, tysiące niezaspokojonych pragnień, brak 
życia z naturą i rozumienie jej, to niezawodnie sojusznicy alko- 
faob'zmu. 

A przeciwnicy, ei fanatyczni uczeni, którzy w ciszy labora- 
toryów badają jego działanie, ci, co w aktach sądowych odnalećó 
się starają udział jego w zbrodniozości, co obliczają w jakim sto- 



. rn-Lit^sa 'iiTannos-' 



-> -ami rrjućuw-. iji4-Aia;a? zajt-t:.'; jł^-r-rTrij-jisaie ?!■; ■■ i ni-^ii nieiTle 
Ml Kuto:/!- łiyjrietiy. <?'j laityki, T-> iulzae. oj ziozawazr walk^ 

',:u pvwiIizarvŁ niyr«Iii.>^ i ek'.-L'> ii.:oH.y nśtri li/isif-jrzy. 



•f" 



Aryman mści się. 

Zlłli/^jii'^ fti'; 'l'j i-ztrzym wyni'ł>loici życia, zwnieal jeszcze 
.''pojrzfrDi'- »■ siroDę krainy prztljyK-j. .Sirmlzone *;*>l>y ooioiale 
(l/wftrałv wiek }</^ci Br-ilzuy i oii^żki. juk l)rvł>- ^•łoK'iu. do ziemi 
iiicznajoinej, co -^ii; dak-ko ukazać tniałA. <X'rirymi tokoiami irpaila 
się w jetto ramioua uporczywa r.^^ryzoia i plecy mu w pabik wy- 
)!i('ła. /eliały już rzcmieDue l>oj»r';ei życia w^nU bla?ku, i wówczas 
widoczna iiyła każda sina blizua, kióra mocno i głęboko wypaliły. 
I siTce, po tysiąc razy oasyconc. już nie łakccto. 

Daleko w ii:ziuacłi z<j:-uł ten czas, kieily tak wszystko sma- 
kowało <liisz\', jak sama chciała. SkiuicDie ri'ki, na ktiJre<ro widok 
tłum rozdtępujc sii: i ucieka, jakliy ^o mlerzał bla:^k grotów włóczni 
i-i;!ivlonvcli i mieczów wvilubvtvcli : skiuieuie ręki. ua którego wi- 
liok CKołi^ pię do stój) uieznaDy i-ztowiek. jakby ^o ciąguąt po^TÓK 
-i'-pa>!z:i — znudziło ttię i obmierzło. 

1 w rzczacli wszysikicli, kióre ujmuje posiailauie. \viiia«? byto 
tviko z[frvziłii\ 

O, piłyby można było wTócic się la.-amą droj::i. o. gdyby 
IRi^żiiu ii''i \v~.l':':i: i niŁ je^iCKC iijrze*', eo t-ię uiilziało, — ku dale- 
ł:i:i. d'>lii]oiii. ">• uif^łacli tęsknicy roztopionym! Wrócić się do wi- 
dz':ii .■•<:r''a, zobaf/y<; znomi świat nieprawdziwy, odbiły w oczach 
•iKi'-i-k:i... 7.xn/.j.>'- w milczeniu, jak ]>od sercem, pełneni zdrad 
i wybi-ry^A. pociyna się tajemne, sobio tyiko samemu wiadome 
■.i"-t"iiri:'iii<: i przowodniezy orszakowi iiiyŚli iiowo narodzonych, 
kt.ri- /:i ni-::, id;; w -troiie loiidrości... 



^^^^^^ 



ARVMAN MŚCI 8IIJ. 293 

Raz Jeszoze tGmii wzniszemii zaiifad! 

Tam Vi tyo}i dolinuoh zostało etę (^zozęSoic, które nie tnvało 
dłużej nad czas jedoej juti-zeoki, a zwiędło, podobne do kwiatu 
widsny aa oiwie, gdy wysoko wzbije się skwaroe słoiice... 

A kiedy oa obraz oiosów dzwonu za umarłych, które rozbi- 
jają oiezę poranka, twarda świadomość roztrącała westchnienie, gło- 
sząc, ie dni szczęścia już się nie wnSoą, jui się nie wrtfoą, jak 
śnieg, z ebmur spadły, na dawne miejsce w przestworzu, — wznióel 
ciężką rękę, aby zatrzasnąć drzwi miedziane. Na za^YSze - utmoi<J 
opuszczone już życie, rozległe siedlisko żalu. Przesta*^ uozuwaij po- 
trzebę rozkoszy, których liczba skąpa jeat i wiecznie się powtarza, 
koniccznośó dziwactw oiągle odmiennych, a zawsze tyohsamyoh, 
świeżych, jak dopiero zerwane róże, skojarzeń myśli, za któremi 
nieodzowne wlecze się ^dala poziewanie. 

Ezució na ziemię i stopą rozedrzeii ostatni kwiat, a duszę, 
niewolnicę zmysłów, wprowadził! do okręgu, gdzie inny leoi ozas, 
nie ozekający nigdy, który śpieszy się wiecznie oa wyścigi z dziką 
pianą fal, z polotem wiatru i z płomienną błyskawicą. Tam ją prze- 
ciwko i^amcj sobie obróoid, aby się poczęła zieraó i tracili, jak 
w ogniu. Aby zaozęła wadzió się z sobą i ze wszystkiemi hasłami 
żywota. Zgromadzió dokoła niej jedynych sojuszników, jedynych 
przyjaciół i znajomych współbraci: własne jej siły. W mocna 
smycz ze skóry uoliwyoió namiętności, jak psy i suki. W śoiśniętej 
dłoni sibrę ioh nikozemną i szczekającą zatrzymać. 

A gdy to marzył, etanęJa przed nim twarda mądrości maga, 
ktdrą był ongi poznał 1 dla rozkoszy życia odtrącił. I widział 
wielmożną myśl Manesa, co się w irańskich przestworach, u jasnych 
ognisk dobrotliwego ojca Ahuramazdy zapaliła, co się kochała 
w Baranku Bożym i ku ognistej tarczy słonecznej leciała, wiecznie 
.'Stęskniona. Wtedy własne jego uczucia wlały się w amfory mistrzBi 
co się Kwai Parakletcm. Wtedy począł dumaó o tajemnicy, o skry- 
tym i niezbadanym duchu człowieka, o tym ogniu niebiańskim, 
pełgającym nad jaskinią. 

I widział, jak gdyby w sennyoh marzeniach, pracę, walki 
i niedolę pierwszego człowieka, Adama, który poto przyszedł, aby 
się w nim dokonało wyzwolenie światłości. Duch jego miał zdobyó 
całkowitą wied/ę o sobie i rozwinięcie całej natury człowieczej. 
Ale pan mroku, ten co się z przedwiecznego wroga jasności, z An- 
gramainiu wywodzi, zły duch z czołem, zranionem od pocisku bo- 
skich piorunów, umiał temu przcszkodzió. On to dal Adamowi ko- 
bietę za towarzyszkę. Niin nastąpiło wyzwolenie światła, Ewa 



2!il Ktt^"n*IvA. 

wznieciła w du»zy Adama straszliwą silę, bezdcDoą, wszystko ni- 
Hr^zącą władza: iniłoń<5. Pod uciskiem tej I>ot«gi Adam rozprószył, 
o»4al)ił i utracił blask swego dnclia. W miłości poczynał dzieci, 
kt^rc były spadkobiercami grzechu i niedoli. A jak było z Ada- 
mem, tak było z nim, Dioktescm, dalekim potomkiem. 

Wtedy wydarł się z jego piersi głęboki jęk. UjnoU raz na 
zawsze, £c miłoóf! dla kobiety i ptodzeDie z nią dzieci sprawuje 
zaplątanie sic jasnego ducha w materyc. I i>o trzykro<5 za prawo 
nieodwołalne uzaał wzgardę rozkosz)- cielesnej: pieczeń piersi. 

Powtóre w senncm westchnieniu oglądał dmgie prawo wiel- 
kiego kaccrza: ocz^-szczenie ducha przez wędrówkę z ciał ludzkich 
(lo ciał zwierzęcych i roślinnych. I głęboko uwierzył, że dusza 
zwicrz(;ca jest oząatką Boga. Dlatego wyznał wobec siebie, że za- 
bójstwo zwierząt, zżęcie kłosa i otrząsanie owocu równa się mor- 
dcrsttt-u, poniewai przemocą wsbzymnje rozwój Światłości, uwięzio- 
nej w zwierzęciu i w roślinie. 

I po trzykroó za prawo nieodwołalne uznał swobodę trzód, 
pól, gajów, rzek i stepu: pieczęd ręki. 

Odtąd utonął cały w nauce n-iclkiego inaga. 

I śnił o świętym aniele blasku, jak w postaci węża namawiał 
pierwszego człowieka, aby zakaz przestąpił — i jak w nim przy- 
wiódł rodzaj ludzki do wysokiej świadomości samego siebie; 

o jasnym aniele, synu ^ońca, jak w postaci węża krążył po- 
mic<lzy ludxmi, ucząc ioh prawdy o naturze człowieczej; 

o walce syna słoiioa, wszczętej przeciw królestwu ciemności, 
i o zwycięstwie książąt mroku, którzy częśó słonecznej zbroi 
objęli w puaiadanic; 

tern, jak Pan ze4at wówczas na ratunek człowiekowi ducha 
żywota, siłę, z siebie wynikającą, Eona, który do jarzma wprzężo- 
ncmu prawicę podał. 

1 oto duch żywota, wsparty przez inne potęgi, zwyciężył 
wreszcie pana ciemności, z cielska jego utnorzył nocne niebiosa, 
a z błysków światła, jakie w niera były, stworzył gwiazdy, w mro- 
ku lśniące. 

Uwierzył Diokles, że, gdy znpełae oczyszczenie nastąpi, duch 
jego, jako świattośó czysta, wzniesie się ku księżycowi, uleoi ku 
słońcu i wejdzie do królestwa wiecznego blasku. Z nim razem oczy- 
szczać się będą z materyi ludzie i wszystek świat, od źdźbła chwiej- 
nej ti'awy aż do gwiazdy, żarzącej się wśród niebios, póki nic wy- 
łączy się światło z mroku. A gdy materya blask utraci, zamieni 
się w bryłę martwą i przez ogieź będzie poiarta. Dusza każda, 



^^^^H ^^^^^^^^^^ 



ABY>UN Mńu SIK. 295 

kt(5ra dobrowolnie odda się w niewolę oiemnośoi, karę zasłużoną 
poniesie i w oliwili osŁatecznego rozdzielenia królestw będzie do 
trapiej maey przykuta, ażeby była jej stróżem. Dusza taka staoie 
się jedno z tecn, co za iyoia kochała... Tak uazył Maoes. 

Crdy słodce, gdzie Bóg mieszka w oiemnosci, słoiloe, kttJrego 
natura jest naturę Bogs, szło na zaoliód i w czerwonych piaakaoh 
puszczy ligijskinj tonęło, Diokles uczuwał w duszy swej tcakuotę, 
bardziej rozległą i nieobesztą od pustyni. Gdy zmierzch spadał na 
rozkwitłe wąwozy Egiptu, zwracał oozy i wargi szepcące ku światłu 
nocnemu księiyoa, co, jak namiestnik pilny i dbały dalekiego 
władcy, obchodził majestatyoznie królestwo niebios. 

Tak często spędzał bezseoną noc. 

A gdy się rozpraszała i gdy brzask pasowali się zaczynał 
z cieniami, brał z sobą mały poczet sług i na mule wyjeżdżał. 

Mijał wdwozas oazę Jowisza Ammona. Nie wabiły go szu- 
-miąoe jej strugi, przezroczyste jeziora ani oied, zmoczony rosą 6g 
i gi-anatów. Zagłębiał się w dzikie doliny i brnął wskroś nagich, 
płonnych, niepoiyteoznyoh płaskowzgórz, zasianych ostrymi głaza- 
mi. Tam', w tej ziemi, gdzie każde ^dibło usycha, gdzie juź nie 
może wytmaó eedr ani sosna, między skałami szukał tajemnicy 
żywota. 

Wchodził do jaskid zatarasowanyoli, które były mogiłami lu- 
dzi pustyni, — i długo patrzał na zwłoki leżące. 

Wyschnięte ciała starców stuletnich, ehrześcian i kacerzy, 
były całe, niedotknięte przez zgniliznę. Mocno zwarte, suche dło- 
nie ich ściskały krzyże swe z drzewa. Palmowy liśi^, co im za 
płaszcz służył, ekniszył się i rozsypał. Leżeli nadzy. Zdawało się, 
że śpią, uśmiechając się do widzed ducha. Ti-wali tam setki lat 
w jamach skalnych oi nieśmiertelni ludzie. Pożywieniem iob był 
owoc palmowy, napojem woda. Tyle tylko zażywali pokarmu, żeby 
wydatek sił ró«vny był przychodowi, a osiągali tę doskonałość, nie 
wprowadzając do swego ciała nio, co gnije, oo jest już własnością 
śmierci. Kie jedli mięsa zabityoh zwierząt, nie pili sfermentowa- 
nych napojów. 

Wszelką zgniliznę wydobywali z żył swoioh przez mozół nie- 
ustający. I wycliodziła wraz z potem, który zlewał plecy, ręoe 
i czoła. Siłę życia czerpali z żywiących promieni słonecznych, 
z jasności powietrza, z woni ziół. Ciało ich było tak samo ozrste, 
jak duch. Częste, długie, z dnia na dzień dłuższe posty uczyniły 
je niezależncm i nictykalnem. Dlatego śmierci się oparło. Iłiokles, 
opuszczając ezenvony ki-aj pustyni, gdy wracał do pachnącycli 



<*dvw EicpiTr:. sciŁ *i j*si pośnS-i nich, jak pm-ehodzien « ziemi 

A K źj >iLri«o -iaia Mam szeJł i miał prz^Upjczy.? pn*g Jo- 
^■j, £]tp'Ltf-ii ".-i ifoai; tVllah. oraci ubogi, i nteŁł: 

— <y.-TK^ sr/iTM Kii z fhaty wiiał do łoia sweę'>, powiła 
■;z;*r'->. 

Iłioi.** a:nvx:ał sip u 'Irzui. W ci-^binie Jaszr swej mówił : 

— ttvj ;•*- pijcnśa szatana... 
A i'! i^hwpa rzekł : 

— Sie '?i.'>j wiizi*'? ni"m'>wl^cia. Ctio* bv<; =am. sam jeden. 
Tr z ii;«Ł "czra. co chceirz. Wychoiraj. albo. gJy ci zawadza, rzu^ 
w wvi- Niln. 

Ale w*wcifc;rmc drżące wzruszenie ścisnęło mu eanlło, gdy 
uiiał yj^n/irty<} słowa rozkazu. Zapytał: 

— -Syn^ 

— Tak jtsi, o panie. 
Wtedy mfSwił; 

— f.li'?*; ito zobarzyc. 

I w<>Zf;lł do nędznr-j, czarnej chaty aa<i wodą. Tam ujrzał 
leżące w łai^hmanach dziecko swoje. Miało zalodwie pan; tyu^odni. 
Oczy jfrgo były jeszcze niemchome, zimne, wTażliwe tylko na świa- 
tło i mrf^k. fipojrzat, jak bczradncmi rękoma przcstwiir chwytało, 
i dziwne myśli iijiłyMzał w głowie swej, jakby mti je szeptały do 
Tielia namiętne war^i : 

— .Może to jest ten, co będzie zastępował cały nSd ludzki... 

Zdeptaj po, zdeptaj ! 

— Może to jest ten, kwirj' r. serca wyjmie iskrę prawdy i jiio- 
ruiK-m jej ciemię całą zapali... 

/dmuchnij ją, zdmuchnij! 

— Mo/i: to jei>t ten, co mrok roi^eiirze, jak Samson lwa... 

Złam jego ręee, ztam! 
A kifdy stał jwcbyiotiy i patrzał w maleńkie ciało <Iziecię- 
cia, ]iłomi(-iii<.- railoścl z jcpo .-icrca buchnęły. Znalazł już ws/ystko. 
OiNznkał .-luneiro siebie. Nie przewidywał takiego uczucia, podo- 
bni',-, J!ik nikt nie wie pośród wesela o ł^ch, a tlowiadujc się ca- 
ł<j I) (ijirli jirnwly wówczas dopiero, gdy jo w uies/fzęśoiu przyj- 

.S/ybkiwii kroki udał się do swej siedziby i wrócił prędko, 
d/:wiL'ająe wdr pienięihy. Obsypał jiłolom matkę niemowlęcia 
i i-.\\i> jł-j rri.l/iiię. W zamian za syna darował im f;ninta, na które 
wylewają ^ię (rziii-iio wody. Kupił go na wwoją, nn niepodzielną 



ARYMAX MŚCI SI>;. 3!ir 

właeDOatJ. Łkając oddawała go matka, ale złote monety, kttJrych 
pełoe garśoi jej rzuoił, uciszyły jej boleśtf. 

DioklcB wrócił do awego domu z dziecięciem i dpzwi mtara- 
BOwat, Czarny oicwolnik jeden jedyny miał prawo wstępu do ko- 
mnaty, gdzie stała kołyeka. Gotował mleko, rozoieiiozono wodą, 
przyrządzał kąpiel i lniane chusty. Dioklcs sam dawał pożywienie 
synowi, sam go przewijał, kąpał i utulał w j^aozu. 

Spędzał z nim długie, szczęśliwe godziny. 

Gdy dziecię ze snu otwierało oczy i wzrokiem przygawłym 
śledziło błyski słoiioa, ozłacająoe ściany, — leżao na dywanie, gło- 
wę kładł przy niem i w małe ci^ko przele\vał swą wolę, swe myśli 
i marzenia. Do kniobej piąstki, stulonej, jak liśrf grabowy, co się 
w dniach wiosennych z pęka wydobywa, pr^oiskał wargi z bła- 
ganiem : 

— Synu mój, synu... 

Nie chcę, iehyi był panem, którego witają poddani, zginając 
grzbiety. Nie chcę, żebyś był panom, który moie, gdy choe, łzy 
wycisnąć i uśmiech szczęścia darowaó stęsknionemu tłumowi. Nie 
chcę, żebyś był wodzem, którego na błoniu rozległem pozdrawiają 
grzmotem okrzyków legiony, okute w żelazo, uszykowane chorąg- 
wiami. Nie chcę, żebyś był wodzem, którego potęga łamie góry 
i w skiby urodzajne obraca. Nie chcę, żebyś był królem o prawi-, 
cy, rozciągniętej nad krajem, gdzie lata kamsiu, nad wszystkiemi 
talami Niln i nad jego deltą, wiecznie kwitnącą. Nie chcę, żebyś 
był królem, który może wznosió lub zwalaó Diospolis, Luksor 
i Kamak, a kładzie się spaó na wieki sam jeden w czeluściach 
piramidy. 

Synu mój, wynu... 

Nie olioę, h-hyś posiadał mądrośó, matkę niewidzialnej wła- 
dzy nad ludźmi. Nie chcę, żebyś był twórcą potężnym, którego 
imię powtarzaó b^da ze czcią i zdumieniem dalekie, obce Indy. 

Synu mój, synu... 

Pragnę, żeby moje wzruszenia weszły w twe serce, jak iskra 
ognia. Pragnę, żeby moje męczarnie tobie serca nie zraniły, a in- 
nych żebyś nie poznał. Pragnę, żeby z ducha twojego wyrosło, ja- 
ko czyn, moje serce zdławione rękoma nioszozęścia. 

Synu mój ! 

Iłiida czystym, który oburąoz wynosi z mroków światło ełońca. 
Jiądż mężnym, który śmieró przekłada nad złamanie słów, zaprzy- 
siężonych w oblie/u swego dncjia. Posiądź uśmiech szczęścia, który 



298 KRYTYKA. 

warg nie odHtępiije nigdy, nie odstępuje na \azyiu, gdy gwoździe 
katowskie ręoe przybijają do drzewa. 

Syou mó]'. 

Dam oi potęgę samotnośoi, której nie miał Adam, pierwszy 
pracownik. Dam oi potęgę najgłębszą : nie zaznasz miłości dla ko- 
biety. Wło^ę w twe oezy wyniosły wzrok zwiastuna, który widzi 
yriecznoió i drogę, idącą ku słońcu za ładcucbami gór. Posiądź 
szczęśoie! Bąd;£ nieśmiertelny sam w łonie swem, bądź wieczny ta 
za iycia, i niechaj wieczne będzie twe ciało! 



A gdy maleńką dziecinę opanował płacz i gdy krzykiem użala- 
ła się na ból czy nudę swoją, wyrywał ze struo lutni głęboką melodyę, 
pierwszy raz prisez wzruszone palce w nich znalezioną. Pod 
wpływem jej dzieciątko się uciszało. W oczach jego ukazywała się 
zdumiona oiekawoś<5, a na \vargach zakwitał uśmieszek niewysłowio- 
ny. Uśmiech do dźwięków muzyki, do owyoh istnień, radosnych 
od blasku albo ponurych i strasznych, jak wnętrze trumny zbutwia- 
łej, do rzeczy bezkszttUtuyob, świetlistyob, pachnących, gtadkiob, 
których byt wespół z dźwiękami się oznajmiał... Pierwszy uśmiech 
przychodnia do najmilszego, co ma ta ziemia... 

Kiedyindziej, gdy wśród nocy głębokiej siedzifU schylony nad 
kołyską, a przed blaskiem płomienia kryły się po kątaoh nieto- 
perze oieniów, niemowlę wpatrywało się w te ruchome czarne iigury. 

Diokles tonął w dociekaniu, jakie uczucia przejmują wówczas 
seroe jego syna. Czy dlań człowiek nic jest temsamem, co cieó je- 
go postaci... Jak zwidzą mu się świat i wszystko, czego nie zna... 
Co w duszy jego zapala... Pragnął iśd za kaidem z tych wrażeń, za 
każdem z westchnień, jak niewidzialny świadek i modliÓ się z oddali 
w ostrcm zranieniu ducha, ażeby na wzór obłoków, wstających 
z ziemi, i wód o wczesnym poranku szły do słońoa. 

Innego dnia siedział na rozciągniętym dywanie, gdy dziecię 
spało, dożęła nad nim krążyó zła mucha. Siadała na małem czole, 
na licu, na ustach i ua zamknirtych powiekach. Wolno rozwarły 
się oczy nieraowlęoia. Bnvi jego drgnęły i wejrzenie zgrozy pełne 
ścigało muchę. Ona krążyła dokoła małej głowy, jakby szukająo 
miejsca, które ma zranió. I nagle zaloknienic spadło na senne oczy, 
a twarz przeszyło, niby strzała ognista. 

Diokles stał zdnla. Splecione dłonie przycisnął do piersi 
i z cicha szeptał: 



ARYMAN MŚCI SIĘ. 3'Ja 

— Oddal się da mucho, zła mucho, straszny zwiastunie. Idą 
za tobą stada pot^rorów, kryjąc się w cieniach. Przeciwko mnie 
zYfTÓó it^dlo twoje. Spraw, niechaj serce me zarobi się i ustanie pod 
oięiarem bolcioi. Niech po każdej nocy poduszka moja mokrą bę- 
dzie od łez, naprdżno wylewanych. Niech kajda jutrznia wschodząca 
w dyby smutku zawiera nogi moje, a zmierzch niech nie zdejmuje 
z mych rąk — żelaznych ksjilaD ucisku. Niech jak badyl sitowia 
przed wiatrem, słania się dusza moja u twardych et<Sp niedoli, tylko 
od niego odejdź zła mucho, zła mucho... 

Nastf^ <5w dzień. 

Diokles sprzedał dom i pola, kt<5re btocosławiony, czarny Ke- 

mi zalewa, oiohc ogrody nadrzeczne, gdzie kwitły pomaradozowe 

i cytrynowe drzewa, gdzie lśniące bury zwiększały oień i niemoho- 

ma brzoza babilońska śliczne gałęzie zginała nad wodą. Sprzedał 

za bezcen, a pieniądze rozdał garściami nędzarzom na wybrzeżu 

u drzwi świątyń. Z niezliozonego dostatku zatrzymał trochę odziej' 

parę jucznych mułów. Na wsze strony ro^łosił, ic kraj opuszcza 

dąay w stronę Arabii. 

O wczesnym świcie uciekł z doliny, niosąc eyns w zgrzebnej 
[Jachcie na plecach, Szedł w stronę przeciwną, w tę stronę, dokąd 
idzie ^oiioe, na zaohńd, w puszczę libijską. Szedł długo, aż tam, 
dokąd już nikt nie chodzi, gdzie na słodou wygrzewa się samotny 
lew, gdzie niekiedy przelatuje wskroś piachttw cień sępa i gdzie 
puhacz chichoce w ciemną noc. 

Miejsce to było zawalone skałami. W ich głębi taiły się su- 
che jamy, na pół przez wydmy zasypane. Niegdyś w ciągu wieków 
zamierzchłych stada Etyopów wyłupywały tam kamień i olbrzymie 
jego bryły linami, na kołach skrzypiących ciągnęły, żeby z nich 
wznosió świątynie i piramidy. Stały tam jeszcze otworem głębokie 
pieczary, gdzie Izrael, kująo porfir, łkał pod batem i w nieznanej 
mowie przeklinał Mizraim, ziemię egipską, dom niewoli. 

Naokół piętrzyły się rude wzgórza i skalne urwiska, a dalej 
wędrowne kurhany i zaspy piasku, który przelatuje na skrzydłach 
wichrów po przestrzeni szerokiej. Dokąd oko pobiegło, leżała wszę- 
dzie pustynia czcza i ogołocona, morze piasków ciche, nieruchome, 
w promieniach słońca od soli połyskujące. W tom miejscu Diokles 
znalazł drzewa palmowe, trawnik i kwiaty, źródło wody krynicznej 
i suchą jaskinię. Tam rozesłał poduszkę z sitowia i na niej ułożył 
dziecię. (Dok. nast.) 



Czarno i biało o H. Sienkiewiczu. 

Po tryumfalnym wjeadzit na ratusz warszawski, Sii-nkiewicz 
przeszetlł już jakby oficyalnie tio panteonu. Xajwj-2szy ozae, ażeby 
się rozpoczęły „próby syntezy". Prdby te nie dały zbyt długo na 
siebie ezekai^. (rdyby nic moda księgarska datowania wydawnictw 
o jeden rok naprzód, jaskółki syntetyczne nosiłyby dat« taką samą, 
nawet, jak jubileusz. W rękach publiczności sn prócz dawniejszej 
książki Tarnowskiego — dwie jeszcze mono^rałic o Sicnkiewior.ii, 
ubejniującu razem do ÓOO stron dnikii. Pocaitck woale obiecujący 
i [>an na Oblrgorku powinienl)_v zawcza^^u przyfrotowaó dla dalszego 
ciątcn miejsce w f*wojej bibliotece. 

Picnvszy odezwał się P. CbmieluWriki, uajczujuiejszy i uajaktual- 
uicjszy, budzący słuszny podziw ogromem konsumowanej lekturj' 
wi<zelkich odcieni literackich i artystycznych. Ki^iążka jego') to 
mozolny i sumienny przegląd wszystkich clironologicznie ugrupo- 
wanych małyoli i wielkich dziel Sienkiewicza, idealnie cierpliwe 
i wytr4viiłe postcj>owanie krok w krok xn ka/^dcm niemal pocią- 
gnięciem pióra oniawianei-o autom. Cnota ta okazała się w skut- 
kacli swoicb niezupełnie kor/ystni; dla efektu kiiiiiżki. Nicslyebauie 
(•knijmlutno położenie nacisku na treś*- utworów pisarza, kt<'»ry 
stwurzył taki kłębiący się chaos sytuicyj i figur, musiało doprowu- 
ilzió du przcciążi-niit przegbniu krytycznegii, luatcryałera przynaj- 
mnifi w połowic zhyteo/nyni. liidast streszczania powieści pr/ytło- 
c;;yl analizę. l'o pr/eczyianiu książki odnosi się tiikie wrażenie, 
Jakby .się skróeonii metudą przejrzało Jesze/.e raj; eałego Sienkie- 
wicza od począikonyeb nowel do „Kr/yżaUów / dodatkiem krótkich 



CZARNO I BIAŁO O H. SIENKIKVVICZU. 301 

i ciętych uwag, notowanych przez Chmielowskiego na uiai^eete. 
Co prawda, oie mogło by<S nawet innem to ^oświetlenie krytyczne", 
które powstało xe spojenia luzuych sprawozdali fejle tonowych, pi- 
sanych w wielkioli odstępach ozasu i poł^ozonych ze sobą tylko 
ki-ócintkimi poniosbinii, Koniecznymi, aby z fragment^tw sprawo- 
zdawczych mogła powsta<5 ksiijika. Znakomity krytyk nic robi zre- 
sztą sam tajemnicy ze sposobu, w jaki ułożył najnowsze swoje 
dzieło i przyznając się, że rozbiorowi swojemu nie nadał cechy 
syntetycznej, usprawiedliwia się brakiem dokładnych dat życiory- 
sowych, któreby pozwalały rozwinąd szeroką charakterystykę pifla- 
r7^ i tern, że działalność jego twórcza nie jebt jeszcze zamknięta. 

Pozostawiając na boku silę przekonywującą, jaka tkwi w obu 
tych zastrzeżeniach, trzeba zadowolnió się tymi okruchami ogól- 
uiejszyoh poglądt5w, jakie Chmielowski zanotował na matgincsie. 

Wbrew kursującemu powszechnie i przez wielu krytyków 
przyjętemu zdaniu, uwaia Chmielowski ostatnie powieści Sienkie- 
wicza za doskonalsze dzieła sztuki od tych, które wyrobiły mu 
rozgłos wśród publiczności. Książka zaczyna się od silnie minoro- 
wego tonu, a kończy się wyrazami prawie zachwytu, „Krzyżacy" 
pognębiają zupełnie trylogię. Jest tu prawdziwa niespodzianka 
krytyczna, której autor oczywiście nie zostawia bez uzasadnienia. , 
Ponieważ Jednak ostatnie powieści Sienkiewicza stanowią stosun- 
kowo niewielką ozęśó jego całego dorobku literackiego, więc też 
i ów minorowy ton Chmielowskiego brzmi przez całą niemal jego 
książkę, aby się przy samym dopiero kodca zamienió w iywsze, 
chwilami zaś nanot w entuzyastyozny ton wpadające uznanie. Z trzech 
wielkich powieści historycznych, składających trylogię, za najdoako- 
Uiilszc stosunkowa i najpełniejsze dzieło sztuki uważa Chmielowski 
„Potop", bardzo ostro rozprawia się z „Ogniem i mieczem", a za 
słabnicjący już zupełnie wyniłek poczytuje „Wołodyjowskiego". 
Sympatyo społeczne znakomitego krytyka odegrały, jak eię zdaje, 
niepospolitą role w takicm ustosunkowaniu wartości poszczególnych 
oddziałów trylogii. Występuje to najdobitniej w zestawieniu dwóch 
pierwszych i»owieśoi. (rłównym zarzutem, jakim obarczone zostało 
„Ogniem i mieczem", jest wyidealizowanie postaci Jeremiego Wi- 
śn łowieckiego, w którem krytyk dopatruje się apologii gospodarki 
szlachty polskiej na Ukrainie w XXII w. (Hówną nicią sympatyi, 
jaka powiązała Climielowskiogo z „1'otopcm" jest wprowadzenie ua 
scenę Radziwiłłów, Opalińskiego, llailziejowskiego i jaskrawo od- 
nialowiinic pychy, samolubstw:! i wogóle zwyrodnienia tych przed- 



302 KRYTVKA. 

etawicieii oligarchii ówczesDej. Z założenia tego wypłyń w zna- 
cznym stopniu kamerton nwag krytycznych, nie zawsze trafiających 
do przekonania. Bo jeieli Sienkiewicz nie cofnął się przed wpro- 
wadzeniem zdrajcttw i spodlonych arystokratów w , Potopie", to 
tradno uwaźai5 go za apologetę gospodarki szlaohcokiej, to ta^, źe 
pobieżnie traktaje epizody w rodzaju klęski piławieokiej, ninsi po- 
zostatf rzeczą swobody artystycznej i jako zarzut mogłoby być 
eforraałowane jedynie pod adresem historyka. 

Atc najważniejszy błąd Sienkiewicza, wspólny wszystkim 
trzem powieściom, składającym trylc^ic, tkwi zdaniem Chmielow- 
skiego gdzieindziej. Jest nim pominięcie lub uszczuplenie wszyst- 
kieh innych objawów iyoia 3|>oteeznego w Polsce XVII wieku na 
korzyść wojoy. Chmielowski pragnąłby „wszechstronniejszego zobra- 
zowania życia dwczesoego"; a tymczasem Sienkiewicz każe bohate- 
rom swoim tylko bió się i koohad się, tak, jakby reszta ich czyn- 
ności uległa atrofii, jakby i wtedy także „oie siano, nie orano, nie 
żęto, nie spławiano zboża do Gdańska, nie pisano, nie zajmowano 
się sztuką, nie procesowano się i nie godzono". Jednem słowem 
żąda Chmielowski epopei w najpełniejszcm znaczeniu. Pragnąłby 
^też różnorodności czynów, usiłowali i pomysłów ludzkich, które 
wytwarzają oywilizaoyę danej chwili w danym narodzie", a zamiast 
tego ma za wiele bitew „(kilka umiejętnie \vybranych wyetarosy- 
łoby dla celów artystycznych)" jakkolwiek przyznaje, że ,dwu zu- 
pełnie podobnych Sienkiewicz nigdzie nie nakreślił" mimo ich nad- 
miaru. 

Jest to pium desiderium piękne —ale czy uzasadnione? 
Czy można, stanąwszy przed „Bitwą pod Orunwaldem", mieó pre- 
tensyc do Matejki, że do obrazu bitwy nic domalował drogiego, 
przedstawiającego wykład w akademii krakowskiej? Albo że na 
kazaniu Skargi nie widaó mieszczan i chłopów? W samych tytu- 
łach trylogii „Ogniem i mieczem", „Potop" zaznaczony jest cha- 
rakter i zakres tych utworów, trudno zaś zaprzeozyó, że głównym 
aktorem opisanych w nich wy]tadków była szlachta. I czyż mc^H- 
byśmy odebraó wra'ienie „potopu" szwedzkiego, gdyby powieścio- 
pisari: dał nam był „jcduą dobrze opisaną bitwę", która zdaniem 
znakomitego krytyka ..zaatępujc wybornie całe dziesiątki bitew rze- 
iszywintych?" 

Ten nadmiar bitew nazywa Chmielowski ., malo\vniczo wyko- 
naną kroniką", a z takiego określenia wyprowadza dalszy zarzut, 
że rzecz mogłaby wię ciągnąó w nifflkończonośó, bo oczywiście 



<!ZARN() I BIALO O H. SIENKIEWICZU. 30:1 

„małźcfistwo Kmicica (mowa o „Potopie"), nic jest ^daą graDJcą 
nieprzekraczalną czy chronologicznie, czy artystycznie, B więc bid 
się on moie datcj, a tymczasem narastają nowe pokolenia, i mogą 
się bid rdwuie dzielnie, jak on". Zarzut ten nie jest równie/, z naj- 
Bzczęśliws!!yoh. Żeby dalej nie sziikaiS, moźnaby w ten sposób za- 
kweBtyonowad zakoiiczenie „Pana Tadeusza", który nie został przez 
swego twórcę liermetycznie zamknięty, skoro Słowackiemu przyszła 
myśl napisaó jego ciąg dalszy, 

Kiepodohna zgodzió się z Chmielowskim i później, kiedy 
pełną gqrśoią rozrzuca na owych mat^inesaoh krytycznych zarzuty 
drobniejszej natury. Skrzetuski Sienkiewicza, przeprawiający się 
przez oczerety do obozu królewskiego, wydaje się naszemu kryty- 
kowi mniej poetycznym bohaterem, aniżeli w horcndalnie nędzncra, 
a przytoczODCm w ksiąiee opowiadaniu wierszopisa Twardowskiego. 
Dlaczego? Ponieważ szlaclioio owego czasu nie mógł się baó wi- 
doku tnipów, chyba upiorów, a Skrzetuskiemu włosy powstawały 
na głowie, gdy w stawie łodygi obejmowały mu kolana, on zaś są- 
dził, ie to może topiplec obejmuje go, aby jn£ nie puśoió. Czyi 
topielec nie jest właśnie pewnego rodzaju upiorem? Nie trafia da- 
lej Chmielowski do przekonania, gdy na całej stronie zajmuje się 
wytknięciem błędu, źe jakaś scena stała się w rzeczy wie Łośo i na 
prawym, a nie na lewym brzegu Dniepru, gdy gorszy się tem, ie 
Wołodyjowski za ozęsCo msza wąsikami, lub gdy kwestyonujc 
prawo stawienia Podbipięty lutnią, ponieważ instrumentem tym 
wolno się postugiwaó tylko w poezyi (?). Przesada i melodramaty- 
cznośd cechują zdaniem Chmielowskiego ustęp, w którym Sienkie- 
wicz o mordaoh i rzeziooti ówozesnyob mówi: „Piekło odczepiło 
z łańcuchów wszystkie zbrodnie i puściło je na świat, by pobula- 
ły". Czy to melodramatyozne ? 

Z pewnego rodzaju zdziwieniem czyta się na innem miejscu, 
że Sienkiewicz, zabierając się do napisania „Potopu* miat zadaniu 
ułatwione przez tyob swoich poprzedników na polu powiaściopisar- 
Btwa, którzy, jak Czajkowski, Rzewuski i Kraszewski, zajmowali 
się czasami Jana Kazimierza. Czyż Szopen miał ułatwione zadanie 
przez to, ie przed nim jui komponowano mazurki ? Co może wogólo 
pomódz artyście ktoś, kto wcześniej od niego .czerpał natchnienie 
w tym samym przedmiocie? Chmielowski uważa jednak ten sukurs 
za tak ważny, że ule waha się powicdzieó, iż Sienkiewicz jest sa- 
modzielnym o tyle tylko, że „świadomie nie kopiował pomy- 
słów obpych". 



:ifi4 KRYTYKA. 

R^ecz tlziwna, że j>o t«m wszystkicni zostało jeszcze mieJRce 
ti3 pan; mimocliodora rzuconycli i pmwic niemo ty wowanycłi iliiso- 
rów w roilzujii .przepyflznj'", , wyborny", ^genialny" i „znakomity", 
które wyuilątlają tu tia cukierek, wrzucony łio morza gor}'Czy. 

Rozprawiwszy sii; w taki gposółi z powieściami, na kttJryeli 
Ufniiutowata się »tawa Sienkiewicza, a postępując porządkiem cliro- 
Doiogieznym, zajmuje się Ciimielowski z kolei powieścią , Bez dog- 
matu", poświęcając Jej stoi^unknwo najwięeej utrag kr)- tycznych, 
wybiegąiąeyoli po za szczególiki. Ta częśd książki jest też niewąt- 
pliwie najleps/4 i krytyk odzyitkuje w niej swój potężny rozmach 
i dar przekonywania. Xakonico uwalniamy się tu z koła banalnych 
7AcIiwyt(Jw, otaczających postaó bohatera „liez dogmatu" i w ja- 
skrawcra świetle krytycznera widzimy w ciągu trzytomowej spowie- 
dzi licho pozującego komedyanta i próżniaka, który robi irraże- 
nie -jakby chciał na gwałt ziiżytkowaó swój dziennik dla wj-pi-ó- 
żnienia] szuflady, zawierającej masę dorywozycli notatek o świecie, 
sj)ołeczeiistwic i sztuce". Energicznie podkreśla Chmielowski ży- 
wioł pozy, tkwiący w Płosnowskim, który wiecznie wychodzi na 
estradę I do znudzenia w natrętnie niesmaczny sposób zapewnia, 
że jest naprawdę dekadentem, kolosalnym estetą i rozpaczliwie 
nieproduktywnym bezdogmatowcem. Podniesiona przez pewnych 
krytyków do ideału kobiety polskiej Anielka, traci dużo na aniel- 
skości. Poza sprzccznuśoiami, w jakie Sienkiewicz obficie zaopa- 
trzył swoją bohaterkę, wykazuje Chmielowski lichą wartosii moral- 
ną kobiety, która w objęciach męża marząc o kochanku, popcŁ- 
uia pewien wyższy rodzaj prostytucyi, czego sam antor widocznie 
nie odczuł. Bezpośredni następca i kuzyn Płoszowskiego Połanie- 
cki nic budzi także zachwytu krytyka, który podnosząc jedyny 
epizod w powieści (Litka), poddaje ostrej i ciętej analizie kwali- 
likncye główncfro bohatera na idealnego monopoliiitę ..dogmatu". 

Od „Połanieckich" zaczyna się nagły zwrot w zapatrywaniach 
Chmielowskiego na Sienkiewicza i Jego powieści. Wprawdzie pra- 
gnąłby w łiuo yadiw, podobnie, jak w trylogii, wiedzieć, co 
się dzieje za kulisami wypiidków, opowiedzianych przez autora, 
H mianowicie : Jak ów Itzym maskaradowy z higtryouem na czele 
może panowaó uad światem (znowu pretonsya do historyka), ale to 
tylko mimochodem. Zresztą nietylko plastyka, którą Climiclort-ski 
pr/vznaje wMzystkim poprzednim powieściom, lecz także psycliolo- 
gia jest wyborna, JJez za«trzeż<!u nakoniec mówi Chmielowski o za- 
letaeli ..Krzyżaków'-, stattiając Je wyżej od trylogii dla większego 
złiarmon i zostania szczegółów, a pi-zelewszystkicni dlatego, że tu 



CZaKNO i biało o H. SIENKIEWICZU. 305 

właśnie powlcściopisarz zbliża się do postawionego pries; krytj'k& 
ideału, nie wypełnia bowiem całego swojego utworu wojną. ()w na- 
strój przyjazny Chmielowskiego idzie tak daleko, ie niektł^rc rze- 
czy zalicza do „najświetnieja^ycli w Ifteratiirze europejskiej". 

Ksiąika zaokrąglona jest króciutkim szkiocm o „filozo6oKno- 
epotecznyoli poglądach Sienkiewicza". Temat to, jak wiadomo, 
mało zajmujący. Filozofia życiowa Sienkiewicza, zamknięta w „Po- 
łanieckich", usuwa się pnprostu z pod dyskuayi. Wspólnik firmy 
Bigiel i Połaniecki rozumuje bardzo Błusznie, ie prochu nie wymy- 
śli, a pogodziwBZ]^ się prędko 7. tym taktem, postanawia w spokoju 
ducha farbować! perkaliki. Basta. Oprócz tej tarbiarskiej rezygna- 
oyi zostaje u Sienkiewicza parę nieosobliwych, a pozujących ua 
głębokośd aforyzmów w rodzaju dwa razy dwa n kobiety może by(S 
lampa (Schopenhauer), albo: że msza musi by<5 lepsza od iv8zyst- 
kich systemów filozoficzDych, poniewai odprawia się przez XVni. 
wieków. Pozostawiając Płoszowskim kontcmplaoyę nad tego rod/aju 
perłami obserwacyi i logiki, warto jednak zatrzyma*! się przy pe- 
wnym urywku zapatrywań Sienkiewicza na treśó filozofii polskiej. 
Pisząc kiedyś o romantyzmie Mickiewiczowskim stwierdził autor 
„Połanieckich", ze „kiertiuek ten nawet w najwspanialszym swym 
złvrooie, gdy umarł jako Gustaw, a narodził się jako Konrad, po- 
padł w mistycyzm, nastroił chorobliwie uczucia i \vyobrainię, 
uchrystusowił i ubóstwił wszystko, zdjął z ogółu wszelką 
odpowiedział nośó, zatem zamknął oczy na potrzebę racho- 
wania się i odradzanie się z w i n". 

Jest rzeczą wprost niepojętą, w jaki sposób mógł Chmielow- 
ski ustęp powyższy razem z innymi przytoozyó i*nie zakwestyono- 
waó ani jednego wyrazu z tych „orj-ginalnyoh" zapatrywań autora 
trylogii na właSoiwą treśó filozofii życiowej Mickiewicza i jest rze- 
czą nad wyraz smutną, że największy powieść iopisarz polski tak 
fatalnie nie zrozumiał przewodniej idei największego poety. Wy- 
starczy przypomnieó, że podstawą poglądów filozoliczno-zyeiowycli 
.Mickiewicza byl© przeniesienie odpowiedzialności na jednostki, za- 
tem i na ogół, a punktem wyjścia była właśnie konieczn ośó 
odradzania się z win, ażeby zrozumiei! niesłychaną „pomyłkę" 
Sienkiewicza, zadziwiającą tem bardziej, ie jego prof, Waskowski 
pożyczył sobie swoją oryginalną teoryę o najmłodszych Arj-aoli 
z prelekcyj paryskich, a myśl o zbliżającej się erze sclirystyanizo- 
wania się stosunków międzynarodowych, od Towiaiiskiego, 

Kównocześnie z książką Chmielowskiego ukazała się orjgi- 
nalnii próba kanonizowania Sienkiewicza przez p. -Tozatata Nowiii- 



Hor. 



KRYTYKA. 



skiego *). „Otarłszy ti!y zaoiiwytu, ozy wzruanenia" po trzydziesto- 
krotnem przetrawieDui 30 tomiSw Sieokiewioza, p. Nowiński zapo- 
mocą rozoeoolu-ano-ultra-sulijcktywiiej metody stara się ziaó sprawę 
7. tej lektur^-. Dowiadiijomy sio w oiągii tej zajmującej spowiedzi, 
że aa Swieoio aą wogttle tylko dwa „prawdziwe powotaDia": hy<i 
bohaterem, albo ezoi<i boliatera. Tertiiim non datur. Sienkiewicz 
jest boliaterem, p. Nowiński jego ozoioielem. 

Niestety... dla SieDkiewioza. 

ZteeziĄ wrażenia p. Kowióskiego są psychologiozuie ciekawe. 
Przy pienrazem odozytywaniu omawianych przez siebie puwiefei 
„był porwany, jak ^dibło przez potok górski'', przy drugiem „włosy 
jeżyły mn się na głowie", płakał z Kmioioem i rzucał się do nóg 
Oleńki, przy trzeoiem niebaczny Sienkiewicz „rozerwał mi duszę^ 
niby wybuch proolm", przy ozwartem pomimo rozerwanej duezy 
zapytał: ,jak człowiek mdgł to stworzy*!?" przy piatem „ełdw mu 
brakowało, źle widział litery, kt<ire stawiał i (znown) miał ochotę 
padi5 na kolana", przy szóstem , chwytało go coś, jak jakiś po- 
tworny wir szału", a gdy chciał mówitf, „głos mu się urwał", przy 
siódmem (odzyskawszy mowę) powiedział sobie, ie gdyby istniała 
alternatywa, „ażeby jeden wiersz sienkiewiczowski zginął", albo p. 
Nowiń'4ki „szedł na imietó", miałby się za ostatniego tchórza, nie 
wj-brawBzy palmy męczeńskiej, przy ósmem (znowu) „zabrakło mu 
słiiw", przy dziewiątem n^wnicż ,nie śmiał mówid", nakonieo zad 
finalne wrażenie sformułował tak, że „wog<Slc bezrozumną jest rze- 
czą i wzgardy godną mówid o swoich nędznych wrażeniach" 
z przeczytania 30 tomów Sienkiewicza i „co jest w nim najlepszego, 
to radzi mu poprostn rzució do ognia całą robotę". 

Na nieBzozęśoie jednak wszedł w drogę „obowiązek" (?) wobec 
pp. (jrebetnera i Wolfa i książka ujrzała światło dzienne. 

Skoro się zaj to już stało, to przychodzi znowu kolej na 
obowiązek sprawozdawcy, któremu sumienie nakazuje pod grozą 
dokuczliwej wymówki oprócz zestawienia powyższego bukietu 
stwierdzić jeszcze, że p. Nowiński raz na zawsze rozwiewa obawę, 
jakoby Sienkiewicz mógł kiedykolwiek popaśó w mistycyzm Sło- 
wackiego i Mickiewicza, ponieważ ^wszelka myśl będzie ir nim 
zawsze służyła potężnie dobru publicznemu", czego o tamtych 
dwóch powiedzieó nie można. Niewdzięcznością byłoby wreszcie 
nic wyrazió uznania dla paru neologizmów p. Nowińskiego, między 



*| .lózerat Nowiński: 
i Wf^lffa. 1901. 



Nakład Gobptnera 



S<)NETV ZIMOWE. S07 

którcmi rekord osiąga nie tlająec nic rxeozyvii6aio. zdystaosowaf^ 
nnzwaDic Ursusa -kroto i tiiro-bńjoą" . 

Skompromitowawszy iiakoniee dwadzici^cia trzy nicwicnyoli 
osób iiublifiznem podziękowaDiem za [irowadzonc z niemi rozmowy 
o SicDkicwiozii, kt(')rc w jicwnym atopoiu stały się częścią skła- 
dową książki, p, Nowiński oświadcza uroczyście, źe pisząc ją, nic 
miał na oclu zaskarbili sobie względów „krytyki konBcnTOty\('nej 
i — dticliowieiistwa". 



■^ 



SONETY ZIMOWE. 



Noc włoiyłii dziś wszystkie brylanty koronne, 
Cnły przepycli zukrzej>tych klejnotów bogaty, 
Wytrząsnęła garściami na błamy swej szaty, 
W sypkie srebro okiśei strojąc sosny gonnc... 

Księżyc... Gwiaździste szrony cbrzęszczą mi pod nogą, 

Idi; lasem i nagle, w ciszy mi się zdaje, 

Że królewskie tej nocy depcąe gronostaje 

Xa przeciw rai, tą leśną wyjśó dziś możesz drogą... 

Wiem jakiemi oczyma raógłlły patrzcó we mnie 

Cicii twój... Wiem... O »jaw mi się! Tak dłngo daremnie 

Dusza moja o bajki sen świetlany żebrze... 

IjCcz w koło cisza. Za mną, wstęgą drt^i białej 
Idzie tylko mój włiifny, modry cień... Las cały 
Skrzy się w czystem, obfitom śnicżnycłi puchów srebrze. 



JI. 

Gasło przedemną słuiicc... Jak kwiut gdy okwitnie 
Liści swycb mżjic bogactwem, tak blaski zwiędłcmi 
Sypnęło odobodzącc nu pierś sennej ziemi, 
W skrzącym |>yle unehodu kąpiąc łany żytnie. 



w pajęcze nioi icmier/cliii wieczrir Dieitclnvytiiic 
Motał moie i w rozjJynnej giiiąoą przostritoui 
Koił (lusKę słołlyczi} za|iuo1t(iw i cieni, 
Wielka niiKzą nad {>oln cliytijc sio błękitnie. 

Niewiem czy się w tern Htoiicii ihisza moja clinra 

Jak fima liłędna oncgo Eipaliła wien/.ora, 

Czy w l>lcdnncych gtJKicś za niem lun odcMzta zorze? 

Niewiem... To tylko czuję, ł.Q jej niema przy mnie 
I (łziii, — w tej ini-oŹDCj nocy przejmiijącem zimnie. 
Sni mi sio wicH i lato — i ntoitce i zbo^e... 



x^ 



[. n*BO«Ł«w*Ki, 



Z ruchu społecznego i artystycznego młodej Belgii. 

I. 

Je^li Aiignet Comte miał aliisznośi^, wychwalając wieki 

średnie, za ścisło zespolenie sztuki z [lotrzcbami i dążeniami ludu 
Ciitego, to w najwyższym moi^e stopniu, przynajmniej na północy 
Europy, fitoauje się ta pochwała i najoezywióciej dziś jeszcze daje 
eię jej słuszDOŚtf ohserwowad w Belgii, słynnej zarazem nat<;źeniem 
i skutecznością walki klasowej swego mieszczaństwa o prawa poli- 
tyczne, w Belgii, tym kraju przepysznych ratuszów średniowiecz- 
uyoL i imponujących, wczoraj wyrosłych, domów ludowych. Dusza 
1'ai'yźa objawia się dzisiaj albo na hałaśliwej linii bulwarów, gdzie 
pod promieniami elektryczny cli lamp wystawione w oknach sklepo- 
wych modne bogactwa wabią pożądliwy wzrok przechodniów, gdzie 
w eleganckich restauracyaoh lub pospolitych piwiarniach ludzie 
i hulają i robią bieżącą politykę, gdzie koncentrują się i prawie 
wszystkie teatry iredakoye organów opinii publicznej (nawet soeya- 
listyezne redakoyc idcgają ogólnemu prawu i mieszczą się w po- 
bliżu tego ośrodka kapitalistycznego Paryża); albo — na linii, idącej 
od Luwru przez Tuileryi, plac Zgody i pola Elizejskie ku laskowi 
Buloilskiumu: — tu panuje niezmiennie wersalska, zimna, arysto- 
kratyczna tjymetryczuoió, nieprzystępna jakaś wspaniałośó dhigo- 
wieoznego ucisku i wyzysku mas ludowych, które dziś jeszcze, po- 
mimo kilkakrotnych najazdów, nie objęły w posiadanie tej wielkiej 
przestrzeni, tej cz<_!Ści miasta, jedynej zdrowej, jedynej wolnej od 
zgubnych cech wielkomiejskich... W Brukselli inaczej, W całej 



z RUCHU SPOLKCZ. I ARTVSTVCZ. Mł.ODKJ BELGII. ;i09 

Belgii inaczej. W Bnikselli takim punktem przyciągającym (Ua 
każdego mieszkańca, czy gościa, jest stary „plac wielki", plac oto- 
czony raalowDiozymi domami korporacyjnymi, — plac, na ktdrym po- 
lała sic krew ściętych za woluoś<^ kraju i myśli Kgmonta i Homa, 
plac, oa którym wspaniały ratusz z XV. stulecia, i t. ?.«. „Dom 
królewski", dawniej skład zboża, dxiś muzeum starożytności, i pałac 
książijt brabanckioli.mają wieczorem poprostu czarodziejski wygląd, 
gdy oa nie z tlwóoh lamp elektrycznych, bujających, zda się, w po- 
wietrzu, bo zawicszonycli wysoko nad środkiem placu na niewi- 
dzialnych drutach, spływa ciche światło. Ale te pamiątki nie są 
strupieszało : łączy je ciągła nić następstwa historycznego z dzisiej- 
szem intenzywnem życiem spotecznem. O godzinę jazdy koleją od 
Brukselli, w Tjowanium, jest ratusz starożytny jeszcze piękniejszy 
od brukselskiego, ohybn jedyny w swoim rodzaju, cały obstawiony 
od stóp -do szczytu ścian mnóstwem wyrazistych posągów burmi- 
strzów i ducliownycb, jest jeden z najstarszych uniwersytetów kato- 
lickich, na którym dziś jeszoze usiłuje na nowo zakwitnął! tomi- 
styczny neo-so!iolastycyzm ; a jednocześnie to średniowieczne Lo- 
wanium, zupełnie jak nasz stary Kraków, ma jednego deputowanego 
socyalistę w parlamencie, i z murów swego ratusza kamienne posta- 
cie dawnych przedstawicieli i kiero(vników miejskiego ludu patrzą, 
może z szacunkiem i uznaniem — ■ na pomyślnie się rozwijający dom 
robotniczy, współdziclczą piekarnię socyal i styczną... 

Belgia cała jest jednera muzeum miejskich, ludowych głównie 
starożytności; a zabytki te ustroju społecznego, w którym pano- 
wała zasada spójności i ludowładztwa, impouująoc swą trwałością 
zatomizowanemu i gorączkowemu życiu dziaiejszemu, co krok prze- 
platają się z zarodkami nowej ery solidarności i równości społe- 
cznej. Idzie się w Brukselli ulicą Rejencyi, czysto nowożytną, sze- 
roką, ożywioną, bogatą; na placu spotyka się pomnik wodza krzy- 
żowców, Gotfryda z Bouillonu, o kilkanaście kroków dalej nagle 
podziw przykuwa do miejsca; skwer des Pelits-Sablons, a naokoło 
niego nie mniej, nie więcej, tylko 48 wyrazistych figur, przedsta- 
wiających wszelkie korporacye średniowieczne. A stąd już pai-ę 
kroków tylko do o środka życia robotniczego w Brukselli, do wspa- 
niałego, wielkiego, parę lat temu dopiero otwartego nowego „Domu 
ludowego", który cały prawie zbudowany jest z żelaza i ze szkła, 
uzmysławiając — jak ktoś ))o wiedział — i moc i przejrzystośó 
zarazem przewotluiej swojej idei. 



II. 
W „Domu ludowym" odbywa się wystawa kooperatywna so- 
oyalistyczna. Pienvszn to wogólo wystawa socyal i styczna — i po- 
wiodła się znakomicie. Siła ruchu współdzielczego w I^lgii jest 
znaną i nie jest moim zamiarem ilustrowaó ją tutaj danemi szcze- 
gółowemi. Na czele ruchu tego, obejmującego już wsie i małe mia- 
steczka, stoją wszędzie socyaliśoi. Ż ich też inicyatywy powstał 
trzy lata temu związek kooperatyw ziu-ówno spożywczych jak wy* 



31it KHYTYKA. 

twiWiiynli, w <'('lii Witaj (.'liniowo stii^ył kowania ))ro(liiktó\v, a Imnlzicj 
jotłzuzp — planowcjjd, ubioninTuo, ii \vit;o tailnitffrn roliioiiia «a- 
kiipriw, \it6ry ruiiiiic ojiroiimU" sstyhko, il/iś obejmuje 'JtIS stowa- 
rzyiaeii i wystawia aałc all)iiiiiy grafiOKiiycli iizinyKtowioli i toto- 
rafij, duj^oycli pojooie o kwitnącym atanic kooiieratyw lielfcij^kioli. 

StowarityHKCuia wytwdrczB, coprawda, jak ws/.i-ilzie, nie h-ą aui 
zbyt liczne, ani zltyt wielkie. >Są to (jtdwnie związki i HiWllki robot- 
ników iacliowycli, r/cmicśliijkuw, jako to: rzoźlłiarzj-, rysowników 
i rytowników, fpyzycrów, stolai-zy i tokarzy, szewców, nimiarzy, cii- 
kn>wników, piornikarzy, koroukarzy, tibiHarzy, stelniaeliów i t. p., 
którzy wystawiają prawdziwie kunfictowne mojrterHKtyki, uliczne me- 
dali- i [>ła skór zez l>y z ^v'idokanii mintiit, stylowe afisze, karty j>oeztow(! 
i etykiety, szkatułki, zamki i naiv,cdzia artystye/nic wyrabiane, ko- 
ronki misterne, cukrowe albo piernikowe, popularne rcprodukeyc pom- 
ników i popiersi ukochanych, a nieżyjących wodzów i teoretyków 
ruehii robotniczego, jak .)an Yolders lub Cezar ]>e Facpc, wózki do 
rozwożenia chleba, eto, ("te. IŁobotniey wielko -prze mydło w i uczcst- 
idczą w rncliii wdiiółilziclozym nie jako wytwórcy, a tylko jako 
Hpożywcy. Th mamy przed sobif — jiowtarzam ni/, jcrizezo — rze- 
mieślników, pranijącycli w fiuiha;*h, do których maszyna, iiar/ędzif^ 
wit^lkiejfo przemysłu, wkracza z trudnością, którzy mują dziedzicr.ue, 
dawne trudycyc starannej, wykwintnej jiracy rrcznej, a zarazem soli- 
darności korporacyjacj. Sprawdza sic tu już, ou Kautsk i zauważył, że 
zapanowanie ustroju socyalistyeznego nic oznacza bynajmniej zu- 
jiołnc^ro wyparcia takiej rzemieiliiiezcj drobnej prodtikcyi, że prze- 
ciwnie, ])odniesienie og('dnC)fo dobrobytu prawdopodobnie zwiększy 
popyt na wytwory n^cznc, artystyczne, itnHtosowane tlo osobistych 
upodobań, a przynajmniej trwałe, nietaiidetnc, 

Zadaniem wystawy było pokazać, jak stowarzynzenia !<pożyw- 
cze zaspakajają inaicryalnc i — co za teui idzie — moralne jto- 
trzeby swych członków. Sanie one Hyrabiaj.'i ])rawi<; jodynie tylko 
chleb, którcfro „Dom ludowy" w Itrukselli np. wydaje ^L'r).łHI(l 
bochenków tyfrodiiiowo; zwiedzatem też piekarnię własną tej koo- 
pi^ratywy, czystą, hyfrieniezną, nic upalną, gdzie robotnicy pracują 
po H fiodz. dziennie bez żadncjro dokiii'zliwi'fjo, pudcji-zliwego dozoru 
zwierzchników, Ale .,l><im ludowy" dostarcza też swym członkom 
po cenach oczywiście znacznie niższych, niż plzieitidzlcj, i w do- 
borowych tratuiikach, wszelkicijo rodzaju iniiyeli jiroduktów, tak 
spożywezyih, masła, nabiału, serów, mąki, jak iimych: węgla 
(.■Jlllt.łlOll kilogramów tygoilniowol. niateryalów i nhrail giitowycli, 
od bielizny i bluz aż du fraków, dali^j — welocypcdów, instrumentów 
nnizycznych, rozmaitych przciluiiotów komfortu, mógłby nawet ktoś 
powiedziei- zbytku, i wszystkie te i)rzcduiioly elegancko i gustownie 
są rozstawione w wielkiej, wysokiej, widnej sali, oświetlonej ele- 
ktrycznością. Xn estradzie gra muzyka. Z guleryi. ubiegajiicej salę, 
zwieszają się c/orwone sztandary partyjne i różaokolori)We — różnych 
kooperatyw miejseowyeb : nnjliezniej zdobią one popiersie Voldcrsa. 
W różnycli ocUtępacli pojirzytwierdzant? tar<!ze hel■bo^^■e proletaryatu 
rewolueyjnego: w złotem polu czerwona czapka frygij-;ka. Zajmo- 



z RUCHU SPOLKCZ I ART7STYCZ, MŁODEJ BELGII. :Ul 

wałem się kiedyś trochę heraldyką i dziś, kielym o niej zupełnie my- 
śle<5 przestał, nie mogę się oprzed zabawnej może uwadze, jaki ten 
herb rewolucyjny jest prosty, godny, ułożony instynktownie według 
zasad pierwotnej, czystej lieraldyki średniowiecznej, — i jak sio 
pod tym względem korzystnie różni np. od śmiesznie przeładowa- 
nych, neologizmami przepełnionych, nieprawidłowych, niesmacznych^ 
krzykliwych herbów, które sobie poukładały kupieckie mieszczań- 
stwa, państwa Ameryki Południowej lub Australii... Ale pomijam 
ten drobny, a jednak kto wie, czy nie charakterystyczny szcze- 
gólik; na tym turnieju kooperatywnym, w tej wesołej i tłumnej 
sali panuje nademną jedno wrażenie, opływa mnie wszechwładnie 
ożywcza atmosfera : wrażenie, atmosfera pełni życia, świadomego 
uznania wartości cywilizacyjnej i bezwzględnej materyalnych potrzeb 
człowieka, zaspakajania ich w całym zakresie i bez żadnych za- 
strzeżeń ani wyrzutów sumienia. — Atmosfera to godna Plandryi; 
fiamandom słusznie przypadło w udzielę dad tą wystawą namacalne 
świadectwo, że socyalizm nie jest ascetyzmem, że nie zasługuje na 
zarzut, czyniony niegdyś chrystyanizmowi — nie jest wrogiem 
życia! 

...Czy jest wrogiem kultury umysłowej, o tem także 
każdy, kto tę wystawę widział, sądzió będzie mógł bez uciekania 
się do klasycznej rozprawy Rodbertusa. Na stoliku z wydawni- 
ctwami księgarni dziennika socyalistycznego Peuple, którego cała 
redakcya, drukarnia, księgarnia i t. d. jest też kooperatywą, można 
oglądaó ciekawy rysunek agitacyjny, zatytułowany: „Piramida do 
odwrócenia". Na szczycie piramidy — monarchia z napisem: „rząd/ę 
za was" ; dalej klerykalizm, mówiący : „modlę się za was" ; milita- 
ryzm — „strzelam do was" : kapitał — „jem za was" ; a u pod- 
stawy lud : „pracuję za was". Ileż razy dowodzono, że gdy się ta 
piramida odwróci, ze szczytów spadnie ni mniej, ni więcej, tylko 
cywilizacya, i w upadku podruzgocze się na proch, kt^ry zwieje 
wicher rewolucyjny! Proszę przejśó się po tej sali: oto współdziel- 
cza też księgarnia i wydawnictwo organu stowarzyszeń wolnomy- 
ślnych „la Raison". Oto fotografie budynków i sal i okazy robótek 
dzieci, wychowywanych w „Racyonalistycznym przytułku dla sierot". 
Przytułek ten, wzorowany na słynnej szkole sierocej w Cempuis, we 
Francyi, gdzie ])edagog — socyalista Robin stosował system koe- 
dukacyi chłopców i dziewcząt^), powstał w Brukselli staraniem 
Adolfa Dehiea, starego weterana walk rewolucyjnych trancuskich, 
wykształconego na saint-simonizmie i fourieryzmie, a po jego 
śmierci prowadzony jest prz(iz panią Gatti de Gamond, długoletnią 
dyrektorkę szkoły nauczycielskiej dla kobiet, obecnie, po wyjściu 
do emerytury, dzielną propagatorkę socyalizmu między kobietami 
i l)OJowiii(»zkę wszechstronnego równouprawnienia. Zadaniem tego 
przytułku jest kształcić sieroty na obywateli i ludzi wolnych, a nie 
..na żołnierzy i na służące", jak to czynią przytułki zarówno 
kościelne, jak l)urżuazyjue świeckie; stosowane są w nim najdosko- 



J) Ob. Pr/fLs-lniI Pcduiroi^iczny. r. \H\)7 Nr. 2 — 5. 



312 KRYTYKA. 

ualsze metody pedagogiczne, staje 8ic on szkoła wzorową — a to 
dzięki^ noiędzy innemi, zapomodze dwóch socyalistycznyoh koope- 
ratyw : „Domu ludowego" w Brukselli i „Postępu" w Jolimont, 
które dają po 1000 fr. rocznie, święcąc w ten sposób swe przy- 
mierze z kwiatem świata nauczycielskiego. A oto tuz obok cały 
wielki stół, zastawiony narzędziami szkolnemi i wyrobami uczniów 
instytutu technicznego, który pi*zybierająo również formę kooperatywy, 
utrzymywany jest już wprost przez partyę robotniczą belgijską. 
Partya jako taka — założyła i utrzymuje własnym sumptem in- 
stytut techniczny, którego duszą i dyrektorem jest deputowany 
deBronck^re, i gdzie synowie robotników kształcą się zupełnie 
bezpłatnie na przyszłych urzędników i kierowników kooperatyw 
i syndykatów, a może i technicznych doradców przy uspołecznieniu 
środków produkcyi. W gmachu tego instytutu, opłacanym przez 
partyę, daje ona też gościnnośó Uniwersytetowi Nowemu, (d. n.) 




bh. 






Bajka. 

Płacząc i jęcząc, pani Królikowa 

Zaniosła skargę do sądu na Kota: 

„Biedne me serce, biedna moja głowa! 

„Synka mi porwał i zdusił niecnota I" 

Komplet sędziowski czemprędzej zasiada : 

Prezydent — Niedźwiedź, Ryś, Szakal, dwa Wilki 

I rozpoczyna się uczona rada. 

Jak zbrodnię nazwad, by nie wpaśd w omyłki. 

Tymczasem Żbika do Kota wysłano, 

Corpus delicti zabrad nakazano 

I przed sędziowskie dostarczyd oblicza. 

Lis-prokurator powstał i wylicza 

Szczegółów zbrodni litaniję cała. 

Powrócił woźny ; zduszonego ciało 

Pokazał sędziom — Wstali, ob wach al i 

I warcząc, zcby sobie pokazali. 



SĄD 313 

« 

Lecz Nieclzwiedi rariiknął i cała gromada 
Ogony wtula, na swych miejscach siada. 
Wówczas Miś powstał i pełen^godnośei, 
Ogłasza wyrok: ,.\V imieniu Lwiej Mości" 
„Ofiaro zbrodni sąd sobie zatrzyma; 
„A choć Kot uciekł, czyli — sprawcy niema, 
„Lecz infamisem ten sio odtąd zowie, 
„Kio doil dwa słowa kiedykolwiek powie". 

Wśród publiczności nagle ryknie Krowa : 
„Jestem teź matka: dajcie przyjść do słowa. 
„Niedużo mówiąc, podad się ośmielo, 
„Ze mi Wilk-sedzia zjadł niedawno cielę"... 

Prezes podumał, w końcu rzekł do matki: 
,To co innego — to były podatki". 




WŁADYSŁ\W WANKIE. 



Aleksander Gierymski. 

Monachium td marca 190 L 

Tie śmiercią Aleksadra Gierymskiego sztuka polska poniosła 
klęskę, — stratcj tak ogromną, że obecne społeczeństwo nasze nie 
pojmuje jej nawet, dopiero może z latami, z czasem! 

Zgasł wielki malarz, siewca szczerej kultury artystycznej, ziarna 
co już świetne wydaje owoce; przestał myśled umysł filozoficzny, 
błyszczący, subtelny — a zawsze jasny i logiczny. Zamilkło to 
świetne „żywe słowo" tak dobrze znane bliższym znajomym zmar- 
łego. A wreszcie, czego najbardziej żałowaó trzeba : największy 
polski nauczyciel malarski przestał uczyó! 

Żywot zmarłego był rozmaity, było i chwil szczęścia w niem 
trochę, najwięcej jednak bólu i zawodów, jak zwykle u na- 
tur pracujących dla przyszłości. Popularnym nie był i... nigdy się 
do popularności nie zniżał. Mało był rozumiany, — ceniony zawsze. 
W społeczeństwie, więcej już ze sztuką zrosłem, kulturalniej szem, 
niż nasze, Gierymski zająłby łatwo; „sobie przynależne stanowisko" 
u nas... „inne" do tego prowadzą drogi — niż te, któremi szedł 
zmarły. 



314 KRYTYKA. 

Syn Diezsnio:iDej rodziny — urodzony w Warszawie w roku 
1849, był młodszym bratem nieodżałowanego 6p. Maksymiljana 
Gierymskiego. Młodo, bo jui 1868 roku wybrali się obaj do Mo- 
naobium — gdzie Aleksander w pracowni profesordw Anecbutza, 
Diotza, i Piloty'ego pozostawał do wiosny 1873. W tym czasie 
Maksymiljan, bardzo juź głośny malarz, zasłabł. Były to początki 
8ucb<it. Lekarze poradzili wyjazd do Włoob, gdzie tei^ bracia po- 
dmyli, osiadając w Knymie. Tam powstał ostatni obraz Maksy- 
miljana: „Polowanie par foroe" — dziś ozdoba berlidskiego Na- 
tional-Museum — i Aleksandra: „Gra w Mora" tudzież: ,.Osteria 
Romana" — wszystko obrazy pierwszorzędnego znaczenia w naszej 
Bztnce! Jeszcze to bowiem były owo czasy, kiedy prace malarskie 
ceniono li tylko za „temat" a nasi domorośli esteci zaoieklc uganiali 
po wystawach szukając ..wielkiego przedmiotu", „myśli czerstwej hib 
wyobraźni nieskażonej". W ową to chwilę, zjawienie aie obrazów, tak nic 
wspólnego nie mających z tern wszystkiem, co kanon estetyki krajo- 
wej głosił — zrobiło rewolucyę! Jedni, młodsi przeważnie Brtyśui,od- 
razu Gierymskiego uznali za mistrza i pod jego wpisali się sztan- 
dar, drudzy nie mogąo w dziełach tych znalcżtf brakdw artystycz- 
nych, zarzucali obrazom : banalnoś<!, obcośiS, płytkośi5, i brak polotu, 
Mimo to, siłą swej malarskiej roboty, plastyką dokąd u nas nie- 
znaną, obrazy te jednym zamachem staniały na przedzie całej owo- 
czesnej twórczości malarskiej w Polsce ! Gierymskiego musiano ceni<S I 
Credo malarskie przez niego głoszone, stało się niebawem progra- 
mem całej inteligentnej młodzieży malarskiej, słowem : odtąd datuje 
się dydaktyczny wychowawczy wpływ Gierj-mskiego w l*ol3oe. Mak- 
sfmiljan zgasł w Reiohenchallu 1(> i\Tześnia 11*74 roku, a spuścizna 
jego malarska przeszła do wszcchs^.tiiki. Aleksander jakiś c^as bawi 
w kraju, by znów podążyć do Rzymu — gdzie odtąd spędza cały 
szereg lat. 

— Dużo pan namalował w Rzymie w owym czasie? - - pyta- 
łem pai-ę razy zmarłego. — Mało, mało, [)odłe rzeczy ! ! Ciągle szu- 
kałem świata dla mnie odpowiedniego, ciągle zamalowywałem płótna, 
jednu za dnigiem, najlepszy był: „Don Quic tio tt e", nie i tOf;o 
dyaldi wzięli, zasmarowałem go czarną farbą! Rol)ilem musr stu- 
dyów, między innemi owe ..osły" dla „Dulcynei", malowałem studya 
do „Altany, którą potem ukończyłem. Inno także mniej ziiaoziie 
obrazy — we Włoszech pozostałe. Także „Babę oziiwająeą nad 
zwłokami" — ol)r»z podobał się Modrzojowttkiej, nabyła go niiwci. 
< -lulałem zrobiÓ eośeoiiy było: ..uuticimlieh" no i zdaji' misie, licm 
Kię trochę 7. tejio wywi:izał. Ale z.i CZiirne lu, z:i cKiinit'! W "wyui 



ALEKSANDER GIERYMSKI. :J15 

ozasie opętała mnie mania BtndyowaDia „etaryoh maJ8tr(Jw włoskich" 
— poczerniali — a zdawało mi się ie właśnie to stanowi ioh przy- 
miot najwyiazy. Obeonie niecierpię ich (VHzystkiuIi razem, jak 
wrogów osobistych, portrety tylko jeszcze „staiyoh" zddbzc! ale 
i to nic włoskie, tylko flamandzkie. Bo i ja mam coś w ewem ma- 
larstwie flamandzkiego. Chu<^ to śmieszne'. Ale „Wcnecysnic" lepsi 
„Atłsunta" dobra! 

^Wśoiekliśoie się wazysoy razem z waszym (?) Boticellim — 
pociły jest i kwita, jakiegoś zdechłego chłopaka ciągle malował 
jako kobietę! Widaó to doskonale! Co wy za sentyment w tem 
widzicie ? Waryaty ! 

— No, a wyraz? odrzekłem — „Wyraz, jaki wyraz? przy 
tak podłej robocie malarskiej nie może byrf mowy o wyrazie. Zresztą 
pojedziemy razem kiedy do Florenoyi — zobaczysz pan Barn ze 
mam raoyc!" 

Niestety — nie pojechaliśmy nigdy do Florenoyi razem, a jak 
mi tego dziś ia\ ! 

Kiedy był .,Geryraiu3" w dobrym humorze „gadał masę". — 
Na gawędkę lub dysputę najlepiej umiał go wyciąga*! „Tecio" 
{Tetmajer Włodzimierz), — takie i ja. Pijąc w Osteria Bavaria 
„Chianti", gadaliśmy tak nieraz do ii-ciej w nocy. Wielei to wtedy 
myśli padło oryginalnych, wiele spraw społecznych poruszano a na- 
i6d malarski, słychał i kochał Gerymiusa. Zwykle bywał tam Szy- 
manowski, Zuber — czasem Orocholski, Wasilewski, liadzJejowki, 
„Kasper" — kochany Kasper Zet^how:<ki, naturalnie Tetmajer 
i ja zawsze. Bywało „(iorymius Dux'' powie: wiecie panowie, podle 
jest — powinniście coś zobaezy(5 za miastem ^ wtedy „naród" walił 
ławą na: „ThorcsienWie.se"' albo na „Au" za Izarę i tam .estetyka" 
na naturze dalej trwała. A! jakie to były czasy — jakie czasy! 
Z młodymi był serdeczny, koleżeński w naj dodatniej szem tego 
słowa znaczeniu. Ani cienia wyższości, — cliorf \vybiir lubił i ro- 
bił między młodymi. Zarozumialców lub głupawych elegantów — 
nie cierpiał, tym wprost towarzystwa swego odmawiał. 

]3yło coś w tym wtosunku młodych uczących się malarzy do 
starszego mistrza— z iamiliurnego |iatryarchalizmu dawnych maj- 
strów, coś niezmiernie sympatycznego i jedynego zarazem. Żyjąc 
z nami, bawiąc wśród nas, więcej nas uczył — niż szeregi lat 
przebyłych w Akademii. Wciąż zwracał naszą uwagę na natun/, na 
jej przejawy, Ibrmy, nastroje, wrażenia, — alo dowolności nic 
/nosił w malarstwie, motywa malarskie le które nie dadzą się kon- 
irolowaó naturą powinnyby byo zaniccliaiie przez mularzy — do- 



310 KRYTYKA. 

swiadczooie bowiem uczy ze tylko sztuka bezpośrednio na prawdzi 
oparte, przetrwać^ zdolna wszelkie ewolucye wyobrażeń o pięknie... 

Pamiętam siedząc raz w ., Union ie" wpadł któremuś z nas 
numer ^Gzasu*' ozy „Reformy" z mową Matejki wypowiedzianą 
z okazy i otwarcia roku szkolnego w szkole krakowskiej sztuk pię- 
knych, (renialny artysta krakowski, z ciężką dyalcktyką wiejskiego 
kaznodziei ciskał gromy na: płytki, bezmyślny, suchy (?) realizm 
(lierymskiego — przestrzegał owce szkolnej swej trzódki by się nie 
zbłąkały na zdradnych manowcach sztuki autora ./rrąbek". Patrzcie, 
wołał nieśmiertelny autor Skargi: to przykład jak mało wad nie 
wypada, jak malowad nie trzeba, — takie malarstwo jest bezbożnem 
marnotrawieniem talentu!! Jest zaparciem najświętszych ideałów 
sztuki. Obraz „Trąbki'* obecnie w Sukiennicach wystawiony, jest 
obłędem malarskim — tern boleśniejszym że obłędem „zdolnego" 
(sic) artysty ! ! 

Była to jedna z tych mętnych elukubracyj jakiemi Matejko 
od czasu do czasu darzył świat krakowski, a gorszył wszystkich 
swych wielbicieli, osłupiałych zdziwieniem, że w genialnej tej gło- 
wie jednocześnie mieszkały .' najwnioślejsze idee przy żakowskich, 
ciasnych i miałkich. Naturalnie zrobiliśmy (lierymskiemu owacve — 
a znakomity malarz z przedziwnym taktem zachował się w obec 
inwektyw krakowskiego proroka. 

..('óź Matejko — mówił — z rozwojem obecnym sztuki niema 
nic wspólnego, ma olbrzymią wyobraźnie pełną mitycznej miłości 
kraju, zostaje stale ])od w]>ływem starej sztuki i nie rozumie wszyst- 
kiego tego, co jest niezgodnem z jego o malastwie wyobrażeniem, 
Przykrą jest rzeczą że jako „dyrektor"*, swe tak skrajne pojecie, 
swa malarska manierę stawia za wzór uczniom. 

Ja --- panowie niomam żadnych innych pretensyj artystycznych 
prócz : odzwierciadlauia istotnego realnego życia — w jakiejkolwiek 
by ono było formie, z możliwie uajwierni(»jszą dokładnością. Jestem 
realistą, dzieckiem swej epoki — nie rozumiem i nie uznaje sztuki 
bez prawdy, bez przekonywującej ]>rawdy. Matejko ignorujący zna- 
czenie światła w obrazie, wartości „waloru malarskiego** prawdę 
svtuacvi — nie może ocenie mych celów i dażeii i nie rozumie ich 
zupełnie" ! 

W latach osiemdziesiąty v?h — łlokładnie czasu nie niotre ozna- 
czyc — (iierymski Kzym opuścił i przeniósł się do Warszawy. 
Tutaj rozwinął najświetniejszy okres swej twórczości namalował: 
„Trąbki", piaskarzy małe ..Trąbki", „Widok z nad Solca*' — 
dalej masę study<)w, ,/A mul Wisły", „Przekupkę puniaraii<*z", 



ALEKSANDER GIERYMSKI. 31 7 

„Stare miasto" i wyrysował ze sto lub więcej rysunków do Tygo* 
gnika lUuslrowanego i Kłosów ■—■ rysunków przepysznych, stano- 
wiących epokę w naszera drzeworytnictwie. 

Gdyby Gierymski niczego więcej nie zostawił, jak właśnie 
owe lysunki, juźby nazwisko jego świetnie było zapisane w sztuce 
polskiej. Trzeba to z czasem zebrad w całośd i wydad — podo- 
bnie jak Witkiewicz zrobił ze spuścizną Juliusza Kossaka — a bę- 
dzie tego tom ogromny. 

„Drzewo mi kazali rąbad" — skarżył się nieboszczyk 
— źy<5 nie było z czego, a obrazy moje dużo mnie kosztują, 
więc z rysunków do drzeworytu źyó musiałem. Miało to 
i swe dobre strony — ale malarz tracił na tem — zyskiwał 
rysownik. Naturalnie „zyskiwał rysownik", a przedcwszystkiem zy- 
skiwał „luminista", rysownik „światła". To tez Gierymski jest 
pierwszym naszym lurainistą, i tym pozostał. 

Po całym szeregu lat przebytych w Warszawie, opuścił ją 
wreszcie — a opuścił bez żalu na zawsze. Tym razem osiadł 
w Monacliium, aby dłuższy czas tu pozostaó i stworzyó znane 
wszystkim swe obrazy: „Angelus", „Plac Maksymiliana w Mona- 
chium", dalej „Plac Wittelsbachów w nocy'* — owe świetne 
„elektryki", jak je żartobliwie nazywał. 

„Plac Wittelsbachów" zakupił rząd bawarski do pinakoteki 
Monachijskiej, a jednocześnie Jury Wystawy w Glaspalast'oie przy- 
znało twórcy medal złoty. 

Następnie w Tyrolu wymalował pięć czy sześd pejzaży, wybor- 
nych z wielu względów, drgających światłem i życiem. Dla pora- 
towania zdrowia wyjechał na krótki czas do Scheveningen, a choó 
trochę mu pomogły kąpiele, odtąd zaczął Gierymski stale 
kwękaó, nerwy dokuczały mu coraz więcej, z czego wreszcie wy- 
tworzyła się neurastenia. Paryż nęcił go z dawna swoją świetną ar- 
chitekturą; pojechał tam i zabawiwszy dwa lata, namalował parę 
znanych obrazów jak: .,Opera paryska", „Louytc w nocy" (frag- 
ment), także ów „Pont des Artes", obecnie w Muzeum Narodo- 
wem w Krakowie, — oraz „Portret własny''. 

Czasu śmierci Matejki znalazł się w Krakowie dla malowa- 
nia scen chłopskich, z których to obrazów pamiętam: „Przed 
chatą", obraz pełen żaru słonecznego, oraz parę stadyów w „peł- 
nem słońcu'* malowanych. 

Na Wystawie lwowskiej pełnił obowiązki jujora; tam też 
zebrano \viększą kolekcyę jego obrazów. Stąd pojechał do Rzy- 
mu, gdzie wymalował parę widoków z : Y^illi Horghessc i Torlo- 



31B KRVTVKA. 

nią; nabrawszy obrazy Diedokoiiazotie, przywiózł je do Monachium 
i tu ukończył; a było to prxed sześciu laty. 

Ciągle mu coś dokuczało, i leczył się juz stale oa nerwy 
D doktora polskiego Szumana — ale i oały organizm upadarf za- 
czął! Mimo to malował — i nialo»-ał kapitalnie; wystawił parę 
płócien na wystawie w Monachium i wreszcie nie mogąc jiui znieś<! 
tutejszego klimatu w 181)7 w jesieni wj*jeohał do Włoch, najpierw 
do Weneoyi, zkąd jeszcze pisywał do mnie zachwycając się malo- 
woiczością San Marco, to znów innemi architekturami. W owym 
czasie wyjechałem na długi czas do Pesztu — i straciłem zupełnie 
jlad tyloletniego przyjaciela i przewodnika... 

Mieszkał podobno stale we Włoszech, gdzie mu było w^lę- 
dnie najlepiej. Klimat rzymski znosił stosunkowo dobrze — jak się 
obecnie dowiaduję z gazet : smierrf Abakanowicza, wiernego przy- 
jaciela, wstrząsnęła nim do głębi, powaliła go zupełnie i odtąd juz 
nigdy dźwjgnąó się nie zdołał. 

Dzieli *^-Ę0 marca jest klęską dla sztuki polskiej, dzień ten 
poło:Jył kres życiu jednego z najwszechstronniejszych malarzy pol- 
skich, którego zasługi stale wzrastają w znaczenie. 

Malarstwo (Jierymskicgo, oparte na nzczcrcni odtwarzaniu na- 
tury, pozbawione wszelkiej maniery, subtelno i objcktywne, będzie 
i nadal stałą wskazówką estetyczną, kompasom malarskim illa wielu, 
wielu malarskich pokoleó ! 

Wśród obeonego zamętu pojęó estetycznych, — arlokinady 
codzień zmieniających aię „programów malai-skioh" — arogancyi 
kilkudniowych wielkości, szkolnych zoakomitośoi, synckurzystów 
pedagogicznycli — szalbierzy i clownów wszelakich : wibryzmów, 
poi n tyli izmón', auti realiznów, epotyzmów — pośród wreszcie ordy- 
narnych, bezczelnych panoramiczuycłi inipressaryów malarskich, 
wszelakich coraz zuchwalszych wyrobników pędzla — o niespotykanej 
dotąd aro^ancyi, stale obniżających znaczenie i cole intotnej sztuki — 
postać Aleksandra (riorymskiego rośnie — olbrzymieje z dniem 
każdym, jako entnzyasty niezmiernie wysoko dzior/ąocjro godło: 
wielkiej, wiecznij sztuki, — 'dgdy i nigdzie nic skłaniającego się 
do żadny(ih nafępatw ze swych przekonań człowieka i artysty. 

Iłiiżo mamy takich obecnie"' 



^ 



DR. JAN ROSZKOWSKI. 

Samopomoc kraju w uprzemysłowieniu Galieyi. 

„Piimagaj Hubio, gdyż ani ci nikt pomód/, ant toź nic twój 
siły ziislij[)i<^ nic może". Takie godło wyj)isał na sztandarze nowo- 
czesnej }iracy jeden z tych hi<1xi, ktorssy umiej:} czyta(i w hi«ti>ryi 
i podułucliiwad jiulwy nowego wieku. Około SKtnndani tego sknpiło 
Mir początkowo tylko kilka jodnoettk, dzia godło to, jpwt godłem 
ogroninycli mas. Widocznie l>rzmiala'w niem niewątpliwa prawda. 
Istotnie. Xio liyl to bowiem żaden t-eoretyozny wniosek, żaden wy- 
nik, oderwanego i na racliimku prawdopodoliieństwa ctpartego ro- 
Kiimowiinia, ale pewnik podyktowany przez ftkty i dzieje, stwier- 
dzi>ny pizcK tłumy, wszelkiego nnlzajn nędzorzów n wschudn, 
!i oUn-zymów n zncliodu życia. 

„Pomagajcie sami sobie" — jest dziś najpopularniejszem Iia- 
slem w krajn. Jest to logicstna konsekweneyn nieufności społeczeil- 
stwa do władz ccntialnyeb : administracyjnych i skarbowyeli. Kie- 
ufnfJMi! ealkowicie uzasadniona szeregiem lat pełnych goiżkieh do- 
świadezert. Powszechna niewiara w opiekę i pomoc rr.ądn w pieką- 
cej dla nas wprawie podniesienia przemysin krajowego, ujawniała sir 
dosndiiio a głośno jiodezas ankiety, w lwowskiej Izbie handlowej nad 
uMtawą przomvsloiva, gdzie ogromna większo8<5 przemawiających 
z ealii otwartośeiij wypowiedziała swe pesymistyczne poglądy na 
wsKclkie, jakoby przychylne dla nas, rozporządzenia, pochodzące 
•/. Wiednia. Zasada: «h)brtibyt wyhłaga*^ trzeba nad Dunajem przy- 
cichła, natomiast głoŃno rozległa się inna: warnnki rozwijające 
przemysł i <lobrobyt inuKimy sami sobie zdobytf. Z tej wiary we 
własne siły władze antonomteznc winny skorzystać i od czasów 
Zyblikicwicza w archiwum obrad sejmowych spoczywającą sprawę 
poiluicsienia przemysłu krajowego na pierwszy |)lan wyBuną<*. 

I>łi'gi szereg niezmiernie doniosłych dla Galioyi projektów 
ezekii poparcia lub inieyatywy rcprczentacyi krajowej. Ze tu wy- 



:VM) KRYTVKA 

mienimy, tak szeroko omawiane drogi wodne, projektowane roz- 
szerzenie sieei linij kolejowyeh, zdobyeie zniżenia taryf transporto- 
wych dla produktów galicyjskich, wobec podkoj)ujacej zarodki na- 
szego liandhi i przemysłu poHtyki taryfowej Węgier, nareszcie 
regulacye rzek i wyzyskanie siły wodnej naszych j)otok<5w gór- 
skich. 

We wszystkich tych i wiehi innych sprawach i projektach 
zdążających do uprzemysłowienia (Jalicyi winien się wypowiedzieć 
kraj, a władza autonomiczna energicznie interweniować. 

Najodpowiedniejsza formą zasiągniecia opinii ogółu, 
celem zreasumowania jego ]> o trzeb ekonomicznych, 
byłaby ankieta zwołana przez wydział krajowy, na 
polecenie sejmu lub z własnej inicyatywy. Tylko an- 
kieta bowiem zarządzona w szerokiem kole najbardziej zainteresowanych 
dałaby wszechstronnie oświetlony obraz obecnego stanu i potrzeb, 
naszego i)rzemy8łu. 

Rezultat ankiety dostarczy obfitego materyału w jakich warun- 
kach i w jakim kierunku mógłby sie rozwinąć u nas wielki przemysł, 
czy jest przytem niezbędną pomoc rządu cuntralnego, i w jakim 
stopniu, czy wogóle rząd centralny może i chce otoczyó i>rzemysł 
Galicyi, rzetelną opieką, zważywszy, że w żacbiej mierze nic leży to 
w interesie innych krajów korony. Uprzemysłowi aj ąc Galicye, 
która dziś jest odbiorcą wytworów przemysłu Austryackiego, wy- 
twórczość innych krajów zmniejszy się i ograniczyó się będ/ie musiała 
do konsumcyi miejscowej. Opieka j)rzeto rządu, jest zdaniem na- 
szem iluzoryczną. Uwagi takie padną prawdopodobnie z ust wielu 
innych podczas ankiety, a wówczas, logika rozumowań zmusi <lo 
zastanowienia sie, czy i na jakiej drodze moglibyśmy sami sol>ie wy- 
tworzy ó przemysł. Postawienie w ten sposób sprawy uprzemysło- 
wienia Galicyi byłoby poważnym i brzemiennym w następstwa 
krokiem naprzód, byłoby rozpoczęciem polityki samopomocy. W ja- 
kiej formie mogłaby się skrystalizować samopomoc kraju w tym 
konkretnym wypadku ,, uprzemysłowienia", wskazywałem już po- 
przednio (w 2 numerze Krytyki) : kraj przez swą reprezentacyę 
mógłby w wielu wypadkach wystąpić sam, jako przedsiębiorca. 

AVspieranie zamierającego drobnego przemysłu lub rękodzieł, 
przez krajowy fundusz przemysłowy było może kiedyś rzeczą wskazaną, 
dziś atoli wobec o wiele poważniejszych żądaii, wobec głodnego 
kraju, upadający drobny przemysł musi zejść na plan drugo- 
rzędny. Odczuwa to dobrze ., krajowa komisya dla spraw j)rzemy- 
słowych", organ doradczy Wj działu, jak to z przebiegu dyskusyi na 



LEOPOLD STAFF 



3-21 



ostatniera zebraniu sądzid bvło można. Komisya radaby była zmienid 
wąskie tory po których dotychczas kroczy : wspomagania rękodzieł 
i drobnego przemysłu, na bardziej żywotne i szersze : podniesienie 
względnie wytworzenie wielkiego przemysłu. Ankieta za:^ krajowa 
w sprawach przemysłu wytknęłaby te tory i ułatwiła[)y znakomi- 
cie komisy i opracowanie programu działalności na szerszą skale. 

Ankieta musi być zwołaną pod egidą Wydziału lub Sejmu, 
jako reprezenlacyj, odczuwających, z natury swej, najgłębiej naszą 
niedolę i nasze j>otrzeby, a wkroczenie na drogę samopomocy jest 
konieczne tam, gdzie, jak u nas rząd państwowy nie chce i nie 
może ])rzyłożye ręki, do podniesienia przemysłu i dobrobytu. 




JAN STEN. 



LEOPOLD STAFF. 

(Z oyklu „ICłoda Folska".) 

Czarowi, który roztacza poezya Statfa*), na imię jest wdzięk. 
Nie brak w poezyi naszej tonów pełniejszych, głębszych, jaskraw- 
szych, więcej wstrząsających — ale niema w tej chwili wdzię- 
czniejszych, czulszych, czystszych i szlachetniejszych. Jego natchnie- 
nie to jakby przejrzysta jasnosó krynicy, która może się wzburzyó 
i zapienió, ale niezdolna jest zmętnied. Kaidy dreszcz życia układa 
się w piękną i wytworną linię, każdy wiersz przyobleka się 
w dźwięczne, pogodne, melodyjne rytmy. W mowie niema sztuczek 
rymotwórczycli, niema językowych łamańców i dziwactw — jest 
tylko wielka mistrzów prostota, która z każdego słowa, z każdego 
rymu i rytmu należny wydobywa dźwięk i daje to wielkie, wła- 
ściwe, jedyne wrażenie; w duszy niema pozy, niema pracowitego 
szukania chmur i nędz, — jest młodzieńcza istotna, ohoó pełna wstydu 
szczerosó. Nie byłaby szczerą, gdyby nie była pr/.edewszystkicm 
refleksyjną. Ale rełleksyjnośó poezyi Staffa różni się zasadniczo od tej 
która tak do szpiku zmąciła twórczosd naszą dzisiejszą. Gdy ta 



1901 r. 



*) Leopold Staff. Sny o potędze. Warszawa, Goboothnor i WolfT. 



?,/.i KRYTYKA. 

z istoty KWfi \<fA ainonilua i uia <A arakti-r obiektywup) ^tt-ia«l(>- 
raoś'*i, kt-Oni j»oz*jnjHf zrozuaczoua nit- l)ez uśuii(^']łu jiT\'ł2noś'*i jk> 
wianoK* Ki<' z«laj«*: q'ifilt^ nrUf^.r p''nt. roilek!«y:i Stufla — to ra- 
czej ezyuiia kontrola i r^t^/r na <lro<lz<' iileałii. t:«lzif 

...iraeba inier- dumne i *pokojiie cvA<* 

I 7nvr] ł>)>>k a wicami lotna i wesoła 

I oczy promieui;?t«, niezmącone ja-^ne, 

J3y ciągle niemi pairzer w ;rłętiie du?zy władne. 

I>f''z umier też z nich krze^a<'- uderzenie ^omu, 

Kiedy cień zwątpień Alanie w projru Twego domu"! 

To wiHzaoe ii<lerzc.'ni<.* groniu nad włai^ną słabością i niemocą, to 
praf*ł; <liK;]ta, liy wyki'<* pobie .s^tco liariowne, m<;żuo, tierce du- 
mno, Hilnc'* OZU'* w całłj jioezyi Suitta to jak odświeżający, rzeźki 
j»owi<;w, to jakby pot^;^ną zapowiedź nowepo pokolenia, nowej 
o|ioki, moralnie twórczej, l^o okresie, któn'^o poczucie etyczne 
Htn'«<zczało nii* dotąd w bolesnej świadomos^ci swtj ilysproporcyi 
z roziniarami idfalnoj du?!zy ludzkiej, który też w najz«lolnieji«zycli 
Kwycli przedstaw i cieląc! I stanowczo okazał sir* niezdolnym do stworze- 
nia dzieła etycznie czynnejro (np. ostatnie wysiłki Tetmajera\ 
wHt-cpujemy może w okres pokolenia, którego moralność nie bę- 
dzie cierpieniem i które znajdzie doś<^ sił, aby na wzór swego ide- 
ału kształtować niebie i i^wiat... 'J'o zaś przekształcanie niejest-że osią 
WKpólną WHzystkich działań moralnych, cho<5by najrozbieżniejszyiui 
bvłv ich kierunki? Ideał Staffa — to jakby wv5zlachetnionv l'eber- 

mm WWW • 

nien.sch^ pozbawiony dzikości i barbarzyństwa, ale pan własnych 
myśli i czynów. Pogoda jego i pewność j>łynie u Staffa nie z uczucia 
bezgranicznego uwielbiania siebie i j)Ogardy dla innych, lecz wy- 
łącznie z j)Oczucia wewnctrznej jcfdności, jest wiec zuj>ełnie nieza- 
leżna od wszelkich stosunków zewnętrznego świata. Jest to ideał 
bardzi(;j wszechstronny, przez to pickuiejszy i głcbszy, mniej dogma- 
tyczny od arcy wzoru Nietzschego. Nigdzie u Staffa szamotania wo- 
wnctrzncgo, rozterki ; niepokoje i nawet 8mut<;k jego jest pogodny 
i jakby przysłonięty mgłą; obrazy ponure, pełne pessymizmu, 
drogą naturahu-go skojarzenia, jako antytezę wywołują w duszy 
myśli radosne, i^rzeietii uwiell)ieniem żvcia. (Psvciie). I nie dziwmy 
nie poecie ; wszak jenui w noce i)ezsennc bla le mary 



Snuć przychodzą marzeń przed/.iwo 
Wicj^cić (!ud nowy, nieznane dziwo. 



I.EOPOLD STAFK. 



Tajemae głębie, tajnią bezdeune. 
A tyle mają cowin i wierci — ■, 



żo poeta woła i ilo nas 

Otwiirz du^zi}, słucbaj ictitre!!ci! 

Jakie pięliDS jest młodośrf, i jak ezoKęśliwa i — jak zuoliwała! 
liodajby nigdy nie zaznała wspomnień ! Życie dotąd nic* tknęło jej 
znikąd: jaka6 czysta, niewinna nieSwiadomośtf świata bije x kaidego 
słowa. Tak o życiu mówi widz, a nie aktor. Zamknięty w czaro- 
(Iziejskiem kole własnej pięknej duszy, poeta przez nią, jak przez 
kryształ, spogląda na życie i śmierd, na watkę i przemianę zdarzcd, 
nie jak czujący, łocz raczej jak współczujący tylko. I nieraz zape- 
wne pyt-a sam siebie 

Było to we finie — 
Moie nie we dnie?... 

I twórczość jego ma nieraz orok snu : dziwną, powiewną 
lekkoś<J, kalejdoskopową zmiennośt! obrazów i nastrojiSw, brak bru- 
talnej bryłowatości — nawet tam, gdzie stara się naśladować mi- 
strza naszej plastyki poetyckiej — Tetmajera (Faun). 

Współczujący raczej, niż uczuciowy charakter twórczości, nie- 
słychana, a tak rzadka zdolnońó wyszlaclietniania każdego tematu, 
którego się dotknie, poczucie miar}', harmonii, taktu, wdzięku, 
pogodny, błękitny czar, przypominający najpiękniejsze utwory 
Rossettiego, — wszystko to zestrzeliło się najdobitniej w arcydziele 
StalTa „Pieśni o oczach". Równie harmonijnego utworu współczesna 
nasza literatura nie posiada, .restto stanowczo najpiękniejszy i naj- 
czystszy hymn na cześó kobiecości, jaki kiedykolwiek mógł powstai^ 
w duszy poety. I gdy o nim wspomnieó, cznje się, ie Piękno mo- 
głoby się do tego artysty zwróció z terai sameini słowy, które on 
kładzie mu w usta w swej ,,Pieśni" 



..Z kajidą iiow^ duszą ludzką, piękną, wzniosłą, 
Tam hitgatsze. Dzięk niosę! Me kr<>lestwo wzrosło. 



lOHACT D*SZVriSKI. 

Spłoszony klerykalizm. 

Zdawałoby się, its kntulipka Atistrya Ołlgroiłiiona otł irciti 
nmyslowogo zucJiodnioj Euro|»y chidskim murem. A\'8zak wszystko, 
co flio w tern iizczcgólnem pańtitwic dzioje. ma cliamktcr „lokalny". 
Taksamo źaicie się i>08KCi!Ggiilnyeli PzowJDistycitDycli boLat-erów 
|)rowincyoDa)nyub, jak i wielkouii Ijiu'ger«, o<lbywato Bi« w ,.kró- 
lestwapb i krajach", jakby w odosolinioDycli dyabctskicb kociolkaoli... 
A kiedy war 7. tycli kooiołków przelał i»ic do waptilnego kotła pie- 
kielnego, parlamentem na/wanefio, nie można było żadnej strawy 
ugotowa<^. 

Dopiero w osfatnicli tygodniach zaczyna sie powoli coś krystali- 
zował? ogólni ej szego, coś 00 dzieli i łączy inaczej, niż dotyclicsiai'. 
Mamy na myńli wojowniczy klerj-kaiizm i dość? wrzawkliwo anty- 
klerykalno wy«t(;py w prasie i parlanicnoio. 

Hr. Vojciech Dziednazyeki powiedział niedawno przy 
wspólnych naradaoii nad sytiiacyą, że ten nieszezęsny [larlainent ja- 
koś nspokoió się nic może, bo jak tylku wyprowadzono zeń jednego 
dyabła narodowościowych sporów, wjechało w Izhi;. siedm dyahłów 
kłótni religijnych, a zaraz potem powstał opnt Treuinfcls i w nad- 
zwyczaj Ofltr%-m tonie apostroiowul prezydenta Izby, czy też nic 
zechce wziąć w obronę uciśnionego kości. iła katolickiego i nie ra- 
i'7y cenzurować jeszcze ostrzej inter|ielaeyi ]»OBeUkic!i. 

Było to zjawisko w każdym razie uderzające. Stiir\- opat o ni- 
mieuettch |>rzekwitłej starej panienki na twamy, ma tylko 7 wy- 
borców (dosłownie: wicdmiu) za swoim ..mandatem'-, ho cała jego 
„kurya" Uczy ich dziewięciu, czy jedyna!*tn; taki szczególny ,,po- 
seł"" siedział dotychczas ciclio i zadawalniał się intrygami w ku- 
louracb. Obecnie i on do iioju /a iieiśniony kościół katolicki wy- 
ruszył. Towarzysz zaś jego baron Morscy, zero niemal niatematye/nc, 
wypowiedział na naradzie przywódców klubów ?;\voie ..allio — all>a", 
t.j. albo prezydent brilzlc bronił jiraw neiśniimego koś.'ioła, allm 
parliuneni wezmą dyabli. 

A wśród tego rozgardyiiszu w paiOamcneic, na nliey odl)ywają 
wic demonstracyjne pochody kliTykałów, nrządzaiir przez ordyiuir- 



SPŁOSZONY KLERYKALIZM. 325 

ncgo agitatora księdza Abla. Parę tysięcy włsioicieli domów, szyn- 
karay, drobniejszych iirzędników, woźnych, a na ioli czele ka. W i n- 
disobgractz i kilku arysŁokratiSw klerykahiycli bud^ idiouini 
^nidmie^oia od kościoła do kościoła, aby w tumie iw. Szazcpaaa 
[irzr koilou wędrówki, wyałiicliaó podburzającego kazania i otrzyma<5 
tysiące broszurek klerykalnyoh. Na drugi tydzieil odbywają taką- 
samą wędrówkę klerykalne kobiety i dziewioe. Aroyksiąźę Frań- 
oiszek Ferdynand d' £ste, następca tronu przyjmuje pro- 
tektorat nad etowarzyszeniem „Katolioki Związek szkolny* i w nader 
stanowczej mowie zapewnia, ie cała dziatalnoś(J tego wojowniczego 
Związku jest mu bardzo t^ympatyozną. Hocyalni demokraci odpowia- 
dają na to nagłym wnioskiem o zniesienie §. 04 ust. karnej, który 
karze przekroczenie uszanowania („Ehrfurcht") wobec członków ro- 
dziny panującej jednym do pięciu lat cięikiego więzienia. 

Jednem ntowem walka rozegrała Bię na dobre i jeżeli tak da- 
lej pójdzie, to doczekamy się coraz bardziej drastycznych epizodów 
bo klerykali nie znają żartów i mają odwagę, wobec której liberali 
np. przedstawiają się jak prości tchórze. 

Jakie tej walki bli^Bzc i bezpośrednie powody? 

Wyłuszczymy je tutaj pokrótce. 

Aiistrya była zawsze krajem ultrakatolickim, cliyba najbliżej 
Hiszpanii stojącym. Kiedy w szcsnastem stulecia ta przewie ka- 
tolicyzmu się zachwiała, przeszły „kraje dziedziozne" 1 zdobyczne 
Habsbiii^ów przez takie piekło „Kobtrreformacyi*', że dzisiaj jesz- 
cze krew krze]mie w żyłach, gdy się opisy owych okruoielistw po 
bitwie pod Białą górą czyta. Katidioyzm zapanował znów niepo- 
dzielnie i trzeba było wielkich klęsk 10. stuleoia i wpływu Węgier, 
aby módz pomyślcó o nowoezeanem libei-alncm ustawodawstwie 
z kodea lat siódmego dziesiątka. Wreszcie gdy ustawodawstwo to, 
a zwłaszcza śvvieoko4ó szkoły i zależnośó kleru od państwa, 
stało się faktem, l'iu8 IX wyklął całą konstytiicyę a kleiykali po- 
przysięgali sobie, że jej życia nie darują. A przysi^ zwykli do- 
trzymywa<?,.. 

■Takoż widzimy potem w Austrj-i szczególne zjawisko: ustawy 
wolnomyślne na papierze, a klerykali panami w centrach rządowych, 
w szkole i w życiu piiblioziiem. Każdy minister oświaty był ich 
przyjacielem ; kamar)'lla i wyższa generalioya pełna ich zwolenni- 
ków ; cała agitaeya polityczna i społeczna pełna skał i rat' ]todwa- 
dnych, zbudowanych rękami klcrykalnemi. Nic mogąc jawnie opa- 
nowaó legislatywy, rzucili się tom skwapliwiej na egzekutywę, na 
wykonanie ustaw. 



/. 



:)^; KRYTYKA. 

Tymczasem świat ..szeiU swoja drogą", rozwój kapitalizmu 
i równoległa proletaryzacya ludu dokonują wiele głobokieli prze- 
mian w umysłach milionów. Zagrożona świeeka szkoła znalazła po- 
teżnveli ohrońeów w robotnikaeh, nauezveiele zmężnieli i zaczęli 
pracować w imię nauki, eześ(^ Wiednia i Niższej Austryi wy- 
rwano z szponów klen'kalnych, miasta a 1 p e j s k i e jak Grac, Linę, 
Innsbruk mają ogromną wiekszosd anty- klery kalną, a w potężnych 
miastach czeskich rzucono sie na łeb na szyje do hasła: ^Aos ton 
Rom /^ 

Ataki klerv'kalue na nauczycielstwo znalazły i)(»teżnv odpór 
W eocyalistach, którzy nie opuścili ani jednej okazyi w parlamen- 
cie, aby napiętnowaó terorjzm klerykalny. Pierwsza wielka kieska 
wyborcza z ubiegłej zimy zdaje sie być dla klerykałów ^znakiem 
czasu**; dlatego wytężają wszystkie siły, aby zmobilizować swoje 
kolumny i wywrzeć^ znowu silniejszą presye bodaj na egzekutywę, 
na ministeryum. 

Ale o ile p. minist<M' oświaty dr. Hartel ulega im chętnie 
i wszystko gotów im przyznać, o tyle inne, ważne względy nie po- 
zwalają dzisiejszemu gabinetowi rzucaó się w klerykalny prad bez 
zastanowienia się. Gdyby to było możebnem, gdyby to od mini- 
strów zależało, mielibyśmy już wszystkie instytucye pokryte klery- 
kalnem mrowiem, ale jest to wprost n i e m o ż e b u e m i gabinet 
musi udawaó bezparcyalnego arbitra. Koguty klerykalne J>ieją także 
dla właściwych feudałów z ks. Bedrichem (tryderykiem) Schwarzen- 
bergiem na czele, który ezycha jak kot na możność podstawienia 
nogi urzędniczemu ministerstwu, aby po jego trupie dostiić się do 
rządów. 

Ale w tym szturmie klerykałów na bezbożny i>arlament, za- 
]>omiuają ci znakomici taktycy o jednem : jeżeli parlament spró- 
bują zrujnować z prawej strony, to padnie on cały jeszcze bar- 
dziej na lewo... C'ałkiem co innego, gily parlament uniemożliwiają 
skandale* wszechniemców, a co innego, gdy go klerykali do upaeku 
<loj)rowałlzą. W tym drugim wypadku wstanie on na podstawie 
innej i lepszej ustawy wyborczej. Niektórzy klerykali tego właśnie 
się obawiają i dlatego złość ich jest nieraz komicznie bezsilną. 

A tymczasem z zachodu bije łiuia anty klerykalnego ruclni 
w Hiszpanii, Portugalii, Francyi wszczętego; łuna ta oświeca walkę 
kleryka Iną w Austryi i rozjaśnia niejedno, <»o])y ..czarni bracia" 
ukryć usiłowali... 



V 




•^ 



Z czarnych kryształów mńj pałac — w gryfy lemury rżnięte - 

gwiazdy prze;: witraii świecą ^.a ma rznie ty. 

Perły pusudzką, w koralach namioty — 

(huczą iiudemną gdzieś przezuaczeó młoty). 

Myśl moja rzeźbi posągowe mary 

(ua Jowiijzowcm czole Hiygmtit kary). 

Po Miluch błądzę juko lew skrzydlaty 

(dźwiękiem grobowym wtdrzą kazamaty). 

W melodyach ciszy nie zadrga zasłona 

(w trumnie z ołowiu ktoś jęczy i kona). 

Mrok zimny pluszcze w spiżowe [lodwoje 

(gwiazdy migoce w zmarzłe serce moje). 



Zgrzytnęły dźwierze — ple.śń i katakumba — 
pochodnia krwawi napis: m haec fii-mbu 
Wyrazy milkną, lecz połysk przelśnrewa — 
w tnimnio z ołowiu głos żałobny śpiewa. 
Chyłkiem się wije eioil /amaskowany — 
idę rozpacznic do ostatniej ściany. 
Dotknąłem gwoździa, uisze się owarły — - 
padłem tu\ progn, jak człowiek umarły. 
Nieznana ręka podjęła mię z jirochu — 
widzę gról» — lampę konająca w lochu. 
\a stopniach klękam sarkofagu — 
od blasków się sSrenica mruży — 
jak dwa [>tomyki białej róży 
świeca dwie ręce /n|ialone, 
dwie /ys\(; i-ęcc — jak przy Maju — 



me serce źywoem pogrsebioae ; 

I zsBzlochały łzy w głębiuie, 

zamigotały skrzydła zmięte — 

aniołów grają chóry święte, 

w różanych widzę mgłacli HwiątyDię - 

ato me eeroe jui pęknięte, 

juz gt) tym rajem nie upoję — 

anioły lecą ze ran^ w boje. 

Precz! i wydarłem złote mieczu — 

ud przepaści moi cli )>r(>gu 

wara wam — i wai-a Itugu ! 

oto me serce człowiecze, 

rubinowa tajemnica — 

oto je rzucam w odmęty I 



Jak czarna Icoę liłyskawica, 

nad pr^epawciami słychad mc tętenty. 

A za mną śpiewa bordw chór 

i łkaj)} ditwony Katfl)>iimycb miast — 

krwawi się sercH morza pimród gdr — 

konają tęcze zdruzgotanych gwiazd — 

w powietrzu słyehad walkę śnieżnych piór — 

Hurrah — tytany! w ręku piorun tłiny — 

ŚHiaŁ ten roztrącid — w głębiny — w głębiny! 



"^^Sfr 



Warszawa, w kwieinhi J!H)1. 

(Sromy armatnie obwieściły WarHzawie uietylko Zniiirtwyob- 
WMtanic Clirystusa iirawoyłiiwncgi) obrziidku, ale takżo nui-od/.iny 
warHi!awMki(T2;o wice- cesarza. Nowiirodck ma hit Micdfnulzicwiiit kika 
i nazywa aię Czeitkow. Ostatniemi czasy imię jegi) nic rozhrzmii- 
wało nu łbrum paiiftwa rosyjskiego. Btigaty cztoMick, kt«n'go Ibi-- 
Lnnu wzięła prawdupiidobnic początek na Litwii', gdy ją pod kic- 
Minkicm Slurawicwa „uciszał", żv-ł s..bic HiMik.miic zdula' od wszci- 



KRONIKA WARSZAWSKA. SV.) 

kiej działalności, zajmując tylko miejsce w Radzie Państwa. Ale 
dawniej zachowywał sic głośniej. Kiedy po zamachu na Loris-Me- 
likowa sprawca ateiitatu został w ciągu trzech dni powieszony, 
Czertkow, ówczesny generał-gubernator kijowski, tak sobie tę 
szybkośd upodobał, że począł w Kijowie na gwałt wieszad ludzi, 
których w innych w/padkach nie zesłanoby prawdopodobnie nawet 
na Sybcrye. Był to zawsze niezmiernie ograniczony człowiek, poz- 
bawiony wszelkiej inicyatywy, typowy rosyjski sztupajka, ale z tak 
zwaną silną ręką. Obecnie jako starzec dogorywający, zjeżdża do 
Warszawy i obejmie rządy po zręcznym, elastycznym gruzinie, kt<5ry 
na czołach naszej partyi konserwatywnej wypisał wielkiemi zgłos- 
kami wyraz : hańba wam. Czertkow nie będzie się prawdopodobnie 
bawił w żadne gry towarzyskie z naszymi panami, brak mu na U> 
dowcipu i przemyślności. Wrócą czasy Hurkł — tak lepiej. Swoją 
droga właściwymi władcami będą dwaj inni panowie, obecny za- 
stępca jenerał-gubernatora warszawskiego Podgorodnikow i szef 
sztabu Puzyrewski, który o mało nie został ministrem oświaty za- 
miast Wannowskiego. 

Opinia warszawska nie była przyigotowana na zjawienie się 
władcy tego typu. Przecież politycy nasi jeszcze ))rzed wstąpieniem 
na tron warszawski Immeretyiiskiego przepowiedzieli cały szereg 
następstw, które się miały skończyć osiedleniem w Warszawie 
jednego z wielkich książąt. Politycy nasi stanowczo nie są Wcr- 
nyhorami. Ula złagodzenia złego wrażenia, rozpoczynają rozpuszczać 
po Warszawie pogłoski, że Czertkow jest mężem bajecznie dobrego 
wychowania, niezmiernej łagodności i zacności. 

tlesteśnw jeszcze wciąż pod wrażeniem rozruchów rosyjskich 
i nic możemy się uspokoić. Nasza młodzież uniwersytecka nic wzięła 
w nich udziału i powszechnie jej to chwalą. Rosyjscy studenci 
nigdy nie uwzględniali tego, eo się u nas dzieje, przeciwnie, zacho- 
wywali się z karygodną obojętnością, jeżeli wyraz „karygodny" 
ma w tym wypadku jakieś znaczenie. Sympatya, a współdziałanie — 
to dwie różne rzeczy. Któżby nie symi)atyzował z ruchem wolno- 
ściowym?? Straciliśmy jednak wiarę w rosyjskich liberałów i nie 
mamy pewności, jak zachowywaliby się względem nas po wywal- 
czeniu konstytucyi. Cieszy nas zatem owa „dojrzałość** młodzieży. 
Ale czy nie podlegamy złudzie? Bo z różnych stron podnoszą się 
skargi, ż(? śród młodzieży naszej bił)rą górę prądy reakcyjne. 
Skargi tr są niestety słuszne. CJdzież się podziała dawna lotność 
myśli, dawne <lążenie najirzód? Klerykalizm, szlachetczyzna, ciem- 
nota — (»tu niestety l)oo:aty owoc działalności Ojców Narodu. Nie- 



.S30 KRYTYKA. 

kiedy ma się wrażenie, jak gdyby okres pozytywistyczny nie od- 
działał zupełnie na młode pokolenia, jak gdyby ten strumień ożyw- 
czy Kpłynął pi> nieb jak |k> pudłacb. Coraz częściej 8{>otyka się 
u młodzieży wyższych zakładów różance, istnieje nawet ^sodalitas**... 
bractwo! Módlcie się, bracia, przeminął wiek złoty I Ale prawda, 
wszak dziś w całej Europie lunysły wchodzą w konstelacye „raka*" 
Kto to iKiwiedział? Niestety dobrze powiedział. 

Śmieszne to, ale poprostu wszystko, co sio dziś rodzi, ma 
krój wsteczny. Nawet -Chimera* biada na rewolucye francuską, 
wprowadzenie równości wobec prawa, powszechnego nauczania. Co 
to jest?? Artykuł zatytułowany: Walka z geniuszami — ale czy 
to czasem nie jest walka jakiegoś ducha ciemności (może tylko 
ducha ciemnego) z geniuszem wieku? Artyści tęsknią do epoki 
Mecenasów, niewolnictwa, ciemnoty?? Czy to brak zasadniczych 
wiadomości z historyi, czy nowa historya? 

Kiedy nie otrząsnęliśmy się jeszcze z wrażenia po liście hra- 
biny Tołstojowcj do Przenajświętszego Synodu, wystąpił p. Feliks 
Jasiński z artykułem przeciw estetyce Tołstoja. Zabawni ludzie, ci 
panowie malarze. Olbrzym, który jest apostołem, z którym liczy 
się potężny rząd rosyjski, powtarzamy olbrzym, któiy siedząc w Ja- 
snej Polanie ciska gromy w gmach ciemności i wstrząsa jego pod- 
walinami^ został stawiony przed kratki sądowe modernizmu i uznany 
za głu]>ca. Wielcy ludzie naginają wszystko do swoich wielkich 
celów, a mali ludzie do swoich małych celów. Pierwsi chrześcijanie 
zwalali z piedestałów posągi niedołężnych bożków, obtłukiwali im 
nosy, obcinali ręce. Z dzisiejszego stanowiska sztuki będzie to 
barbarzyństwem, a jednak oni to właśnie wnieśli promyk światła 
do życia ludzkiego. Gdyby ich właśnie uznaó za barbarzyńców, to 
musielibyśmy otoczyó świetlanym nimbem ijłowe Nerona, który lu- 
dzi krzyżował, ścinał, wieszał, który opluł duszę świata, upodlił 
i do ostatecznego upadku doj)r()wadził. Cóż robi dziś Tołstoj ? Wy- 
stępuje przeciw potędze ciemnoty i ucisku, prze<'iw niewoli ducha, 
przeciw ciemięstwu- Rozumie się, że takiego olbrzyma nie nęci 
naga ^grecka sztuka". To też śmiesznym jest krytyk i artysta, który 
chce go są<lzie z tego stanowiska, śmiesznym i dziecinnym. Jeżeli 
rozkwit sztuki w poezyi, ma przytłumię wszelkie porywy wolnościowe, 
jeżeli artyści ..w milion ludzi krzyczących ratunku, beda i)atrzec 
jak w zawiłe zrównanie rachunku" — świat potężna swoja n^ka 
o<lgarnie ich i pójdzie naprzód swoją droga. I to, co miało byc^ 
błojrosławicństwem ludów, będzie zawadą w ])ostępowym biegu 
myśli. Baczność, panowie: Prawy artysta, prawy poda musi staną*^ 



TKATK LWOWSKI. 



w szeregu tych, którzy na ozelc Prometeueza aztiiinmją Olimp, 
szanujcie Uumy, kiedy ćnią o wolności. C-zyżby waszu sztuka jej 
nie potrzebowała? 

Krytykujcie tizioiejtizy stan oświaty, uzDajcic go za niedosta- 
teczny, ale nie wyetppiijeie ])rzcciw rozjaśnianiu duelia w ogt51e. 
Lękacie sic tych tłumów? Biadacie, że waH nie uznajij? To nic 
wina tłumów, to wasza wina, Napoleon nie biadał, tylko cliwytał 
rządy w swoje rcee. Nic umiecie tego? Idźcie na cmentarz — 
albo, wyrażając pię mniej patctycznio — za przypiecek. 1 takie 
sądy patlają w kraju, w którym wezelkio krzewienie światła jest 
wzbronione. Czy to nie charakteryslyczne? Czy tti nie przypomina 
troeiic Bunkiszotowskiej walki ■/. wiatrakami? 



(.'■) 



Teatr lwowski. 



Narodowej sztuce wyatałvił Lłvów wspaniały przybytek i po- 
spieszył da(! mu patronffw w postaci komlHyi teatralnej, która za- 
czyna HIC bawió w kouiisyt^ moralności. 1 oto jeden z opiekunów 
Bztuki narodowej, znany z subtelnego znawstwa artyzmu i głębokich 
idei etycznych, p. JanowicK spowodował, ie z repertuaru zdjęto 
Przybyszewskiego ,.//totc runo", a p. Małacitowski aktowi temu 
pobłogosławił, nazajutrz p. Thulie zarzucił stryozisk św. inkwizycyi 
na ,Młodo8Ó" llalbcgo, a tylko interwenoya p. Kreci łowieckiego 
utwór teu, bardzo zresztą przereklamowany, uratowała*) Jutro jakiś 
p. radca rzuci anatemę na „Willielma Telia", jako na sztukę, za- 
wracającą ludziom w głowie jakąś wolnością, inny — na „ł^^auata", 
jako na kurs uwodzenia poezoiwyoli mieszczanek przy pomocy 
dyabła, trzeci - - na „Korilyana" za z<leklarowauą bezboanoa<i, 
a dwudziestu naraz na Słowackiego za tak zbrodniczą myśl, jak 
malowanie namiętności ojca ku córce w .,lieatri.\ Oonci"... 

Przeciw rziidom w sferze sztuki jakiejkolwiek komisyi mo- 
ralności, przeciw zajtrowadzeniu u nas drogii praktyki olioó bez 
drogi ustawy ,,le."c Heiuze", przeciw rządom kramarzy, celników 



•) W ..slalnicj . 



"ykiili pocichii swego riokazali: „Młoduśt 



;«-i KHYTYKA. 

i pachołków iokwizycyi w świątyni sztuki, miisiroy — a jjdaje się, 
Ke czynimy to imieDiem całej jceiieracyi — starowozo sic zaKtrzcdz. 
(!)diiiawiaDy p. Małachowski emu, Jauowiozowi i Thnlliemu wszel- 
kiego prawa do przeinawiaoia imieniem sztuki, lub też imieniem 
tnk przez uicli umiłowanej moralności. Nieehaj ci panowie patrzii 
na swoje poloe wzajemnie — niech dbają o moralnośt! w zakresie, 
pontozonyro ich ozynDOŚciom gospodarczym i politycznym, a wy- 
tworzą we Lwowie admosłorc czystą, etyczną, że wszelkie gailanie 
o moralności stanie sic zbytcOKneni, Jak teraz — zł\'i'aca sic ono 
tylko przeciw swym patronom. 

Szczęśliwa ta „sztuka" w (lalioyi! Napisze któryś szlachetnie 
ambitny autor dzieło i sięgnie po nagrodę — podetnie mu na- 
samprzód skrzydła najwyższy areopag artystyczny, komisya kon- 
kursowa Wydziału krajowego. Iłla niej niemoralną jest .Oyrce" — 
moralnymi za^ sn kastraci i dzieła p. Friedberga. Potem zjawia si<_t 
drugi sauhedryon artystyczny: o, k. policya. Dla jej uczuó dotych- 
ezas zgorszeniem jest ,,Pod koliimuą Zygmunta" Urbańskiego, bu- 
dująca jest „Dama od Maksyma" lub p. ('apiis. Nareszcie zgłasza 
się trzeci opiekun sztuki, naruzie coUogium: Janowicz-Małaohowski- 
Tluilic, bardziej policyjne od o, k. polioyi, i wyskultujc resztę 
skrzydeł, I jakże wielka sztuka niema kwitnąi?? 

Nie — panowie. Macic patent nii szkontra kas publiezuycli, 
(io gospotlarki i szkontrów w skarbnicy sztuki was się nie dopuści, 
! mamy nadzieję, że gdv ])o raz trzeci wyciitgniecie w tym kie- 
runku ręce — |i. J'awlikowski znajdzie dla was i.ależyt!^ odpowiedz. 
Sztuka stoi tylko wolnością, a jeżeli gmach teatralny wystawiliście 
z iuną intoiicya — możecie go ofiarować o. k. Ministerstwu spra- 
wiedliwośoi w luiejsc-e zburzyć się mających „Brygidek". I*rzyda 
się wówczas nawet - — wjiszym najbliższym. ..Les lleinze" we Lwo- 
wie — poiieya znkazująca wystawienia pewnycli obrazów, oenziirii 
nad teatrem, pj). Janowicz i ThuUio jako Jej usłużne duchy — 
śniieehem możnaby wybiiobnąf' boskltn, gdyby nie uliawa ju-zed 
rozziiehwah-uiem się tej liydry. Więc zawczasu: hands otl! 



Tiwór o>lal[ii p. /jipoiskiej, .'Ayi-w na żarf, dat wielu lu- 
dziom si>osobnosc' do załatwienia raeliunków z wybitną dziennikarką, 
sposobno.śi? do nader siirowyidi, potęiiiająeycb wyroków. .Jeżeli nie- 
ji'di-n istulnic di>!'.nał rozczarowania, a iiie dał go w siebie wmilwió, 
jesi tu wiiiij ro:^gtośiM-j, nieprzyjenuiej, nleumiarliowanej reklamy 



TEAR LWOWSKI. 333 

dzieła przed wy8taNvieniem; naprężyła ona oczekiwania w tak wyso- 
kim stopniu, że odpowiadad im było niepodobieństwem. Stąd przykre 
nieporozumienie. My przykładamy do dzieła kryteryum to satno 
co autorka, która chciała da<5 sztukę „dla tłumu", działającą wszyst- 
kimi sposobami nowożytnej techniki teatralnej, zawierającą w sobie 
przytem pewną, zbyt elementarną prawdę. Pod tym względem au- 
torka zadanie swoje spełniła, a dzieło jej byłby wystawił także Schlen- 
ber, Brahms i Claretic. Sztuka jest zajmującą, z efektów nuży tylko 
troohc ślizgawka, a prawvla ? mój Boże, czy doprawdy zapomnieliśmy 
już o tych wszystkich aferach życia na żart, po których ludzie słabi 
kulą lub trucizną się usuwali z widowni, a silni dyrektorzy banków 
wędrowali do kryminału lub zagranicę? Zaprawdę dzieło p. Zapol- 
skiej we Lwowie, specyalnie we Lwowie, powinno było dad naszym 
dziennikom bodziec do głębszych refleksyj. 

L^trzymane jest dzieło w tonie nierównym. W p. Zapolskiej 
przemieszkują dwie dusze. Jedna ma męską odwagę, przenikliwosó, 
wiarę w dobro, zapał do zdzierania masek i niezaspokojony głód 
prawdy. Tej strunie zawdzięczamy mnóstwo kart w jej utworach, 
bardzo dzielnych. Ale obok tego drga w autorce bezustannie 
czysto kobieca struna dobroci, słabości, litości. Nakreśliwszy jakąś 
postać, intrygę, sytuacyę bez wyjścia — robi jej się żal... i nie 
dociąga do końca. liinia się łamie, z dramatu powstaje melodra- 
mat. Tak w ostatniej sztuce autorce żal się zrobiło i Stania i hr. 
Caserty i Mery - - j)od koniec rzuca tijdy na nich promienie swego 
sentymentu. Dobrem sercem nie pisze się jednak wielkich tragedyj. 

( irana była sztuka niezupełnie dobrze. P. Bednarzewskiej mu- 
simy zrobió uwagę, że czyni ujmę swemu czysto salonowemu i fan- 
tazyjnie poetycznemu talentowi, sięgając do repertuai*u tragicznego 
i ultra modernistycznego. W swoim zakresie mogłaby byó wdzię- 
czną i doskonałą — w niewłaściwym zdziera głos, wpada w manierę. 
Młode damy na naszej scenie (salon) w akcie lV-ym celują bra- 
kiem gracyi i zrozumiałej wymowy. Pp. Solscy święcili tryumf za- 
służony, a p. Tarasiewicz ])oprawił sobi^* reputacye, zepsutą niefor- 
tunną grą w „Złotem runie". 



„K(;\voUver'' Kredrrl Czv l^^redro napisał tiika sztuki^'? 

Xa[)isał w tym licznym szeregu dzieł, których za życia nie 
wystawił, a p. Pawlikowski wystawiając ją, dał jeszcze raz dowód 
swego oj)tyni/mu na punk<*ie publiczności lwowskiej. „Teatr fran- 



234 



KRYTYKA 



oueki" lub wielki uiemi«cki, uważa za obowit^zck pietyzmu gr&<^ tak^ 
te utwory Goethego, Moliera, Szekspira, ktdre abaolutnej warto^oi 
w sobie nie posiadają. Hotd to autorom i biesiada dla zuawoów, 
odkrywajijeyoh także w szkicach i słabych utworach lwi pazur, za- 
lążek idei, dzieje rozwoju. Dla p. Pawlikowskiego Fredro ina tyle 
znae;tenia, co Molier i Szekspir. My go za to uie potępiamy. 



^ 



Edward Jiernstnin. Zasady socyaliitmu t zadania soeyaliii-j 
demokraovi. Ijwów lUOl. Nakładem Polskiego Towarzystwa nakła- 
dowego. Śtr. XI\'. i ;t20. 

Krytyka Kdw. H^^msteina, dokonana na teoryach Marksa-Kn- 
geW i ich epigomlw, »t-anoivi w dziejaeh soeyalizmu niemie- 
ckiegłł i iiietylko niemieckiego, epokę. Teoryc te uddawua byty wy- 
stawione na pociski /.e strony konserwatywnych dniennikrfw i opor- 
iunirityezuych prołcsorcJw, żaden ■/. uich jednak trwałego nie zostawił 
pit soliie śladu ani W literaturze ekonomicznej, ani w rnehu robo- 
tuicKym. Dopiero Bernstein, osobisty przyjaciel Engelsa, jeden 
z filarów socyalizmu niemioekicgo, uderzył w uświęcone dogmata 
z silu, ktilra nimi wstrząsnęła. 

Wstrząsnęła — nie obaliła; nie przyłączamy się do tych, któ- 
rzy uważają marsizm za „uberwntideiier Standpiiukt", nie możemy 
jednak zamykać' oczu na okolie/nośc, że nauki społeczne nie są 
inuteinatycKno-itrzy rodni fzomi, trudno w nieli więc o prawidła 
alłKoliłtne i niezmienne. Bernst'iin uwa^a za tendeneye rozwojowe 
lo, co ortiMloksyjni socyaliści uważają za pewniki; nie rlice przet<i 
na tych ostatuich, (iia tcoryi kaiastrof, pro te tary żacy i cle.) budowui: 
przyszłości, lecz zrywajec z doktrynci-stwem („ostatuiemi mrzonkiimi 
ntopijncmi''), rozszerza zakres agitacyi znacznie poza pole polityczno, 
pi-zypisujc wielką roh; kooperacyi ekonomicznej, piulnowi czynniki 
etyczno i t. d. Juz same te punkta, abstrahując od okonoinicziiych 
roztrząsali UHiryi nadwartjjści etc, czynią Jego stanowisko wysoce 
sympatyczneni i to specyalnic na [lolu naszyci) stosunków polskich. 

Przyswojeniom naszej litcrutin/.e dzicta llernslciua, którego 
przcstudyowauie jest nieodzowne dla poznania obecnego stiutu teoryi 
i praklyki socyali stycznej, wydawcy zaskarbili sobie (irawdziwą 
zasługę. 

li. Plnehocli- Pof-fht .unkordonoioa. Wydawnictwo Polskiej 
Partyi Socyalis tycznej . Londyn liHJl. Cena 21) oentów, 

L. I'l(ich<ivki. ITc: iniiólin-m jarziiik. (O narodowością cli przez 



SPRAWOZDANIA. 335 

carat uciskanych). Wydawnictwo Polskiej Party i Socyalistycznej. 
Londyn 1901. Cena 15 centów. 

Obie powyższe broszury są bardzo na czasie. W pienv- 
szej autor daje nam obraz stosunków politycznycli i partyj — za- 
równo mieszczaiiskich, jak i robotniczyoli — w zaborze pruskim 
i austryackim, w drugiej — zaznajamia nas z narodowościami nie- 
poiskiemi w państwie rosyjskiem, które są tak samo, jak i my, 
uciskane przez carat i stanowią nas/.ych naturalnych sojuszników. 
Potrzeba książeczki podręcznej, któraby w sposób łatwy i przy- 
stępny dla kaMego, dawała pojęcie o powyższych kweetyach, od- 
czuwana była wszędzie. Wiemy np. źe robotnicy warszawscy żądają 
od redakcyi „Przedświtu" stałej kroniki ruchu politycznego w Ga- 
licyi i zaborze pruskim, a pi*zynajmniej czestyjh i wyczerpują- 
cych artykułów z tej dziedziny. A i u nas oraz w Poznańskiem 
każdemu przyda się dziełko, podające streszczenie tych najpotrzeb- 
niejszych wiadomości, (^o się zaś tyczy stosunków, panujących na 
Ukrainie, Białej Rusi, Litwie itp., to są one tak mało znane, źe 
„We wspólnem jarzmie" powiiinol)y by<5 przeczytane przez każdego, 
czyj wzrok sięga poza zakres zwykłych fachowycli zajęd. Pobieżne 
zaznajomienie z treścią powyższych dziełek przekona o tem. 

„Polska zakordonowa" daje nam naprzód obraz stosunków 
polityczno-administracyjnych w zaborze pruskim. Dalej, są tam 
streszczone poglądy t. zw. „stronnictwa dworskiego", czyli partyi 
szlacliecko-księżowskiej, ludowców, grupujących się około redakcyi 
„Orędownika'*, wreszcie „katolikowców" górnoszląskich. Ruchowi 
sycyalistycznemu, jego historyi i znaczeniu dzisiejszemu, poświę- 
cony jest osobny rozdział. Draga cześd — zabór austryaoki tra- 
ktuje o partyach politycznych mieszczańskich w Galicyi, o stron- 
nictwacli na Szląsku, o ruchu socyalistycznym, wreszcie o ru- 
sinach. 

„AVe wspólnem jarzmie" mówi o litwinach i białorusinach 
małorusinach, łotyszach i finlandczykach. Wszystkie te narodowości 
albo są uciskane przez rząd rosyjski niemniej od polaków, albo też 
jak w Fiulandyi — zaczyna i na nich w ostatnich czasach ciężyó 
łapa niedźwiedzia moskiewskiego. To też ruch opozycyjny rośnie, 
tam coraz ])ardzicj, a z nim i szanse skutecznego zwalczania ca- 
ratu ])rzez Kocyalistów polskich. Ale ruch ten nosi na sobie 
w wielu wypadkach piętno braku dojrzałości politycznej, która ce- 
chuje młode narodowości. Rzeczą polaków, których bolesne do- 
świadczenia wyszkoliły już dostatecznie, jest wytykanie tycii błę- 
dów, a do tego potrzebna jest znajomośó rzeczy. 

Błędów taktycznych dziełka powyższe me zawierają. Najwy- 
żej zwrócilibyśmy uwagę autora, że w guberni i Łomżyńskiej od 
czasu wystąpienia jadżwingów, czyli od w. XIII., litwinów niema 
(patrz str. 11) i że Ryga założona została w r. 1202, a nie w po- 
łowie w. XII (str. 20). 

liohnt de la Sizeramie. „Malarstwo współczesne Anglii** prze- 
kład d'Al)aneourt. Nakładem Spółki Wydawniczej. Kraków. 1901. 



:i3ri 



KRYTYKA 



Z )>ra\v(lziwom uznaniem powitaliśmy iikazanio sio przekładu 
<lzifła j(*(lno|C<) z najwv]>itniejszych krytyków i estetyków łraneu- 
skieh o malarstwie współezesneni w Anj^lii. Historya rozwoju pre- 
rataelizmu i narodziny głosnej^o liraetwa ,,1\ R. 15.**, które zre- 
wolueyonizowalo eała sztukę dzisiejszsj i ])opelinoło ja na nowe 
tory, ów dziwnie oźywezy priid jednoczenia artyznui z rzemiosłem, 
|>rzcjawiająey się w dewizie „Arts and Crafts", te wszystkie gdzie- 
indzioj oliee ohjawy reakeyi, przeeiwko zastarzałym forraułki>m 
tradyeyi i akademickiej niew«di — zasługiwały <loprawdy na uwagę. 
Temhardzitg jesteśmy wiee wdzięezni tłomaezee za jej doskonałą 
praeę, nie zatnieająeą nie z pięknosei oryginału, ze prerataelizm 
angielski mało u nas l)ył znany. Artykuły Matuszewskiego druko- 
wane w Tyg(»dniku II., ni(^ wyszły w osobnej odbitee, a pobieżne 
szkiee z podróży po Anglii K. (.'Iiłędowskiego zbyt po dyletanekii 
znimuia sie ta kwestva. \Vartł>8Ć tejro dzieła po(biosza wvborowe re- 
prodiikeye naieharaktervstveznieiszv(?h obrazów omawianveh mistrzów 
i nader staranny układ treśei, zapoznający czytelnika kolejno z za- 
ezjjtkiem p(»wstania preraiaelistów z ich rozwojem i najwybitniej- 
szymi przedstawicielami. ,, Modernizm**, zyskał u nas znaczenie zbyt 
je<łnostronne wiedeilsko-Jugend^owskie; dzieło Sizeranne*a może 
i powinno ])ogla4l na nowa sztukę pogł(»bie i znacznie rozszerzv(*. 



I)ic fletiłsclic Lyriłi das IV. Jahrlnniderts, Kine j>oet.i8ehe 
lleyue, zusammt?ngestellt von Teodor von S o s n o s k v. Stuttgart, 
HK)1. J. (;. Cotta. Str. 4t)4. 

liiteratura niemiecka tak jest bogata, ze bez specyalizaoyi 
niepodobna ją oganiąd. Tym względem kierują się wydawcy przy 
układaniu swoich antologii; zmarły niedawno Ij. Jakobowski wy- 
dał osobno antologię romantyzmu, Sosnosky jjrezentuje wybór li- 
ryki ni(»mieckiej. W przedmowie tłumaezy się nam z kilkii kwe- 
styj edytorskich, nie bez znaczenia dla antologii w ogólnośei. Czy 
niają one zawierać utwory poetów, którzy pisali w XIX w., czy 
tylko tych, co się w tym wieku urodzili? W pierwszym wypadku 
mamy do czynienia z olbrzymią talangą pisarzy, nalcżąeyeh główną 
twórczością do wieku ubiegłego, w drugim — pomija się takich, 
jak nj). Heine, którzy się urodzili w przededniu nowego wieku. 
Autor wywiązuje się z tnidnośei w ten sposól>, że <laje głos auto- 
rom, którzy w tym wieku zaczęli pisać. Mamy ]»rzeto antologię 
XIX w., pozbawioną np. (lOethego, ale z wyjątkiem l)ivana, 
ni<' wi('l(jśmy stracili, a zyskali sporo miejsca. Dalej powstaje 
pytani(» : jak uporządkowa(5 materyał. Todłng altabelu? Straeiniy 
zupełnie perspektywę, przynależność duchowa ])isarza. l^odłng szkół 
litera<*kich V Podział szkolarski — niepewny. \Vvdawea wvbral 
inny spos<)b : uporządkował autor()W według dat urodzenia. Ostate- 
cznie' okazuje si(», że literatura maszeruje <reneracvami, hulzic wv- 
chowani w jednym czasie maja wspólne (;ee.hv, jedna za-a<lnieza 
dażnoś(\ Zmniejsza to znacznie roh^ indvwidu!di/inu. Jsiotnie, mie- 
łlzy pisarzami niemieekiiiii, urodzonymi po roku l.S(>-t, jeden tylko 



SPRAWOZDANIA. 337 

l^iissc jest ecliem innych czasów, wszyscy inni bez wyjątku naleźi} 
do modernistów — tego lub owego naboźeiistwa... 

Stanąwszy na tej podstawie, wydawca daje kilkaset utworów 
lirycznych, charakteryzujących tworczosó liryków niemieckicli 
xix wieku. Specyalista będzie mu miał z pewnością niejedno 
do zarzucenia; jednego prezentuje za szeroko, drugiemu miejsca 
skąpi, jednego przedstawia w utworach jego najważniejszych — 
drugiego w mniej istotnych. To są kwestye, co do których nigdy 
dwa zdania się nie zgodzą. Sosnosky pragnie stad ponad partyami ; 
przywodzi pieśniarzy rewolucyjnych i klery kalnych, klasyków i de- 
kadentów — tworzy w ten sposób obraz mniej więcej zupełny. 
Specyalnoscią jego : szerokie, dotąd w antologiach niemieck eh nie 
bywałe traktowanie poetów „austryackich", którzy istotnie mają 
wspólne pewne cechy, humor, melancholie kokietującą, zmysłowośó: 
trochę z Straussa, trochę z przedmieszczki wiedeńskiej. W całości 
obraz bogaty, świadczy o duszy narodu niesłychanie zroźniczkowa- 
'^^j^ sięgającej swcmi stnmami sfer harmonii wszechświata i naj- 
tajniejszych drgnień serc wybranych — obraz, dla znawoów i mi- 
łośników poezyi niezmiernie pouczający. S, et\ 

Juda. Gosanne von Borries Freiherrn v. Miinchhansen. Bnch- 
sc/nmick von E. M. Lilieii. F, A. LattmanUy Goslar. 

Baron Munchhauseii przedstawia się nam jako joden z tych 
nie żydów, którzy się z zapałem do ruchu syonistyozncgo przyłą- 
człiją. Zapał ten nie zdołał jednak z Milnchhausena stworzyó Baj- 
rona. Zl)iór jego pieśni nie przynosi nam niczego, coby przecho- 
dziło dobrze utoczona miernotę. Ze wiersze czasem dosvó sa silne, 
język dźwięczny i pięknie rzeźbiony, to nam za niezmierną banal- 
nośd treści nie może dad zadosyduezynienia, tern bardziej, źe o do- 
brą lirykę w niemieckiej literaturze po tylu klasycznych wzorach 
nietrudno, czego dosadny przykład nam d.MJe większość „młodych 
Niemiec". 

Prawdziwą i jedyną wartość tego bogato wydanego dzieła 
stanowią rysunki i oz(lol)V drohohyczanina, E. M. liiliena. Lilien 
jest młodym artystą. — Wszystko, co nam daje, należy przyjmo- 
wać jako zapowiedź przyszłyeli większych rzeczy. Przy pewnej za- 
leżności od tw<)rców i mistrzów maniery, działającej zapomocą silnie 
zaznaczonych, ornamentacyjnie stylizowanych linij i bezpośredniego 
ktmtrastu ])lam białych i czarnych — miał on jednak od ])ierwsze- 
go swego wystą|)ienia swą własną nutę i tcm własny. W „Judzie,, 
nuta ta i ton dźwięczą rozgłośniej jeszcze niż dotąd. 

8ą tu karty przepiękne. Jezajasz z swym wielkim wiewem 
namiętności, idącym od ^pląsającego miasta'* ku bolejącemu proro- 
kowi, Dwaj Aniołowie z iści(» potężnym rozmachem linij, tragiczny 
])ejzaż Hfiinii Soilomif i wstrząsająca Rahab z Jcłi/cho^ wsj)aniały 
w swej grze kontrastów czarnobiałych obraz do ])ocmatu Fass((h, 
Samson i dwie wdzięczne pary miłosne — nie]>odobna tego ni(» 
widzieć: n\ już odrębna indywidualność artystyczna o swym włas- 
nym stylu, własnym patosie i sile, whisnyni wdzięku i poezyi. 



Oln-aniiiwania druku nij sUlowc i wjtwnriiP, f'\vinil<'zii <i wy- 
iiiliionym sni;ikii i wyBukidii juk-kikmii ))iclina. z hijl, 

ir. Biilsche: Dns Liehesłeben in ilor Nalur. Einc Entwickc- 
liinf/sf/eseluelife 'ter LieOe. ifii linchschmurk >'on ilUUer SrhiinefeUl. 
Kiujen Diedenehn Lei]>zi;i. 

KoDBekwcDtny wyznawna teoryi roz\v<tju, roztacza autor przed 
nami w pierwszym tomie obrazy z źyoia miłosnego w pi-zyrodzie, 
w szozcgóln liści w świcoie Kwierzceytn. Od aajprosttizycli, jedno- 
komórkowy fh iatiSt, przebijamy się przez nieprzebytą gęstwę form 
świata zwierzę o ego, do ostatuicli potomków — do ssaków, do człowieka. 

Tu doszedłszy, zatrzymał się autor po rzuceniu kilku pol>ież- 
nycli irapresyJ.J Spostrzegł, ze trzeba świeżyoh sił, by człowiekowi 
niódz bez ogródek mówid o jego mitośui, o świętym akcie jego 
uwieczDieuia się. Odloiyl to zatem do drugiego tomu. 

I oto w tym drugim, ieiąoym przed nami tomie, autor 
przedewsityntkiem chce zl>urzytC wszystkie owe wały przesądów 
wzniesione w obronie moraloości i przyzwoitości przez opićkuuoz^ 
tradycję. Więc ponowny szybki przegląd najgłówniejszyoh form 
życiowych, a otrzymawszy tak związek przyczynowy między tern, 
00 było, tern, oo się tworzyło i tem, co jest — a przez to niejako 
usprawiedliwienie tego, co Jest, burzy ostJitni wal przesądu. Orga- 
nizneya miłuścti, orgauizacya aktu płodzenia staje przed nami 
l>iała, oezyszczona ze skaz i brudów, którymi dziecinna, nicwic- 
dząca, uwiedziona przewi^otnyrai kodeksami przyzwoitości wyobraź- 
nia ludzka ją ]iokryła. AViedząoy — patrzymy Jednak mimo to 
apokojnic na nagośó nafizą i nie wstydzimy się jej, jak ongi w raju, 
gdyśmy po raz pierwszy się aiiostrzegli. Wielcy mistrzc dłuta 
i ])cndzla od Fidiawza i Praksytele^a do Michała Anioła i tylu in- 
nyeh, nauczyli nas pntrzei^ na nią i widzied ją piękną. Myśliciele 
i badacze roztoczyli przed nami tl/ieje jej powstania i nauczyli 
nas widzied Ją piękną. 

Poznajemy, że miłość, ten wszech po t(;żnv pierwiastek twór- 
czy w nas, ten zaczyn nieśmiertelności — Jest nietylko piękną, 
ale i wz:iiosłą, świętą — we wszystkich jej iazach i ujawnieniach, 
dopóki »i[ zdrowe. 

Forma dzieła Boelsohego jest nawskroś ory|>inaluą. Z zało- 
żeniu anegdotyczna i fejletonistyozna — Jest zawsze )irzy9tępną — 
czasom aż w banalność, deklamacyę przechodzi. Język poetyczny, 
jędrny, niiejscanii drastyczny i rubaszny, sposób przetlatawienia jasny 
i plastyczny i tylko niestety zbyt i-ozwlekły. I>zieło eałe jak do- 
tąd - - zyskałoby wielo, gdyby o połowo było skrócone. Czasem 
jednak czuć w nieni jiikbv wielki rozuuieh cjiicziiy; zręczny i skr^sę. 
tny ])OpHlaryzator staje się pniwdziwym poetą. 

Winiety, szozególidej zaś nnczelniki ustępów Miillera Sohłine- 
ieWiu ea często niezwykle pi<'ktie w formie, wdzięczne i poetyczne. 



SPRAWOZDANIU. 337 

7^. et Yictor Marcjrieriiie : I^es tronconKduglaive (LibrairiePlon). 

Widmo wojny odgrywa w powieści braci Margueritte rolę 
pierwszorzędną. Straszny rok klęski (1870—71) nasunął juz tyle 
tematów pisarzom realistycznym, ze dziś je tylko wielki talent 
<»cali<5 może od banalności. „Les tnmcons du glalye"* to powieśd 
I)ełna wstrząsających scen. Siia żywiołu — trwoga, chmury niesz- 
część, klęski, agonia i walka o życie tylko — jak huragan sic 
unosi nad wojskami nieprzyjaciclskiemi na wszystkich drogacłi 
Francyi. Cest la guerre vue a vol d'oiscAu... 

Paul Bourget: Le fantome (Plon). 

Pan Bourget ma wciąż do czynienia z psychologią, która by- 
najmniej stworzoną uiezostała dla niego, jak twierdzi Ootave Mir- 
beau. Zawsze ma on dwa kąty widzenia, czasami i sto, a często 
tyle, że nie wie, którego się uczepid. Tym razem naturą problema- 
tyczną „jest kobieta"* Antoinette Duvernay, do której równocześnie 
pała miłością kochanek platoniczny i drugi, wyrafinowany aż do 
per wersy i. 

Kachilde: Cojites et Nourelles, (Mercure de Frauce). 

Najmniej lealistka, najwięcej symbolistką w prozie współ- 
czesnej jest bezsprzecznie pani Rachilde. Imaginacya, skarb słów 
wyszukanych i rozmiary w malowaniu obrazów ułudnych jest wprost 
wyjj^tkowy u tej kobiety. Wszystko jest u niej chimerycznem. 

Przytoczę tylko jeden jej obraz: 

^Księżyc, władca absolutny rozwija się kręgiem, niby studnia 
złota, wchłaniając wszystkie aromata i oddechy, kroczy krzywiąc 
się nieco, zatacza się w bezmicrnem pijaństwie spokoju i łowi za- 
pachy z przedmiotów i żywych istot, których życie różnorodne two- 
rzy tę ciszę śmiertelną, co ogarnia ich zawrót"... S, 

Grahowski Tadeusz. Dr. Michał Grabowski, jego pisma kry- 
tyczne i pojęcia polityczne. W Krakowie, drukarnia „Czasu". Na- 
kładem „Przeglądu Polskiego" 1900 (1901). Odbicie z „Przeglądu 
Polsk." w H-ce, str. 109 z portretem. 

Z pracy wymienionej widoczna jest na każdym kroku po>yierz- 
chowuośó, nienależyte obznajomienie się z opracowywanym przed- 
miotem i nieznajomośd źródeł. Ponieważ wykazywanie wszystkich 
luk, braków tej rozprawy zajęłoby zbyt wiele miejsca, przeto ogra- 
niczymy się do wykazania powierzchowności i niewyzyskania źró- 
deł w jednym tylko rozdziale — o młodych latach Gra- 
bowskiego. 

„Niezmiernie trudno nakreślió dobrą biografię, gdy materyał 
do niej szczupły i nie odpowiadający wcale nawet dośó skromnym 
wymaganiom" — powiada autor na samym wstępie. Już to jedno 
zdanie świadczy az nadto wymownie, iż autor nie miał wyobrażenia, 
jak dalece rozminął się z prawdą. Bod przecież materyałów do bio- 
grafii Grabowskiego jest bardzo wiele. O tem, co Grabowski po- 
rabiał w szkole OO. Bazylianów w Humaniu, dowiadujemy się 
z omawianej pracy bardzo a bardzo mało, jakkolwiek młodośó, 
która Jest rzeźbiarką, co wykuwa żywot cały", według wyrażenia 



5 



xv^ • . 



oaiku I.I?i.*:rv^*iivx" z r. :*'>J. O w>bvc:e w War?ja'Brie, T&kotei 

do^. ia/ia>xv «,> z iiricr «ira GriłtOTCskieeo iTle cj ł:?. choeiai 
iŁił^»:Tco wiAi-z-Tł^*-?! zaj-;*rriłv ir^iK-mLi^Łe li*iv. a naho urywek 

« • • « 

pamięta Jka G'>frcryd<kie:gro. wy.iai.j przez p. Waeilewskieęo v .K$ie> 
dz4f jfamiatiiowej ta u-zoz^cie «*^:ciej rocznicy urodzin A Mickie- 
wicza. Warszawa. I •X* str. l^^o i nas:.* p:. .Między koirgami 
z Humania*. 

Na pc<iśia-4:ie lych mitfrryałOw można i.iyło okres inło łoici 
Grał#ow^kieeo skre^i^ barizo dokładnie. Tvmcza^em «rszvsikie 
in/dła były aatorowi nieznane, cho<5 wiadomo, że pierw^zym wa- 
ranki^m pra^y nankowej je-?t ^io kładce obznajomienie się ze xn>- 
dłami i •umienne icłj wy /yr kanie. Ani jednej ani drugiej zalety 
nie ^[Kitkaliiśiiiy tntaj. Do biogralii dalszych lat życia Grabowskie- 
go, materyału jes: ró-rnie wiele. Trudno pj cara z tego miejsca 
wymienia^f, jrdyz i tak złm wiele iniejsca poświęciliśmy piacy dra 
Gral><iW!łkie;fO. kf^ra nie zasługiwała na to jako zbyt j»owierz- 
cłjowna i nie--imieiina. Ażeby /.-.iś nie \r\'»iawało się, że to. co po- 
wiedzieliśffiV o maier\-ałacłi do dalszvcL lat żveia tirabowskieso. 
nie ma racy i, w-pori. niemy jeszcze, że autor nie wie nic w latach 
IHti^i — I-*?4i> o liiitach Grabow.skiesro do Rirkora , Ksi»^tra pamiąt- 
kowa" I. iT^I'?^. , nie wie o współpraco^mictwie Grabowskiego 
w wydawnictwie Kazimierza Bnynickiego p. n. .Rubon*', nie wie 
nic o pracy ,.0 jrminuych ukraińskich |>odaniach'* (Kubon 1845. 
V^I. 14r>-20*J , ani o piśmie „Oj pana Aleksandra Grozv" -Tamie 
2072 Ił; itd. 

Je41i tedy my, cuśray nigdy nie zajmowali się specyalnie G ra- 
bo wnk im, zdołali na podstawie tego, co się przygodnie zdarzyło na- 
fK^tka^f, poda-; tyle nowycłi inater\-ałów do biografii Graco wskiego. 
kKire są autorowi speoyalnej monografii zupełnie nieznane, to chyba 
osobno 8^du naszego o U-j pracy dra Grabowskiego wydawa<5 nie 
|K>trzebujeiny. ^Ya?n-«^Jlr Żdciarski. 

Wadau: Żmudzki. r.Niedolu." Lwów VMKk Nakładem Tow. 
wydawniczf.-go. 

Wielka krzywda gnębionego narodu; ciężka niedola polskiego 
chłopa, któremu wróg wydrzed pragnie duszę i serce — oto tema 
OHmiu patrv'otvcznvch nowel autora znanego już z powieści większej 



SPRAWOZDANIA. 339 

Moskiewski żandarm, czjmownik. pop dręezyd może bezkarnie 
duszę chłopską, za najmniejszą oznaką boleści mimowolnego odru- 
chowego protestu rujnuje egzystencyę bezbrzeżnej ofiary; więżą nie- 
winnych ludzi, nikczemni składają fałszywe zeznania i niema zni- 
kąd sprawiedliwości. Ciche to ^ niemą rozpaczą skarżące się mę- 
<3zeń8two polskiego ludu kreśli Zmudzki z przejmującą boleścią. 

Biedny chłop, któremu żołdacy moskiewscy zbeszcześcili 
i zamordowali żonę, ^dy szła z dzieckiem przez las, odsiaduje 
areszt śledczy jako podejrzany o zbrodnię. Dziecko rzucone o pled 
drzewa ciężko ranne z trudnością przychodzi do zdrowia, ale ozdro- 
wiawszy, słyszy słowa ojca: „Rośnij synku rośnij — będziesz 
miał rozum, będziesz miał siły, mścicielem wielkim będziesz za 
wszystkie krzywdy tej ziemi'' (nowela „Sianokos"). I dziecko pa- 
mietad będzie ! 

Na nutę ideową nastrojona też fantazya „Noc wigilijna I" 
Obudzona matka Ojczyzna z sercem przepełnionem męką, szuka 
kochających ją dzieci. Idzie do najstarszych i najszczęśliwszych, 
przyjmują ją pierzchliwym szeptem: „to ona". Ranne, pełne boleści 
wskazuje im spętane ręce, a te dzieci najstarsze najszczęśliwsze, 
złorzeczą jej urągliwym śmiechem i syczą gniewem: „jeszcze 
się nie pogodziłaś z koniecznością?" Pełna łez i nie- 
wysłowionych cierpień idzie od pałaców do dworów wiejskich, lę- 
kają się tam jej, patrzą na nią trwoźnie jak na osobę bliską skonu, 
litują nad nią — tylko litują... Nareszcie otwiera drzwi do nędz- 
nych i dusznych chat wiejskich. — Matka, matka!... rozlega się 
jeden okrzyk. — Przyszłaś do nas biednych, przyszłaś matko do- 
bra...** cisną się do niej, całują rany, zmywają łzami krew na ra- 
nach zaskrzepłą! 

Artysta niejedno będzie miał Zmudzkiemii do zarzucenia, ale 
kto pyta o „co?" utworów, bodzie jego książkę rozpowszechniał 
wśród mas najszerszych... E. L, 



Nowe książki nadesłane redakcyi. 

Sprawozdania pomieścimy w następnych zeszytach. 

Filozofia. St. S ze zopa n o w ski (Piast). I. Idea polska wobec prą- 
dów kosmopolitycznych. II. Aforyzmy o wychowaniu. Lwów. Nakładem ro- 
dziny. Towarzystwo wydawnicze. Cena 2 Kor. Henryk Struwe. Ruch 
etyczny nowszych czasów. Jego dzieje i zasady. Warszawa. Księgarnia E. 
Wende i Sp. Dr. Juliusz Reiner. Friedrich Nietzsche. Fuer gebildote 
Laien. Lipsk. Herman Seemann Nachf. 

Poulećcl. Leo Belmont. W wieku nerwowym. Warszawa. Księ- 
garnia E. Wonde i Sp. Karol Przybylski. Nad przepaścią. Kartki z pa- 
miętnika. Kraków. Księgarnia L. Zwolińskiego i Sp. Janina Baudouin 
de Courtenay. Nowele. Warszawa. Br. Natanson. JózefRosenzweig. 
Crescendo. Na tle podróży. T. I. Warszawa. Księg. Jana Fiszera. Michał 
Muttermilch, Ironia. Nowele. Kraków. Gebether i Ska. St. Przyby- 
szewski. W Malstromie. Lwów. Nakładem Księgarni polskiej. 



Zio KRYTYKA. 

P*«sj'e. Mary a Kooopnicka. Italia. Warszawa. Gel>ptliner 
i WtAB. Kazimierz Przerwa Tetmajer. Hasta. Kraków. Nakta- 
ilem kM^'|fami D. E. Friedleina. Gustaw Daniłowski Na wyspie. 
Poemat. WarHzawa. Stefan Demby, J 6 z e f S t. W i e r z b i o k i. Rapsody, 
i.wiiw. Nakładem Tow. wydawniczego. Grzegorz Cicimirski. Pro- 
tiidya [Mciyckie. Ada N^gri. Niedola. Iturze. Przekład Maryi Kono- 
pnickii.-j' Warszawa. Bron. Nalanson. 

DraBal. F. M. K li ngor. Burza i szal. Dramat w 't-cia akiach. 
Przekład Franciszka llaburj. Lw4w 

Hprmwj Bpclerzne. Karol Nacher. Uslawodaw.itwo ocluwnne 
w Austryi i jejfo wykonanie. I.wów. Ksii;Kamia Poleka. W ac zen 1 a w 
|{ u il z y n o w 9 k ij. rhlojinka puiitłiet' Idnihe sprawlene wyrlanie'i. Lw<'iw. 
Nakładłem iikraińsko-ruskicj Bjiółki wydawniczej. 

CcaMpiNHa. Prze (Tl qd f i loz of i c z ny. r. IV. zeszyt 1. Treść: 
Wl. lioKiewRki: Zarys teorii matematycznej manodolojrii Przegląd kryty- 
(Tzny. Dr, Z. Balicki : Powiastki indywidualne w fenom enalizmie pocyologi- 
i'7.nym. Aiilorpreraty jirof. Slriiwcffo, dra Żuławskiego, j.rof. Straszewskiego, 
dra Halporna. Kilozollczny konpres międzynarodowy. Paycholojficzny kon- 
KTitH międzynarodowy. Socyolofdcziiy konffres mii; dzyń aro do wy. .\drcs re- 
djikcyi ; Warszawa. Krucza 4C. 

P o g 1 q il na świat, miesii,'i.'Z. poŃwiijcony zagadnionioiii wykształ- 
cenia, czylclnictwaisamodziclnoffowyrołiieniaideowogopod kierunkiem litora- 
ckirn W. M. Kozłowskiego. Nr. 4. Treść- ; Studya tlluzoticzni' w Ber- 
linie, jirzoz (i. Simona. — Wstcji do ekonomii społecznej, przez dra Z. Da- 
KzyDsk't-Goliński{ — Odpowiedzi na proste pytania. Nowe książki. / litera- 
tury obcłg. — Korcs|iiindoncyc z czytelnikami. Kronika, .\dres Hcdakcyi : 
Kraków, ulica Hiacliowskiego rtS!, Prenumerata rocznic złr. ;t. , pólmcznic 
I zlr. :.ft et. 



POi^SKIE TOWARZYSTWO NAKŁADOWE 



w. SOMBART: Socyalizm a ruch spoicczny w XIX. w. 

cena kor. 1.2i,) 
M- ZYCH: Koztlziohiii nas kruki wrony cena kor. :J.t)0 

W tyc-li diiiacli wyjdzie : 
EO. BERNSTEIN: Zasiuly .socyalizniu i zadania socyal- 
nej dcmokracyi. 
W TOWARZYSTWIE 00 NABYCIA UDZIAŁY PO 50 KORON. 

J^lalul wyHylii uamiiii*ti-n.-yn iii. żiidnt.io. 

odpowiedzialny rc<laklor i wydawca Wilhelm Feldman. 
/. drukarni „Słowa Polskiego'' pod zarządom Z. llaliiciriskioiro. 



.-■AaeEJJsneaE 




O Złot3?- I^Óg'. 



Trzeba było zarówno wielkiego, jak śmiałego geniusza, aby 
uświadomił, ciosem grzniiticyra od morza do morza, że zgiii!|} ideat. 
Ideał drogi , zrodzony z tez , cierpienia i rozpaczy pokoleń 
całych, karmiony krwią męczenników, niesiony na skrzydłacli 
tęsknot wieszczów — ideał ten zginął. Na imię mu było: 
z szlachtą polską połski lud. Przeszedł on w życiu rozmaite 
fezy. Był nasamprzód — za Kościuszki i w r. 1H30 — więcej 
szłnclitą, niż ludem, potem — w r. IH48 i IBW — więcej ludem, 
niż szlachtą. łJlisko wiek cały miał za pasem karabelę a w ręku 
kosę, potem odkładając do czasu oręż, wziął sobie za treśi?: 
kulturę; chodził chłop do szkoły szlaciity, uczył się od niej 
historyi, — potem szlachcic zaczął zachodzić do chłopa, brać 
od niego rzeżkość, zdrowie, pożyczać sobie odeń kołoiów i ko- 
lorków, zdrowej, niezamąconej swojskości. Szlachcic len był bo- 
wiem zawsze artystą raczej, niż mężem czynu, a lud ów byt 
zawi^ze konkretnym mazurem z pod Krakowa, bratem Głowa- 
ckiego i .Świstackiego, nie syntezą wszystkich „niełiistorycznych" 
warstw narodu. I lak żył ten ideał szumnie, górnie i fanta- 
stycznie wszi;dzif, gdzie ogień serca lub tylko fantazyi rzucał 
ożywcze, giirące swe blaski. Ileż to razy rzeczywistość lała na 
ten ogień strumienie zimnej wody: w r. 1840, 1863... Niespo- 
żyty, jak wola do życia narodu, odradzał się z krwi i zawo- 
dów, a kiedy w ostatnich tatach pod barbarzyńską pięścią Bi- 
smarcka zaczęły się walić wysokie dęby rodowe, a nie taniał 
się niski las clitupski; kiedy w Galicyi chłop cesarski w oczach 
nam zaczął się przemieniać w chłopa polskiego ; kiedy w ucieczce 



:j i:> KRYTYKA 

przed dekadenckimi zdechlakami i zimnym kosmopolityzmem, 
sztuka polska odnalazła bajecznie kolorową swojskość i pełnych sHy 
synów ziemi — idea sformułowana przez Krasińskiego odbyła 
nowe Avesele z życiem, nie tak może głośne, jak dawniejsze, 
ale wydobywające swe tony z głębin dusz. Z szhichtą polską polski 
lud — śpiewa wszystko, co marzy i śni, powtarzają artyści, 
pociągnięci urokiem wsi polskiej i miną Piastowską mieszkań- 
ców, powtarzają mieszczuchy, którzy spragnieni emocyi bała- 
mucą się narodowo, powtarzają starzy i młodzi zwolennicy idylli, 
wpatrzeni w typ uszlachconego Bartosza i szlachcica w sukma- 
nie. I wcielenie ideału zeszło na ziemię. Z nieba Słowackiego 
zstąpił szlachcic - chłop Y/ernyhora, przyniósł Złoty Róg, ów 
róg oczekiwany, wytęskniony, ów ton wszystkich serc, h:isło 
czynu, glos Zmartwychwstania. I czyn nie następuje. Zloty Róg 
nie zagrzmiał. Szlachcic - artysta składa go w ręce chłopa 
a sam zasnuwa się w sieć snów, marzeń, serdecznych, bohater- 
skich, mistycznych, ale które czynu nic mogą zrodzić; chłop 
kosynier o gorącym temperamencie i tęgiem ramieniu mniej ma 
Avyrobiony mózg i stał się igraszką wichru, albo kto wie jakich 
szatanów, dmących w swe trąby wśród poszumu lasu... 

Złoty Róg nie zagrzmiał. Kamienieją wszyscy w oczeki- 
waniu sennem, z wzrokiem wlepionym w zaśw^iaty, nieruchomi, 
obcy życiu i jego sprawom, a jeżeli się budzą, to na granie 
chochoła, tej powłoki martwej, tego uosobienia powierzchowno- 
ści, pustej słomy, zimy smutnej acz hulaszczej. Pany, chłopy, 
chłopy, pany kręcą się w żakietem kole — do czynu pokolenie 
nie jest zdolne. Złoty róg zgubił się — zginął ideał : z szlachtą 
polską polski lud. 

Ale Ró^ złoty, hasło czynu, znak zmartwychwstania nie 
zginął. Nie ma nikogo, coby to przy[)uszczał, nie wierzą w to 
nawet wrogowie. I co się z nim stało? 

Oto nad ranem szło lasem kilkunastu — kilkudziesię- 
ciu ludzi. Różni ludzie, ale sami swoi, bo nagle usłyszeli huka- 
nie jakby rogu czarodziejskiego i serce w nich zadrżało. 

Różni tu byli ludzie. Sami młodzi, „najmłodsi", także dzi- 
siejsi, boć na Weselu chlopomańskiem jeszcze nie cała gene- 
racya zebrana, boć oprócz prawdziwych potomków Byrona 
i deklamatorów, upajającrych się pustoni słowem, są w I^)lsce 
inni jeszcze młodzi. I}ył więc dr. Piotr, który rzucił kiedyś 
ubóstwiającego go ojca zato, że przywłaszczał .sobie nadwartość; 



o ZŁOTy RÓG. 343 

'bylRaduski, który robotę prowadził wLżawcu, i ów student, który 
pisywał niegdyś listy do Jana w Oleju i w mundurze sołdataopowia- 
•dał ćliłopom o Kościuszce, i żyd Sieger Bernard i Borowicz i syn 
•chłopski Radek ; był tu dr. Judym, otoczony gromadką poczernia- 
łych od pracy robotników z zagłębia dąbrowskiego i brat jego 
z giserni — wszyscy milczący, smutni, ale ze skrami w oczach ; 
ibył Paweł i Aleksander znani nam z opowieści Sirki, zimni, 
okryci jeszcze lodem syberyjskim, ale z tęsknotą bezbrzeżną 
w oku, mówiącą o umiłowaniu wielkiem i ideałach ogólno- 
ludzkich ; była garść tkaczy i chemików z Łodzi Reymonta, 
którzy wolni od argusowego wzroku cenzury moskiewskiej, 
organizują walkę na śmierć z Lodzermensch'ami — i górnicy 
■byli, wykarmicni na wierszach Niemojcwskiego, i poznańczyk 
z tomem Kasprowicza w ręku. Były i kobiety między nimi, ta- 
kie, które nie chodzą na Wesele szlachty z ludem, nie stroją 
•się w barwne wstążki i nie kręcą razokoła, noszą w sobie 
jednak smutek i nadzieje całej generacyi, a wiodła je owa 
cudnie piękna i bolesna Joasia, której brat umarł na Sybirze, 
•dla której dr. Judym umarł jako narzeczony, ale z którym 
żyła, jako z towarzyszem pracy. . . Wielu, wielu ich było, bez- 
imiennych, nieznanych, bo żyjących w ofierze, cicho, w kata- 
kumbach. Radzili właśnie tu w lesie, w gt^szczach, wśród ciemni, 
bo w Bronowicach byłby ich uwięził żandarm austryacki, w Po- 
znaniu landrat nie pozwoliłby im mówić po polsku, w Warsza- 
wie nic dozwolonoby im wogóle żyć.. Toczyli więc tutaj swoje 
obrady: dziwni ludzie ■— dziwne obrady.. Zupełnie przeciwnie 
jak na Weselu: nie mówili ciągle o przeszłości, lecz o przy- 
szłości. Przeszłość tę bardzo nawet zaniedbywali; ach. Boże, 
co w tern dziwnego 1 dotychczasową tradycyę narodu uważali 
za tradycyc szlachty, a jakkolwiek pozbyli się już ciasnoty po- 
jęć dawnych fanatyków i kochali wiele świetliinych punktów 
tej przeszłości — nie mieli jednak wśród biedy, poniewierki 
i pracy nadludzkiej poprostu czasu, by się rozkoszować bar- 
wami migotliwemi dziejów lub muzyką poetów.. Oni snuli nić 
przyszłości i nawiązywali ją do przędzy kultury całej postępu- 
jącej w prawdzie i sprawiedliwości Europy.. 

Oni — to także lud, choć bez kierezyj, krasych wstążek 
i pawich piór — nawet bez kosy ^Głowackiego.. Wszyscy oni 
w surdutach i bluzach -są ludem, ale tym którego nie było 
jeszcze za Kościuszki, kiedy rozpacz stworzyła kosyniera; lu- 
•dem, którego nie było za wielkich romantyków, więc nie prze- 

1* 



344 KRYTYKA. 

szedt dottid do panteonu poezyi. Szeregi ich roeną liczebnie 
ciągłym dopfywem z mas chłopskich, rosną duszami ciągłym 
dopływem idei i uczuć, nieznanych dawniej na roli, która czło- 
wieka urabia na obraz i podobieństwo swoje, więc w potęgę, 
pełną zdrowia, powagi, przejęcia, nieraz i głębi, ale niezbyt 
górną i niezbyt lotną, a prawie zawsze nieruchomą, konserwa- 
tywną, niezdolną do inicyatywy i dalekich perspektyw.. 

Takimi są oni, ci młodzi i najmłodsi, którym na imię le- 
gion, Polonia Irredenta, a którzy nic byli na Weselu, bo nie 
bawią się i nio mogą żyć przeszłością i nie ulatują w niebiosa 
mistycyzmu, zato gnnni z więzień na Sybiry, z laboratoryów 
wiedzy nowoczesnej do warsztatów pracy, mają zawsze ręce po 
łokcie ubroczone w robocie ciężkiej, krwawej, zabijającej nieraz 
ducha i ciało, tworzącej trupami szczeble nie do sławy grodu, 
lecz na mur tego olbrzymiego więzienia, w którem wszyscy 
ledwie dyszymy. I pną się na muiy a inni zbierają się w cie- 
mnych lasach i kopią miny podziemne pod cytadelfl wrogów. 
A właśnie podczas takiej roboty w lesie usłyszeli nagle dziwne 
hukanie. Nadsłuchują — ton znany, ton drogi! Nie z tradycyi 
wszyscy go znają, nie z nucenia matki pray kolebce, nie z wi- 
zyj Wernyhory i jego potomków - wieszczów, ale znają go 
wszyscy — z opowiadań starszych braci, których spotykali na 
Sybirze, z ech drżących w powietrzu, przesiąkniętem krwią 
i łzami, z prześladowań i urągań wrogów, zapalających krew 
w żyłach, z rzadkich marzeń i częstych rozmyślań wspólnych, 
ukazujących w tym tonie jedyną liarmonię bytu. Teraz posły- 
szeli go — posłyszeli! Juk huragan rzucili się w gąszcz i uj- 
rzeli — ujrzeli ów przez szlachcica- chłopa osierocony Róg 
Zloty... Jak stal sjlnc, sprawnym mózgiem i żurem serc kiero- 
wane mmiona wyciągnęły się — Róg Zloty zagrzmiał. 

Wtenczas z chaty- dworu rozległ się krzyk: Hosanna! 
Zagłuszy! dyssonanse, zmiótł słomę chochola, zapalił ski-ę 
w sercach dotąd martwych, a Róg Zloty grzmiał.. 

A Złoty łtóg w silnych rękach grzmiiił.. Grzmiał d:'A\.'ń 
Sądu — dzień Zmartwychwstania... 



-^ 



Requiem aeternam 

Trzeci:* kf^ią^ka Pentateiaehu. 

Na pocziftku była clmrf. Jśio prócz nioj, a wezystko w niej. 

To Dieakoiiozonośó Auaksimandra, co W8zyatko z siebie wy- 
tooiła, święty ogicii Heraklita, który pochłania niknące światy 
i nowe byty z nicli wyprowadza, Diioh Bo#.y, co się UDORił nad 
wodami, gdy jcsdcze nic nie byto prdcz Mnie. 

Clm(i to praiły iycia, rękojmia wiecznego rozwoju, wiecznego 
odchodzenia i wiecznego i)owTotu, jedyna istota bytu. 

Tu silu co ^proivadza mięszanie się i roz<Izielanie, twórczyni, 
pokaiin i niszczycielka. 

To siła, z ktijrą Ja -Bóg, gdym świat ze siebie wyrziioit, atomy 
Ott siebie eiskateni, to zaciekłość, z jaką się z sobą sprzęgały, 
w pierwiastki się wiązały i w światy całe łączyły. 

To siła, co w eterze się rozpaliła prag^nicniem, by morze swycli 
&1 rozkiclznaó, jedną falę z drugą połączy<5 w wściekłym uścisku, 
wprawid jo w rozkoszne drgania, rozszale<5 je w podrywach krzy- 
czącej lul)ieży, kurcze pragnienia iikajad w czołgających się dresz- 
ozacłł upojenia, ai 8ię światło z nich porodziło. 

T(t powrotna siła, z jaką się strumień elektryczny sam ze 
sobą spaja, drobinom pary O siebie odbijaó się każe, — i takoż 
jest dmó życiem, światłem, niehera, 

1 boz frranic rozszalała się jej potęga. Stworzyła sobie ty- 
siączne ramiona, ktiiremi wszystko zagrabiała i w siebie wchłaniała, 
stworzył.! tysiączne naczynia, lejki, otworv', potworne usta i narządy, 
by cały świat wssad w siebie, stworzyła sobie plaamę, by nieskoil- 
ozuną po\v'ierzchnif^ rozkosz oddychatS, wszystkie siły iyoiowc sku- 



34G KRYTYKA. 

piła, w jeden węzeł je w sobie spętała, swa wolo ujarzmiła, by jej 
tylko były poddane i wieczny głód jej źąd^ koiły. 

I oiskała się w konwulsyach bezgranicznych porodów i wie- 
cznych rozwojów, wczołgała się w bezliczną formę, rozbijała je jak 
skorupy, i w nowe łaczyó jęła, przetwarzała się w wiecznie nowych 
i odmiennych kształtach, a zaspokoió się nie mogła. 

Szalała za szczęściem, gdy sobie trochita st>vorzyła, rżała za 
rozkoszą, gdy rozdarła pierwsze żyjątko i z siebie samej odrębną 
płeó stworzyła, by w wiecznej męce, gniewie a bólu znowu się łą- 
czyć i w wiecznych zmianach coraz to nowe kształty, nowe istoty, 
coraz wyższe, oliraz doskonalsze wytworzyó, coby jakąś nową i do- 
skonalszą orgią lubiei jej nasyoió mogły. 

Aż wreszcie stworzyła mózg. 

To było arcydzieło jej żądnego pragnienia. Gniotła go, krę- 
ciła, tworzyła zwoje, rozdzieliła i znowu połączyła bezlicznemi pa- 
smami, pojedyncze części przeistoczyła na zmysły, rozerwała oią- 
głbśd, rozdarła całośó na cząstki, jeden zmysł rozczłonkowała na 
zmysły pojedyncze, rozcifjła ich związki i więzby pomiędzy sobą, 
by módz jedno wrażenie odczuwaó we wszystkich przemianach, 

jeden świat wchłaniaó w siebie pięcioraką, tysiąckrotną 

rozkosz, a pierś matczyna, która kiedyś jedną siłę karmiła, tysiące 
sił teraz Bvció musi. 

Tak się dusza porodziła. 

A siła wiecznych przemian i rozrodów ukochała duszę. Siliła 
ją karmnem mlekiem swej piersi, była dla niej tętnicą, przez którą 
krew wszechbytu silną falą się przelewała, tysiącem spójni przy- 
wiązała ją do wszecbłona matczynego, była dla duszy ogniskiem 
soczewncm, przez które patrzała, żakietem kołem w której krążyła 
i w powrotnych kołowaniach swą najwyższą rozkosz i najwyższy 
ból odczuwała, była objętością, w jakiej się świat cały jako dźwięk^ 
barwa, ruch w duszy przeobrażał. 

O biedna głupia chuó, o biedna niewdzięczna dusza. 

Chuó, co światło z siebie wyłoniła, wszystkiemu życiu po- 
czątek dała, duszę stworzyła, miała skonaó w miażdżącym uścisku 
zdradliwego dziecka. 

Co miało bvó środkiem, stało sif' celem dla siel)ie, władca 
i panem. 

Spoisty granit mego bytu począł się rysować i kruszyó. 

Zmysły, które miały posłużyó ku doskonalszemu doborowi 
płciowemu, l)y nowy i doskonalszy rodzaj wytworzyó, poczęły byó 
samoistne, jęły się z sobą łączyó i petaó nierozerwalnie. To, co 



REQUIEM AETERNAM. 347 

było górą, stało się dołem, dźwięk barwą, środowisko objętością, 
powonienie wraieniem miośui, porządek anarchią, i rozpoczęła się 
wściekła walka pomiędzy matką a dzieckiem. 

Pomnę, pomnę tę rozpaczną walkę biednej matki z swem 
dzieckiem. 

Chciała je opauowad. ujarzmid; wpiła swe szpony matczyne 
w jego ciało, szarpała je, nęciła rozkoszą, syciła lubieźą i żądzą, 
rozpościerała obrazy najwyuzdańszej rozpusty, rzucała je w namię- 
tne, krzyczące uściski rodzącej bestyi, ten jeden wielki narząd 
płciowy — zalewała mu oczy nawrotami krwi, ogłuszała go hukiem 
jej spienionych fal, głos jego obniżała do dyszących, bezdi^więr^znych 
rzężeń, to znowu wściekłych krzyków i zgrzytów, kurczyła jego 
mięśnie, a poprzez ciało puszczała gorące drgania, gdyby stado 
czołgających się żmij — ale wszystko, wszystko napróżno. 

Ale krwawą ofiarą okupiła dusza moja swe zwycięstwo. 

Chorzała, więdła, schła. 

Sama się oderwała od matczynego łona, sama przecięła tętnice, 
sama zatamowała :^ródło swej mocy. 

Żyje wprawdzie — żyje jeszcze treścią siły, którą pożarła* 
przetwarza jeszcze w sobie środki, które do doboru i rozrodu służą, 
może jeszcze upajaó się obrazami, które żądze drażnią, może w so- 
bie wywołaó ekstazę śmiesznego okłamywania się chuci, co mniema, 
że może kobietę stopió w sobie, ale wszystko, co sama tworzy, jest 
zi>ytkiem, tak jak sztuka jest zbytkiem i nadmiarem pragnień roz- 
rodczych i jest bezpłodną, czem sztuka nie jest, bo bije w niej 
olbrzymi puls drgającej chuci, nasienny golf światła i żądzy ciągłych 
powrotów. 

Ale clioc zgiuąó muszę, kocham tą straszną potężną siłę, co 
jedyną kos»iiczną potęgę zmogła, ją w siebie wchłonęła^ koclmm 
moją duszę, moją wielką umierającą duszę, co mi 'chud pożarła, by 
l)ez niej umrzed. 

A więc muszę umrzeó, bo źródło światła wyschło, bom osta- 
tnie ogniwo w nieskończonym rozwoju tormacyi, w jakich się chud 
w coraz to nowych zamianach przetwarza, bom jest pianą, orkanem 
burzy w miazgę rozbitą, na grzebieniu ostatniej fali płciowego ro- 
zwoju, fali, co się już o brzeg rozbiła i żółty piasek jego białym 
łiaft(»ni obszvwa. 

Muszę umrzc'(5, bo dusza moja zawielka, za przemożna, by mo- 
gła porodzie nowy, szczęściem rozlsniony, jasną przyszłością drga- 
jący tl/i« li. 



:m> krytyka 

• 

Ale kooliam, kooham zamarła chiid, której resztki dusza ma 
strawią, kocliam ostatnie krople krwi mego istotnego bytu, jako 
maż i rodzicicl, tego V>ytu, w którym się istotnośó cała przejawia 
w całej swej potędze, swym majestacie i okrucieństwie; kocliam 
to odwieczną siło, co moje wrażenia słuchowe zabanvia niepojotemi 
barwy, z wrażeń powonienia rozsnuwa rozkoszne obrazy, a z uezuó 
dotyku wytwarza niewypowiedziane rozkosze wizyj. 

I kocham moją chorobę i moje szaleństwo, co sio w coraz 
to nowy a dzikszy system przebiera, coraz wyszukańszem szyder- 
stwem sieka i kpi i drwi z siebie i z świata całego. 



Jestem zupełnie spokojny — i bardzo, bardzo zmęczony. 

Tylko w głębi, gdzieś w dalekiej głębi coś mnie V)oli. Cos 
szuka równowagi, albo też wije sio w skurczu ostatniej agonii. 

(.■oś zniknęło w mej duszy. ()w mistyczny punkt, ku któremu 
wszystkie siły zmierzają. Zdaje sio, że potworzyło się tysiące ognisk 
sił i to, co było jednolitem, rozpadło się na tysiące skorupek. 

Myśli moje, jakby odemnie nie zależały. Przychodzą i idą 
samo ze siebie, bez związku, niczem niekiełznane. 

Niektóre wydaja mi sio w kształt czerNvonvch łun wzdłuż fio- 
letowych gloryj, co okalają głowy świętych, tak jak się widzi inter- 
forencye gazowych latarni po przez ściekający na l»rudnych szybach 
deszcz — a wszystko nikłe, słodkie i mi(;kkie. 

Niektóre widzę w kształt nieskończenie wydłużonego |)romie- 
nia światła, co padł na pomarszczoną toń rzeki. Gdzieś w dole od- 
bija się zlotyin j)ołyskiem, połamany i rozstrzopiony w miliardy 
świetlanych jdamek, co się na drobnych lalach kołyszą, zlewają, 
całują w nieziemskiej czystości i żarliwem nabożeństwie. 

Niektóre wyrastają do olł trzy mich, potwornych rozmiarów. 

Mózjr mój j)rzyzwyczajony dotychczas do euro|)ej^kioh wymia- 
rów, obejmuje teraz j)rze|)Otężne masy świątyń z LjdK)r(s j^nr/y 
egipskiego siinksa z chińskim smokiem, pisze potwornymi głazami, 
z jakich pyramidy budowano a myśli w pełnym, ważkim i królew- 
skim sansk rycie, w którym khżtle słowo iest żyjącym ortrani/mem, 
CO się za pomocą jakiejś mistycznej pangonesis stał istotnym, pol- 
nym krwi i ożaru : słowo dla nas nie|)ojęto, synteza z logos i Kama, 
słowu Jana, <o się ciałom stało. 

\Vt(Hly z (lzil\ą rv)/pnstą rzucam się na oślo]) w pr/.«'[)astno 
ozohiśoio przestrzeni i czasu. 



KEQUIEM AETEKNAM. S49 

Jestem krrilein asyryjskim z nicbosinini^ tiarą nu głowie, 
strojny w bisior, brokat i purpurę. Na mej piersi stoiice z dya- 
ment(Jw, uginam się pod ciężarem kosztownych brył drogicłi ka- 
mieni i na wozie brzytwami najeżonym, pod którym krwawym po- 
kosem padają miljony niewolników gdyby snopy zejrzałego iyta, 
jadę poDud śmieszną nędzą świata z straszną pogardą,' nienawiścią 
i groźnym majestatem. 

Och, kooham olbrzymi, a milczący majestat babylodskich moca- 
rzy, co słowa Dieznoeil, bo słowo było drogie i kosztowne i stra- 
szne, a każde z nich trzeba było okupit^ bolesnym porodem. 

Och, kocham naiwną, ale tytaniczną samomedzę swej potęgi, 
one poczucie siły, co bogom się odgraża, morze ohlostarf każe 
a «■ nieznane kraje wiezie z sobą okowy, by ludy cale w jasyr 
zawlec. 



Skonfiskowano! 



I cziijo, jak mi źrenice oozy zalewają, jak ciało moje wydłuża 
się, rośnie, ]>otężnieje, piersi podwójną mocą się rozpierają a na 
oblicze moje spływa święta powaga i cisza boskiego Mitry. 

A oŁ(>^. nadchodzi przepotężna chwila, w której odczuwam 
wrażenia, jak gdybym był rozpostarty nad całą ziemią, w której 
święcę w sobie niepojęte święto odrodzenia wszystkich narodów 
i icli kultury, chwila, gdzie jestem na kształt onego bóstwa starego 
Ksenopliencsa, w którem wszystkie zmysły się przenikają, a wflzech- 
ŚHiat nic do duszy zlewa nie przez zmysły rozczłonkowany, ale 
w całej Kwcj nierozerwalnej jedności. 

A gdy przestrzenie uoickarf się zdają a wszystko się w jakieś 
odniętne przepaści zwala jak w lej, gdy się ciężki kamicli w wodę 
ntici ■ — gdy nie wiem> czy istnieję i stracę j)anow;mie nad zmy- 
słami -- gdy tysiące lat powTotną falą przez mózg mój się przeleją, 
a ja na ciiwilę odczuwam się w całej przemożnej nagości mego bytu 
i z powrotem odzyskuję moją siłę rozrodczą, tak, że staję się ato- 
mem, co sam siebie zapłodnió pragnie, kiedy krew wszcclwwiata 
pieniącą strugą leje się w żyły moje — wtedy odczuwam nieskoii- 
czone, Iiez^riitiiirzne szczęście, szerokie i głębokie jak atmosfera, co 
nad świiilem zaległa. 



350 KRYTYKA. 

Kozumiem dobrze, ie koniec nadchodzi. Wiem, źe to już 
ostateczny rozkład iiczud i myśli. Ale cóź mnie to wszystko 
obchodzi ! 

Pragnę, by koniec nadszedł. 

A chociaż się uczucie od woli oderwało, chociaż wszystkie 
stany duszy' mojej tylko do połowy dojrzewają, skłębiony chaos 
myśli, podarta sied uczuó, bez siły przetworzyć sio w akt woli — 
cóż z tego? 

Za to rozkoszuje sio niesłychanym cudem olbrzymiego świato- 
poglądu. 

Ja, jako ja istnieje tylko w uczuciu, znam siebie w uczuciu, 
a czy ono stanie się wolą, to już mnie nic nie obchodzi. 

Nie znam nic prócz moich wrażeń a przede wszy stkieiti nie znam 
żadnej ])rzyczynowości, li tylko nieskończoną ciągłośc5 wrażeń — 
a ozy |)asmo tej C4'ągłości logicznie sio rozwija, czy nie, to również 
mnie nic nie obchodzi. 

Jestem ponad wszystkiem. Chwilami zdaje mi sio, że mam ro- 
dzaj jakiegoś nadmózgu, patrzę na czynnośó, na to biedną mozolną 
praco mego mózgu — patrzę przez mikroskop, a gdy zachodzi po- 
trzeba przez teleskop, a w bezgranicznej potędze togo nadmózgu, 
zdaje sio, wolno mi mnicmad, że wszystko jest snom i ciężką zmorą 
źe cała ta tak nazwana rzeczywistość jest też tylko pewnym rodzą-, 
jem snu, a moje Ja mnie tak samo obcem i niezrozumiałem jak 
dla Was. 

I dla Was, dla Was, którzy może wcale nie istniejecie, a może 
tylko jesteście sennym majakiem mej duszy l)ezptciowoj — dla Was, 
biedne dzieci samicy Kwv — Ja - Pan miałbym żvó?! 

He, he — może dla togo, że muszo społnió j)ewno obowiązki 
względem człowieczeństwa, do którego przecież zaliczać sio muszo? 
Rassuroz - vous : Kocham Was, kocham Was wszystkich. 



Skonfiskowano ! 



I Was, wiecznie chciwych, zapracowanych, żądny(ih bogactw 
i dóbr. by tylko byt zapcwnii; Waszym rozmnożonym spezmatocv- 
ton — a nazywacie to miłością do osobistej nieśmiertelności. 



REQUIKM AETORNAM. 351 

Skonfiskowano ! 

O, kocham Was wsystkioh i żal mi Was i pogardzam Wami, 
źe źyd musicie, ze jesteście tylko nawozem, co użyŹDia nowa przy- 
szłość, ze jesteście środkiem i organem wiecznej chuci, i okłamuje- 
cie się obowiązkiem i miłością dla ludzkości. 

Ja jestem sam dla siebie. 

Jestem początkiem, bo noszę w sobie rozwój jestestwa od sa- 
mego początku i jestem koucem, bom osta^niem ogniwem rozwoju. 

Sam jeden z mojemi uczuciami. 

Wy macie jeszcze jakiś świat zewnętrzny, ja nie znam żadnego. 
Mam tylko siebie. 

Głowa mi pęka i zdaje mi się, że -jestem jakąś potworną syn- 
tezą Chrystusa i szatana, sam siebie stawiam na >vysokiej garze 
i prowadzę się w pokuszenie i sam siebie pragnąłbym omamid. 

To znowu kojarzy się we mnie rozkosz upojonej ekstazy z zi- 
mną obrachowaną analizą, czasami wierzę ślepo, męczenniczo jak 
pierwotny chrześcijanin, a równocześnie wyszydzam wszelką świę- 
tośó, jestem zarówno mistycznym anachoretą i wściekłym, zsatani- 
zowanym kapłanem, co najświętsze słowa i najohydniejsze bluźnier- 
stwa równocześnie z pianą na ustach bełkocze. 

A teraz mam wrażenie, jak gdyby sio na niebie rozlała prze- 

rażtijąca powólź czarnoozerwonej knvi , a w uszach straszliwy, 

nerwy przerzynający zgrzyt, jak gdyby ktoś rżnął czaszką płyty 

szkła. — 

O (pialis artifex pereo! 

(C. d. n.). 



WACŁAW BUDZYNOWSKI. 



Chłopska posiadłośó w Galicyi*). 

Podstawą materyalną bytu galicyjskich chłopów jest przede- 
wszystkiem bodąca i<?!i własnością ziemia, w dalszym rzędzie sto- 
sunek zarobkowy, stosunek do większych właścicieli rolnych. 



*) < obszerniejsze umotywowanie na podstawie znacznego mntoryału 
cyfrowcjjfo wyrażonych w tym artykule idei, znajdzie czytelnik w wy- 
szłein niiMlawno niskiem dziele te^oż autora pt. „Chłopska posiłist*' (wyd- 
II.) Lwów, nakład ukraińsko-ruskiej spółki wydawnicz<j. Str. 194. 



35:2 KRYTYKA. 

Aby poznad główną i pierwotną podstawo Ijytu klasy chłop- 
skiej, musimy przedewszystkiem dowiedziod sio, jaka przestrzeń 
ziemi uj)rawiiej przypada na głowę eliłopską. Ponieważ jednak sta- 
tystyczne cyfry ^przeciętne" nie zawsze dają nam dokładne poję- 
cie o położeniu konkretnych chłopów, i pojedynczych grup tej 
klasy, musimy oprócz ogólnej przeciętnej wyśledzió, czy ziemia, 
będąca w posiadaniu całej klasy rozdzieloną jest równomiernie 
między jej członków, czy może są jakie w stanie posiadania różnice 
indywidualne. 

Przypatrując się własnościowym stosunkom na wsi spostrze- 
gamy, że faktyczny stan rzeczy daleko odbiega od dat przeciętnych. 
Galicya ma wogóle 13,640.046 morgów ziemi. Z tego 454.353 mg. 
odpada na nieużytki i pod budynki. Upra^vnej ziemi jest więc 
w kraju 13,186.293 morgów, Ludnośó wsi liczy (w 1893 roku) 
5,177.432 głów, a rolnych gospodarstw mamy 1,631.841; na je- 
dnego mieszkańca wsi przyjiadało tedy przeciętnie 2*57 morgów, 
a na jedno rolne gospodarstwo przeciętnie 8*08 moi^gów uprawnej 
ziemi. 

Cyfry te sa oczywiście idealne, konkretna rzecz^•wi8tość im 
nie odpowiada. 

Na podstawie cyfr oticyalnej statystyki, dzielącej galicyjską 
ziemię na dwie, historycznie utworzone kategoryo: ziemie „rusty- 
kalne'* i „dominikalne'\ czyli ..tabularne'*, a ludnośó wsi na mie- 
szkańców ,,gmin'' i mieszkańców „dworskich obszarów, otrzymamy 
dwie co do wielkości bardzo różne kategorye przeciętnycli. 

Z uprawnej ziemi 5,205.385 mrg. należy do j)Osiadlot<ci tabu- 
larnej a 4.41)3 właścicieli; do reszty, tj. 1,627.348 rustykalnych 
właścicieli należy 7,890.908 morgów. Ludność ..gmin" liczy (1893) 
4,904.857, ludnośó obszarów dworskich 272.375 głów. Tak więc na 
głowę ludności gmin przypada przeciętnie niespełna 1"61 mr., 
a na jedną cldopską j)Osiadłoś<5 przeciętnie 4*84 mr. ; na głowę 
mieszkańca obszaru dworj^kiego przypadnie 19-5 mr. * a na jedną 
tabularną posiadłośó 1.178 mr. uprawnej ziemi. 

Różnica będzie jeszcze bardziej rażącą, kiedy j)orównamy 
najmniejszą a najliczniejszą rustykalną posiadłość z największemi 
tabularnemi posiadłościami. Do 3<)5 talnilarnych właścicieli, z któ- 
rych każdy ma wyżej 2.500 mr., należy 3,355.081 mr. ziemi; na 
każdego więc przypada przeciętnie 9.192 nir. tj. 1.137 razy tyle. 
co na i>rzeciętną galicyjską po^iadłoś<'^. OdwrotJią struną medalu 
jest 67*1 prc. (1,094.935) ws/ystkicli gruntowych właścicieli, 
z których żaden niema nawet po 5 mrg. ziemi, lecz co najwięcej 



POSIADŁOŚĆ CHł.OPfiKA W GALICYI. 35» 

4'73mr. Przeciętny włHŚciciel z poprzedniej kategoni ma co oaj- 
mniej K!ł43 razy tyle ziemi, co najmajctniejszy gospodarz więks;:ej 
połowy gruntowycli wlafcicieli. 

Ofioyalna statystyka, ilustrująca stosunki własnościowe, y-o- 
(laje Dam dokładne daty li tylko o tyło, o ile odnosKą się ilo 
włarfnośei talmlarnej, tj. majątków wielkicli poBiadaczy. O dane 
dla socyalno-ekonomicznej polityki kraju znacznie ważniejsze, które 
dałyliy nam ohraz chłopskich stosunków, ani państwołye, ani kra- 
jów.' urzędy statystyczne się nie troszcyą. Przyczyna jest dla nas 
całkiem zrozumiała. Cała ustawodawcza władza tak w kraju jak 
i w państwie sjioczywa w ręku właicioieli większych posiadłości, 
nie dziw więc, że wesystkie urzędy pracują na ich korzyść. Nawet 
instytucyc naukowe, państwowe i krajowe pracują o tyle, o ile icli 
badania przynoszą luli mofią przynieśli materyalną korzyśd panują- 
cej u nas klasie. Za krajowe pieniądze właściciele tabularni mają 
dokładną statystykę swojej posiadłości i gospodarki — o sprawy 
clitopskie nasKC urzędy statystyczne troszczą się chyba tylko, 
o ile to potrzebne dla wykrywania ewentualnie ukrywających się 
objektów wyzysku, Ani krajowy ani centralny statystyczny urząd 
do dziś dnia nie postarał się o zbadanie własnościowych stosun- 
ków, o tle te nie dotyczą posiadłości tabularnej. 

Wobec braku dat oficyalnych o podziało posiadłości chlop- 
skioj, musimy pomagai! sobie innemi spofjobami, z których mogli- 
byśmy pośrednią drogą dojśii do dat, choi^ w przybliżeniu zgodnyli 
z rzeczywistością. W p]env,*zym rzędzie korzyst-amy z tabeli opła- 
cających podatki gruntowe. 

Według wykazu ministerstwa, zrobionego na podstawie rozpi- 
sanego na lok li^9.'> podatku grunto\vego, jest w (Jaliteyi wogóle 
iJ,!li!2.r)'Jl gruntowych arknszyków. Z tego 137.024 odpada ita ar- 
kuszyki, obejmujące wyłącznie zabudowaną przestrzeń lub nie- 
użytki, Pozostaji' l,78r>,067 arkuszy z gnintami ol)owiązanymi 
opłacaf^ podarek gruntowy, względnie uwolnionymi od tego podatku. 
Opłacających ów podatek (przyozem tych, którzy mają w dwóch 
lub wiicej gminach danego okręgu podatkowego posiadłości poli- 
czono tylko raz), mamy 1,(131. 8^1. Tyle też jest u nas gruntowych 
właścicieli. 

Kiedy wiemy, jaki podatek gruntowy płaci ten lub i właści- 
ciel, możemy łatwo obiiczyif, jaki ten właściciel ma zo_swcj posia- 
dłości dochód katastralny, jrdyż wiemy, że w ISM3 r. od lOO zlr. 
dochodu katastralnego ptacouo 227 złr. gruntowego podatku. 
Katastralny doebiid właściciela ktdry płacił 2 zlr, gruntowego po- 



'ór)\ 



KRYTYKA. 



Jatku, wynosi 8*81 złr. — Według obliczeń prof. Roszmana Her- 
biirga przeciętny galicyjski mórg daje 1*8() złr. katastralnego do- 
chodu. Wobec tego przyj dzien^}' do konkluzyi, że właściciel, opła- 
cający 2 złr. gruntowego podatku, ma 4-73 mr. przeciętnej galicyj- 
skiej ziemi. Cyfrę 4*73 mr. należy jeszcze zredukowad o tyle, o ile 
katastralny dochód z przeciętnego c li łepskiego morga jest 
większy, jak dochód z przeciętnego galicyjskiego morga. Przyczyn 
należy szukaó w fakcie, ze posiadłości chłopów składają się po 
większej części z gruntów ornych, a posiadłości tabularne, a tern 
samem wielkie, składają się głównie z lasów, z których dochód 
oceniono bardzo nisko. Z tego powodu ten sam dochód katastralny 
właściciela posiadłości tabularnej reprezentuje większą przestrzeń 
ziemi, niż u właściciela posiadłości rustykalnej. Po uwzględnieniu 
tej różnicy pokaże się, że chłop, płacący 2 z Ir. gruntowego po- 
datku ma 3-90 mr. przeciętnej rustykalnej ziemi. Wiedząc, że 
-338.335 właścicieli rolnych opłaca 1 — 2 złr. gruntowego podatku, 
z łatwością obliczymy, że tyleż właścicieli posiada od 1D4— 300 
morgów przeciętnej rustykalnej ziemi. 

Odjąwszy od posiadłości rustykalnej ziemie, która nie jest 
własnością chłopską, a dodawszy do niej drobne posiadłości tabu- 
.lamę, otrzymamy statystykę drobnej posiadłości. Rezultat mych 
obliczeń przedstawia się, jak następuje: 

Chłopi galicyjscy mają najwięcej (prawdopodobnie mniej, gdyż 
nie mamy dokładnej statystyki wszystkicli tych rustykalnych 
gruntów, które już nie s=^^ą własnością chłopów): 



morgów t. j. 



Pola . . 

Sianożęci 

Ogrodów 

Pastwisk 

Jjasu 

Stawów i 
moczazów 

nieużytków . 

• 

Razem . 



1 



4,3t)3.()21 

i,0óH.4»r) 

140.5(53 
«43.44r) 
411.474 

4.413 



łi 



łł 



>? 



387.493 , 
7,044.4;30 .. 



^, o wszystkiej ziemi 
danej kiiltury 
w kraju 

4)(;-47 

«o-r)i 

70-23 
49*80 

11-70 

S-06 
.50-4H 



^,0 wszystkiej 
chlo[)skiej 
ziemi 

()(3-00 

irr9u 

2'18 

9-<lS 

(vis 

0-0<i 
100-00 



CHŁOPSKA POSIADŁOŚĆ W GALICYI. 



355 



Chłopskich posiadłości mamy 1,623.887, składających się 
z następujących grup : 



1. 


ilość posiadłości 
756.G00 


od do 
1-94 


"/o wszystkich 
chłopskich 
posiadłości 

46-60 


2. 


338.331 


1-94 SW 


20-83 


3. 


339.925 


3-90 9-9r) 


20-93 


4. 


178.879 


9-95 39-90 


11-02 


5. 


10.102 


39-90 99-66 


0-62 



Posiadłości 100 morgowych już nie zaliczyłem do chłop- 
skich. 

Przeciętna chłopska posiadłośd ma 4-27 mr., ziemi wliczając 
i nieużytki ; uprawnej ziemi co najwięcej 4*09. 

Marasse podaje jej wielkośd (1862) na 3*6 mr. Zdaje się, ie 
on ma słuszność. Gdybyśmy bowiem odjęli od rustykalnej posia- 
dłości wszystkie ziemie, oddane do użytku rzym. katolio. parafij, 
ziemie, które przeszły w ręce lichwiarzy, nie chłopskich dorobkie- 
wiczów i wszelkich przemysłowych przedsiębiorstw, byłaby nawet 
cyfra, jaką podaje Marassó, prawdopodobnie za wielką. 

Powyższe obliczenia są, jeżeli niezupełnie zgodne z fakty- 
cznym stanem rzeczy, to w każdym razie cyfry nie są tendencyj- 
nie zmniejszone. W rzeczywistości jest tak przeciętna chłopska 
posiadłość jak także wielkośt5 chłopskich posiadłości w wyliczonych 
grupach, btaoowczo jeszcze mniejsza. Dowodem tego są obliczenia 
przeprowadzone w powiecie skałackim. W 1875 roku było tam 
20.277 chłopskich posiadłości, które dzieliły się na następujące 
..grupy : 

Na 100 posiadłości było: 

do 1 morgowych 



32 ( 


)d 


28 


r 1 


11 


r- 3 


19 


„ .') 


mi 

o 


„ 10 


2-7 


,. ló 


0-7 


. 20 



rt 



n 



ij 



n 



O 



10 
15 
20 
25 



n 



t? 



350 KRYTYKA. 

Posiadłości poDad 25 morgów było w całym powiecie 290, 
a r.ad 00 tylko 89. Tak było w 1875 roku. Od tego czasu da 
dziś, liczba posiadłości zwiększyła się. gdyż statystyka wykazuje 
ie od 1883 roku do 1893, na każdych 100 właścicieli pizybyło 
15. Wobec t<jgo należy przypiiszoza<?, że rozmiary pojedynczych 
posiadłości jeszcze bardziej się zmniejszyły. 

Wydział krajowy chciał w 1883 zbada<^ stosunki własnościowe 
na wsi. W tym celu wybrano w każdym powiecie „typowe" gminy, 
razem 249 i obliczono w nich posiadłości według katastralnego 
dochodu z ziemi. Pokazało się, że większa częśd posiadłości niema 
po 10 złr. katastralnego dochodu. 

Na 100 posiadłości miało (locli(5d mniejszy jak 10 złr. 

w 22 gminach 90 — 98*2 gospodarstw 
, 20 „ 80 -H9-H 

., 49 „ 70-79-8 



„ 38 „ (•.l-(59-G 



„ 50 „ 50-GO-O 



n 



W 185 gminach posiadłości z dochodem większym jak 10 złr. 
nie stauowifj nawet połowy a w 48 -— nawet czwartej części po- 
siadłości. Tylko w G4 gminach liczba ich dochodzi do 50 pro. lub 
wyżej. Między wyliczonemi gminami niema ani jednej takiej,. 
w której przynajmniej piąta częśd nie należałaby do najniższej ka- 
tegoryi. 

Wiele osób żyje z owych (),G57.011 morgów uprawnej ziemi — 
niewiem, gdyż oficyalna statystyka nic daje nam pewnych pod tym 
względem danych. Wiemy tylko to, że przed 10 laty liczba rolni- 
czej ludności wynosiła wogóle 5,113.370 dusz. .Odjąwszy od tej 
cyfry 272.375 osób żyjących na obszarach dworskich, otrzymamy 
mniej więcej pewną liczbę chłopów 4,841.000. 

Na jedną więc chłopską posiadłość przypadnie przeciętnie 
2*73, a na jeden chłopski mórg 0()9 głów, zaś na jedną osobę — 
1*45 morgów uprawnej ziemi. 

Na tysiąc gospodarzy chłopskich 460, tj. prawie połowa nie 
ma nawet po 2 morgi pola. Dalszych 208*3 niema od 2 — 4 mor- 
gów, zaś 07^ 2'Vo gospodarczy, tj. większa połowa „tych podpór 
społeczeństwa^* gospodaruje na obszarze co najwięcej 3*90 morgo- 
wym. Dodawszy do nich 20*93 prc. właścicieli 4 do 9*95 morgo- 
wych, zobaczymy, że z 884 na sto gospodarzy, żaden niema całych 



CHŁOPSKA POSIADŁOŚĆ W GALICYI. 357 

10 morgów ziemi. Oto są materyalne podstawy bytu galicyjskich 
chłopów. 

Jakież mogą byó dochody właścicieli chłopskich posia- 
dłości ? 

Przyj a wszy, źe trzydziestokrotny dochód katastralny daje 
nam rzeczywisty dochód, możemy na podstawie wspomnianej już 
statystyki opłacających gruntowy podatek obliczyó, że przeciętne 
chłopskie gospodarstwo przynosi swemu właścicielowi 277 złr. 
dochodu. Dochód w poszczególnych grupach posiadłości przedsta- 
wił by się tak: 



'/o chłopskich 


z d 


chodem 


posiadłości 


od 


do tir. 


46-60 




132 „ 


20-83 


132 


264 „ 


20-93 


264 


660 „ 


1102 


660 


2-643 „ 


0-62 


2.643 


6.607 . 



Gdyby nawet na chłopskiej posiadłości nie ciążyły żadne po- 
datki należytości, odsetki od długów i raty amortyzacyjne pierwsza 
grupa absolutnie nie mogłaby byó uważana za dającą swoim właści- 
cielom i ich rodzinom minimum istnienia. To samo możemy po- 
wiedzieó o drugiej grupie, która razem z pierwszą stanowi 67 prc. 
wszystkich chłopskich posiadłości. Żadna z nich nie daje swym 
właścicielom ponad 264 złr. rocznego dochodu. 

Trzecia grupa właścicieli po zapłaceniu podatku, należytości 
skarbowych, odsetków od długów, rat bankowych itd., uratuje ze 
swych dochodów tak małą resztę, że i u nich nie może byó mowy 
o zaspokojeniu najniezbędniejszych potrzeb rodziny 'dochodami 
z własnego gospodarstwa. 

Ciężary, jakie musi ponosió własnośó rolna, są tak wielkie, że 
większa połowa dochodów drobniejszych posiadłości idzie na poda- 
tek gruntowy, stemple, taksy itd. Aby zaspokoió te potrzeby i nie 
zginąó z głodu, chłopi dopełniają swe dochody zśirobkami na ła- 
nach pańskich. Jednak i tu nie wiele można zarobió, gdyż dzienna 
płaca robotnika po największej części nie pokrywa dziennych ko- 
sztów utrzymania tegoż robotnika. Oprócz tego roboty, przy któ- 
rych może znaleźó zajęcie i zarobek większa częśó szukających 
pracy, wcale nie są systematyczne i ciągłe, więc i tu chłop-właści- 



.'55^ KRYTYKA. 

ciel nie może tyle zarobid, aby mufjł wyiywid rodzinę i zaspokoid 
żądania skarbu ))ublicznego. Clifoj) musi ratowad sie wekslem lub 
skryptem dłużnym. Kredyt konsumcyjny nigdy nie amortyzuje sie, 
to tem mniej, że potrzeba, która zmusiła chłopa zaciągnąć dług, 
powtarza się chronicznie co roku, z ta tylko różnicn, że wskutek 
zaciągniętego już raz długu zwiększyły się wymogi stawiane finan- 
sowej sile gospodarstwa. Potrzeba zaciągania długów zwiększa się 
także z dnia na dzieii wskutek tego, że z dnia na dzień zmniejsza 
się liczba większych posiadłości, nie potrzebujących chronid się 
|)od skrzydła lichw, a zwiększa tię liczba posiadłości drobnych, 
niedających swym właścicielom minimum istnienia. Najważniejsza 
])rzyczyna wzrostu liczby chłopskich posiadłości kosztem ich roz- 
miarów jest brak przemysłu w kraju, który zapewniłby ludzkie 
utrzymanie członkom rodzin drobnych właścicieli. Wobec niemo- 
żliwości zarobków poza rolnictwem, chłopi dzielą swe posiadłości 
między spadkobierców, aby każdy z nich miał przynajmniej grunt 
pod chatę i grzędkę na ziemniaki. Właściciel 15 morgowej posia- 
dłości nie potrzebował jeszcze wycieraó kątów w banku, ale jego 
synowie, którzy dostali po 5 lub po 3 morgi muszą już to robió. 
Jeżeli zaś posiadłośó przejdzie niepodzielnie na jedno dziecko, 
(najczęściej wskutek tego, że już nieda się podzielió), musi zacią- 
gnąó dług, aby spłació innych dziedziców, którzy kupują inny 
grunt, ma się rozumieó, z długami. 

Posiadłośó, nie dająca minimum istnienia, amortyzuje takie 
długi przez zaciągnięcie nowej, jeszcze większej pożyczki. Z koń- 
cem 1868 roku, kiedy to chłopi zaczęli korzystaó z kredytu hipo- 
tecznego, stan obciążenia drobnej posiadłości wiejskiej i małomiej- 
skiej wynosił 405,513 złr. W 20 lat później długi te wyrosły do 
43,523.542 złr, 

Od 1870 do 1894 r. drobna posiadłośó spłaciła 47,283.01)3 
złr., a zaciągnęła 105, 859.671 zfr. nowego hipotecznego długu. 
Pożyczono więc o 58,676.608 złr. więcej, jak spłacono, tj. o 124 prc. 
Najtańszy, nawet bezprocentowy Kredyt nic na to nie pomoże, 
gdyż idzie na cel nie melioracyjny, nie produktywny, lecz konsum- 
cyjny. Od długów uwolni chłopską posiadłośó li tylko licytacja, 
lub jeżeli to jest większa posiadłośó — częściowa jej amputacya, a to 
jest dalszą przyczyną drobienia się chłopskich posiadłości. 

Proces rozdrobnienia chłopskiej posiadłości, który dziś już bez 
przesady możemy nazwaó procesem pulwerysacy i, postępuje iście szalo- 
uem tempem. Wyobrażenie o tem może nam daó porównanie dat 
z 1893 r. z datami, jakie dzięki studyom Marassego posiadamy 



•CHŁOPSKA POSIADŁOŚĆ W GALICIT. 3jlł 

z ozasów uwłaszczenia cblopów"). Tś& podstawie tycli dat możemy 
•obliczyd, że od 184H — IWy roku iloSi5 posiadłości: 

od do względnie 



— 2 ( — !■ 94) mórg. 

2 r. ( 1- 94 3- 90) 

B 10 ( 3- 90 9- 95) 

10 ŁO ( 9- 95 19- 93) 

20 f>0 ( 19 93 39- 90) 

ńO 100 ( 39- 90 <.I9- 80) 

100 500 ( 99- U6 473- 68) 

500 1000 (473 08 1184) 

4000 — ( 1-1S4 — ) 



Zwir;ksz,v)a Biv 




abaoliitoą 




ilość 


0/0 


•g. 540-603 


250 


205-300 


154 


146-857 


70 


zmniejszyła się o 




52-037 


34 


15-009 


24 


zwicttszj-la się 




5-854 -> 


106 


zmnicjszyła się o 




—-203 


6 


--314 


194 



Pierwsza grupa posiadłości już zeszła do agronomicznego ab- 
surdu. Ich właścicieli nic można już zwa<^ rolnikami, chyba o tyle, 
•o ile niektórzy z nich przes tydzień hib dwa w roku, jako zaro- 
bnioy pracują na roli właściciela wielkiej posiadłośoi. Dniga i trze- 
■cia gru|>a posiadłości ulegnie także temu procesowi proszkowa- 
nia i podwoi ilośtf chałupników, tego rolnego proletaryatu bez 
pracy. Proces ten będzie postępował szybciej jak dawniej, gdyż 
posiadłości są obecnie drobniejsze niż dawniej i bardziej obdłu- 
żone, a więc ekopomicznie słabsze i iriniej odporne na działanie 
^rozkładowych czynników. 



I-Przojiiąil |)olski .18Gy. 



WŁODZIMIERZ PCRZYrtSKI. 

Piosnka niewolnika. 

Na twarzy noszę krwawy ślad 
Twej dłoni — noszę twoją ślinę^ 
Milczę, bo mnie nauczył bat 
Milczenia, ozaRem liczę rany — 
Wiem — dziś lub jutro od nich zginę 
Mój wyrok dawno podpisany. 

I nie zobaczysz moich ran, 
I nie usłyszysz mojej skargi, 
O tobie panie — wiem, żeś pan 
Jasny, jaśniejszy, ni^i słońce, 
Wielbią Cię moje trupie wargi, 
Wielbią Cię moje łzy palące. 

U stóp twych czołgam się jak gad, 
Di^yisz ze mnie, z nędzy, z nienawiści 
Ja kark pochylam nisko — rad, 
Ze cię nie wzrusza krew, ni łkanie. 
Wiem, ie marzenie me się ziści — 
Kiedy?.. Ach o to mniejsza, panic! 



Skonflsko wano I 



U stóp twych czołgam się jak gad 
Pod batem — mdlejąc z bólu, roje 

Ze cię zatruje łez mych jad.. 

« 

Ze sądu krwawy dzień nastanie. 
Przyjdą po ciebie krzy^vdy moje — 
Kiedy? Ach o to mniejsza, panie. 



IGNACY PADEREWSKI. 

Preludyum. 

w mgłę półświatła boleśnie wyoiągnięte ręce 
Dwifi czarne, fantastyczne iuje ząb., dwie żmije 
Kajda drźj, każda w kurczach i w spazmach się ^^ 
Kona we krwi, w lnl>ie;inej obłąkanej męce. 

Dźwięki płyną... Hej skargi, Bzalone, zwierzęce 
Płyną, rosną... w krew ziemi się sączą... Jęk bije 
O słoiioa i o gwiazdy, aź ziemia się wije, 
Tarza się we krwi, w ogniu, w rozpaczliwej męce. 

Z cichym trzaskiem pękają struny... Świat się wali. 

Zatacza się, o słoiioa się wzbija, leci, 

Szaleje, własnym jadem, własną krwią się pali. 

Uoieo, uoieo przed bólem umarłych stuleci... 

Za porno ie<^... Dźwięki płyną.. Za mgłami w oddali, 

Jej twarz nicha, spokojna, zimnym bbskiem świeci. 



'^r 



HEHNVK ZBienZCHOWSK). 



Ignacy Paderewski. 

Po wielkich świtaniaoh i tytunicznyeh wzlotach, jio bc^atej 
epoce muzycznej, której wykwitem byty narodziny symfonii a ko- 
roną przesławna „Dziewiąta" Bothovena, po tych cudownych i nie- 
spodziewanych wzlotach ludzkiego ducha, który odważał się pa- 
trzeć w oblicze nieznanym bóstwom, |)rzenikając rzeczy nieprzeni- 
knione i przeczuwając nieprzeczute — pozostało dziś tylko nikłe 
i jakieś słoneczne wspomnienie. Czujemy się spadkobiercami potę- 
j^nej dziedziny ludzkiego geniuszu, czujemy, żo wolno nam by<$ 
uczestnikami tych tajemniczych misterjj i ie s{>ływa z nich na na- 
sze iycic „bezsłoneezne, szare", na nasze znękane istoty jakaś łaska 
przenajświętsza. Ta wielka ta czysta i piękna muzyka, którą po 
trójcy klasycznej ukochali tak romantycy — Schubert, Schuman 
Weber, Mendclsohn. Chopin — prowadząc nas do zawrotnej głębi, 
dyunizyjskic purywy Wagnera nad stworzeniem „muzycznych dra- 



.U)2 KRYTYKA. 

mat/)W" zwiastujący eh nowe drogi i objawienia — ta muzyka 
w dzisiejszych czasach zgasła bez śladu, pogrzebana przez nieudol- 
nych naśladowców. A jeśli jeszcze od czasu do czasu odezwie się 
głos mocniej sz^o i duch ludzki porwie się ku chmurnym wyży- 
nom — to jest to objaw krótki, przemijający, znaó tylko jakąś- 
walkę bolesną i szamotanie się z nieskończonością, (Grieg, Sinding, 
Cezar Frank). Po tęsknicach Chopina posiadamy dziś stosy banal- 
nych i ckliwych „salonstucków" którymi zalewają cały świat tu- 
zinkowi muzycy niemieccy, po marzeniach i rozpacznej egzaltacyi 
Schumana, karmią nas suohe elaboraty powa:łnych i cenionych 
profesorów, po operze komicznej Rossiniego i Mozaila, pełnej pro- 
stoty, pogody i jakiegoś cichego wniebowzięcia, rozmnożyły sie 
nadmiernie płaskie operetki z całym aparatem baletu i płytkiego 
dowcipu. Szersza publicznośó tak wrażliwa zresztą na walce, polki, 
mazury i piosnki, nie znosi muzyki, jeśli występuje ona tylka 
w najczystszej i najwyższej formie t. j. kameralnej. Xa wieczory 
kwartetowe nie pójdzie u nas nikt zgoła prócz fachowych muzy- 
ków i tej garstki melomanów, która nie opuszcza żadnego koncertu 
lub wieczorku. Powodzenie nowej opery zawisło dzisiaj od akcyi 
interesującej i kilku aryj melodyjnych i tak łatwych, aby się za- 
raz wyświstad dały, podczas gdy dzieła rzeczywiście piękne upa- 
dają już po kilku przedstawieniach. Uciecha bezmyślna łatwa zy- 
skuje wszędzie prawo obywatelstwa, czasami tylko zwycięża ją tani 
efekt, który zawsze porywa tłumy. Śpiewak może dziś nie mied 
pojęcia o subtelności, frazie, cieniowaniu, byle zakończył arye mo- 
żliwie najwyższym tonem a dojdzie do niebywałych sukcesów* 
Czyż nie lepiej zamiast długich aryj, zaśpię waó gamę z kilkakro- 
tnem powtórzeniem wysokiego c? Po wszystkich domach na pią- 
trach w piwnicach i suterenach, bełkocą rozstrojone tortepiany — 
to kuszące tony walczyków zwanych poetycznie „streaboogi'*, tt> 
znów mazurki Chopina, zawsze z tym samym akompaniamentem 
w basie, słowem puszczono muzykę w obieg jak lichy pieniądz, 
odarto z niej szaty majestatu i pięknością zaprzepaszczono jej istotę 
i zawrotne głębie, w których zupełnie oderwana od materyi uto- 
nąó może dusza bidzka w jakiejś egzaltacyi cichej, słonecznej 
a nieskończonej. I nic dziwnego że jeśli uda nam się usłyszeć dziś 
.jDziewiątą symfonię" Bethovena, to martwiejemy na zew^nątrz 
bez ruchu, z zamkniętemi oczyma , tylko duszę mamy otwartą 
szeroko na nieznane św-ity i objawienia; jest nam jak gdyby jakiś 
olbrzym walił młotem potwornym w czaszkę i długo jeszcze pozo- 
staje szum i zamęt w głowie od jego bezlitosnych uderzeń. 



IGNACY PADEREWSKI. 303 

W tych czasach osłabienia twórczości muzycznej i upadku 
snaakii estetycznego, zjawiają się jeszcze jak świetlne drogowskazy, 
ducliy jasne, promienne, wykołysane na falach hymnów anielskich 
i niebieskich dzwonów, którym Bóg zamknął w duszy jaką^ przed- 
wieczną melo(lyo a w oczy zaklął święte błyski eutuzyazmu. To 
ci błogosławieni, co zachowali istotę tak czystą, jak wczasach „ba- 
śni piastunek i dziecinnych wierzeń", kiedy w oczach zasłuchanego 
dziecka dusza się położy i waży słów brzmienie, co ją tak nęcą 
mocą zaczarowanych zamków i zaklętych królewien. Ignacy Pade- 
rewski to jeden z tych nieliczny(>b artystów entuzyastów, dla któ- 
r}'ch sztuka jest najwyższym celem życia, spadkobierca nieśmiertel- 
nych romantyków, z którymi go łączy to samo ukochanie i bratnie 
pokrewieństwo. A przytem jest w jego życiu różuorodnem i bu- 
rzliwem dziwna niezawisłość od w,szystkicgo, co naokół jego wtc, 
kipi i kłębi się, jest jakaś potęga żywiołowa i moc nadmierna, 
z jaką cisnął sobie pod stoi)y wieńce i kwiaty świata. Tą siłą mo- 
żna sobie wyobrazió tylko przedziwne działanie na tłu n, który 
popada w bezgraniczny entuzyazm, skoro tylko Paderewski zasią- 
dzie do fortepianu. Takim właśnie uchwycił go znakomicie na por- 
trecie pastelowym Antoni Klamroth. W groźnem ściągnięciu brwi, 
w aureoli rozwichrzonych włosów, od których cień dziwny pada 
na tę twarz niezwykłą i czyni ją jeszcze bardziej tajemniczą, w wy^ 
razie źrenic, w których palą sic błyski dziwne a niespodziewane, 
w tem wszystkiem jest jakaś moc okrutna, poczucie nadmiaru sił 
i niby bimt strąconego anioła, przeciwko wszystkiemu, co przes 
człowieka nieodgadnione i nieujęte... Portret ten, to arcydzieło pędzla, 
dające nam w jednym momencie całą róźnorodnośó duszy ludzkiej 
i sięgające do najtajniejszych głębi... Cała istota Paderewskiego 
wyziera na portrecie z tych groźnych oczu i wyrazu twarzy, poję- 
tej tak mistrzowsko i niezwykle. Pomijam różnorodną młodośó 
artysty na którą złożyło się wiele przejśó i wrażeń w walce o byt 
i uznanie wśród całego legionu niechętnych i z zasady przeciwnych 
temu, co nowe świty zwiastuje, pomijam ten czas hartowania, 
miękkiej, wrażliwej istoty, ażeby nie uronid nic ze skarbów zaklę- 
tych w duszy, pomijam cały szereg dat i wypadków, którymi p. 
Hoesik tomy kiedyś z pewnością zapełni, i te dowcipne anegdoty 
z życia, co zdaniem biografów ducha człowieka i jego istotę 
nam poznad dają. Mnie zajmuje tylko wewnętrzne życie artysty, 
rodzaj i istotti jego twórczości i sposób, w jakim objawia swą 
duszę na zewnątrz, jako wirtouz i kompozytor. 



36 4 KRYTYKA. 

Juz od samego początku walczyd się zdają w duszy artysty 
dwie moce, dwa piemiastki i ukochania. Te ścierając się ustawi- 
cznie ze sobą, wytwarzają pewien wir i chaotycznośd, ale utrzy- 
mują równocześnie wszystkie najtajniejsze władze i stany duszy 
w ciągłem naprężeniu i czujności. Pierwszy to pęd odtwórczy, 
zdolnośó wnikania w ducha, charakter i istotę kompozycyi i ta 
żmudna praca ujęcia w formy doskonałe tego, co w nutach jest 
tylko niejasnym symbolem muzycznym niejako. Jest to jak gdyby 
powtórne odtwarzanie tego, co juź niz było stworzone, jest to jak 
gdyby powołanie do życia, mocą silnej, samodzielnej indywidual- 
ności, rzeczy martwej w sobie i nieruchomej. Tego rodzaju praca 
odtwórcza przestaje już byó zwykłem wirtouzostwem, polegającem 
na dokładnem odczytywaniu znaczków nutowych. I na tern polega 
głównie wielkośó Paderewskiego jako pianisty, niezrównanego od- 
twórcy dzieł Beethovena, Schumana, Chopina. Ci wymngają wiele 
pracy wewnętrznej, subtelności i inteligencyi podczas, gdy dla wy- 
konania Liszta wystarcza zupełnie technika i temperament, bo 
głębi w nim nie szukaó... 

Ciekawą i dziwną poniekąd jest ta okolicznośó, że kompozy- 
torowie, chód znakomici wirtouzi, nie umieją najczęściej graó wła- 
snycli utworów. Dzieło, którem się niemal żyło w chwili tworzenia, 
po napisaniu ostatniego taktu, staje się czemś obcem dla twórcy, 
jak rzecz nieswoja i cudza. Zdaje się jak gdyby zerwał się zu- 
pełnie ten tajemniczy związek między stworzycielem a stworzonem. 
To pewne naprzykład, że Chopin ani na jedną chwilę nie miał 
w życiu zuj)ełiiej świadomości, jak potężnym był duchem i jakie 
arcydzieła tworzył. Tak wielką i ślepą jest w każdej pracy twór- 
czej intuicya. 

Paderewski porwany raz w wir wirtuozowski, bez plauu 
i z pewnym jakby gorączkowym pospiechem, przejeżdża od kraju 
do kraju, od miasta do miasta, pozostawiając po sobie bukiety 
uwiędłyoh kwiatów i wielkie rozgłośne imię. Krytyka, ta kapryśna 
i tak zmienna pani, tym razem bez względu na narodowośó, wznosi 
hymny pochwalne na cześó genialnego Polaka i pociąga za sobą 
stugębną reklamę po całym świecie. Życie Paderewskiego to jeden 
tryumfalny pochód przez Niemcy, Francyę, Rosyę, Rumunię, Anglię 
i Italię. Przerzucał się on także kilka razy za Ocean, podbił 
sobie od razu serca Amerykanów. Koncerta Paderewskiego w Ame- 
ryce, to jakieś wielkie demonstracye na cześó artysty urządzane, 
częścią pod wpływem prawdziwego entuzyazmu, a częścią dla amc- 



IGNACY PADEREWSKI. 365 

tykaiSskiej ekeeentryczności i zabicia czasu. Jedna 7. gazet w Chi- 
cago, obliczyła po długich kombinaeyach, ilo4(? tonów w utworach 
granych na jednym łioncercie, a potem stoBunkowo ilość dolarów 
za każdą poszczególną nutę uderzoną przez Paderewskiego... 

Po ostatnich ivyBtcpaeh artysty w Warezawie, pisał mi jeden 
z przyjaciół: „byłem na koncercie Paderewskiego! Xie wiem, czy 
to jakaś ogólna wielka suggestya i przekonanie, nabyte wprzód od 
drugich, że się ma przed sobą największego pianistę i mistrza 
dzisiejszych czasów, czy ta powierzchownośó jego tak niezwykła 
i ])rzykuwajiica do siebie, czy jakaś siła magnetyczna, którą roz- 
rzuca w kaskadach akordów i tonów, a każdy dla siebie jest taki 
pełny i skończony, dośó że czułem eic wytrącony zupełnie z ró- 
wnowagi i porwuuy wjakiś wir fal, kłębiących się koło fortepianu 
i przedziwnie jego pięknej głowy. Najttziwniejszą wydała mi się 
ta różni iroduoś.^ odcieni wgrze; Paderewski czasem śpiewał, koły- 
sał, koił, czasem szarpał, męczył i grzmiał, to znowu rzucał jakby 
dla igraszki jakieś błyskotliwe i długie sznury tonów w przestrzeń, 
wyławiając niektóre, a innym jiozwalając rozpryskaó się i gasnąÓ 
a najprzedziwniejszymi były te momenty, w których zda się saata- 
nawiał się i ważył każdy pojedynczy too fortepianu". 

We Jj\vowie był Paderewski tylko dwa razy. Pierwszy raz 
jako nieznany jeszcze w świecie, młodziutki profesor warszawskiego 
konserwatoryura, brał udział w wielkim koncercie kompozytorskim, 
Zeletiskidgo i odegrał na nim z ś. p. prof. Wszelaczyńskim swoje 
-Taiice tatrzadskic" na cztery ręce. Występ ten przeszedł l>ez 
większego wrażenia. Drugi raz już jako sławny pianista, zjeżdia 
Paderewski wprost z Paryia do Gulieyi i daje cały szereg koncer- 
tów we liWowie, Krakowie, Przemyślu itd. Stałym jiunktem pro- 
gramu był wtedy menuet g-dur, który od tego czasu stał się u nas 
tak pojuilarnym. 

Z tym ]>ierwszym pierwiastkiem wiriouzowskim odtwórczym, 
ściera się ustawicznie w duszy artysty, drugi, silniejszy, głębszy 
i bardziej sumoilziclny tj. pod do koiupuzycyi. do pracy twórczej, 
który budzi się u Paderewskiego już od lat najmłodszych. Zy- 
skawszy sławę zaszczyty i majątek, czuje on mimo to ciągle, że 
jako wirtouz, nie może sic nigdy wznieśódo tycb wyżyn, nu jakie wznosi 
praca tvv6i-cza-natchniona, polegająca na objawieniu i kontemplacyi. 
Dlatego między jednem a drugiem toumóe, oddaje się jiilnie 
k<fmpozyevi, u nawet ua dłuższy czas szuka bezwzględnej ciszy 
i spokoju, aliy ■/. niej zaczerpnnó nowe ;Jródła natchnienia. W ście- 
raniu się tycli dwóch pierwiastków, kryje się pewien smutek i tra- 



300 KRYTYKA. 

gi/.m, który znajduje przedziwny wyraz w niektórych kompozycyaeh 
Paderewskiego, (Elegia as-moU-Op. 4). 

W pierwszych młodzieńczych utworach Paderewskiego mniej 
więcej do op. 10, nie znalazłem nic silniejszego. Są to w prze- 
ważnej części tadcc polskie a więc, krakowiaki, mazurki, polonesy, 
rzadko tylko oparte na wyraźnej melodyi ludowej, opracowane 
znakomicie i odznaczające się obok pięknej wytwornej formy pe- 
wnym rozmachem. Są w nich jednak już pewne przeWyski tego, co 
później tak silny znajdzie wyraz np. Minuetto op. 1, jest niby 
przygotowaniem do sławnego Menueta późniejszego g-dur. Wyjątek 
stanowi tylko przecudna elegia as-moll op. 4. Jest to kompozy- 
cya subtelna, wykończona i pełna niepojętego czaru, coś z wyzwo- 
lenia się od wszystkich krępujących wybuchy ducha form i z ci- 
chej kontemplacyi. Po melodyi, która płynie spokojnie, jak tęskny 
głos fletni pastuszej w rośny ranek, następuje jakieś ogromne mi- 
steryum organowe, pełne tajemniczych przejśó i dziwnych nnodula- 
cyj. Tak grają zapewne organy, po starych zmurszałych katedrach, 
cichą miesięczną nocą, trącane palcami mnicha-ascety, wiekowego 
muzyka, który drźącemi rękami dotyka klawiszów, zdziwiony, że 
jest takie cudowne granie nieznane dotąd ani jemu, ani nikomu ze 
śmiertelnych. A ten uporczywie powtarzany ton f. — to niby drga- 
nie fali księżycowej, trąconej głosem organu — drganie, co kona 
zwolna na szarej posadzce, na gzemsach starych murów i w zaci- 
szach świętych posągów. Po przebrzmieniu ostatniego tonu elegii, 
powstaje nam w duszy jakiś drugi poemat, jeszcze bardziej inten- 
zywny i głęi)oki. Elegia as-moll, to jitkby lucidum intervallum 
między pierwszymi dziesięcioma opusami, to prawdziwe arcydzieło 
kompozycyi fortepianowej. Album de Mai op. 10. (Au soir, Chańt 
d'amour, Scherzino, Barcarolle, Caprice-Yalse), odznaczają się ele- 
gancką formą pełną wdzięku i lekkości. Tak misterną formę po- 
siada z polskich kompozytorów jeden tylko Paderewski, w czem 
zbliża się najbardziej do kompozytorów francuskich. 

Pierwszym utworem Paderewskiego, bardziej popidarnym ale 
dla trudności technicznych granym tylko przez wirtouzów na kon- 
certach, były Waryacye i Fuga a-moll. Temat główny to jakaś 
rzewna i smutna dumka. Na tym temacie rozwija się potem cały 
szereg poszczególnych waryacyj i preludiów, zakończonych świetną 
w przeprowadzeniu głosów fugą. Pjjzez wielkie bogactwo pomysłów 
i cii.głe zmiany tonący i w poszczególnych częściach (a-moll-c-dur- 
f-dur), uniknął Paderewski monotonii, chód w każdej części do.śó 
łatwo doszukaó się pierwiastków zasadniczego tematu. Całośó rc)bi 



IGNaCY PADEREWSKI. .l«r 

wrażenie jednolite, silne i efektonne, Ziini5 w tym utworze wielką 
erudycyc i znajomość muzyozaą, wyuik sumienDych studyów Pa- 
derewskiego w Berlinie i Wiedniu. 

Z op, 14 (Menuett, Saral>anda, Intermezzo, Krakowiak fan- 
tastyczny), najbardziej znanym jest pełen prostoty Mozartowakiej 
i wdzięku Menuet g-dur. Wszędzie,- gdzie tylko jest fortepian, na 
koncertach, popisach i konkursach jest on granym, przyjął się sam 
z siebie, i stał się własnofeią ogółu muzykujących. Innych kom- 
pozycyj Paderewskiego jak np, elegii op. 4, tSurabandy op. 14, 
^foktunia op. 16, nikt nie zna i nie gm, z krzywdą dla kompozy- 
tora, cho<i są to utwory niezwykłej piękności. Taksamo dzieje się 
z Chopinem. Gra się tylko [>owazeclmie kilka utwort^w najwięcej 
znanych, pomijając takie arcydzi^a jak mazurek przedostatni i osta- 
tni, lub Nokturn op. 27 nr. 1. Wskutek tego idą one w zapo- 
mnienie, jak coś umarłego juź i nieistniejącego. Pominąwszy nie- 
zmiernie trudny i monotonny wskutek jednostajnego podziału laktu 
Dans le U^sert, op. li>, musimy wspomnieć jeszcze o dwóch 
utworach: liegendzie i Koktumle z op. ll>, pt. Miscelanea. Le- 
genda spokojnii, pogodna niby jakieś opowiadanie półgłosem, przy 
kominku w noc zimową, przechodzi w drugiej części w misterne 
połączenie dw<^ch tematów. Robi to wrażenie jakiegoś kołysania 
lub bicia dzwonów, które rośnie i rośnie, a po kilku potężnych 
akordach, wraca powoli do pierwszego pogodnego opowiadania 
przy kominku nocą /.imową. Nokturn a-moll, x melodyą przypo- 
minającą lekki, ledwo dosłyszalny plusk morza, całującego brzegi 
miesięczną nocą, 1 pełen przedziwnych zwrotów i przejśd jest rów- 
nież jedną z najciekawszych kompozycyj Paiierewski^o. Cykl pie- 
śni op. 17, do słów Mickiewicza, udznaczn się spokojnem, powa- 
źnem traktowaniem partyi głosowej i ciekawym akompaniamentem, 
który świetnie illustruje treśd i ducha poematów. 

Szczególnie piękną i nasti-ojową jest pieśń ,,Nad wodą wielką 
i czystą" z kwintowym akompaniamentem w basie, na ktrfregci tle 
wysnuwa się piękna, powabna nielodya. Prócz wymienionych wyżej 
{losiada jiiż Paderewski łącznie dwadzieścia kilka opusów, a mię- 
dzy niemi sonatę na skrzypce, Koncert i Fantazyę polską. Wszyst- 
kie cechnje lekka i piękna forma i wicie oryginalności. Szumann 
i Grieg wywarli niewątpliwie dn#.y wpływ na Paderewskiego, któ- 
remu nie mogła się oprzed wrażliwa dusza artysty. I tak z Schu- 
manem łączy go S|)okujne prowadzenie fraz muzycznych i misterna 
forma, z Grie^rieu sposób harmonizowaida, pełen niespodzianek 
i niez^wsze zgodny z prawami harmonii. 



308 KRYTYKA. 

W ostatnich latach oddał się Paderewski z zapałem pracy 
nad stworzeniem opery oryginalnej polskiej. Owocem ostatnich 
lat i najwyższym wyrazem dojrzałego juź zupełnie ducha artysty, 
będzie opera „Mauru**, którą za kilka dni usłyszymy na naszej 
scenie. 

Bogata, entuzyastyczna i zawsze młoda dusza artysty, dla 
którego sztuka jest najwyższem ukochaniem, jego miłośó do ro- 
dzinnego kraju i zainteresowanie się, z jakiem śledzi ruch umy- 
słowy i artystyczny polski, pomagając swymi konkursami młodym 
talentom wybió się z szarego tłumu, gdzie tak łatwo byó za życia 
pogrzebanym — to wszystko zbliża Paderewskiego coraz bardziej 
do naszych serc, otaczając go nimbem powszechnej czci i miłości. 

Z krótkich a dosadnych charakteryzacyi artysty, najlepszą 
wydała mi się ta, którą od kogoś słyszałem: 

..Paderewski to taki wielki Pan!" 




LEOPOLD STAFF. 



I. 

Ja wiem, ja wiem 
Co o cichej północy się dzieje. . . 

Błękitnym snem 
Mego parku jaśnieją aleje. . . 

Za sosny pień 
Cisza trwożna, bez tchu i bez ducha 

Skryła się w cień, 
Oczy dłonią zasłania i słucha... 

Krok cichych stóp 
Smieró przyspiesza, bo drży, że się spjźui... 

Pachnie jej łup... 
Nową kosę ukradła gdzieś z kuźni... 



TAJEMNICA. 



WśnSd wonnych rfii 
Gra oślepły od długich łez grajek... 

DzU skona... .lai 
Najcudniejazą wyś^tiewał z eivych bajek... 

Dziecię wśrrid łez 
S/uka matki przez traw mknąo kobierzec... 

ZgOD dał jej kres... 
Byle o tern dzieeięoin nio nie rzec... 

Wiera co Śni las... 
Pełna cudi5w noo jasna, tęskniąoa, 

Zbyt długi OTias 
W myśl mą blaskiem wglądała miesiąoa... ' 

Zbyt długo, zbyt 
We mnie oiszą wtapiała oię głuszy... 

I nim wstał świt, 
Zakoobała się noo w mojej duszy... 

Miłosnym tohem 
Teraz w głąb mą zwierzenia swe sieje... 

Ja wiem, ja wiem 
Co o cichej pdłoooy się dzieje... 



.TI. 
Wie o tem noc ciemna 

I ja o tern wiem... 
Wiąże nas tajemna 

Hió z zagadki dnem... 

.lak lekką woń polną 

Pieśń mą niesie wiew, 
Cho6 Die łVBzystko wolno, 

Woieli<5 mi w swdj śpiew. 

Lecz noo wam to w dusze 

Wazepnie oichym snem, 

Co zamiicze<i muszę, 

Chociaż o tem wiem... 



«ENEDVKT ELMER. 



Filozofia E^rnesta Macha. 



W ilKiedzinio fizyki; psycbofizyki i f]zyologii zmysMH', ostatnie 
lat dziesiątki wykaf-ad się mogi) Diezwykłcm rozMorzonioin siakreRu 
badaii, wielką ró/norodiiOHcin tooryj i hipotez, Htano»'ił}cycli wyj- 
6c']e dla konkrotnycli prób i poiwukiwau, jukotcź niezmierną iston- 
zywuościn w eksperymeDŁalnem itaRtoaowaniu o^ólnyołi zattad. Im 
większa jest iloió pojedynozyoli spostrzeżeń i nowych danych w ści- 
śle ograniczonych przyrodniczo - doświadczalnych działach, tcm sil- 
niej daje się nozud potrzeba prawd ogf^loo -poznawozych, ktdreby 
zon.' ento waty badacza co do właściwego znaczenia rezultatu przezeń 
ORiągni^^tego i kierunku, w jakim badania swe ma rozszerzy<f i uilo- 
8konali<?. Najwi(|kBzyoh odkryd W dziedzinie przyrodoznawstwa do- 
konano pod kierunkiem teoryi poznania — z drugiej strony przy- 
ozyuiły aię genialne odkrycia przyrodników do nstanowienia nowyoli 
zasad poznania, które zrewolneyonizowały pojęcia o świecie fizy- 
kalnym i rozszerzyły bezmiernie widnoknjg myili ludzkiej. 

Jednem z najświetniejszych zadań, jakiego sio w drugiej po- 
łowie XIX. stulecia podj«to i które ostatecznie w dziedzinie fizyki 
i [)sychofi/yoIogii do pewnego stopniu rozwiązano, była i jest kwc- 
-Htya wyeliminowania z nauk [lojęó, sprzecznych z najokouomiczniej-ztj 
i nieomylną t. j. empiryczną metodą l)adaiiia. .Jakkolwiek wyj- 
ście i przykład empiryeznegti sposobu poznawania były słorinuło- 
wano jeszcze przez Dawida IIume'a, utrzymywali następujący po 
uim Hlozofowie tradycye metafizyczne ni po nasze czasy. Punkt 
zwrotny ku empirycznemu pojmowaniu i zastosowaniu zasad 
poznania, tak wświeeie psychologicznym jak i fizykalnym, stanowią 
genialne prace Arcnariusa i Maeha, N^iezaleźnie od siebie stykają 
się oni w swoich rezultatach teoretyczno -poznawo^oh z TIume'm; 



FILU/OKIA. KKNESTA >[A(.:HA. 371 

jotlnalłowoż refwrraatorekie ieli zDaezenre nietylko na tein polega, 
iż podjęli myśl prawdziwi;, o(lo|>chniętą przez fitOKofdw XIX. atu- 
locia. lecz że metodą, któr^ Hiime doszedł do swego rewolucyjnego 
^uicitopo^ii^du, usiłowali opisaij i opisali rzeczywiatośt? w dziedzinach, 
zawalonych jeszcze itupclnie balastem metafizycznym. Podczas gdy 
Avcnai'ius zwracał cała B«"oją uwagę głównie na podstawy i zasady 
j>sy>;liologii poznaniu i prawa psychiki ludzkiego ^.ycia, to Mach 
zasto sowy wał metodę ściśle empiryczną do kwestyj fizykalnych 
i psychofizyologieznycli. 

Owoc swych studyów złożył Macli w szeregu dzieł przeważnie 
fi/ykaliiysh. W łtadaniach nad mechaniką pt. I)ic Mcchaitil: in ihrer 
Fit(ivich;luttf/, hislorisch-kritiseli ilart/estcilt — śledzi ogólne, prze- 
wodnie myśli, które kierowały (Galileuszami, Huygensami, Newto- 
nami wrtwczas, kiedy fizyka pierwsze kroki zaczęta dopiero stawia*!. 
Dziś nie mogły njśó jego uwagi te błędy teoretyczno - poznawcze, 
które ujemnie wpłynęły na rozwój i rezultaty ich badań, a odsło- 
niły sic jasno t« zasadnicze idee, które ich wiodły w dziedzinę 
czystej pniwdy fizykalnej. W temsameni dziele podejmuje histo- 
rycznie nadzwyczaj doniosłą krytykę 7.asad Newtona, w duchu teoryi 
wyeliminowania pojoó metafizycznych i w miejsce Newton owego po- 
jęcia iriasy (Masnenbefiriff) stawia i rozwija przez siebie w\-nale- 
zione pojęcie masy empiryczne, polegające na zasadzie reakcyi (Ge- 
gonwirkungsprinzip). Znajdujemy tu już obszerniejsze omówienie 
jego definicyi nauki, jako ekonomii myślenia. (Myśl tę wypowie,- 
dziai -Mach już w roku 1872 w swej rozprawie GesUtUoi der Fliis- 
vi;/l.';il, podczas gdy dzieło AveDflriusa, mające za przed- 
n.iyt ten sam temat, wyszło w cztery lata ])ófuiej. Zresztą sam Ave- 
nariuy przyznaje picrwszeóstwo Macbowil. Wreszcie występuje tu 
Mach przeciw jednostronnemu przecenianiu mechaniki na niekorzj-arf 
innych gałęzi przyrodoznawstwa. ..Mechanika — mówi w za- 
kończeniu dzieła — nie obejmuje podstawy, ani części 
świata, lecz tylko pewną jego stronę'^. W dziele: 
..I'rin:i)iii;n dar Wiiriiielchre" mają szczególną wagę i doniosłośi^ 
wyczerpujące uwagi o pojęciu energii z empirj-cznego stanowiska. 
Niepodobna w pobieżnym artykule wyliczyó cenny oh wskazó^rek, 
oryginalnych myśli i rozjaiuiajijeych uader zawiłe fakta analiz, za- 
wartych w iiracaeh : Erhalliinij der Arlieil, Bewei/ungseni/i/indnn' 
•/en lub w dziele Anati/se der Emjifindinir/en. Ijwią ozęśó bardzo 
licznych badali z dziedziny fizyki i fizyologii zmj-slów, jakoteż opisy 
uader pomysłowych, przez siebie skonstruowanych aparatów złożył 



37;2 KRYTYKA. 

Mach w sprawozdaniach z posiedzeii wiedeńskiej akademii umie- 
jętności i w dziele Optisch-aJcusiische Yersuche. 

W kołach przyrodników doniosłe znaczenie prac przyrodni- 
czych Macha ogólnie jest znane i uznane. Atoli lUa filozoficznie 
wykształconej inteligencyi najważniejszymi będą jedynie poglądy 
ogólne, teoretyczno - poznawcze. Na czem one głównie polegają? 
Metoda badania Macha jest w naj ściślej szem znaczeniu wyrazu 
empiryczna. Barwy, tony, naciski, przestrzenie, czasy i t. d. 
są w rozmaity sposib ze sobą powiązane, tworzą rozmaite kom- 
pleksy. „Względnie trwalej powiązanymi okazują się przede- 
wszystkiem przestrzenne i czasowo połączone kompleksy barw, 
tonów, nacisków i t. d., które nazvwamv ciałami. Absolutnie 
stałymi kompleksy te nie są". Mój stół jest bądź jaśniej, bądź 
ciemniej oświetlony, może byó cieplejszy lub zimniejszy. Może się- 
poplamió. Jedna noga może się złamaó. Dla mnie pozostaje oa 
przecież stołem, na którym codziennie piszę. Przewaga tego, co> 
jest stałe, wobec tego, co jest zmienne, zmusza do częścią instyn- 
ktownej, częścią dowolnej i świadomej ekonomii wyobrażania. Co- 
naraz bywa wyobrażone, otrzymuje jedną nazwę. „Dalej oka- 
zuje się względnie trwałym do szczególnego ciała (organizmu) przy- 
wiązany kompleks wspomnień, nastrojów, uczuó, który oznaczamy" 
wyrazem ja. Mogę byó zajęty tym lub owym przedmiotem, byó- 
wesołym lub smutnym. W każdym razie pozostaje tyle stałego, ohy 
uznaó ja za to samo". 

., Pozorna trwałośó tego j a polega przedewszystkiem na cią- 
głości, na powolnej zmianie". Samo pojecie substratu myślącego- 
jest mylne. Poznajemy bowiem tylko nasze uczucia, wyobrażenia, 
i myśli; to coś zaś, które czuje i myśli, dla nas nie istnieje. Wy- 
rażając się ściśle, powinniśmy mówió: myśl i, jak mówimy: grzmi.. 
Powiedzieó cogito jest już za wiele, skoro się to przetłómaczy 
przez j a myślę**. 

Skoro jednak nastąpiła pierwsza (fałszywa) oryentacya przez 
utworzenie pojęó substancyalnych „ciało'* „ja** (materya, dusza) 
występują wszelkie zmiany kompleksu jako jego własności. 
Zwolna wytwarza się przyzwyczajenie i ustala przekonanie, że kom- 
pleks, który poznajemy, mimo braku niektórych cech, nie zmieni 
się i wówczas, gdy go wszelkich jego własnoś 'i pozbawimy. W t^n 
sposób tworzy się pojęcie rzeczy samej w s o b i e , zupełnie 
różnej od zjawisk. Wykazywaó całą niedorzecznośó takiego rozumo- 
wania jest zbyteczne, po przyswojeniu sobie powyższych wywo<lów- 
Macha. 



FILOZOFIA ERNESTA MACHA. 373 

..Gdyśmy już pozDuli, że muiemauo jednuSci „eiało" — „ja" 
są arodkanii pomocniczymi przy o b w i 1 o w ej oryentaoyi, musimy 
ifsh zaDiecliai5 |»r:!y daleko idąoyoh badaniach naukowych". Wy- 
pływa to zdanie konBck^i-entoie z poglądów Macha na zadanie nauki. 
„Biologioznem zadaniem nauki jest zupełnie rozwiniętemu indywi- 
duum ludzkiemu dud n.ożliwie naj ziipełn ie jszą oryentacyę". 
Atoli wobec przytłaczającego bogactwa zjawisk, oryeutaoya jest 
tylko wtedy możliwą, jeżeli się opisze 7.avfiBioi6 jednych zjawisk 
od dnigioh w sposób najproetezy, najłatwiejszy, najekonomioznicjszy. 
Nauka więc jest mydleniem ekonomioznem. To pojęcie zawiera 
w zarodku i anteoypujc bardziej szczegółowe pojęcie nauki podane 
przez Kirchoffa, jako „naj z u pełniejszego, najprostszego opisu". 

Gdyśmy więc zarzucili pojęcia substancyi (ciała, duszy) jako 
nieekonomiczne, a więc niewystarczające nauce, musimy ją oprzeó 
na podstawach innych, silniejszych, bardziej jej odpowiadających. 
Dla uniknięcia nieporozumienia, nazwijmy za Alaohem kompleksy 

banv, tonów i t, d,, które zwykle nazywamy ciałami A, B, C , 

kompleks, który się zwie naszem ciałem i który jest przez pewne 
właściwości wyodrębnioną cześoią pierwszych, nazwijmy K, L, M.,., 
kompleks aktów woli, wspomnieli i t. d., przedstawmy przez 

«. /*, ;' 

Rozivażmy bliżej kompleksy A, B, <J, z których drogą czy- 
sto empiryczną mamy otrzymaó podwaliny dla nauki; póiniej się 
przekonamy, czy podwaliny w«, fi, y, będą tesame. „Itzecz, ciało, 
matcrya, nie są niczem innem jak związkiem barw, tonów itd., jak 
tnk zwunemi cechami'. Praca więc ułatwiona. Mamy zanalizować 
cechy, które stanowią ciało. Przez analizę dochodzimy do tego, ie 
nie wyróżniamy w ciele innych składników prócz wrażed dotyko- 
wych, słuchowych, wzrokowych, które sic jeszcze rozkładają na 
wrażenia barwy i kształtu. W rozmaitości barw wyróżniam.y jesz- 
cze w mniejszej ilości barwy zasadnicze itd. Kompleksy więc roz- 
padają się na elementy. Analizy tychże przeprowadzać nie mo- 
żna, są to o.'>tatGcznc dane doświadczenia. 

Przez podobną analizę starajmy się teraz dojśó, jakie ele- 
ment y składają się na kompleksy u, (i, y. Gdy widzimy przed 
Holią /iehme drzewo, lub gdy je sobie przypominamy, wy- 
obrażamy, to umiemy dobrze odróżniaó te obydwa wypadki, 
Drzewo \łyobrażone ma po największej części niewyraaniejsze kon- 
tury, jogo ziolonośó jest bledsza. Ruch, który chcemy wykona<? 
jest zaws/e ruchem tylko wyobrażonym. Ale w każdym razie wy- 
stępują w kompleksie «, ji, y, nie inne elementy jak w komple- 



::;;4 KRYTYKA. 

ksio A, H, C. Ta powyżej wymieniona okolieziiose. że elementy 
kom])leksu a, />, y, są ulotniejsze i uiewyraźniejsze, nie tak inten- 
sywne jak elementy kompleksu A, B, C, nietylko nie znosi toż- 
samości elementów w obu kompleksaeh a, fi, ;», i A, B, C, ale 
nawet nie przemawia przeciw temu, że one sa t e g o s a ui e g o 
r o cl z a j u, te j[s a m e j natury; a to cliodby dla tego prostego 
, i znanego faktu, że niejednokrotnie wyobrażenia narzucają się umy- 
słowi z intensywnością i wyrazistością wrażeii (halucynacval). 
.. Przeciwieiistwo miedzy ja a światem, wrażeniem czyli zjawiskiem 
a rzeczą odpada, i chodzi tylko wyłącznie o związek elementów 
a, (i, y: A, B, C; K, Jj, M. Nauka ma ten związek poprostu 
skonstatować L w nim sio oryentowad, zamiast ehciee wytlu- 
maczyó jego istnienie". 

W ścisłym z poprzednimi wywodami zviązku są poglądy 
Mucha na zadanie i przedmiot fizyki i j)sychologii. Jeżeli badam 
związek wzajemny elementów A, B, C, nie zważając na K, I^, M, 
i a, fty ;', uprawiam fizykę. Kula uderza o dzwon; dzwoni. 
W tym wypadku zdają sic elementy (A, B, C) zależe(5 tylko od 
siebie, pozostawać zaś niezawisłymi od naszego ciała (K, L, M) 
i kompleksu a, fiy y. Przetnijmy jeJnak nerw słuchowy ; nie dzwoni. 
Elementy A, B, C, pozostają więc w stosunku zależności nietylko 
od siebie, ale także od K, L, M. (idy zwracam uwagę na zale- 
żnośd ostatniego rodzaju, uprawiam fizyologio. Różnica między ba- 
daniem fizykalnem, fizyologiczncm lub psychologicznem istnieje 
tylko dla zwykłego, stereotypowego sposobu myślenia. Według 
Macha nie przedmiot, lecz kierunek badania jest różny 
w obu dziedzinach. Wyraził to dobrze Ayenarius, żądając usunie- 
cia terminów fizyczny, j)sychiczny, a proponując, aby nadal mówió 
tylko o zależnościach fizykalnych i psychologicznych. 

Przyjąwszy takie pojęcie fizyki i psychologii, ostrzega Mach 
z całą świadomością jasnowidzącego przed niebezpieczeństwem, 
grożącem jednej nauce przez wprowadzenie do niej pojęr i metod 
nauki drugiej. Niebezpieczeństwo według Macha jest daleko gro- 
źniejsze dla psychologii ze strony fizyki niż odwrotnie, orze- 
czenie to bardzo charakterystyczne w ustach Macha, będącego 
z zawodu fizykiem budzi zaufanie do jego nieuprzedzonych niczem 
poglądów. Daje też Mach jak najprostsze przykłady, aby wykazad, 
jakie zamieszanie powstaje wskutek nieostrożnego przenoszenia 
«?])osobu myślenia, panującego w jednej dziedzinie w dziedzinę 
d r u jr a. 



■■ł^W^^ 



FILOZOFJA ERNESTA MACHA. 375 

„Fizyk obserwuje na wycictetn oku odwrócooy obi-az siat- 
kówki i zadaje Bobio pytanie, ozem si-^ to dzieje, ie puukt Iciąoy 
w przestr^eoi na d o i e, odbija się na siatkdwcc na g (^ r z e. 
Na to (>ytanie odpowiada oo na podstawie badań dyoptrycznych. 
To^amo pytanie, zupełnie uprawnione w dziedzinie fizyki, wytwa- 
rxa w psyoliologii tylko uiejasnoSei. Pytanie, dlaczego widzimy 
odwróooDB obrazy siatkńwki prosto, jest jako problemat psy- 
chologiczny Diedorzeezniem. Wrażenia świetlne (lojedynczych miejsc 
na siatkówce są od swego początku połączone z wrażeniami 
przestrzeń nera i i my nazywamy te miejsca, które odpowiadają oa 
dole położonym miejscom siatkówki, g ó r u e m i. Dla podmiotu, 
odbierającego wrażenie nie może wcale takie pytanie powsta<f. 

Podobnie ma sie rzecz ze znaną teoryą rzutów na zewnątrz. 
Jest zadaniem fizyka znalG:£ó rzeczywiaty punkt świecący na prze- 
dłużcoiti promienia, poproiradzonego przez obraz punktu na siat- 
kówoe i punkt krzyżowania. Dla podmiotu, odbierającego m-aże- 
nie, taki problemat nie istnieje; bo wrażenia świetlne są od po- 
czątku przywiązane do określonych wrażeń przestrzennych. Cala 
teorya psychologicznego początku świata zewnętrznego przez rzuty 
wrażeń nn zewnątrz, polega tylko na niewlaściwem użyciu fizykal- 
nych punktów widzenia". 

Niezaprzeczoną okaże się doniosłośó tego ostrzeżenia, gdy 
pnfypomnimy nadzieje większej części fizyków, ze szkoły li&plaee'n, 
źe lida się dopiero wtedy zanalizowaó wrażenia, gdy poznamy drogi 
atomów w mózgu, i że trzeba było aż rozgłośnego „Ignorabimus" 
I'>u-Bois-lteymonda, które uznało nieroewiązalno^ó takiego proble- 
matu. (Jłośne ..Ignorabimus" było jednak wyrazem niemocy; nic 
zrobiło ono lego dalszego kroku, że problemat uznany za 
nierozwiązalny musi polcgaó na fałszywem postawieniu kwestyi. 
Krok ten zrobił dopiero Mach przez powyższe pojęcie fizyki i psy- 
chologii i ich wzajemnego stosunku. 

Jakież więu »ą rezultaty poszukiwań Macha, wyrażono kilku 
zdaniami. ^Niema woale przepaści między ps}'chicznem a fizycznem, 
żadnego \vcwnątrz i zewnątrz., żadnego tv r a ż c n i a, 
któremiiby odpowiadała inna od tegoż różna rzecz. Są tylko 
elementy jednego rodzaju, składające się na to mnie- 
mane „wewnątrz" i „zewnątrz", kt^ire właśnie stosownie do czaso- 
wej obacrwaoyi -są wewnątrz lub .zewnątrz'. 

Rezultaty te są niezmiernie doniosłe: Ba podstawie bowiem 
■powyższych pojęó można uprawiaó fizykę, wolną eupełnie od fał- 
szów Tnetafizyoznych, gmatwająoyoh rzecz i utrudni^ąoyoli ekono- 



376 KRYTYKA. 

miozne badacie; można uprawiatf psyoliofizyologic w spoodb zupeł- 
nie nowy, porznoająo jako zbyteczne eialo, którego „ekutkiem 
otrzymanym dopiero przez proces nerwowy jest samo wrażenie". 

/e tego rodzaju eliminaoya pojcd nieekonomicznych prowadzi 
przy danych warunkach do coraz nowych zdobyczy w epecyalnych 
gałęziach nauk, dowodzi onła historya rozwoju poglądów na naj- 
ważniejsze prawa zmian ^> świecie zależności fizykalnyoh. Każdy 
z wielkich przyrodników przeszłości był w równym Btopniu elimi- 
minatorem jak i syntetykiem, gdyż żadna prawdziwa twórczoćó nie 
może się opierat5 na fałszywych przestankach i obejść się bez wy- 
próbowanych środków badania. To toż Mach odczuł ^ęhoko brak^ 
jaki się z powodu niedostatecznoSoi metody i o gólno-poz nawozy cli 
oryentaoyj w różnych gałęziach przyrodoznawstwa ujawnił i w dzie- 
łach Bwyoh przedewszystkiem koncentruje swą uwagę ua te działy 
badań przyrodniczych, dla których każdy postęp metodologiczny, 
każdy błysk światła ze sfery psychologii badania, stanowi conditio 
sine (]ua non dalszego rozwoju. 

Znacz^-łoby tu jednak zmnicjszaó zasługę Macha, gdybyśmy 
jego działalnośó odnieśli tylko do dziedziny przyrodniczej, albo- 
wiem dla filozofii teoretyczno -poznawcze poglądy wyrażone w: Ana- 
lysc ller Empfindunijen, niektórych ui^tępach Mechaniki 
i Popularjio-przyrodniczyoh wykładach sta- 
nowią obok dziel Avenariu8a najcenniejszy i najpłodniejszy w cy- 
wilizacyjne skutki dorobek empiryki lioząo od ozat^ów Da- 
wida Hume'a. Czynią one Macha jednym z najgenialniejszych 
umysłów ubiegłego stulecia, a naukę jego i Ilyszarda Avcnariiisa 
koniecznymi punktami wyjścia wszelkiej przyszłej filozofii empi- 
rycznej. 



Aryman mści sią. 



Gdy od loj chwili ówieró wieku upłynęło, plecy starca zgar- 
biły się, długa broda do pasa sięgała, ręce wyschły, słuch i wKrok 
stępiał. Gasoąocm okiem spoglądał Diokles na syna, który go prze- 
rósł o głowę. Oczy młodzieńca były czarne i głębokie, jak u matki^ 



ARYMAN MŚCI SIĘ. 377 

a długie wzburzone włosy były, niby sen, który ją przypominał. 
Młody pustelnik prócz ojca nie widział przez cały swój żywot ani 
jednego człowieka. Żyli w skałach we dwu jak szakale. Czasami, 
gdy w strumieniu dużo namoczyli liścia palmowego i upletli obfity 
stos koszów, Diokles brał towar na plecy i szedł w puszczę, nie 
mówiąc synowie dokąd się udaje. Kiedy powracał, niósł zapasy 
i pisma święte. 

Pewnego dnia, wstawszy rano, rzekł Jan do ojca: 

— Miałem sen dziwny i piękny, jak gdybym w ciągu tej nocy 

gościł w niebiosach. Zamknąd oczy i raz jeszcze zobaczyó tesame 

widzenia!... Gdy czuje, że się w głębi mego wzroku oddalają 

i gdy wstrzymać ich nie mogę, krzyk się z mych piersi wydziera. 

Przychodziły do mego łoża i stawały nademną dziwne istoty 
do mnie ani do ciebie niepodobne, choó miały nasze ludzkie ciała. 
Nigdy ich nie widziałem w pustyni. 

Włosy ich były długie... U jednej żółtawe, niby drzewo buk- 
szpanowe, ale połyskujące, jak piaski dalekie o zachodzie słońca. 

Druga miała włosy ciemne i wzburzone, jak dym, kiedy leni- 
wie wzbija się kłębami nad mokrem drzewem ogniska. 

Włosy trzeciej były czarne, bez blasku, tak długie, tak nie- 
skończone i ciągnące do siebie, jak wielka jaskinia, na której dnie 
jeszcze nigdy nie byłem. 

Szyje ich były okrągłe, cienkie^ a tak się zginały, jak u pta- 
ków. Stwory te odziane były w lśniące szaty, które, tańcząc dokoła 
mojej pościeli, rozpinały wstydliwymi palcami. Wtedy ukazywały 
się piersi ich okrągłe, śnieżyste, podobne do obłoczków rannych, 
które łagodny wiatr z nocnej głębiny wynosi. Usta ich były purpu- 
rowe, jak kwiat granatu, który jednego dnia przyniosłeś mi zdaleka, 
stamtąd, gdzie sam bywasz. 

Lekkiemi ruchy, na okrągłych biodrach kołysały się uroczo, 
jak się kołyijuse mirt u brzegu krynicy, gdy wicher zimowy nad sie- 
dzibą naszą czarne pióra otrząsa. Zbliżały się cicho i z lękiem, 
wznosiły ręce bielsze od mleka i posłanie me zaścielały szkarłatnemi 
chustami. Witały się ze mną łaskawem skinieniem brwi i wątłym 
dreszczem rzęs, a oczy zasłaniały lilio wemi powiekami, które sieó 
małych żyłek przecina. Jeżeli kiedy odkryły się oczy ich błękitne 
albo czarne, to je ocieniała dziwna, mglista zasłona. Płonąca barwa 
wypłynęła na ich policzki bez skazy... Wtedy słyszałem jak gdyby 
liście, z cicha szumiące, i zdało mi się, że wymawiają pieszczotliwie 
me imię. Z ust mych, gdym na nie patrzał, ^\ydzierało się senne. 



378 KRYTYKA. 

obumarłe łkanie. Patrzałem, czyli z ich ramion nie wyrastają sknsy- 
dła białe, jak to m<1wiłe8 o aniołach... 

Diokłes siedział milczący, z głowa w dłoniacłi ukrytą. Rzekł 
nagle: 

— To sa szatany. 

— Szatany... — konającym głosem powtórzył Jan. Zamilkł w zdu- 
mienia i wzrokiem pełnym boleści j)rzed siebie spoglądał. 

Wtedy ojciec jął go zaklinad, aźoby precz wypędzał widzenia 
czarujące, błagał go cichem' słowy przez Pana, kt-óiy jest zawistny 
miłośnik, przez Pana, któr) jest waleczny i w walecznym człowieku 
miłość swą składa. 

Syn uwierzył. Częsty post, nawet o^l daktylowego owocu, 
czarty z jego oczu wypędzał. Lecz nie zawsze. Przychodziły doń 
ciemnemi nocami owe istoty tajemnicze. Stawały nad nim i wycią- 
gały ręce... 

I nieraz w ciągu dnia, gdy kuł grobowe łożnice dla ojca i dla 
siebie w twardych pokładacli muszlowych , gdzie minione stulecia 
złożyły szczątki drzew i roślin skamieniałych, przychodziły tesame 
widma, zamglone w szelestach uroczych, w woniach kwiatowych^ 
w ciszy nieruchomej i w łagodnych tchnieniach wiatru. Wtedy 
praco\\tił w dwójnasób, wtedy dźwigał olbrzymie bryły zdaleka 
i otaczał niemi całą oazę. Czynił tak długo i z uporem, póki zem- 
dlony nie padał. 

Wysoko weszło słońce i zajrzało do groty. Diokles spał z roz- 
wartemi oczyma i ustami. Spał na wieki. 

Po upływie dni paru, gdy nie dał znaku życia, odniósł go 
syn do kamiennej trunmy na szczycie skał, złożył tam pieszczo- 
tliwie i wielkim, ociosanym głazem przywalił. Teraz był sam w pu- 
styni. 

Serce jego pełne było świętego żalu, a dusza na wieki przy- 
rosła do grobowca na skalnej wyżynie. Tajemna, głęboka, niewia- 
doma siła przyciągała go do tych kami(»ni na górze, jak bryła bur- 
sztynu przyciąga kruszynę źdźbła słomianego. Szedł tam oo wieczór 
i o świcie, siedział w sadumaniu, pełen wzruszenia, które nigdy nie 
słabło. IjCCz w ciągu dnia, gdy sic imał pracy, ogarniały go podniety 
niespokojne i dzikie żądze w nim się burzyły. Tchnęło zen z obszaru, 
na który padał wzrok, pragnienie, żeby iśe, iśó daleko, w tę 
strom;. gdzie chodził ojciec. Wtedy duch jego młody trząsł się 
i kipiał aż do <lna, jak siwt\ straszne, oszalałe morze, gdy w nie 
runa wichrv z i>ułnocv i wichry z południa. 



ARYMAN MŚCI SIE. :)7 

A kiedy zasępiało sio niebo, i słonce, blask utraciwszy, stało, 
jak krąg fioletowy; gdy szare powietrze napełniał kurz latający, 
który opaść nie może ; gdy wicher buchać zaczynał z miejsc czar- 
nych i pusty cl), — wtedy Jan pragnął z nim lecic<5, lecieć^ na ko- 
niec świata i ulegał podmuchom, jak pajęczyna, wisząca u zrębu 
pie«»zary. A skoro wicher przedzierzgał się w samum, w straszliwe 
tchnienie nozdrzy Boga, a wzdęte piachy wydzierały się z pustyni, 
niby cienkie żagle, zaczepione o niewidzialną reję w chmurach, 
a drugą w głębi ziemi, — wówczas z mroku swojej pieczary widział 
cudaczne zjawiska. Skalne zręby, gdy w nie wicher uderzał, miota- 
jąc się i dymiąc, ziewały, a z paszczy ich strzelał ogieii. Ciemuoś<^ 
parna i duszna latała nad ziemią, niby skrzydła szatańskie. Prze- 
stwór napełniał się cały żywicą gorejącą. Marmur, żelazo i woda 
parzyły rękę. Wtedy ogniowe, ze strony słoiica lecące chmury spla- 
tały się z łonem piasków, rozpalonych jak ciało, którego piersi były 
okrągłe, ramiona słodko rozwarte, a włos falami rozwiewał się po 
nagiej szyi. 

Jan upadał twarzą na ziemię i wzywał ducha ojcowskiego na 
pomoc. I święta miłośd gasiła widma szatańskie. Budziła żądzę 
czynu, który kiedyś wypełniony zostanie. Czyn ten przed zaśnięciem 
nakazał mu Diokles, mówiąc : 

— Gdy w cicliej wodzie źródła zobaczysz, źe włosy twe biały 
śnieg okrył, gdy nogi "twe ustaną, ręce zgrabieją i głowy już sohylaó 
nio będziesz, przestępująo próg jaskini, wtedy opuścisz to miejsce 
i pójdziesz dniami, nocami, w stronę, gdzie słońce wschodzi. 

Jan siedział o świcie obok trumny ojcowskiej na wierzchołku 
skały, gdy oczom jego ukazał się ów widok. Zdało mu sio z po- 
czątku, że to plama, wijąca się w źrenicy, że struś, źe liew, że stado 
antylop... 

Zbiegł szybko, stauął u drzwi swej groty i patrzał zdumionemi 
oczyn.a. Zl>liżały się ku jego schronisku myszate wielbłądy z dłu- 
giemi szyjami i pyskiem o wardze przeciętej, miamlącej strawę. 
Zgrzytał żwir pod oiężkiemi nogami ich o nagniotkowatej podeszwie. 
Między garbatymi grzbietami wznosiły się połyskujące siodła, 
a w nich leżeli wspaniali, znużeni łudzić. Obok dromaderów wlokły 
się leniwie ociężałe muły, dźwigając pakunki, szły piękne konie 
o skórze cienkiej, jak u człowieka. Migotała polerowana miedź pu- 
klerzów, zwieszały się z ramion długie, białe tkaniny, i płonęła 
w słońcu od drogich kamieni zimna, cicha, błękitnawa broń. 



378 KRYTYKA. 

obnraai'łe łkanie. Patrzałem, czyli z ich ramion nie wyrastają skrzy- 
dła białe, jak to mówiłeś o aniołach... 

Diokles siedział milczący, z głową w dłoniach ukrytą. Rzekł 
nagle: 

— To są szatany. 

— Szatany... konającym głosem powtórzył Jan. Zamilkł w zdu- 
mieniu i wzrokiem pełnym boleści przed siebie spoglądał. 

Wtedy ojciec jął go zaklinaó, ażeby precz wypędzał widzenia 
czarujące, błagał go cichemu' słowy przez Pana, który jest zawistny 
miłośnik, przez Pana, który jest waleczny i w walecznym człowieku 
miłośó swą składa. 

Syn uwierzył. Częsty post, nawet od daktylowego owocu, 
czarty z jego oczu wypędzał. Lecz nie zawsze. Przychodziły doń 
ciemnemi nocami owe istoty tajemnicze. Stawały nad nim i wycią- 
gały ręce... 

I nieraz w ciągu dnia, gdy kuł grobowe łoinice dla ojca i dla 
siebie w twardych pokładach muszlowych, gdzie minione stulecia 
złożyły szczątki drzew i roślin skamieniałych, przychodziły tesame 
widma, zamglone w szelestach uroczych, w woniach kwiatowych^ 
w ciszy nieruchomej i w łagodnych tchnieniach wiatru. Wtedy 
pracował w dwójnasób, wtedy dźwigał olbrzymie bryły zdaleka 
i otaczał niemi całą oazę. Czynił tak długo i z uporem, póki zem- 
dlony nie padał. 

Wysoko weszło słońce i zajrzało do groty. Diokles spał z roz- 
wartemi oczyma i ustami. Spał na wieki. 

Po upływie dni paru, gdy nie dał znaku życia, odniósł go 
syn do kamiennej trumny na szczycie skał, złożył tam pieszczo- 
tliwie i wielkim, ociosanym głazem przywalił. Teraz był sam w pu- 
styni. 

Serce jego pełne było świętego żalu, a dusza na wieki przy- 
rosła do grobowca na skalnej wyżynie. Tajemna, głęboka, niewia- 
doma siła przyciągała go do tych kamieni na górze, jak bryła bur- 
sztynu przyciąga kruszynę źdźbła słomianego. Szedł tam co wieczór 
i o świcie, siedział w sadumaniu, pełen wzruszenia, które nigdy nie 
słabło. Lecz w ciągu dnia, gdy się imał pracy, ogarniały go podniety 
niespokojne i dzikie żądze w nim się burzyły. Tchnęło zeń z obszaru, 
na który padał wzrok, pragnienie, żeby iśó, iśó daleko, w tę 
stronę, gdzie chodził ojciec. Wtedy duch jego młody trząsł się 
i kipiał ai do dna, jak siwe, straszne, oszalałe morze, gdy w nie 
runą wichry z północy i wichry z południa. 



ARVMAX MŚCI 81E. :J7lł 

A kiedy zasępiało sio niebo, i słoiice, blask utraciwszy, stało, 
jak krąg fioletowy; gdy szare powietrze napełniał kiu*z latający, 
który oj)aś<5 nie może ; gdy wicher biichad zaczynał z miejsc czar- 
nycłi i pustych, — wtedy Jan pragnął z nim leoie(^, lecie(^ na ko- 
niec świata i ulegał podmuchom, jak pajęczyna, wisząca u zrębu 
pieczary. A skoro wicher przetlzierzgał się w samum, w straszliwe 
tchnienie nozdrzy Boga, a wzdęte piachy wydzierały się z pustyni, 
niby cienkie żagle, zaczepione o niewidzialną reje w chmuracli, 
a drugą w głębi ziemi, — wówczas z mroku swojej pieczary widział 
cuilaczne zjawiska. Skalne zręby, gdy w nie wicher uderzał, miota- 
jąc się i dymiąc, ziewały, a z paszczy ich strzelał ogieii. Ciemno-^^^ 
parna i duszna latała nad ziemią, niby skrzydła szatańskie. Prze- 
stwór napełniał się cały żywicą gorejącą. Marmur, żelazo i woda 
parzyły rękę. Wtedy ogniowe, ze strony słoiica lecące chmury spla- 
tały się z łonem pińsków, rozpalonych jak ciało, którego piersi były 
okrągłe, ramiona słodko rozwarte, a włos falami rozwiewał się po 
nagiej szyi. 

Jan upadał twarzą na ziemię i wzywał ducha ojcowskiego na 
pomoc. I święta miłośd gasiła widma szatańskie. Budziła żądzę 
czynu, który kiedyś wypełniony zostanie. Czyn ten przed zaśnięciem 
nakazał mu Diokles, mówiąc : 

— Gdy w cichej wodzie źródła zobaczysz, że włosy twe biały 
śnieg okrył, gdy nogi twe ustaną, ręce zgrabieją i głowy już sohyla<5 
nie będziesz, przestępując próg jaskini, wtedy opuścisz to miejsce 
i pójdziesz dniami, nocami, w stronę, gdzie słońce wschodzi. 

Jan siedział o świcie obok trumny ojcowskiej na wierzchołku 
skały, gdy oczom jego ukazał się ów widok. Zdało mu się z po- 
czątku, że to plama, wijąca się w źrenicy, że struś, że lew, że stado 
antylop... 

Zbiegł szybko, stauął u drzwi swej groty i patrzał zdumionemi 
oczyma. Zbliżały się ku jego schronisku myszate wielbłądy z dłu- 
giemi szyjami i pyskiem o wardze przeciętej, miamlącej strawę. 
Zgrzytał żwir pod cięźkiemi nogami ich o nagniotkowatej podeszwie. 
Między garbatymi grzbietami wznosiły się połyskujące siodła, 
a w nich leżeli wspaniali, znużeni ludzie. Obok dromaderów wlokły 
się leniwie ociężałe muły, dźwigając pnkunki, szły piękne konie 
o skórze cienkiej, jak u człowieka. Migotała polerowana miedź pu- 
klerzów, zwieszały się z ramion długie, białe tkaniny, i płonęła 
w słońcu od drogich kamieni zimna, cicha, błękitnawa broń. 



380 KRYTYKA. 

(Idy karawaDa pod cieniem palm zatrzymała się na chwilę 
i gdy jeźdźcy na wyścigi rzucili się do źródła, nadciągnął jeszcze 
orszak inny. Sześciu olbrzymich murzynów niosło na ramionach pa- 
lankin z bambusu. Szkarłatne chusty zasłaniały jego wnętrze, a złota 
frendzla wlokła się z szelestem po ziemi. Czarni niewolnicy wstrzy- 
mali się na chwilę. Zasłona rozsunęła się wolno i z poza niej wyj- 
rzały senne, czarne, głębokie, a jakby blaskiem księżyca posrebrzone 
oczy. Oczy te wzniosły się na Jana... 



lUękitna noc okryła pustynię. 

Jan zawarł ciężkie drzwi swego schronienia i rzucił się na 
łoże. Gdy pierwszy sen zaczął kleió jego powieki, dało się słyszeó 
kołatanie. Wstał tedy i odsunął wrzeciądz drewniany. Na progu 
jego jaskini stał człowiek. Serce w pustelniku zadrżało, a tchnienie 
radości głos mu odjęło. W zachwycającem omamieniu sądził, że to 
ojciec umarły ciężkie wieko swej trumny odwalił i u drzwi stanął. 
Lecz ten, kto przybył, rzekł doń głosem cudzym, a głos jego szep- 
tał dźwięcznie jak szmer strumienia, co się po ostrych kamykach 
między kępami cyrenejskiego ziela przelewa. Palce Jana wpiły się 
w opokę groty, a wicher ognisty wionął przez jego głowę. Zapach 
cichych i bojażliwych słów otoczył go, jak woń róż, deszczem zmo- 
czonych, i jaśminów, które się tulą u boku^zapomnianej cysterny. 

Mówił ten głos: 
— Przyszłam do ciebie... Przez puszczę daleką, przez oschłe 
piaski, dzień i noc biegłam. A razem ze mną toczyło się pustyni 
ogniste koło i zamykało mię w sobie. Ale ja szłam do ciebie... 
Wierzyłam, że cię odnajdę, wierzyłam w to, nie wiem czemu. Raz 
tylko widziałam twe oczy i twoją czarną twarz, po której coś się 
przemyka, coś, lżejsze od połysku złota. Jakże mi się podobał ru- 
mieniec, który wtedy na nią wypłynął z głębiny twojego serca, 
podobnie jak ranna zorza wypływa ze słońca, które jeszcze za kra- 
wędziami ziemi się kryje! Jakże mi się podobały nozdrza twe, gdy 
prędko miotaó zaczęły oddech gorący! Jakże mi się podobała cera 
twej szyi nagiej, spalonej, o barwie czarnych róż, które pod moje 
okna przywozi co dzień z tamtej strony Nilu przekupień grecki, 
poruszając ciche fale jodłowemi wiosłami, gdy budzą się senne 
pelikany nad wodą! 

Raz cię ujrzałam i juz odtąd nic mogłam spad przy matce, 
w wązkiem łóżku dziewiczem. Jak silny, mściwy bóg, coś ze mnie 
wydarłeś jednem spojrzeniem czarnych oczu. Krzywy dziób sępa 



ARYMAN MŚCI SIĘ. 381 

Die tak chciwie szarpie pisklę synogarlicy, jak błysk twych oczu, 
napadający w biały dzieli i w ciemną, bezgwiezdną noc... 

Jan o krok posunął się naprzód i wyciągnął rękę. Chciał 
zwalid szatana w piersi kamiennym krzykiem, ale tylko szept miękki, 
jak słaby motyl, sfrunął z warg jego : 

— Odejdź... 

Znowu ozwał się głos: 
-- Dziecię niewinne!.. Święty człowieku, który w puszczy miesz- 
kasz i ani jednej zbrodni ludzkiej nie widziałeś! Trwoźne westchnie- 
nia płynęły w żyłach mych, i sidło strachu ściskało mi serce.... 
Driałara w wahaniu się bezsennem, bo vielbię wszystko w tubie, 
nawet świętą dziewiczośó twoją. W słodyczy zachwycenia paliłam się 
od westchnień i byłam wszystka, jak płomień nieujęty, co wiecznie 
przygasa i wiecznie się odradza. Znikatam tak, jak on. Serce, ucie- 
miężone przez pragnienia tajemnicze, przymuszało mię do ciągłych 
łez niewiadomo za czem, a żadna uciecha osuszyó ich nie była 
w stanie. Karmiłam się łzami źywemi, co jak woda z krynicy, nie- 
przebrane płynęły.... 

— Kr^lu, z ozaraego oddalenia nierychło wschodzący ; tronie 
wieczysty, słońce, które miłujesz potężnych i niezdobytych, kiedyż 
się rozednieje i kiedyż przeminie władza nocy!... 

— Ty, jak powabny, błękitnawy, zawstydzony obłok, zostałeś 
w dalekiem przestworztr. Nic już nie czułam z żalu. Topiłam się 
w tęsknocie i blada bez tchu, przelękniona, drżałam wobec niewia- 
domych uczynków, które w mem łonie drzemały, poczęte w tej 
chwili czasu, kiedym ciebie ujrzała. I oto jednej nocy kazał mi głos, 
bvm szła do ciebie. 

— Waleczny, skazany, przybity do krzyża. Ty, co z wieczności 
wyciągasz prawicę do duchów jasnych, wyciśnij pieczęó na piersi 
mej! Tyś jest mój Pan i skała moja! 

— Słyszę twój głos żebrzący i widzę cień twej postaci. Czemuż 
nie zbliżasz sio do mnie i nie wyciągasz stęsknionych rąk? Zimno 
mi. Nędzny mróz obejmuje ramiona moje i ściska piersi. Chłodna 
jest w nocy pustynia, tchnie lodem oddech jej wielki. Czyż mię 
nie weźmiesz do chaty swej, boży człowieku? 

Jan szeroko drzwi otwarł, a sam się cofnął w głąb groty. 
Stamtąd słyszał, jak suchy, drobny piasek zgrzyta pod skórzanemi 
ciżmami i jak szeleszczą jedwabne szaty, które poprzedza rozkoszna 
woń, jak gdyby wątłych lilij. Głowa jego upadła na piersi, a ręce 
znalazły w ciemności krzesiwo, kamień i próchno drzewne. Błysnęła 
iskra i zatliła lniany knot w misce z kamienia, napełnionej żywicą 



38;> KRYTYKA. 

i zapalił się duży płomień. Stojąc za nim z przymknietemi oczyma, 
Jan słyszał pieszczący głos: 

— Pragnę cię widzied, raz jeszcze cię zobaczyó*. Mienisz się 
w ogniu, jak puchar z kruchego kryształu. Pozwól mi zabrad i ukiy<5 
w sercu blask twoich źrenic, ogień uderzający, co jak wino z wyspy 
greckiej, upaja. Czemuż zamknięte są powieki twe... 

Wtedy wzniósł zwolna oczy. Usta jego były drżące i wypeł- 
zło z nich słowo leniwe, jak wąż, któremu głowę zmiaidźyły ka- 
mienie : 

— Ojcze, przyjdź mi na pomoc!... 

— Czemuż nie mnie pieszczotliwie przyzywasz^ Spojrzenie twe 
wytężone jest przeciwko głowie mej, niby cięciwa krzywego łuku. 
Ostra strzała, która z niego wyleci, zepchnie mnie w wieczny 
grób! Czemuż mię przerażeniem zdejmujesz i czemu straszny je- 
steś, jak ryk leopardowy, gdy go w głębokiej nocy słychad w po- 
bliżu?... 

— „Serce czyste stwórz we mnie, Boże, a ducha prawego odnów 
we wnętrznościach mych**! 

— Kochanku! 

— Tyś to jest szatan? 

— Ja jestem tobą samym. Ja i ty tosamo jesteśmy. W sercu 
twem mieszkad pragnę i płynąd w twojej krwi. W czarne oczy twe 
wcielid się i na wieki pozostad. Czemuż mię szatanem zowiesz ? 
Czyżem nie piękna? 

— Piękne są oczy twoje płomienne, które z góry powiekami na- 
krywasz. 

I usta, uchylające się na obraz róży młodocianej. Piękne są 
ręce, które w tyle głowy splotłaś palcami. I długie włosy. Płyną, 
jakby dwie fale, jak czarne wody, z białych ramion na piersi. 
Piękniejsze jest czoło twe, niż blask księżyca między drzewami 
w no3nem milczeniu. I czarne brwi... 

Szyja twa chowa się między piersi śnieżyste, jak wiosenne 
niebo między dwa białe obłoki. Pachnie szata połyskliwa, którą 
biodra swe opasałaś. Uśmiech twój we snach widziałem. Zaklinam 
cię na imię, które nie może byd wymówione, opuśd mię... 

— Upadł na twoją twarz czerwony ognia blask. Lśni się nad 
czołem kędzierzawych włosów puszcza. Zabłysły oczy twe. Jesteś 
przeraźliwy i zimny, jak oblicze Anubisa, wodza umarłych. O, gdyby 
mógł rozpalid się w tobie swobodny ogień i gdybyś stał sio tak, 
jak jj», pijany od krwi kipiącej ! Lwie pustyni !... Pragnę, żebyś mię 



ARYMAN MŚCI SIE. 3>^ 5 

słabą pochwycił i dusił barkami, w których się preźą żyły pełne 
gęstej krwi 1 

Chciałabym czu<5 ramiona twoje wokoło piersi, wokoło żeber, 
olbrzymie, jak las dziewiczy, skąd widad jedwabne fale morza, co 
się pieszczą nad burzliwemi głębiami. Na wargach twych parzących, 
jak węgiel rozdmuchany, zakwitłby cichy, zły, straszliwy, ukochany 
półuśmiech. Nie wiesz juk pachnie rozchylająca sic róża mych ust. 
Nagle })rzyszłoby szczęście, jak niespodziewany z cichego hory- 
zontu powiew hamsinu. Ponure oczy twoje, żelazne oczy tygr\sa, 
co pierwszy raz ujrzały młode jagnięta w dolinie, omdlałyby na- 
demną. Wzrok twój stałby sie długi i przykuwający, jak zapach 
tuberoz, który nocna rosa wypielęgnowała. Czoło twoje wzniosłoby 
sie nademną radośniej, niż wietrzyk, przelatujący nad ziemią egipską, 
gdy zimowy deszcz ustanie. Wielbiłabym straszliwe czyny twoje 
i wiłabym sio pod ramieniem twem, kieiybyś stękał i drżał, jak 
dąb na szczycie szumnych gór wśród huku burzy. W^iell)iłabyra 
zapalający się ogieii w tobie słowem bezwstydnem, co przeszywa 
serce soplami lodu... 

— Słowa twe przeszywają serce soplami lodu... 

— Pójdź do mnie! Tyś jest, jak kwiat akacyowy, co z twardej 
łuski drzewa wyszedł i otworem stoi, spoglądając w ciemną noc. 
Ja jestem kropla rosy, dla ciebie jedynego stwoi*zona. Posłuchaj, 
jak leci w żyłach wzdętych rozdzierająca krew. Będziesz umierał 
na sercu mem i w każdej chwili odradzaó się będziesz, gdy usta 
twe odetchną w moich, a dusza twa w moją wejdzie, jak płomień 
wchodzi w płomień! 

Jan usłyszał w głębi swej duszy słowo : 

— Płomień. 

To był głos ojca. 

I jeszcze raz powtórzył tensam głos: 

— Płomień,, płomień! 

Wtedy, podniósłszy na nią oczy, Jan rzekł: 

— Świętego apostoła są słowa: ., którzy takie sprawy czynią, na 
męki idą'*. Patrzźe, jak płonie ogień wieczny i jak się pali grzeszne 
ciało, które rozkosz nawiedziła. 

A gdy te słowa wymówił, podniósł rękę prawą i wslcaz^ijący 
palec włożył w płomień ognia, co na misie kamiennej pełgał. I stał 
tak dotąd nieruchomy, aż się palec zatlił, rozpalił i gorzał. 

W' tedy dla wielkiego cierpienia przestał pustelnik czu<5 rozkosz 
miłości. 



a 82 KRYTYKA. 

i zapalił się duiy płomień. Stojąc za nim z przymknietemi oczyma, 
Jan słyszał pieszczący głos: 

— Pragnę cię widzied, raz jeszcze cię zobaczyć*. Mienisz się 
w ogniu, jak puchar z kruchego kryształu. Pozwól mi zabrad i ukryć 
w sercu blask twoich źrenic, ogień uderzający, co jak wino z wyspy 
greckiej, upaja. Czemuż zamknięte są powieki twe... 

Wtedy wzniósł zwolna oczy. Usta jego były drżące i wypeł- 
zło z nich słowo leniwe, jak wąż, któremu głowę zraiaidźyły ka- 
mienie : 

— Ojcze, przyjdź mi na pomoc!... 

— Czemuż nie ranie pieszczotliwie przyzywasz^ Spojrzenie twe 
wytężone jest przeciwko głowie mej, niby cięciwa krzywego łuku. 
Ostra strzała, która z niego wyleci, zepchnie mnie w wieczny 
grób! Czemuż mię przerażeniem zdejmujesz i czemu straszny je- 
steś, jak ryk leopardowy, gdy go w głębokiej nocy słychad w po- 
bliżu ?... 

— „Serce czyste stwórz we mnie, Boże, a ducha prawego odnów 
we wnętrznościach mych"! 

— Kochanku! 

— Tyś to jest szatan? 

— Ja jestem tobą samym. Ja i ty tosamo jesteśmy. W sercu 
twem mieszkad pragnę i płynąd w twojej krwi. W czarne oczy twe 
woielid się i na wieki pozostad. Czemuż mię szatanem zowiesz ? 
Czyżem nie piękna? 

— Piękne są oczy twoje płomienne, które z góry powiekami na- 
krywasz. 

I usta, uchylające się na obraz róży młodocianej. Piękne są 
ręce, które w tyle głowy splotłaś palcami. I długie włosy. Płyną, 
jakby dwie fale, jak czarne wody, z białych ramion na piersi. 
Piękniejsze jest czoło twe, niż blask księżyca między drzewami 
w no3nem milczeniu. I czarne brwi... 

Szyja twa chowa się między pierei śnieżyste, jak wiosenne 
niebo między dwa białe obłoki. Pachnie szata połyskliwa, którą 
biodra swe opasałaś. Uśmiech twój we snach widziałem. Zaklinam 
cię na imię, które nie może byd wymówione, opuśd mię... 

— Upadł na twoją twarz czerwony ognia blask. Lśni się nad 
czołem kędzierzawych włosów puszcza. Zabłysły oczy twe. Jesteś 
przeraźliwy i zimny, jak oblicze Anubisa, wodza umarłych. O, gdyby 
mógł rozpalid się w tobie swobodny ogień i gdybyś stał się tak, 
jak ja, pijany od krwi kipiącej! Lwie pustyni!... Pragnę, żebyś mię 



ARYMAN MŚCI SIK. 3ś:J 

słabą pochwycił i dusił barkami, \x których sio preźą żyły pełne 
gęstej krwi I 

Chciałabym czuć ramiona twoje wokoło piersi, wokoło żeber, 
olbrzymie, jak las dziewiczy, skąd widać jedwabne fale morza, co 
się pieszczą nad burzliwemi głębiami. Na wargach twych parzących, 
jak węgiel rozdmuchany, zakwitłby cichy, zły, straszliwy, ukochany 
półuśmiech. Nie wiesz jak pachnie rozchylająca się róża mych ust. 
Nagle przyszłoby szczęście, jak niespodziewany z cichego hory- 
zontu powiew hamsinu. Ponure oczy twoje, żelazne oczy tygrysa, 
co pierwszy raz ujrzały młode jagnięta w dolinie, omdlałyby na- 
demną. Wzrok twój stałby się długi i przykuwający, jak zapach 
tuberoz, który nocna rosa wypielęgnowała, (/zoło twoje wzniosłoby 
się nademną radośniej, niż wietrzyk, przelatujący nad ziemią egipską, 
gdy zimowy deszcz ustanie. Wielbiłabym straszliwe czyny twoje 
i wiłabym sio pod ramieniem tw^em, kieilybyś stękał i drżał, jak 
dąb na szczycie szumnych gór wśród huku burzy. Wielbiłabym 
zapalający się ogień w tobie słowem bezwstydu em, co przeszywa 
serce soplami lodu... 

— Słowa twe przeszywają serce soplami lodu... 

— Pójdź do mnie! Tyś jest, jak kwiat akacyowy, co z twardej 
łuski drzewa wyszedł i otworem stoi, spoglądając w ciemną noc. 
Ja jestem kropla rosy, dla ciebie jedynego stworzona. Posłuchaj, 
jak leci w żyłach wzdętych rozdzierająca krew. Będziesz umierał 
na sercu mem i w każdej chwili odradzad się będziesz, gdy usta 
twe odetchną w moich, a dusza twa w moją wejdzie, jak płomień 
wchodzi w płomień! 

Jan usłyszał w głębi swej duszy słowo: 

— Płomień. 

To był głos ojca. 

I jeszcze raz po\vtórzył teusam głos: 

— Płomień,, płomień ! 

Wtedy, podniósłszy na nią oczy, Jan rzekł: 

— Świętego apostoła są słowa: „którzy takie sprawy czynią, na 
męki idą". Patrzźe, jak płonie ogień wieczny i jak się pali grzeszne 
ciało, które rozkosz nawiedziła. 

A gdy te słowa wymówił, podniósł rękę prawą i wskazujący 
palec włożył w płomień ognia, co na misie kamiennej pełgał. T stał 
tak dotąd nieruchomy, aż sio palec zatlił, rozpalił i gorzał. 

Wtedy dla wielkiego cierpienia przestał pustelnik czuó rozkosz 
miłości. 



384 KRYTYKA. 

A oaa, widzi}o, oo czynił, z przestrachu jak kamień się stała. 
Oniemiały jej usta, upadły be>twłaclne ręce i z oozu lazurowych 
życie uciekało. Z jękiem upadła na ziemię. Włosy jej długie, włosy 
czarujące, wtoey pełne zapachu rozwiały się po ziemi, a łouo, sie- 
dlisko rozkoszy, druzgotał młot boleści. lilask płomieoia padał na 
jej cudowne oiato. Tak aź do rana w prochu nieruchomo leżała. 
I ai do rana w milozcDiu tosamo czynił, aż u prawicy poupalał 
wszystkie palce. 

Wtedy nad nią stanął i mgłami zakryty wzrok sohylił kn ziemi, 
a wyciągniętą ręką uczyni*! chciał nad ieiąoą znak krzyia. 

Zbielałe usta jego szepnęły: 
— Odejdź w pokoju. 

Kiedy i wówczas nie powstawała, schylił się, żeby ją dźwigną<5. 
A dotknąwszy ramienia, poznał, źe umarła. 



Wyniósł się tron słoneczny nad brzeg daleki piachów pustyni 
i roztrącił wszeohmocnem skinieniem noc zielouawą. Kosy na- 
listnice szukały przed niem ukryciu w głębinie ziemi i w komorach 
pachnących kwiatów. Zwolna posuwał się cieli wielkiej skały, 
który, jak płaszcz szeroki, okrywał Iciąoe przede drzwiami groty 
ciało Jana. 

Pustelnik spał. Gorączka krew jego zamieniła w płomienie, 
huczące w żyłach, niby kupa ro>;żarzonych węgli, obiegła czaszkę. 
W stawy jego kołatały młoty wstrząśnieó bolesnych. Spał twardo. 
Pięśó upaloną, rozpuchłą i di^jącą tulił do piersi. 

I>kał we śnie. 

Aż oto tron Pana irstąpił wyiej i cieii skały zwinął, jak 
połę opończy. Promienista prawica słońca spoczęła na czole śpią- 
cego. 

Wtedy Jan oczy otworzył, ale wnet zawarł poiineki i patrzał 
w głębinę swego ducha, gdzie \Trzała straszliwa burza, jak gdyby 
samum, rozszarpujący ziemię. 

Krwawa pięśó Jana wzniosła się w górę, w tę sttonę, gdzie na 
skalnej scyżynic była trumna jego ojca. Hpałone usta wołały 
z krzykiem : 

— Straszny i okrutny dla mnie był duch twój, juk stru*, co 
jaja zniesie, w piasku pustyni zakopie, a sam ucieka. 

Przeklęta nieob będzie miłoSÓ twa dla mnie, z której poczęła 
się twoja siła, a moja słabośó. 



MAKSYM GORKIJ. 



:;58r> 



Ijakomy zźeraczu i zawistny tępiciehi szozoóoia, czemuż nie 
poszedłeś do szatana uczyó sio dobroci?... 

Dobry jest szatan i państwo jego rozkoszy : noc. 

niech bodzie błogosławiony szept jogo ciohy i niech zagaśnio 
w piersi mej płomień twój. 

Usta spieczone położył w piasku wilgotnym, gdzie w wyci- 
śniętych siadach małych sandałów stała jeszcze rosa nocna... 




LEO BELMONT. 



Z literatury rosyjskiej. 




G'ORKM •) 



,,Wsxakże ja sam przyszedłem z doło, 
s dna życia, siamtąd, pdzie panuje mrok 
i brud, gdsie csło^iek jent jesscze napół 
swiersęciem, fjrdsie cale życie jest tylko 
pracą dla chleba"... ,,l jnm jest prawdzi- 
wy łclos życia, f^iorstki krzyk tych, któ- 
rzy zostali tam, w dole, puściwtizy mnie 
do Wni<, abym zaświadczył przed Wami 
o ich cierpieniach 1 Oni także rwą !«ię do 
córy — ku samopoznaniu. ku światłu^ 
ku wolności". . Maksym (iorkij* 



Poważne, posępne dziecko, o które nikt nie (Jba, które ledwie 
nauczono czytaó, osierocone wcześnie, terminuje u szewca. W la- 
tach chłopięcych wstępuje w charakterze kuchcika na parostatek 
Wołźski. Dorastając lat młodzieiiczych, praży sin w dusznej praco- 
wni piekarza. Młodzieniec przechodzi przez katusze ciała i ducha, 
cierpi głód fizyczny i umysłowy, próżno szuka pracy — dla chleba 
i dostępu do szkoły — dla wiedzy, w szale rozpaczy mierzy do 
siebie z rewolweru i przeszedłszy przez ciężką chorobo, z kulą 
w ciele włóczy się po świecie. Widzimy go coraz starszym a zawsze 
nieszczęśliwym, w dziesiątkach najróżniejszych położeń, to jako 



*) Znakomity pisarz rosyjski, którego sylwetkę podajemy, zosta) pod- 
czas ostatnich rozrucłiów w Nowogrodzio Niżnym uwięziony — prawdopo- 
doł»nio — jak donoszą dzienniki — ,za napisanie dwóch satyrycznych no- 
wel na panujące stosunki". Krążąc w litograf o wany eh opisach po całej Ro- 
syi, nowele to budzą ducha i świadczą, żo (lorgij cierpiącemu ludowi, z któ- 
rego [)ochodzi, si«; nie sprzeniewierza. Przyp. red. 



aso KRYTYKA. 

Ptrńia na kolei lielaznej, to jako roKoo^ioiclu bawarskiego kwasu, 
to jako pisarka n adwokata przysiftftlogo... Bladzi po stepach Ukra- 
iny, po Bessarabii, wzdłuż. kryiDskich pobrzeży, nad Czamem mo- 
rzem, nad Wołgą i Donem, — poDiżODy, obdarty, przerażający 
łachmanami, głodny, drżący od zimna, zgubiony w tłumie najmitów, 
z któr\-nu dzieli los jednaki. 

Kto, widrąe go w tym tłumie podobnych doń wydziedziczo- 
nych istot ludzkich, brudnego i bosego, ze spracowanemi rękoma, 
odgadłby, że w głowie tego najmity dojrzewają jui skarby idei 
i pomy«Ww, układają się całe światy malowniczych obrazów, kształ- 
tują się rj-sy gtębokicli spostrzeżeń nad światem, który widział pod- 
■ozas długiej włóczęgi, nad ludami, kt<ir\"ch podczas uioj napotkał; 
kto odgadłby, że te idee, obrazy, spostrzeżenia człowieka ze stanu 
czwartego, samouka, dorj-wczo i bez wyboni czytającego ki^iążki 
w rzadkich chwilach wolnyoh — skrysztalą się w słowa iiiocne, 
wstrząsające, kunsztowne, usnują łańcuch jirzedziwnych opowieści, 
które olśnią i zaoliwyoą inteligentną publiczność i i.seudonym da- 
wniejszego robotnika- najmity Aleksego Pieszkowa „Maksym Gor- 
kij" umieszczą w rzędzie najświetniejszych imion bieżącej Ijteratun' 
rosyjskiej?! A przecie tak się stało... Wjaki sposób — nikt nie do- 
ciecze. W tern tkwi cudowna, oiorozwiązalna tajemnica wielkiego 
talentu. . . 

Co wniórf ze 8©bą do literatury, czem ujął serca ten niezwy ■ 
kły pisarz, tak młody jeszcze, bo liczący zaledwie lat trzydzieśoi 
jeden, a tak jni sławny, źe krytyka rosyjska — naugół niedowie- 
rzająca, zimna, skłonna do szyder^itw — stawia go tuż zai-az po 
Tołstoju, obok tlzechowa i Korolenki? Prayniósł jakieś ś.vieże 
tchnienie — coś, czego nie mogą daó kulturni, książkowo czujący 
i myślący pisarze, coś, oo bezpośrednio dało mu ciężkie, ale wielo- 
kształtne życie, jaskrawo i groźnie zaglądając mu w oczy, a ściska- 
jąc piersi prawdziwym bólem, cierpieniem nad niedolą własną 
i tej masy, w której zatonąłby bez śladu, gdyby go nic wyniosła 
nad poziom bogata i potężna indywidualność. 

AVrażenie, jakie wywarł Gorkij, daje się porÓwnai? z tem, co 
uezuwaniy, kiedy w upalny letni dzień powstaje nawalniea, Kiedy 
zrywa się naraz wicher, gnie wierzchołki drze«, miotu kłębami zer- 
wanych liści, wstrząsa jakiemś przypadkowo źle domkniętcm oknom, 
otwiera je gwałtownie — okiennice trzaskają, brzęczą potłuczone 
iszyby, a do dusznego [lokoju wdziera eię naraz fula świeżego po- 
wietrza... Tak wdurł się wraz z Maksymom (iorkim do dusznej, 
i przepełnionej stęchlizną i pyłem biUioteczoyeh szpargałów rosyjskiej 



MAKSYM GORKIJ. 387 

atmosfery literackiej, świeży i ożywczy powiew, Dadlatujący z burzą 
kędyś ze stepów Ukrainy, z nad Czarnego Morza... A w tym wi- 
chrze śmiałych idei, malowiiiozych obrazów, gorzkich myśli, orygi- 
iialnyeli stylowych zwrotów, który powiał od jego książek, poru- 
szeni słuchacze dosłyszeli naraz i jęk i groźny okrzyk zatraconych 
•gdzieś po społecznych nizinach mas, domagających się praw^a do 
życia — do światła, wolności, saraopoznania, jak powiada Gorkij. 
Przede w szystkiem nikt lepiej od niego nie odmalował duszy 
tłumu, bo nikt nie stał tak blisko tej olbrzymiej „bosonogiej armii**, 
tych najmitów bez jutra, tych włóczęgów bez dachu nad głową. 
Gorkij, pochodząc z tego bezimiennego proletaryatu, stał się jakoby 
jego świadomością. W duszy tego napozór zwierzęcego i oiemal 
zwierzęce życie pędzącego tłumu, odkrywa on prawdziwe brylanty. 
Pokazuje, jak ta pozornie prosta i szara dusza jest w istocie zło- 
ioną, wielokształtną i różnobarwną. Kęką mistrza-psychologa odsłania 
przed nami drzemiące w tej duszy głębiny prawie dziecięcej czuło- 
ści, a obok nich porywy brutalnej siły, gotowej nawet do zbrodni, 
jakiś potężny indywidualizm natur pierwotnych, pogardę dla ludzi 
sytych, zabezpieczonych, mających pełne kieszenie, rozkochanych 
w wygodach iycia ucywilizowanego, namiętne umiłowanie włóczęgo- 
stwa i nawet toj gorzkiej wolności, jaką daje życie bez jutra, nie 
przywiązujące się do miejsca, domu, kawałka ziemi, pozwalające prze- 
rzucać się z jednego końca stepu na drugi. Jako przykład głęboko 
wzruszającego naiwnego idealizmu, na jaki zdobyd się może dusza 
.prostaka, wymienimy tntaj ji'dną z najoryginalniejszych nowel, jakie 
zdarzyło się nam ozytaó, — p. t. „Dwudziestu sześciu i jedna". 
Dwudziestu sześciu robotników piekarskich, duszących się w żarze 
•ciasnej pracowni, w rozpaczliwej, beznadziejnej, gęstej mgle swojego 
.życia znalazło tylko jeden promyk słoneczny. Ubóstwili oni młodą 
dziewczynę, służącą z górnego piętra, uwielbili ją gorącą wiarą 
w jej czystości, zrobili z niej bożka, do którego się niemal modlą, 
którego nie ważą się dotknąó żadną brudną myślą. Ta dziewczyna, 
codzieu zrana przychodząc do nich po obwarzanki, które dostaje 
w darze bez wiedzy właściciela piekarni, nazywająca ich pogardli- 
wem mianem „aresztancików'*, młoda, św-ieża, ładna, śmiejąca się 
do nich białymi zębami — jest dla nich ideałem, jest jedynem 
pięknem i weselem ich życia. Zaufani w jej cnocie, przekonani 
o tem, że jest niedostępną, wystawiają jej czystośó na próbę. Obu- 
rzeni mianowicie na śmiałośó „żołnierzyka - Don Juana", przechwa- 
Jającego się, że „każdą pokona", nieostrożni, bo nazbyt ufni, pro- 
ponują mu zakład „o cnotę*- i sami pchają mimowoli swój ideał 



388 KRYTYKA. 

w objocia żołnierza, podrażnionego ich niewiarą w moc jego czarów 
nad ta zjedna". A kiedy bożek upada, gdy wiara tych biedaków 
wali się w gruz, gdy jedyny dla nich promień słońca gaśnie, a nad 
s/arem ich życiem zawsze gęsty, nieprzebity mrok, — doznajemy 
takiego wrażenia, jakgdybyśmy byli świadkami upadku jakiejś od- 
wiecznej, długo czczonej, darzącej szczęściem i zachwytami pogań- 
skiej religii! 

Gorkij jest przedewszystkiem poetą. I to głównie poetą „tę- 
sknoty". Ten charakterystyczny motyw duszy słowiańskiej wybija 
się w jego utworach z mocą, rozdzierającą serce. Nieokreślony 
a nieokiełznany poryw ku wieczności przepełnia dusze jego boha- 
terów, a pod tern parciem pękają najszersze i najmocniejsze piersi. 
Olbrzymia zagadka życia tłoczy ich wszystkich. W opływającem 
ich zewsząd, zmięszanem morzu zjawisk, którego gwarne, burzliwe^ 
skłócone fale wciąż grają i wciąż się rozpryskują, chcą dosłyszed 
bohaterowie Gorkiego ton zasadniczy, chcą znaleśó coś, o co ucze- 
pió się można. Daremne starania! — naokół bezmyślny, ogłusza- 
jący, przerażająco tajemniczy szum i wieczna znikomośó nadcho- 
dzących wiecznie i wiecznie przepadających bez celu w niedojrza- 
nym mroku fal życia. To próżne poszukiwanie celu życia, ta tra- 
wiąca tęsknota za czemś, co warte byłoby wysiłków wielkich dusz 
ludzkich, ta zgiełkliwa i tajemnicza gra zjawisk przyrodzonych 
i społecznych, ironicznie śmiejąca się w oczy człowiekowi, ta bar- 
wna poezya bezmyślności i bezcelowości wiecznie zmiennego bytu 
— wszystko to w utworach Gorkiego znalazło wyraz potężny. 
A przecie tę nutę pesymistyczną przerywa niekiedy i dominuje- 
nawet nad nią inna, optymistyczna, rwąca się z serca, potrzebują- 
cego wiary, przepojona duchem demokratycznym. Wszakże on sam,. 
Gorkij, przyszedł „z dna życia", wyszedł na światło. Czyż to nie 
dostateczny dowód, że i te masy społeczne, którym Gorkij tak 
współczuje, W}'dobędą się kiedyś na szczyty — że ludzkośó idzie 
naprzód, ku światu, wolności, samopoznauiu ? I (lOrkij w to wierzy 
i żąda aby mu wierzono, że tak będzie, bo on jest właśnie żywym 
dowodem słuszności tej wiary „szorstkim krzykiem tych, którzy 
zostali tam w dole i puścili go na świadectwo o swoich cier- 
pieniach'*. 

W talencie Gorkiego znajdujemy przedziwną rozmaitośó skła- 
dowych pierwiastków. Kiedy daje nam obrazy stepów, morza, rzeki, 
lasów, w najrozmaitszem oświetleniu danej pory dnia lub roku, 
kiedy na tło natury rzuca barwne plamy tłumów, pracujących na 
przystani, wędrujących na statkach i t. p. —- jest prawdziwym ma- 



MAKSYM GORKIJ >5śt) 

larzem - kolorysta. Kilkoma zaledwie słowy, opisem treściwym, ni- 
gdy nie przeciągniętym, zawierającym tylko najważniejsze rysy, 
wywiera zamierzony efekt, niemal złudzenie optyczne. Natura żyje 
u niego, jak u naszego Żeromskiego, chociaż używa on do tego 
innych, a niemniej świetnych, artystycznych środków: animizmjego 
posiada mniej antropomorfizmu ; przyroda ma s\voje osoWiste, bardziej 
przedmiotowe względnie do nas życie, potężniejsze a mniej świa- 
dome; za to pełne woli. 

A kiedy przedstawia ludzi, wydaje się znowu rzeźbiarzem. 
Tak wypukłe są jego postacie. To jakby od niochcenia lepi z gliny 
epizodyczne figurki, zdumiewające żywym wyrazem twarzy. To wy- 
kuwa z marmuru piersi na piarę Fidyasza . . . przykryte strzępami 
chłopskiej koszuli, albo łachmanami bluzy. Stworzył on całą gale- 
ryę ludzi, wyrywających się z tysiąc^znych pęt naszego kuliurnego 
życia, uciekających od jego warunkowości, marzących o wolności 
absolutnej. Są to jakieś kolosy, buchające siłą, niestety, nie znaj- 
dującą zastosowania, ani godnego siebie celu. Ludzie ^niezadowo- 
leni", czujący się „zbytecznymi" w życiu. Kiedyś Turgieniew napi- 
sał „dziennik zbytecznego człowieka". ,, Niepotrzebni" ludzie Gor- 
kiego skupiają więcej r}'sów charakterystycznych, są głębsi, a na- 
domiar należą do najniższych warstw społecznych. Jakiś prostak, 
zastanawiający się nad pustką życia, zaprzeczający sobie praw ist- 
nienia, noszący w łonie zarodki hamletyzmu, wyrażonego przedzi- 
wnie oryginalnym, pomimo prostoty swojej, językiem — to postad 
wyrwana wprost z życia rosyjskiego. 

Gorkij posiada przytem nader rozwinięty zmysł muzykalny. 
Nietylko dlatego, że wsłuchuje się i oddaje muzykę wieczorów 
letnich, melodye stepów, tysiączne szepty i odgłosy pracującej 
ciżby ludzkiej, szum i ryk burzącego się morza, ale, że potrafi opi. 
sywad śpiew tak, jak tego nikt dotąd nie uczynił. Określa wszystkie 
tony, powtarza na piśmie alliterecye, nadaje uczucie dźwiękom, 
opisuje ruchy, towarzyszące śpiewowi, sprawia, że czytelnik po- 
prostu słyszy i odczuwa śpiew. Dwa głosy — powiada w pewnem 
miejscu — objęły się i popłynęły nad wodą pięknym, soczystym, di-ią- 
cym od nadmiaru siły dźwiękiem. Jeden skarżył się na nieznośny 
ból serca i upajając sio trucizną skargi swojej, tęsknym i bezsilnym 
żalem, płakał, łzami zalewając ogień swoich mąk. Drugi — niższy 
i bardziej męski — potężnie wdzierał się w powietrze, przepojony 
uczuciem doznanej krzywdy i gotowością zemsty. Rwał się z piersi 
całą strugą — i każde słowo pachniało kipiącą krwią..." T tuż za- 
raz praytacza Gorkij stówa pieśni, rozciągając muzycznie sylaby. 

4 



3 M) KRYTYKA 

JSmiało rzec można, ze jeżeli Gorkij ustępuje Tołstojowi pod wzglę- 
dem analizy psychicznej, jeżeli nudy nie odtwarza z taką dręczącą 
siłą, jak Czechow, jeżeli pod wieloma względami tylko dorównywa 
innym pierwszorzędnym pisarzom, to co najmniej pod tym jednym 
względem — oddania śpiewu opisem — przewyższył wszystkich. 

Brak Gorkiemu tylko jednego — zmysłu architektonicznego. 
Najlepiej to widad na jedynej wielkiej jego powieści p. t. ^Foma 
Gordiejew". Niema tu układu części według pewnego zasadniczego 
planu. Niema gmachu o skrzydłach symetrycznych, o piętrach upo- 
rządkowanych, o liniach klasycznych. Niema intrygi, około której 
zbiegałyby się wszystkie sceny i figury. A przecie dzieło to sta- 
nowi całośd potężną, przejmującą. Nie szkodzi mu nierównowagaj 
będąca cechą przyrodzoną Gorkiego, wzmożoną jeszcze przez krote 
losy jego życia, które oderwały go od pewnej warstwy społeczne, 
i rzuciły w inną, wyciskając na nim podwójne umysłowe piętno — 
pociągu i nienawiści dla kultury. Zresztą, w „Fomie Gordiejewie'* 
jest innego rodzaju równowaga, — mianowicie dynamiczna. Całośd 
powieści trzyma się gorączkowym swoim rozpędem. Tłum postaci 
pobocznych i błyskawicznie zmieniających się scen ma swój wirowy 
ruch około centralnej figury Fomy Gordiejewa, który miota się 
śród tysiącznych sprzeczności i powikłali życiowych, nie może się 
zatrzymaó ani na ch»vilę w tem miotaniu, szuka prawdy, celu, ide- 
ału, przeraża się kolejną racyą wszystkich dokoła siebie i po- 
wszechną nieracyą, jako wynikiem sprzeczności tych racyj, rozpija 
się, rozrzuca zebrane przez ojca miliony, z którymi nie wie co ro- 
bió, wyczerpuje energię swoją w dzikich czynach, oddaje majątek 
w . obce ręce, aby stad się wolnym — i zostaje napół - świętym 
i napół -szaleńcem. Przez ton tej powieści Gorkij staje w jednym 
rzędzie z Dostojewskim, jako autor, biorący dusze czytelnika na 
tortury, dający rozkosze udręczenia. Wysuwa w niej, jako kontrast 
figur)' głównej, postad kupca - filozofa, stworzonego z tylu rysów 
subtelnych i misternych, tak wierne<;o sobie w każdom słowie, 
w każdym ruchu, że można ją postawid obok mistrzowskiego typu 
Szczedryna, Juduszki. Wreszcie w tytułowej postaci otwiera prze- 
paścistą głąb duszy „rosyjskiego człowieka", — pokazuje te duszę, 
niekulturną a pełną nieznanej, nieustalonej jeszcze mocy duchowej^ 
dziką i czułą zarazem, skłonną do szaleństw i dum, poświęceń 
i przemocy, tonącą w błocie rozpusty, w pijaństwie, dla zapomnie- 
nia swojej tęsknoty, dziwaczną, niespętaną, nie mogącą znaleśe za- 
dowolenia, szukającą w szynku „ostrej rozkoszy poniżenia". Dlatego 



MAKSYM GORKIJ. 391 

książka ta jest ciekawą zwłaszeza dla ciidzoziemoów. Zatrzymamy 
«ic przez ohwilę na Diej. 

Przy czytaniu powieści „Foma Gordiejew*)" wydaje się czy- 
telnikowi^ że go niesie statek po falach Wołgi, że otwierają sio 
przed nim dokoła panoramy lasów^ pól^ ogromnych miast, że 
z wybrzeży dolatuje szmer zmieszanych głosów całej armii ludzkiej, 
zajętej ciężką pracą dla kawałka chleba. Migają przed oczyma jak 
gdyby świetne sztychy, malowidła, żywe barwy, doskonałe kontur}', 
sceny to dramatyczne, to rodzajowe. Stronica po stronicy, zjawiają 
«ię właśnie takie sceny, proszące się pod ołówek, a czasami o akom- 
paniament muzyczny. 

Oto scena, kiedy młodziutki Fama Gordiejew w kajucie tuli 
fłię z przerażeniem do ojca, wsłuchując się w okrzyki na barce. 
Przewoźnicy dostrzegli topielca i odpychają go drągami od koła 
parostatku, aby nie dostał się weń i nie sprawił im zbytecznego 
kłopotu. Śród nocy Foma spogląda przez okno na rzekę. Zapa- 
lono Latarnie. Na wodę upadła plama mętnego światł:a. Foma wi- 
dział, jak woda cicho się kołysze, jak dreszcz przechodzi po niej, 
jakby ją coś bolało, a ona wzdrygała się z bólu. Patrz... patrz... — 
szeptano ze strachem na pokładzie. I jednocześnie w plamie świa- 
tła na wodzie ukazała się wielka, straszna twarz ludzka z wyszcze- 
rzonyipi białymi zębami. Płynęła i chuśtała się na wodzie ; a zęby 
te wprost patrzyły na Fomę i jakby uśmiechając się doń mówił 
topielec: „Ech, chłopcze, chłopcze... chło-dno... żegnaj!" 

Oto inna scena, kiedy Foma po raz pierwszy poznaje pie- 
szczoty kobiety, miesza się, wstydzi, „capełnia się naraz poczuciem 
straty czegoś nader cennego, czego nie czuł w sobie, jednak aż do 
momentu straty" i szorstko wypędza z kajuty napół ubraną kobietę 
kędyś w mrok i chłód nocy majowej, ażeby zai*az, pod wpływem 
^rodzącego się w nim, zupełnie nowego uczucia dumy męskiej" po- 
biedz za nią i utulid płaczą oą na zrębie barki. To, o czem napo- 
myka wymownie Pozdnyszew w „Kraj zero wski ej sonecie", tu stało 
się całym obrazem. 

(3to jeszcze scena, której nie powstydziłby się Tołstoj, mistrz 
w opisywaniu śmierci — scena śmierci ojca Fomy, Ignaca Gordie- 
jewa. Starzec obudził rankiem o 5-ej syna ; leniącego się pobudził 
do wstania, oświadczywszy mu, że „ostatnia godzina nastała" i czeka 
nań na rannym cliłodzie w sadzie pod jabłonią, popijając herbatę 
xe świeżo nastawionego samowaru. Miarowe, głośno wołające dźwięki 



^) , Tomasz Gordiejew". 

4* 



392 KRYTYKA. 

cerkiewnych dzwonów „npadaja w ciszę". Starzec objaśnia synowie 
który diwick należy do cerkwi św. Mikoły, a który — do innej... 
Jabłko^ spadając z drzewa, uderza mocno o stół — i na ten jakoby 
złowTogi znak trwoga pojawia sie w prawie stalowym wzroku starca. 
Pi-zechodzi chwila — śpiewające fale dzwonów kołyszą powietrze 
i topnieją w błękicie nieba — oczy starca ożywiają się na nowo 
i patrzą spokojnie... „Ale w tern twarz jego gęsto zaczei^wieniła się, 
oczy rozszerzyły się, wyszły z orbit, usta z wyrazem zdziwienia 
otworzyły się i wyleciał z nich dźwięk dziwTiy, syczący: P...ff... 
ahhh.. . I zaraz potem głowa Ignata odchyliła się na ramię i jego 
ciężkie ciało powoli spełzło z krzesła na ziemię, jak gdyby je zie- 
mia władczo pociągnęła ku sobie..." 

Takich obrazów jest mnóstwo. Jeden z najpiękniejszych, nie 
nadających się do streszczenia, to ten, gdy Foma, w porywie dzi- 
kiej swawoli i wzgardy dla ludzi, z którymi hula na promie, od- 
cina łańcuch, wiążący prom do brzegu i rzuca prom z towarzy- 
szami i towarzyszkami trzechniowej pohulanki na pastwę wodnego 
żywiołu. A krzyczącym rozpaczliwie z promu: „ludzi topią" odpo- 
wiada z brzegu pogardliwemi słowy: „Alboż wy jesteście ludzie!'' 
Z promu rzuca się w wodę nieszczęśnica, towarzyszka Fomy. pod- 
pływa do niego, i z zapałem obejmuje jego szyję. Tej dziwnej ko- 
biecie, która, spadłszy na dno rozpusty, zachowała w sobie .dumę,, 
szaleniec, który o mało co nie przyprawił jej o smierd, spodobał 
się swoim Avj'brykiem, chód przed kilku chwilami oświadczyła mu,, 
że kochad go może tylko za podarki..." I Ux dziwaczna scena, 
w tem streszczeniu zdająca się nieprawdopodobną, w opi-ic Gor- 
kiego uderza prawdą psychologiczną. 

Nierządnice!... ba, w usta tych zatraconych kobiet Gorkij 
potrafi wctchnąd słowa pełne jirawdy i mocy, więcej powiem — 
pouczające. Gdy mówią o mężczyznach, jest jakaś groźba w ich 
głosie, od której dreszcz przejmuje. Pogardzane — zdobywają się 
na wzgardę, która nie oburza i nie śmieszy. Jest ona jakby owo- 
cem stłumionej a słusznej skartri za jakaś wielka krzywdo. To też 
Foma, nasłuchujący, co ludzie mówią o życiu, słucha i tych kobiet 
i zapamiętuje, co one mówią. Niezmierną zaletii tej powieści jest 
właśnie ta cecha, że wszystkie osoby, które w niej występują, mają 
coś do powiedzenia o życiu, a wszystkie mają słusznośd — ze swo- 
jego punktu widzenia. J^o każdy człowiek u Gorkiego jest samo- 
istną indywidualnością, jest pewnem zjawiskiem duchowem, dzinła- 
jąeem wedle praw swojej ^natury, nie mogącem działad inaczej, niż 
działa, i w zgrzytliwym akordzie głosów wszechświata zachowują- 



MAKSYM GORKIJ. 393 

oem ton swój osobny — i wiarę w praworaocnosd tego tonu. 
Gdyby skały, drzewa, trawy, rozmaite ukształtowania materyi, roz- 
liczne atomy przemówień mogły, mówiłyby właśnie z tąsamsi go- 
dnością, z temsamem poczuciem siebie, z tą indywidualnością wła- 
snej istoty, jak mówią postacie Gorkiego. 

Dlatego nie dziw, że Fomie wydaje się, ii wszyscy, otacza- 
jący go ludzie mają słusznośó, mówią niewątpliwą prawdę o iyciu, 
zdobytą doświadczeniem własnem, opart.ą na spostrzeżeniach rzeczy- 
wistych Nie dziw, źe dostrzegłszy sprzecznośó pomiędzy temi 

^stusznemi** zapatrywaniami jednostek, kontrastowe różnice mnóstwa 
poglądów, Foma, pragnący znaleśó jakąś jedną ideę zasadniczą, 
jedną prawdę — gubi się w sieciach wątpliwości i ginie. Można 
bowiem ślepo wierzyó w harmonię, ale gdy się niema tej wiary, 
znaleśd formułkę owej domniemanej harmonii — czyi podobna ? ! 

Mękę Fomy, obsenyującego bezmyślny zgiełk iycia i stra- 
szliwą walkę o byt, oddaje Gorkij z ogromną mocą kreśląc nastę- 
pujące wspaniałe obrazy : 

„Nieraz nocami, zostając sam ze sobą, mocno przymknąwszy 
oczy, ^vyobraiał sobie ciemny tłum ludzie niezmiernie wielki i na- 
wet przerażający swoim ogromem. Skłębiwszy się gdzieś w kotlinie^ 
otoczonej zrębami skał i przepełnionej tumanami pyłu, ów tłum 
w gwiM*nem miotaniu się, tłukł się na jednem miejscu i podobny 
był do ziam w młynie. Jakgdyl)y niewidzialny kamied młyński 
mełł ten tłum - - i ludzie falisto poruszali się pod skrytym dla 
nich kamieniem, to niby dążąc falami w dół, ażeby prędzej zostaó 
zgniecionymi i zniknąó, to jakoby na chwilę wyrywając się w górę 
z żądzą uniknięcia nielitościwego kamienia młyńskiego, pod któr}* 
zawsze koniec końców spadali. Byli ci ludzie także podobni do 
raków, dopiero co schwytanych i rzuconych do wielkiego kosza — 
czepiając się jeden za drugiego, przewracali się cięiko, pełzali kę- 
dyś i przeszkadzali sobie wzajem, a nic nie mogli uczynió, aby wy- 
dostad się z niewoli". 

„Ten szalony obraz — (który Gorkij dopełnia jeszcze kilku 
znamiennymi rysami na tle wypadków powieści) — utrwalał się 
w głowie Fomy, za każdym razem powstawał przed nim coraz ja- 
skrawHzy, potężniejszy, żywszy, wywołując w jego piersi jakieś je- 
dno chaotyczne, wielkie, nieokreślone uczucie, w które, jak stru- 
mienie do r/.eki, wlewały się i przestrach i oburzenie i żal i złośó 
i jeszcze wielj, wiele innego. A wszystko to kipiało w duszy, 
przechodziło w natężone pragnienie, rozpierające pierś — pi^agnie- 
nie, pod mocą którego dławił się, na oczach błyskały mu łzy, 



■ II 



394 



KRYT\TCA. 



i clioiał krzycze<5, wy<5, jak zwiera, a przestraszyć wszystkicli lu- 
dzi — pragnienie zatrzymania tego bezmyślnego ruchu, wlania 
w zgiełk i pustko życia czegoś nowego, własnego; pragnął rzec im 
jakieś gromowe, mocne słowo, skierowad wszystkich do jednega 
celu, a nie wzajem przeciw sobie. Rękoma chwytałby ich za głowy, 
odrywał od siebie, tych pobiłby, tamtych popieścił, wszystkim wy- 
rwałby błędy, wszystkich oświecił jakimś ogniem". 

.,Nic w nim jednak nie było — ani potrzebnycłi słów ani 
ognia, było tylko samo pragnienie, zrozumiałe dla niego,, ale nie- 
możliwe do wykonania..." 

W tych słowach drży cała dusza Gorkiego — szlachetna 
i krwawiąca się bólem, na który życie nie zna lekarstwa !l..- 






JAN PIETRZYCKI. 



FRAGMENTY. 

Zakonnice. 

Obłóczone w szat lilje śnieżyste, odświctoe 
Poprzed ołtarz, gdzie lampy tęczowe się jarzą^ 
Ida z blada, o cudach zadumana twarzą, 
Chrystusowe wybranki, zakonnice smętne... 

I niosą w dłoniach Życia amfory miłosne, 
Lecz zamkniętych kielichów nigdy nie odemkną. 
Obłóczone w szat lilje dziewiczych ciał Piękno 
Czuje inną, nieziemską, lilij srebrnych Wiosnę... 

I gdy w rajskie ogrody płynie orszak czysty, 
Dyscypliną biczując dziewic/e swe łono. 
Modlitwy pąsowemi blade wargi płoną — 

A przez źrenic mgławice i łez ametysty 
Blaski niosą na smutną Chrystusową głowę 
Z łon dziewiczych wykwitłe maki karminowe... 



z RUC;HU SPOŁECZ. i ARTYSTYCZ. młodej BELGII. 305 

Promienisty. 

Sadzie grusz wonią przepojony, biały! 
Astrów szkarłaty, rzucone na zioła! 
Okropna ciszo mojego kościoła! 
Ekstazo duszy w modlitwach omdlałej ! 

Wzejdźcie i stndcie! 

W liljowe to rano 
Pachnących włosów owiną mnie sznury, 
Blus/cze mych piersi okrążą marmury 
I będą płonąd melodyą rozchwianą 
W poszumach boru i w topól tęsknocie... 

Przedziwna gędzba obudzi z snu kwiaty - • 

I duszę moją roz tęczą szkarłaty, 

By przed zachodem stopiła się w złocie... 




K. RAD08ŁAW8KI. 



Z ruchu społecznego i artystycznego młodej Belgii. 

• Dokończenie). 

Uniwesytet Nowy nie jest instytuoyą czysto socyalistyezuą. 
Powstał on przed ośmiu laty wskutek secesyi pewnej ilości profe- 
sorów ze starego liberalnego „Uniwersytetu Wolnego'*, który zapro- 
siwszy na wykłady słynnego geografa Elizeusza lleclus, cofnął póź- 
niej zaproszenie pod pozorem, źe uczony ten jest wyznawcą teoretycz- 
nego anarchizmu, a jednocześnie we Francyi odbywał się szereg 
zamachów anarchistycznych. Podstawą Uniwersytetu Nowego była 
więc obrona wolności myśli naukowej, i został on jej wiernym, za- 
praszając do wykładów nietylko socyalistów, w liczbie których wy- 
mienimy sędziwego rektora DeCireefa, znakomitego 80cyologa,je<lneg«) 
z najsym|mtyczni(*jszych ludzi, Jakich się spotkad zdarza, Edmundii 
Picarda i Dojongha, prezesów obydwócii izb adwokackich; przy 
trybunałach l^asaoyjnym i apeUicyjnym fpartya belgijska, najbar- 
dziej może masowa, robotnicza, klasowa, cieszy się też najszerszym 
udziałem inteligencyi), ale i sumiennych i szczerych badaczy, 
z różnych inny cli szkół, jak Kowalewski, Lorini, Sighelc. Korzy- 
stając z zagwarantowanej konstytucyą zasady wolności nauczania, 



VJi\ 



KRYTYKA. 



dziciki kti^Jrcj w całej Belgii jest tylko dwa uniwersytety rządowe 
(w Gandawie i Leodyura), a prócz tego tworzą się swobodnie 
uniwersytety „wolne**, jak katolicki w Ijowanium, mieszczańsko- 
liberalny w BruksiUi, i mają prawo wystawiania dyplonów prawo- 
mocnych, Uniwersytet Nowy, chociaż w zakresie nauk ścisłych 
zdołał dotąd zorganizować tylko pojedyncze laboratorya, hygeniczne 
i fermentacyjne, jednak ])Osiada zupełnie zorganizowane wydziały 
prawny i nauk społecznych, egzaminuje i udziela dyplonów, któ- 
r}'m wprawdzie rząd klerykalny przez nadużycie władzy odebrał 
moc praktyczną, moc dopuszczania do urzędów, ale które mają 
uznaną przez tenże rz|d nawet wartość naukową. "Wobec doskona- 
łych w Brukselli warunków do pracy umysłowej, \yobec możności 
dopełniania wykładów jednego uniwersytetu wykładami drugiego, 
dziwić zię nawet należy, że gdy np. studentów rosyan jest tu dużo, 
polacy omijają jakoś to ognisko bezstronnej wiedzy społecznej. 

W Uniwersytecie Xowym odbywał się szereg wykład^hy na 
temat ,,dy:dektyki społecznej" czyli różnych form, jakie przybierała 
w ciągu dziejów filozofii społecznej myśl powrotu przeszłości w przy- 
szłości, — szereg, zakończony dwoma wykładami o oAyem prawie 
retrospekcyj przewTotowej, któremu krytycy tacy, jak Krzywicki 
i Abramowski jaką taką wartość przyznali, ale które zasłużyło sobie 
tylko na miano .,])rostej metody naukowej*' u pewnegt) naszego so- 
cyologa - polityka , mszczącego się w ten sposób za pewną, na 
innem polu uczynioną i w ciągu dwóch lat bez odpowiedzi pozo- 
stawioną aluzyę z „Cyrana de Bergerac" do jego herbu... Teraz 
rozumiem, dlaczego z taką przyjemnością patrzyłem w muzeum 
\Viei'tza w Brukselli na portret „Don Qiiiblague'a" wysmukłego 
rycerza z czarną brodą i wielkiem piórem zamiast dzidy, na któ- 
rym artysta uwieńczył iedneffo ze swych licznych niesumiennych 
krytyków ! 



* 



. Czytelnik zgaduje oczywiście, że nie tylko dlatego zaczynam 
mówić o muzeum Antoniego Wiertza, ani nawet dlatego tylko, że 
ta pracownia artysty, który wprawdzie widocznie ;)Ozował troszkę 
przed potomnością, ale ))On.iinu to tak szczerze kochał swą sztukę 
ze nigdy nie chciał rozstać sic z żadnym szczerym obrazem, a na 
skromne życie zarabiał rzemieślniczo traktowanymi portretami, że 
ta pracownia za życia artysty zamieniona przez liberalnego ministra 
oświaty na muzeum narodowe jest obok fundacyi takiego bojraeza 
radykała Sohay^a ob'ik takietro ni), laboratoryum fizy«)loffic/ncirn, 
w kt()rem z chlubą ])raeują Jutejkówna i Stefanowska. pracował dr. 
Kazimierz Radzikowski — pięknym i charakterystycznym ol)iawem 
sympatyi pewnej części klas posiadających l>elgijskich naw<*t dla 
niezah?żnt*j sztuki i wie. Izy. 

Obrazy takiego Wiertza — taksamo jak poezyf takiego 
Ycrhaercna — są pouczające ])0 1 innym względtMn jeszcze. 



z RUCHU SPOŁECZ. I ARTYSTYCZ. MŁODEJ BELGII. 397 

Artyści tacy, jakkolwiekby się pozornie zdaleka trzymali od 
prądu rewolucyjnego, jakkolwiekby nawet w zaślepieniu swej życio- 
wej słabości i trwogi na jego poziomośd narzekali, są jego sprzy- 
mierzeńcami, więcej, jego (Iziedmi, a on — ich opiekunem byd moie 
i |)owinien. Naturalna koniecznośd takiego zapatrzenia się artystów 
w przeszłośd, takiego mistycznego zabarwienia ich utajonej rewolu- 
cyjności, takiej u nich właśnie retrospekcyi, która stopniowo prze- 
wrotową się staje, nigdzie bardziej nie rzuca się w oczy, jak w tej 
Belgii, tak na każdym kroku wypełnionej demokratyczną śrcdnio- 
wiecczyzną. I może nie jest to tylko zbiegiem okoliczności przy- 
padkowym, ale objawem takiejże konieczności, że sztuka o cechach 
analogicznych, sztuka takiego Wyspiańskiego naprzykład, zjawia się 
u nas właśnie w najbardziej średniowiecznym, i tak bardzo zara- 
zem przez socyalizm nurtowawnnym, Krakowie... 

Wiertz, ten zarazem malarz, rze^l)inrz i pisarz, sam doskonale 
wyjaśnił znaczenie retrospekcyi artystów, jako środka, zespalającego 
ich, przy większym lub mniejszym udziale ich własnej świadomo- 
ści, z prądami rewolucyjnymi, unoszącymi całe społeczeństwo. 
W rozprawie swej o szkole flamandzkiej mówi on : „Rewolucya 
polityczna z r, 1830 spowodowała rcwolucyę artystyczną... Jedni 
walczyli o prawo, inni zapragnęli walezyó o piękno... Strzelba do- 
dawała otuchy pędzlowi... Mnlarze odczuli, że też powinni coś zro- 
bid dla ojczyzny... Wszystkimi artystami owładła jedna myśl: 
wskrzesió szkołę flamandzką, podnieśó na nowo ten klejnot naro- 
dowy, wołając jednocześnie: Niech żyje Belgia i — niech żyje 
Rubens!" Sam Wiertz jest — w swych wspaniałych ciałach kobie- 
cych szczególniej — epigonem Rubcnsa a zarazem w swych rzeź- 
bach prawdziwym poprzednikiem Rodina; cała jogo działalnośó ar- 
tystyczna — pięknym wykwitem na odrodzonem drzewie szkoły fla- 
mandzkiej. Ale zachodzi u niego retrospekcya ideowa dalsza, 
choó z tamtą połączona, retrospekcya zresztą dziś rozpowszechniona, 
choó u Wiertza szczerszn i głębsza, niż u wieki innych : od wy- 
uzdanej współczesnej walki o byt w różny (•1i jej formach i z różne- 
mi następstwami — ku braterstwu i prostocie chrześciańskicj. Wiertz 
jest prawdziwym, szczerym socyalistą chrześciańskim w malarstwie; 
nic to może dziwnego, że malarz taki przypadł w udziale Belgii, 
skoro wydała ona jego przyjaciela i wielbiciela Laveleyc'a, który, 
kierując się niewątpliwie chrześciańskim poglądem lui własnoś(f, 
odkrył jej komunistyczna i>ra-hi8torye i dostarczył w ten s])Osób 
potężnego uzasadnienia jej komunistycznej krytyce. Miewa też 
Wiertz i c/.ysto chrześciańskie objawy naiwności, jak np. obraz pt. 
..Samobójstwo", na którem obok słaniająceg<» się ]»o wystrzale sa- 
moV)ójcy, stoją anioł i zły duch, a na stole leży książka pt. „Mate- 
Tyalizm"*, otwarta na karcie ze słowami: „Niema Boga ani duszy". 
Ale ten marzyciel, który, wierząc w Bojra i w duszę, nic chciał 
nigdy nic iniec* do czynienia z księżmi żadnego wyznania i umarł 
bez ich pomocy, stworzył obok tego oł)razy potężne, osnute na tym 
rewolucyjnym pierwiastku chrystyani/mu, który nic przeminie ni^;dv : 
tak n. p. „Latarnia i)rzewodnia Golgoty^*. Tłum niewolników, zmu- 



39S KRYTYKA. 

MJiny batogiem przez ooutiiryona rzymskiego, uosobienie t]cH|>oty- 
zmu, ilo |)"(lnos/euia kr/.yża /. Chryntiisem, krzyża, od którego 
biją Dn niewolników potoki Światła, krzyża, który staje się symbo- 
lem wyzwolenia ich otl tlespotyzmti. W jednym 7. oluazów wyrai^a 
Wiei^tz plastycznie na<l!!ieję, ie partye waleKaee pogoilzą hIc, że ro- 
botnik zerwawszy swe więzy, w clirzeKeinćukim uścisku pobrata się 
t poprawionym żołnierzem i księd/.cni; ale toź spyrzmy na ^>(i(- 
iont lio tej /gocly, na „walko partyi'-. od kt(iivj odwraca się Cliry- 
stns: artysta cbrze^ciautn nie waha sic przodstawi<* ku|)łaua/. wśi-ie- 
kłoHcia w twarzy, z krzyżem w ręoc, poflnienionym nic do Idogo- 
slawiefistwa, lecz do bicia r botnika, który tęini dłonią sięga po 
koronę, aby ją zudrzet^ z ciała żołnierza ! A 00 za odczucie cicrpieit nę- 
dzarzy we wstrząsającym* obnizic tej szalonej, eo z głodu zaczęła 
krnja<5 swe dziecko i wrzuciła nóżkę maleństwa do kociołka z wo- 
dą! W tej Hmntnrj wyrobnicy, która, wyszedłszy na chwilkę z ko- 
szykiem na miaRlo, zastaje dziecko swoje w palące) się kołyhccl 
A jaku w nim nienawii^łi i pogtirda dla wojny i jej spniwcilw \ 
w jak wzruszHJącej wyrażona formie w obrazku ..Miciio armatnie", 
gdzie tiliezne dzieciaki flamandzkio bawią się pod milczącą tymcza- 
sowo armatą (tak, zauważa Lavclcye, dawni mistrze przedstawiali 
Dziecinę, Śpiącą aa drzewcu krzyża...) ; w jak realnej — w scenach, gdzie 
kobieta napastowana strzela w łeb rajtarowi, a inna — z obłąkaniem 
w oczach wyskaknje |)rzez okno prze<l zwierzęcemi twar?:ami kozakowi 
— w jak dantejsko- tragicznej — gd/,ie wielki morderca Xapoh'on, 
z bolcsncm a zaga<)kowem zamyśleniem w twarzy, otoczony jest 
tłumem roz«-ócieczonych i oszalałych t. bólu kobiet, podsuwających 
mu poifaleczouo człi)nki swych męMw i synów do jedzenia, krew 
ich do |>icia! — w jak patetycznej na wielkiej alegi>ryi, gdzie ey- 
wilizacya odbiera ludziom ostatnią armatę, a geniusz jej pali ^^łup 
graniczny! — w juk wreszcie gulliwerowsko-w/gardliwcj tam, gdzie 
mędr/ec przyszlośei z cickiiwośeią przygląda się dziwacznym, tak 
malutkim, że się na- Jego dłoni mieszczą, narzędziom ozy zabawkom 
ludzi leraŹuicJHzych : armatom, berłom, sztandarom, łukom tryiim- 
ialnyml 

Tclinietiie chrzcściailskie '/, przeszłości, ktwrc skrystalizowało 
się w dziełach Wiortza, dziiiła Już w sposób rcwolucv<mi/Lijący. 
Nikt nie [lowinien omijać w liruksełli tego niepospolitego muzeum. 



W (lilii iikrzyżonaae Itrwawiij sii; wieczory 
Na ln'rvznnc-ie : w bjigno z icli ran krt'w b[c 
liaifiiii ]iiitl wami, bnKno, m^i;zcńskio wioi-znr 
W haffiiio się oilzwieiricfila odblask krwawo- 
— Taui, liea — iikrz,v£owaniii waszpso wiec? 

Wy Jeziisi-paslprzc, tu w jasnej opoiiczy 
szukacie ludzi, hy im jasne wskazai; lory, 
i'atrzi ie ; oto śuiicrO iilzin, triy irasnr( wiei^zm 
I <it'i 7. wełny waszyi-li owii^i' krew si^' suczj 
Niclio rzai-no.. Uo)t'c.iy rysiijj) sii,- wzury... 



z RUCHU SPOŁECZ. I ARTYSTYCZ, MŁODEJ BELGII. )99 

Ach ! na czarnych (iolgfotach krzyżujji wieczory I 

Tym nieśmy nasze rany, boleści i spory. 

Czas firzeminął nadziei radosnej i rączej... 

Bo oto bagna pełno krwi czarnej i chorej, 

Która w nie kapie z krzyżów waszych, o wieczory! 

Zatytułowane : ^Ludzkoód". Nic wiem oozywiHcie, ezv tłumaczenie 
zachowało choć w części siłę „upajającego smutku" oryginału; mnie 
bo, wyznaje, przejął do głębi ten obraz ludzkości, który staje przed 
..wieczorną duszą" Yerhaerena. Tu juź niema cienia „nadziei rado- 
snej i rącJsej". Od bolesnej teraźniejszości walk, „ran, boleści i spo- 
rów^ nie ma reirospekcyi nawet ku tak pospolitemu przytułkowi 
chrysiyanizrau ; ni^ma i rewolucyjnej nadziei. Golgota tylko dla 
Jezusów-pasterzy i dla ich owieczek... A czemu? Bo ludzkos^ć na 
ciemnych Golgotach krzyżuje smutne, wieczorne, nieprzystosowane 
dusze, a sama rozlewa sic pod ich krzyżami, bagnu j)odobna, 
wchłania i natychmiast brudzi krew, z nich kapiącą, i odblaski, 
padające od ich zachodu krwawego... Z takiego bagna niema 
wyjścia. 

Straszny też jest smutek Yerhacrea, straszną jego gorycz. 
Dla niego nawet „wieczór, pełny purpury i jak rzeka złota, 
gnijo i pięściami chmur swych mocno rozgniatał słońca na zielona- 
wym horyzoncie'', dla niego kraj rodzinny ma wygląd „kraju 
próchnienia i trądu, gdzie dzwoni śmieró na nieszpory..." 

Zjawia się czasem, gdy „namiętna chęó podniety i wiedzy 
zgasła"*, tęsknota do zapomnianego majowego nabożeństwa i do do- 
brego anioła stróża, któiyby „duszę nanowo ul>rał w dzieciństwo'* ; 
lecz „chory sceptyk" potrafi najwyżej marzyó o zamknięciu się 
w „żelaznym klasztorze", gdzie byłby swoim własnym kalem lub 
o unicestwianiu resztek dumy w małostkowych, śmiesznych prakty- 
kach... .^Ukrzyżowane krwawią się wieczory..." Rozum mu umarł... 
„Umarł od zbytku wiedzy, od tego, że zabardzo chciał wyrzeźbió 
przyczynę w czarnym cokide istoty każdej rzeczy... Umarł stra- 
szliwie od wyrafinowanego otrucia i od gorączki, co go pchała ku 
szalonej i czerwonej potędze". I oto 

^Kn sa robo, coiilei:r de fen ot de poison, 
En sa robo do joyaiix morts, ([iie soionniso 
L'heuro do pourpre H Ihorizon, 
Le cadayro de ma raison, 
Traine sur la Taniise...* 

Wielkie miasto — wielkie miasto kapitalistyczne, „złoty gród 
czerwonej jdcliemii" — oto przedmiot strachu i wstrętu, oto źródło 
upadku i obłędu tej wieczornej duszy, która „w tym okrutnym 
wysiłku wszystkich przeciw wszystkim unicestwia się, gubi i kru- 
szy", tej „duszy rozbitej i szalonej, wichrem bezmyślnym oszalałej^ 
strasznie z orbity wyrzuconej, która się w tym urodzie brudzi 
i umiera od wzgardy dla samej siel)ie*'. Londyn jest dla Veri»ae- 
rena uosobieniem tych wielkich miast, tej fabrycznej cywilizacyi, która 



40IJ 



KRrrYKA. 



„w eiemnycli podziemi o cli Kamienia na rhlcb pows/.cdni oawet 
kości onientanie". Cziu-ny ten Lundyii wy|iełiiia mii duszę, Ijondyn 
7. ieluza i Itronzn, m swymi dymiflooint i ukopcoormi dwdrcami, 
7. t>totnicteini wyln'KP?,ami Tamizy, z petitami pijanych prostytutek, 
olbrzymienii literuiiii /iotcmi ogionz-eó na dachacli, o alkoliolach, 
K widmem ćmicroi i zbrodni, które pry.eHiadza sio pomiędzy tłu- 
mami. Gdy i)rzez obwilc zapnigDąt marzyd o rzeeKucIi odlcgłyeli. 
]>ro8tyoli i ezyHtych, natyclimiast dym tunelów spędza marzenia 
i nogi przylepiają się do Wota... Yilles Icnłaciiiaires ! W tem Bti>- 
wie, w tem poriiwnaniu miast wielkich do potworów . morskich, 
wyHysająeyoii maekami swemi krew ze wszystkich istot, co w ich 
sferę przyciągania wpadną, zawarł Vcrhsercn eałą eiwą nie- 
nawi^ó i trwogę <Ua cywilizacyi kapitalistycznej, odsłonił oały 
grunt prostoty i ciszy dziecięcej, który leży na dnie tej obłąkanej 
duszy — i który ją łi(czy z prądem i-ewolueyjnyra, mającymi mogą- 
cym odtworzyć w wyższej formie, tia szerszą skalę, zdrowe i zrów- 
nowaiionc życie przedkapitalistycznych wiosek i miasteczek. 

Tak jest: ten -człowiek cienia'-, który nie chce ł>y<? -ba- 
nalnym zwycięzcą'- i który, chotf z rozpaczą, czuje, że nie jest 
zdolny „i>ociąó na sztandary tkaninę jlycia swt^t", klórj- jest ..swą 
własną męką, swym własnym postrachem ", odczuwa nagle, żo ta 
męka może coś zi-odziłS, ia „między zwiędlemi Ii:mkami leży czasem 
ukryty nóż, co jaśnieje i zbrodni:; i słońcem", przed oczami staje 
mu w pewnej chwili taki ł)to 



Ku jnkiciim.ś w dul miastu, cjzit- JZwori b 
I obiiażuii3->l)łyHka lo|iiir )riU>tyny, 
Szaluiicgu ])ragnipiiiu i>aryw pcIia mi serce 

Warknęła w łbach jioliiidka knStka 
Wściekłości dUigo ukrywanej -- 
I lud !<i^- 2i'ywn i'ozliukaiiy. 



Na niej zeffaru blade lica 

Ku gwiazdom j>ii1rzą zczerwicni 

W kr-ikach, co słyclia.^ — Smi. 
1'lulilień ]!uakręcuł stali<; dHiliy. 
Jakby zfznchrane w (iirniii wtui 

Sij, którym jfdiiit ji'st iiadzifjii. 
Że wyrzee nadziei sii; umieją: 
Ci dziś z milczeniu swejf" zstJi; 



A Ink spokojnie jest s 



z RUCHU SPOŁECZ. I ARTY8TYCZ. MŁODEJ BELGII. 401 

Nienawiść świata wokół chrzęści. 
Ku chmurom wyciągnięte pięści 
Pochwycić błyskawicę chcą. 

Bo to godzina, gdy bezdomni, 
Obdarci błędni, nieprzytomni 
Swą hardość wprowadzają w czyn 

Tak! to god/.ina — i tam pobudka mi warczy. 
Kolbami tłuką już do moich bram... 
Zabijać — poledz! — co mi tam! 

Rozmyślając nad tym, takiej rozpaczliwej niemal tęsknoty peł- 
nym obrazem rewoliicyi społecznej, oczekiwanej, jak zoawienie, — 
obrazem, któiy nawet prostotą wierszowania i naiwnością obrazów 
podobny jest do chrześciańskiego Dies irae, clies Ula — przypomnia- 
łem sobie, że w pewnej dyskusyi w Paryżu zgodziliśmy sic z pa- 
nem Przesmyckim na to, ze Yerhaeren jest jednym z najprawdziw- 
szych artystów w literaturze współczesnej. Ja byłem i jestem tego 
przekonania dlatego, ie potrafił on, — jak Ibsen, jak Konopnicka 
także, — do wysokości sztuki przepostaciowad uczucia krytyczne 
i prądy przetwórcze, które cechują dobę dzisiejs/ą społecznego roz- 
woju.., Ale co odpowie ,, Chimera", gdy „kolh4»mi zaczną tłuc już do 
jej bram?...'* 

W Belgii — i to obserwaoya pocieszająca nadzwyczaj, którą 
zakończę tę garśó wrażeń przejezdnego — w Belgii istnieje przyja- 
zna wymiana myśli i uczuó między prądem rewolucyjnym ludowym 
a najwznioślejszymi artystami. O Maeterlincku, o Konstantym Meu- 
nier nie wspominam, są zbyt znani. Ale oto pod tytułem, od poety 
Yerhaerena zapożyczonym, „Vi Ileś tentaculaires", pisze Emil Van- 
dervelde studyum społeczno-ekonomiczne. Kfimil Lem(mnier, Jerzy 
Eekhoud, autor, ściganej sądownie powieści „Eseal Yigor", zawierają- 
cej na temat miłości poglądy takie, że ich tu powtórzyó nie mam 
odwagi, są profesorami literatury w Uniwersytecie Nowym, nie 
obrażają się na krytykę przedstawiciela mas, P e u p 1 e*a, bo wied/ą, 
że masy, i jedynie masy, dostarczają im współczujących i rozumie- 
jących czytelników; wogóle artyści belgijscy są — i dosłownie, 
i w przenośni — częstymi i mile widzianymi gośćmi „Domu lu- 
dowego". 




(-) 



Teatr lwowski. 



o znaoceniu ideowem „Wesela- Wyspiańskiego nwlwimy na 
innem miejscu. Czy poeta t o właśnie zoiiozcnie tiziełu swemu 
pragDi}t nBda<5, tego nie wiemy — i to mts nic moi^e zajmownij 
-<Tonitisz jest siłą, uświadamiającą nam uatun;, oliooiaii jemu sa- 
memu w iywiolowjTD procesie tworzenia niezawszc świadomość to- 
waritj-szy. Wyspiański do tej kategoryi poetów należy; z oałej 
swojej istoty jeat wizyonerem, jego twórezo8<S jesl wizyonerską, jego 
dramaty są szeregiem wizyj, duchowo powiązanych ze sJbą, bo [iłyną 
z jednego źródła, ale ozęstokro(5 bez powiązania materyiilnego, ze- 
wnętrznego a zawsze bez apriorycznej, zimnej, Bzematvziijąoej i wa- 
żącej pracy „głupiego" mózgu. Z tej jego istoty płynie treśó jego 
dzieł, będąca wyrazem zaklętej w uim, S|iotcgowanej do najwyż- 
szego napięcia, urastającej do wyżyny ogromnych symbolów, tę- 
sknoty bohaterskiej namdu; z tej istoty płynie tez forma Jego 
utworów. 

Są one szeregiem wizyj. Poeta, zarazem malarz, nie myśli 
abHtrakoyjnemi pojęciami, nie myśli też ubrazami; wrażenia, uczucia 
wędrują w nim na dno duszy, gdzie panuje „ton" niesłychanie wysoki, 
napięty, drgający całą muzyką instynktów, przeczuli, itituicyi, h-an- 
ceti, i wTacają mii przed oczy, nagle, eruptywnic, gorączkowo, jako 
widziadła. Są one tok plastyczne, realne, że może i musi je ma- 
lowaó z całą drobiazgowoacią — zaś dla zimnego, -przeciętnego" 
widza są oderwane, hiżne, nieumotywowano — ciioó mają wewnętrzną, 
żelazną w sobie koniecznośó. Ten „przoeiętoy" będzie się toż 
skarżył na dziwną formę dramatu, w którym nie ma rozwoju cha- 
rakterów, ^.motywów" wchodzenia i wychodzenia osób, na ten po- 
zorny bezład i ..brak akcyi" panujący w ,, Weselu", a doeholzący 



TEAR LWOWSKI. , 4U3 

\s „Legionie'' do zenitu, do urągania wszystkim uświęconym for- 
mom, ft>rmułkom, tradycyom, wzorom. Ale kto potrafi by<5 nie 
obok poety, lecz w nim,, bodaj przez chwilę, nasti*oid się na jego 
ton, temu idealny jego świat będzie najprawdziwszym, rzeczywist- 
fitszym, niż wszelka rzeczywistość, realizmem. 

Ton ów w Wyspiańskim — to idea polska. liudzie, dzieje, 
wypadki są tylko przemijającemi jej emanacyami. Żyją uie swojem 
życiem, zajmują nas, nie jako indywidualności o określonym losie 
i przebiegu życiowym; i)oeta nie jest ani ich akuszerem, 
ani krawcem, ani doradcą prawnym lub finansowym, na- 
rzuciły się one jego wyobraźni, jako symbole nurtującej 
jego duszę Idei, jako plamy barw, znaczących obraz, są środ- 
kiem, nie celem. Podporządkowane idei są tłumem, a jeżeli można 
od nich wymagad psychologii, to tej, aby życie owego tłumu ro- 
zwijało się równolegle z ideą, uwydatniało wszystkie jej ewolucye, 
natężenia, spadki, aby ten tłum, będący dla duszy znakiem tylko, 
dla oczu był ^bohaterem" av dramatycznem słowa znaczeniu. 

Takie zadanie, artystycznie zupełnie nowe, postawił był sobie 
Hauptman w „Tkaczach** ; bohater indywidualny ustępuje zbioro- 
wemu, jednostka rozpływa się w gromadzie, którą poznajemy 
w stanie statycznym i obserwujemy we wrzystkish stadyach roz- 
woju, wzrostu i tragicznej katastrofy. Tylko Hauptman, wtenczas 
naturalista, na tej fizyologii tego bohatera zbiorowego kończył; 
Wyspiański, najczystr/ej krwi idealista, uważa go za powłokę, za 
niezbędny symbol ducha. Zresztą żyje u niego ten bohater egzo- 
teryczny życiem aż nazbyt realnem i odpowiada nawet wszystkim 
wymogom nie|>rzedawnionej, szekspirowskiej dramaturgii. Tłum ten 
zebrany na weselu raduje się i zabawia — każdy i)0 swojemu — 
tak jak na wesela można, więc rozmową, tańcem, flirtem. Powoli 
dusza zbiorowa się rozgrzewa, rozpala, wpada w konflikt z rzeczy- 
wistością, z zaklęta w niej siła a właściwie bezsiła, ze zdolnością 
do wysokich ,,nastrojów'* — niezdolnością do czynów wielkich — 
i konflikt ten zaczyna występowaó coraz dramatyczniej; przed każdym 
staje widomie, .,co mu w duszy gra", jednostki zaczynają się mo- 
cowad z żakietem w nicli Fatum... Rośnie ono, potężnieje, z poja- 
wieniem się Wernyhory — cięży już na tłumie całym ; mocuje się 
z niem dusza zbiorowa, pnie się do wyzwolenia, do czynu — 
i pada zmożona spoczywającym w niej jadem i małością w stosunku 
do wielkiego celu... Ducli zbiorowy jest w tym momencie tak skry- 
stalizowany, konieczność katastrofy dla wszystkich, obserwujących 
go od początku t^k oczywistą, mimo to sama katastrofa dniała 



401 KR\"1TKA. 

tak (Iruz^oczaco, że patryotycziiy, mazurski, symbolistyczny ów dra- 
mat może się równad z naj potężni ej szem i kreacyami teatru gre- 
ckiego, 

Mamźe jeszcze za8tanawia<5 się nad pojedynczomi symbolami 
i pięknościami dzieła? Studya można o nich pisad i będzie się 
pi sad. Chciałem tylko uwydatnid niektóre raomenta artystyczne 
przez prasę naszą codzienną gruntownie zapoznane — a z obo- 
wiązku należy też uwydatnid niektóre mementa ^krytycznie". 

Treścią dzieła: dramat idei, symbolem: dramat bohatera 
zbiorowego, tłumu. Temu bohaterowi realistycznemu Wyspiański 
czyni stanowczo za dużo ustępstw. Malarskie oko artysty cieszyła 
sio oczywiście tern barwnem, strojnem, bogatem tłem mazui^skicm, 
dusza cieszyła się tą pełnią uczud, tradycyi temperamentów, tern 
morzem pierwotnej polskości, które tam szumi i huczy, ale t^j 
rzeczywistości mamy zbyt wiele. Już ekspozycya — pierwszy akt — 
jest przydługi, a w drugim ucziiwamy ją, jako dysonans; to ciągłe 
wspominanie przez gospodrza wol)ec Wernyhory ;.ony, strojącej się 
w alkierzu, pięknie oddaje gościnność jego wobec znacznego gościa, 
ale sprowadza, niepotrzebną dygresyn; ustępów takicn jest więcej., 
llażą szczególnie z początkiem III aktu, kiedy akcya powinna się 
toczyd wartko, jak lawina; realistyczne sceny z Nosem et<*., dają 
fragmenta z natury polskiej, tę jednak już znamy i chcemy wi- 
dzied ostatni jej z samym sobą, z swym fatalizmem, bój. Śliczno- 
tu jest opowiadanie Jagusi i odpowiedź poety — ten wszakże 
ustęp da się umieścid na innem miejscu. 

Za stanowiska realizmu (hiłby się tu post^iwid pytań szereg 
nieskończony, a przcdewszystkiem to główne, zasadnicze: żali poeta 
we współczesnem pokoleniu istotnie nie widzi innych objawów — 
innych typów nad te smutne na ogół, które podług niego stanowią 
dziś najsilniejsze akordy duszy zbiorowej ? Tu wracamy jednak do 
założenia naszego początkowego. Wysp iaiiski jest wizyonerem, roman- 
tykiem nie mózgowcem dzisiejszym, z całego swego ustroju obcym jest 
swojej generacyi. Stoi obok Słowackiego z ostatniego okresu ; na r. 
184S urywa się dlań historya powszechna i polska. Wpatrzony 
w mistycznego i romantycznego Króla-Ducha, neijuje całą teraz'niej- 
szośd, wobec gigantx5w jego wyobraźni, wyśnionego przezeń ideału 
))ohaterstwa, wszyscy jesteśmy karłami. Słyszymy to, a jednak je- 
steśmy — cała generacya — pełni zachwytu ; jesteśmy pełni 
tryumfu, że się między nami zjawił. Dlaczego? Co sprawia, że 
AVyspiański, mało znany z dzieł, jest jednak wszystkim tak drogi, 
przyjmowany bez krytyki, hymnem i miłością? Przypominają się 



SPRAWOZDANIA. 



405 



pokrewne słowa, które kiedyś Bahr pisał o Maoterlincku. „Nie 
rozbieraliśmy go, opiewaliśmy go tylko. Nie mogliśmy nic o nim 
powiedzieć, wołaliśmy tylko: aleliija. Wiedzieliśmy, cznliśmy: tu 
uderzył artysto w ton, któregośmy nie słyszeli i któryśmy rozumieli, 
jak muzyko własnej duszy; nasze najtajniejsze nasstroje stały sie 
głośnerai. Zato musieliśmy mu by<5 wdzięczni. A dzieła jego? 
Żadna krytyka, żadna parodya nas nie zachwiała. Nie to, co on 
mówił, lecz to niewypowiedziane i niewypowiedzialne, cośmy przy- 
tem czuli, czar rzucało"*. 

Tvm czarem : bohaterstwo — idea.. 

Swoją drogą nam nietylko wolno, ale i trzeba z tych szlaków 
wróció na ziemie, i jego poezye — jeśli nie ma się rozpłynąó 
w dekadenckim nastroju — przetłómaczyó na życie. Czynimy to 
w naczelnym artykule naszego pisma. 

Pozostaje jeszcze do zanotowania, ze na scenie lwowskiej 
..Wesele" było grane z głębokim pietyzmem, zupełnem zrozumie- 
niem, a z bardzo drobnemi wyjątkami — wspaniale. Taksamo wspa- 
niale po malarsku wypadła strona zewnętrzna. P. dyrektorowi 
Pawlikowskiemu i reżyserowi p. Solskiemu trwała należy się 
wdzieeznośó. 





Andrzej Niemojewslci, Bajka. Poemat w w 1 odsłonie. War- 
szawa, 1901, nakładem autora. 

Na karcie tytułowej, obok „nakładem autora", napis: wydanie 
drugie. Dwa te określenia rzadko figurują obok siebie i świadcz ą, 
że utwór Niemojowski przemówił do publiczności własną wartość ą, 
nie „forsą'* księgarską. Istotnie, wiemy o czarze, jaki rzucał szcze rą 
swą poezyą ze sceny krakowskiej, tudzież amatorskiej, ..Miłośni- 
ków", w Warszawie i we Lwowie. Prosta a wielka w tej prostocie 
alegorya żvcia, ujęta w kilka figur, pomyślanych nietylko poetycznie, 
lecz także bardzo po malarsku, wiersz wdzięczny, miękki, pieszczo- 
tliwy, zdobywający się, gdzie potrzeba, na akcent wielkiej siły, 
bezbrzeżna melancolia i tęsknota, wiejąca z bólu bytu, dającego 
ukojenie tylko na łonie Śmierci — wszystko to czyni ..Bajkę** 
emanacyą prawdziwego poety, zadumanego nad Dolą ' człowieka, 
czyni ..Bajkę" najbardziej syntetycznym ze wszystkich utworów 
Niemojewskiego... 



4m; KRYTYKA. 

Zaznaczając tu powtcSrnc wydanie tego utwoni, wyrażamy ży- 
czenie, hy^my go mogli jak najprędzej iijrzee na naszej scenie, 
gdzie artyzm p. Pawlikowskiego i jego personalii z pewnością po- 
trafi wydobyć zen niesłyciiane piękności. Wogóle czas już. aby 
Nieniojewski - dramaturg zawitał także do Lwowa. Nie znamy 
jego dramatu, odznaczonego nagrodą konkursowa ., Familia', nie 
znamy jego ..Jtokity**. Jednej z najwybitniejszych postaci współ- 
czesnej poezyi polskiej powinno byd danem, aby mogła przemawiad 
ze sceny lwowskiej, jeżeli ta ma istotnie byd soczewką, skupiającą 
wszystkie promienie sztuki narodowej. A wszak to nam p. dyrektor 
Pawlikowski przyrzekł.... (w) 

Louis Ooiisoi ..S:fuha japońska'* Warszawa. AVvdawnictwo 
Okrcta. IWl. 

Chińszczyzna i japońszczyzna należała niegdyś do tzw. mody. 
W salonach nie mówiono ani o Herkoracrze, Rodinie, lub Stucku, 
lecz łamano sobie jv^yki cytowaniem na prędce z encyklopedyi po- 
chwytanych nazwibk, które nie przemawiały do nas niczem, jak 
tylko niejasnem wspomnieniem tandetnych wyrobów i>seudo (tos- 
lnn'a, Ok i o i Shiounsho*a fabrykowanych en masse pod Pa- 
ryżem, Londynem a «^o najwyżej w Ameryce. Dopiero od niedawna, 
równocześnie z rozwojem stosunków handlowych Europy z dalekiemi 
państwami żółtych mórz, ujęto w karby naukowe badania nad sta- 
rożytną i nowoczesną sztuką japońską a jednym z ich rezultatów 
jest dziełko Louisa (Tons'a przyswojone naszej mowie jirzez Sta- 
nisława Bo ul* tał a. Zaletą ,.Sztuki japońskiej" jest jasność i tre- 
ściwość wykładu. Czytelnik zapoznaje sio pokrótce z historyą ma- 
larstwa tego kraju, począwszy od wzmianki o Inshiriiga |)ortrc- 
c iście, żyjącym w \' wieku a skończywszy na wytwornych impres- 
syonistach japońsk ich S o t a t s o u Korin i H o li i t z o u , których 

wvłvw i na na^zem malarstwie sic odbił. Osobno tndctowane sa 

* » i fc 

tzw. ^szkoła gminna •* wyrosła z końcem XV1IL wieku i działalność 
największego bezsprzecznie artysty Ilokoiisai, będącego tem dla 
dla swej ojczyzny czem u nas Rembrandt, Goya i Daftmier. (Tmarł 
nieznany i w nędzy... Nemo propheta...) 

Autor zwraca również naszą uwagę na archit(»kturę tamtejszą, 
chlubiącą si<» wiekopomnemi budowlami pagód w Nikko i świątyń 
na wyspie Idzoukou. Stoi ona zawsze w ścisłym związku z wła- 
ściwościami otaczającemi krajobrazu i jirzedstawia się nam, cywili- 
zatorom barbaryi — jako ostatni wyraz doskonałości dekoracyjnej. 

Rzeźba, bronzy, sławne maski używane w czasie uroczystości 
religijnych i w teatrach, dalej „netzke** (małe breloczki lub guziczki 
przytrzymujące u pasa woreczki z tytoniem i fajki), przepyszne fu- 
terały i pochwy, wyroby z bambusu i zbroje, w końcu emalie 
Kauemono^a, tkaniny i laki, przywiezione z Chin a udoskona- 
lone przez Japończeków, — ich opisy i krótka historyą rozwoju 
składają się na barwną i zajmującą całość, która rozbudza zainte- 
resowanie czytelnika, zwiększone przez cały szerea: wcale poprawnych 
reprodukcvi. • ( IT) 



:?PKA\VOZDANIA. 407 

Der Siwhnt und die PoliłiL Voii Frafafnor Wilh. Foorsłcr. 

lUOL 

W broszurze tej, zuany jłropaj^alor ruchu etycznego nie prze- 
sądza praw i obowiązków młodzieży uniwersyteckiej w życiu po- 
litycznera i 8{>ołecznem. Byłoby to zresztą platouicznie akademi- 
ckiem roztrząsaniem kwestyi. Legenda o jednolitej młodzieży, sze- 
regowanej dokoła programu na wspólnych ideałach zbudowanego, 
iloszozetnie jest zdyskredytowaną. Zróżniczkowanie w społeczedstwie 
doprowadziło w łonie młodzieży do niesłychanie przesadnej, szko- 
dliwej nawet atomizacyi. Ustawodawstwo określa granicę wieku, po 
przekroczeniu której wolno obywatelowi w całej pełni z praw oby- 
watelskich korzystaó. Młodzież ucząca się zatem musi z natury 
rzeczy, i to jest pozostawione wolnemu wyborowi grup wśród nie- 
powstałych, ograniczyć^ się do wyrażania swych opinii, wdzięcznościj 
zgodności czy oburzenia — do luźnej agitacyi na rzecz pewnych, 
stronnictw. Xa manifeslacyę przekonań i uczu<^ młodzieży zazwy- 
czaj sfery o przeciwnych przekonaniach i uczuciach nie zwracają 
uwagi i tego rodzaju działalność młodzieży, pozbawiona z reguły 
wszelkich skutków, nie przyczynia się do podniesienia jej powagi (??) 
Co do agitacyi politycznej, to pojedynczym jednostkom z młodzie- 
ży, z pożytkiem poświęcającym jej swój czas i zdolności, odmówió 
prawa współudziału w niej nie można. Pod tym względem prawo 
to posiada każdv, którv je chce wvkonvwać i faktycznie wvko- 
nuje. 

Autor wyróżnia jednak jedną sprawę pierwszorzędnego zna- 
czenia, w której młodzież, jako taka, jako całośó bezpośrednio 
i jednakowo w niej interesowana, czynnie wystąpió może i powinna. 
Chodzi mu mianowicie o radykalną reformę wychowania od tegoi 
elementarnych podstaw po najwyższe szczeble. Stara się wykaza<5, 
o ile młiłdzicż winna wpływ wywierać^ na rozstrzygnięcie kwestyi 
wychowania. Należy jednak zaznaczyć, że i w tym kierunku nie- 
dałaby się wszcząó żadna jednolita akcya wśród młodzieży. Po- 
szczególne plany takiej reformy są przecie w ścisłym związku 
z ogólnemi zasadami stronnictw. O ile zaś taka reforma zmienić 
ma metodę wychowania w kierunku przyznania uczniom czynnego 
udziału w wychowaniu własnem i swych towarzyszy, rozstrzygną 
zasady i doświadczenia pedagogii. W każdym razie współudziału 
tego rodzaju nie możnaby uważać, za jakąś fuukcyę politycznego 
znaczenia lub za prawo obywatelskie młodzieży. Pod tym względem 
zachodzi w broszurze małe nieporozumienie. O, O. 



Nowe książki nadesłane redakcyi. 

FOOZye. Edward Leszczyński. Poezye. Kraków, Gebethner i Sp. 
Jan Otriński Ko ntrym o wic z. Upominek młodzieży polskiej. .lózef Wi" 
śniowski. Poezye. Kraków, (lebethnor i Sp. Dramat. Leon świ e. 
żawski. Kusiciele ludu. Sztuka w "> aktach. Kraków. Nakład (?) i druk 



10- KRYTYKA. 

W. I-. Anczyca i Sp. — Andrzej Nie ni oj o w 8 k i. Hajka Warszawa, 
wyd. II. Powieść. Maryan (iawalewioz. Warszawa, powieść spo- 
łeczno-obyczajowa w 3 tomach. Warszawa, Jan Fiszer Łitdratura. Axel 
Gardo. Henryk Ibson. Wykła<l zasadnirzoj idei, zawartej w dramatach 
Ibsena. Spolszczył i przedmową opatrzył A. Lan^e. Lwów, Polskie Tow. 
nakładowe. — Dr. Tadeusz Grabowski. Ludwik Osiński i ówczesna 
krytyka literacka. Kraków. Blstorya. Dr. Kazimierz (iorzycki. 
Zarys społecznej historyi państwa polskietro. Lwów, Ksi^^^jfarnia Polska. --- 
Dr Maksymilian (lumplowicz. Żywot Baldiiina (.lallusa. biskupa 
kruszwickioji^o (1066—1145) ( Z teki pośmiertnej ). ITatlki prsyrOdBiCSe. 
Wacław Nałkowski. Ziemia i człowiek. S/.kice i stiidya ^oog^raliczne. 
Warszawa, nakładem .lana Fiszera. — Dr. Z. II. Kdelheit. Przy<;zynek 
do popularyzacyl znajomości o istocie i granicach wiedzy lekarskiej. Sanok* 
Wł. Połkotycki. Fizyka, Kurs samokształcenia. Warszawa, Jan Fiszer. 
Varla. Księga adresowa król. stół. miasta Lwowa. Hócznik V. 1901. Wy- 
dawca i właściciel Fr. Reichman, Lwów, ul (łrottgera .'{. Cena 4 K. 80 h. 



POOIiĄD NA ŚWIAT 

MIESIĘCZNIK 

poświęcony zaoadnlenioin wykształcenia, czytelnictwa 1 samodzleineoo wyrobienia ideoweoo 

lxxi Icłeriiiikioin lltoi^Jiclciin W. M. l<.ozl<>\v.-<Uie4;t>. 

Zawiera: 1. Artykuły zasadnicze jio.^iwi^cone zii^adnieniom doby 
ł)ieżHcej ; 2. Sprawozdania z bież. ruchu umysłowe^ro; .'J. Programy 
czytelnictwa i studyów w rozmaitych zakn>sach ; 4. Kor<»spon- 
doncyc z czytelnikami: 5. Sprawozdania z nowych książek jiolskich 
i obcych. — Cena rocznie złr. IJ, półrocznie 1 złr. .'»0 et. 

W r. b. rozpocznie si</ wydawnictwo Bilłlioteki Samouków od nastepu- 
jucych ksiiżek: Freeman Hi story a Europy. Jebb. His tory a litora- 
ury preokiej. W. M. Kozłowski: Historya filozofii it<l. 



rOLSKlE TOWARZYSTWO NAKŁADOWE 

w o L\vo\vie 
StowinytMBie iirelettrawoe i •granleiosą poręką 

(L\vó\\\ iilirn św. Zo/ii łl (^t 

\v.v<lal€> dotycMify.ahi n2is!>tc;]>ujtt<'^^ il>ciela 

do nabycia \vc us/.ystkich ksiv^arnLach 

W. SOMBART: Socyalizm a ruch społeczny w XIX. w. 

cen«a kor. 1.20 

M. ZYCH: Rozdziobią nas kruki wrony cena kor. :it)(.) 
ED. BERNSTEIN: Zasady socvalizmu i zadania socyal- 

nej dcmokracyi. Cena kor. 3. — 

AXEL GARDĘ: Henryk Ibsen. Cena kor. l.:>o 
W TOWARZYSTWIE DO NABYCIA UDZIAŁY PO 50 KORON. 

Statut wysyła a(lTni]ii.«rti*a<'ya na s^f^tlaiiie. 

Odpowiedzialny redaktor i wydawca Wilhelm Feldman. 
Z drukarni ^Slowa Polskiejco" j)od zarządom Z. Hałacińskie^-o. 




I>roga, którą w ostatnich czasach chodzi dusza polska, 
przypomina ścieżkę, wiodącą na szczyt kopca. Kręta ona, wą- 
ska, nurząca. Zmęczą się nią prędko ludzie, skłonni do zawro- 
tów głowy i ludzie serc słabych. Jedni niezdolni wznieść się 
ponad niższe stoki wzgórza, tracą zupełnie z oczu wierzchołek, 
wiarę w cel. Inni zmuszeni ze wszech stron ją okrążat?, skarżą 
się, że wystawieni raz na żar słońca, to na cień chłodny. Część 
niecierpliwych widzi tylko nieskończony, nużący gzygzak, re- 
szta niecierpliwych uważa szczyt za dostępny tylko dla uskrzy- 
dlonych. A droga bieży, wije się, jak wąż, wspina się, jak 
myśl wolna, krąży, jak pilny, niestrudzony pracownilj, coraz 
wyżej i wyżej, jednem ramieniem oparta o ziemię, drągiem co- 
raz bliżej nieba — i dobiega punktu, gdzie pierś oddy^a sze- 
roko, oko obejmuje horyzont nieskończony, głowa kąpie się 
w blaskach. 



l'ized dziesięciu laty nastąpił był w literaturze polskiej 
— podobnie, jak w całej zachodniej — zwrat głęboki. Skrzydła 
tak nictmilosiernio zoperowano w r, 18t)3, skrzydła, które sobie 
sami iiętjtli pozytywiści z r. 1870, nowemu. pokoleniu odrosły. 
Powietrze lotowi jednak nie sprzyjało. Pozytywizm przerósł byt 
swą krytyką wszystkie „dogmaty, wmz z natumlizmem uczyt 
tylko: patrz ziemi 1 wraz z ciasnym programem pracy organi- 
cznej ubóstwiał krótkowidzący rozum, właściwie rozsądek mie- 



2 KRYTYKA. 

szezański, wykluczający wszelki romantyzm, rewoliu-yjność, me- 
tafizykę, dążeiiio do absolutu i inne tym podobne szaleństwa. 
Młode pokolenie literackie rozpoczyna tedy gwałtowną detronizacyę 
bożyszcza dotychczasowego, rozumu, i zwraca się z miłością 
i ufnością do drugiej strony natury ludzkiej, do pomiatanego 
dotychczas, zaniedbanego „serca". Uczuciowość i fantazya wraca 
znowu z podziemi i ciemnic, dokąd ją był zapędził tryumfujący 
tyran rozum. Wraca, jako reakcya przeciw jednostronnemu ra- 
cyonalizmowi w całej Eiu^opie — i jak tam wygląda? Nie jest 
już tą świeżą, naiwną, niewinną dziew^eczką, co ongi w po- 
czątkach romjuityzmu śpiewała słodkie ])ieśni ludowe i śniła 
czarodziejskie baśnie. Czasem przypomni sobie złote dzieciństwo 
i z ust wyrwą jej się nawpół zapomniane tony, najczęściej je- 
dnak ma na czole zmarszczki, w oczach tujemnicze, dziwne 
błyski — smutna jest i bolesna do dna swych głębi. O, bo dłu- 
goletnie wygnanie dużo ją nauczyło i — zmieniło ! Zapoznała 
się z brudem, nędzą, upadkiem, poznała takie otchłanie ducha, 
jakich w czasie niewinności nawet nie przeczuwała. Z dziewi- 
czej komnaty, z posiania na kwiatach, los ją pędził po werte- 
pach i morzach, a gubiła się jedynie w wielkich miastach, 
zdenerwowanych, smutnych, w nędznych, tanich mansardach, 
siedliskach rozpaczy i grzechu, czasem w klasztorze jakimś za- 
pomnianym, rzadko na szczerem, wonnom polu. Czystość swą 
dawno już utraciła; ma w skrzydłach dużo piór białych, ale 
ileż skalanych — i jak skalanych I Z Baudelairem poznała 
wszystkie .,kwiaty grzechu**, i)rzćżywała stany cliorobliwe, chwile 
bezbrzeżnej rozpusty, po których ją potem ogarnia rozpacz, wstręt, 
dreszcz ohydy. Nerwy ma roz|>rzężone, z Poem cierpi na halucy- 
nacye straszliwe... Taką ona jest, ta niewinna niegdyś, słodka 
królewna. Na tronie marzy nieraz o dzieciństwie siolskiem, 
anielskiem, z dworzaninem swym V(M'lainem wylewa łzy czy- 
ste rzęsiste, z rycorskiiłi hr. Yilliers do Tlsle-Adamem prze- 
żywią nieraz chwile górne i chmurne, aby niebawem w towa- 
rzystwie trzeciego ulubiiMica hr. l3arbey-d*Aurevilla oddać się 
szalonym orgiom zmysłowym, po którycli znękana, zrozpaczona 
klęknie na progu kościoła i utonie w kontemplacyi, pełnej mi- 
stycyzmu. 

Prąd ten nas także nie ominął — i nie mógł ominąć. 
Albo jesteśmy wszystkimi nerwami czucia złączeni z Europą, 
albo nie jesteśmy. Smutno by tylko było, gdybyśmy otrzyma- 
nych od zachodu podniet i materyałów nie umieli przerabiać na 



DROGI DUSZY. 3 

krew i miąższ podług praw własnej indywidualności. 1 jak się 
objawił ów zwrot ku uczuciu i fantazyi w najmłodszej li- 
teraturze polskiej? 

Zostawmy na uboczu maroderów wszelkiego rodzaju, zo- 
stawmy doktrynerów, kujących formułki tcm głośniej i pewniej, 
ile mniej mają własnej twórczości. Spójrzmy na tych, którzy 
istotnie piastują „rządy dusz". 

Z poezyami Napierskiego, Nowickiego, Niemojewskiego 
sztuka przypuszcza szturm do oków zewnętrznych bytu, od- 
rzuca mierność filisterską, chce być rozumna szałem, trąbi po- 
budkę, powołującą śpiących olbrzymów do czynu. Potem scho- 
dzi coraz bardziej w głąb istnienia, w ciemnie nieprzebyte 
labiryntx)w, otchłani, zagadek bytu. Niejedna „znużona dusza'* 
gubi tu wszystkie „dogmaty" i pada strzaskana własną nie- 
mocą — znakomita jednak większość rwie się ku życiu, ku 
potędze i znajduje ją w zlaniu się z potęgą wyższą — z przy- 
rodą swojską, którą odczuwają coraz subtelniej, wyrażają co- 
raz misterniej, z duchem narodu, z którym splatają się tysią- 
cem niewidzialnych nici. Indywidualiści, we wnętrze własnego 
ja wpatrzeni, w chwilę pragną zakląć wieczność, w pejzaż — 
charakter ziemi, w postać pojedynczą — symbol ludu swojego. 
Wszyscy podobni do owego rzeźbiarza z powieści Sienkiewicza, 
który zdaje się być skończonym grekiem a pielgrzymuje do 
„umierającego Galla"*, bo ten mu przypomina Pognębin. Tet- 
majera bogiem jedynie kult piękna, a w sercu grają mu 
^Hasła". Ideał subtelizuje się. Zamiast kształtować się na ze- 
wnętrznych, przypadkowych stosunkach bytu, pragnie wyrażać 
kwintesencyę duszy, treść jej najgłębszą i niezmienną, tą drogą 
zbliżać się do absolutu. Przybyszewski rzuca ideę asocyacyj 
uczuciowych i nugiej duszy. W wspaniałą poezyę zaklinają je 
„synowie ziemi". Kasprowicz w potężnych hymnach, jak z wul- 
kanu wyrzuca ogień i ból i tęsknoty ludu, daje olbrzymie ob- 
jawienia chłopa. Żeromski śpiewa duszę pokolenia, które wije 
się w rozpaczy, rozdarte, zdeptane, a przecie dokonywujo prac 
syzyfowych. Nareszcie Wyspiański nawiązuje nić łączną z wiel- 
kimi romantykami i pędzlem niezrównanego malarza-symbo- 
listy maluje ^jMoc*, wizye potęgi bohaterskiej, nieśmiertelnej — 
duszy całego narodu. I^amiętacie ostatnie, gigantyczne obrazy, 
z „Legionu***? Na czele dwunastu uczniów Mickiewicz opuszcza 
Rzym. Ukazał im mistrz, że ciała ich padną wysilone i l(»gną 
u rozstajnych dróg, że muszą się żegnać z nadzieją, a wichry pro- 



4 KRYTYKA. 

chy ieh rozwieje, że i i)ami(»ć ich zaii^inie... A wiara, wiara zo- 
stanie. „Jeruzalem żywa wstanie ! „Teraz żeglują. Noc nad wiel- 
kiemi wodami, łódź, Arka Świateł, kołj-sze sig na falach a ma- 
sztem jej nieśmiertelne godło wiary. Wioślarze mają rgce przy- 
kute łańcuchami i kajdanami do wioseł, oni sprzedani Ideałowi, 
oni niewolnicy Arki, oni zespoleni na życie i śmierć. Nad fala- 
mi w powietrzu unoszą sig Harpie, Zmory, Syreny, Krinnyjc> 
łódź płynie wśród trupów, które uderzają o jej brzegi, wiośla- 
rze, sternik widzą trupy ojca, matki, brata, chwytające siQ barki. 
A Mickiewicz u masztu, z wysoką pochodnią ponad wiośla- 
rzami, duch-ideal niezłomny, cały męką, cały ofiarą, przeto po- 
zbawiony litości, woła: 

przyodziej się krwi szkarłatem, 
wstąpiłeś do męki ogrojca, 
wyrzekłeś się ojca dla sprawy, 
przysiągłeś że idziesz do sławy, 
wiosłujesz światło świata, 
zapomnij ojca i brata... 



W taką to formę przetworzył się „obcy, importowany^ 
symbolizm, w treść taką, która wysoko, wśród szatanów 
i trupów tego, co najbliższe i najmilsze, i)rowadzi Ltklź Światła... 

Zmateryalizowane,. niewiarą i newrozą przeżarte pokolenie 
zdobywa się na najwyższy, grozą tchnący symbol Mocy moral- 
nej, bohaterstwa ducha, jaki zna poezya świata... 



Z wyżyn tych zejdźmy w życie. 

T^al tenui dwadzieścia miała postępowa, umysłowo naj- 
wyżej rozwinięta częśr społeczeństwa, szczególnie w Warszawie 
jeden stomniłowany ideał: wysokiej kultury materyalncj i in- 
telektualnej. Cnititn^ cn/o .s//^;i ; fur my zewnętrzne bytu, polityka, 
to kw(»stye i^odrzędne. 

Ci co wówczas podobne słowa rzucali, jłowinniby w ])ro- 
stej konsekwencyi znajdować się dziś w obozie ugodowców. 
Widzimy ich jednak w przedniej straży owycli działaczy, kt<)- 
rzy z zaciśniętemi usty, a jak potrzel)a, to i z jiięścią zaciśniętą 
wszelką myśl abdykacyi, ustępstwa, nawet paktowania z wro- 



DROCil DUSZY. 5 

giem bezwzględnie tępiła. Ta dumna pogarda, jaką Warszawa 
okazuje najezdeom, la polężiia siłii, z jaki\ odlnica każde przy- 
mierze z liańbą, jest dowodem takiej mocy ducha, że na niej, 
jak na skale można budować kościół przyszłości. A gdzież 
w dziejach lat ostatnich znajdziemy obrazy podobne, jakie przy- 
nosi obecnie Poznańskie! Ileż to potrzeba hartu woli i świa- 
domości cehi, jakiej odporności organizmów chyba w kolebce 
wraz z ospą wszczepionej, aby każde gimnazyum byto siedli- 
skiem zbrodniarzy stanu, aby cale szkoły dziewczątek, liczącycli 
około 10 lat, bez słowa odpowiedzi przyjmowały pytania nau- 
czycielek 1 katechetów w wrogim języku I Drobne te dziewczą- 
tka w Poznańskiem obok mężów dojrzałych z Warszawy, tu 
terużniejszośii i przyszłość, obraz wdzięku nieskońezonegu 
i moey stalowej, bohaterstwa i zndatków dalszego bohaterstwa, 
wzniosłego, jak najwyższe prawo moralne. 



Zobaczmy, jakiej owolueyi uległ obóz, w którym szukamy 
podwalin nrzyszłości, obóz najsilniejszej i najbardziej uświado- 
mionej organizaeyi mas roboczych. 

Przed dwudziestu laty, na pewnym obchodzie rocznicy 
powstania styczniowego zagranicą, jeden ze socyalistów rzuci 
do składu rupieci symbol praw historycznych narodu, charakte- 
ryzując w ten sposób żywiołowy protest przeciw tym, którzy 
owe prawo dotąd monopolizowali, topiąc je w powodzi obrzy- 
dłych frazesów, kując z niego nietyle broń na wroga, ile kaj- 
dany na budzący się lud własny. Jednostki i szczupłe grupki, 
ogniskujące w sobie wówczas oderwany od gruntu rodzimego 
ruch socyal i styczny, rozrosły się w przestrzeni, obejmują obecnie 
dziesiątki tysięcy wyznawców, rozrosty się w głąb, wchłaniając 
najtajniejsze soki myśli i uczuć ludu. Społeczeństwo dzisiaj 
poprostu nie jest zdolne ocenić doniosłości pracy socyalistów, 
którzy igrając ze strażnikami więzień pod wszystkimi zaboranu', 
nieraz też ze śmiercią, nieśli kulturę, świadomość, emancypa- 
cyę do fabryk, warsztatów i suteren, dokąd by bez nich abso- 
lutnie nie były doszły. Niosąc światło, rychło się przekonali, 
że nie może ono jaśnieć, gdzie powietrze prawie wypompowane, 
przekonali się, że bez swobody gospodarowania u siebie, ani 
myśleć o urządzeniu przyszłości, przekonali się że rozwój po- 
stępowy jest możliwy tylko przy pełnym, nieskrępowanym 



li KRYTYKA. 

wszechstronnym rozwoju własnej indywidualności. Dziś na ca- 
łym obszarze ziem polskich socyaliści są najskrajniejszą, nie 
protestująca, lecz bezustannie czynnie walczącą Irredentą. Mie- 
czem odcinają się nietylko od rządów, ale i od ludów zabor- 
czych. W Niemczech toczą bój na noże z centralizacyą nie- 
miecką, wyodrębniwszy się zupełnie z pod jej wpływu. Prak- 
tyczny polityk z dziwnem uczuciem będzie czytał artykuły 
głównego organu emigracyjnego P. P. S., odrzucające ze wstrę- 
tem myśl paktowania nawet z żywiołami, dążącymi do wymu- 
szenia konstytucyi w caracie, artykuły głoszące hasło walki 
nieubłaganej, na śmierć i życie, zwartemi siłami, z pozostawie- 
niem na potem pytań ustroju społecznego, bo pierwszą po- 
winnością, pierwszą potrzebą, przykazaniem przykazań — po- 
wstanie narodowe... 

Bez względu na kwestyę oportunizmu politycznego, stoimy 
tutaj przed takiem rozżarzeniem uczuć, przed takieni napięciem 
potęgi moralnej, że wśród ciemni życia codziennego znowu 
dostrzegamy krzew ognisty i upadając na duchu znów słyszymy 
głos nieśmiertelny ideału: ja jestem, który jestem... 



Z hymnu zejdźmy do prostej prozy. 

Jesteśmy w (Jalicyi, w dzisiejszej, najwspółcześniejszej 
Oalicyi. 

Robimy politykę. Nie jesteśmy skazani na literaturę, na 
milczenie, na żywot w katakumbach. A prawo moralne? 
a poziom uczucia? A ideał? 

Ach, wiemy dobrze, że polityka czynna nie jest kursem 
etyki. Parlament nie jest wąwozem pod Termopilarai, Leonida- 
sami nie są ci, co ręce podnoszą, aby je spuścić do kieszeni 
państwa, ani ci, co — za drzwi wychodzą. Imperatyw moralny 
brzmi: Hier steli ich, anders kann icłi nicht, so helf mirGott! 
zaś polityczny: do ut des. Ale niech nam tedy wolno będzie 
mieć własny pogląd na opozycyę polityczną, na tzw. opozycyę 
ijuand-mrme, opozycyę dla opozycyi, niepoprawne warciiolstwo 
etc. Niech nam będzie wolno mniemać, że ci, którzy sztandar 
moralny, znak idei, dzierżą wysoko, ponad brudem geszeftów 
i deszczem bodaj złotym, a bodaj i poza Kołem polskiem, 
byle był też ponad tom Kołem — że ci rcwolueyoniści w cza- 
sie pokoju, wrogowie ojczyzny i ludu, są potrzebni, są pozą- 



DRO(iI nrs/A'. 7 

dani, musieliby zostać powołani do życia, gdyby ich nie było... 

Ale — powiadają — gdzie korzyści realne? Odzie będą 
zdobycze '? 

Nic jesteśmy fantnstami, budującymi zamifi na lodzie. 
Więcej, niż ci, co dają wiernym przekazy do kHlIestwa niebie- 
skiego, cenimy dobrobyt materyalny i wysiadujemy fałdy nad 
ekonomią, statystyką, naukami techniczncmi. Ale te nauki 
dzisiaj także przedziwną przechodzą ewolucyę. Do wszystkich 
czynników namacalnych, materyalistyeznych. matematycznych, 
dodają punkt, dawniej spoczywający między rupieciami meta- 
fizyezneini, dodają 4- duch. Duch jest tym, co stwarza ciało. Po- 
tężnem ciałem byli staroczcsi, wątłem — ralodoczesi, szczupłą 
garstką — niemcy- rady kali wspaniałą, sytą, kapiącą złotem 
1 mądrością partyą — starzy łiberali. Dawid, zwyciężający Go- 
łiata, nie jest mytem. A u nas — patrzymyż na tych, co nas 
reprezentują, na tych wielkich, bardzo wielkich i bardzo, pót- 
i ćwierć-oficyalnych, gdzie jest między nimi ów duch, eoby 
się unosił nad wodami i świat z niego mógł wywieść? 

Jesteśmy teraz w epoce zdobyczy ekonomicznych. Osioł 
zlotem naładowany przebył mury, których nie zwaliły trąby 
jerychońskie, i wodą, szlakami kolejowymi otrzymamy miliony in- 
westycyjne. Winniśmy za to podziękowanie pp, Mengerowi, Pro- 
skowetzowi. Kaftanowi i innym ekonomistom, którzy od lat te 
sprawy przygotowywali, i rzuciwszy je na stół obrad — mu- 
sieli z logiki rzeczy część jakąś przeznaczyć także dla nas. Z Gali- 
eyi poza p. Dr. Kapaportora kto tu miał inicyatywę ? Alenie łudźmy 
się także co do wartości tych zdobyczy. Cokolwiek przyniosą, o ile 
posuną nas naprzód, będziemy pod względem ekonomicznym 
zawsze paryasami. Jeżeli dzięki zdobyczom Galicya posunie się 
o dziesięć staj w swym rozwoju naprzód — prowincye zacho- 
dnie posimą się o sto. Możemy wystarać się o znośniejsze, 
bardziej ludzkie warunki bytu dla mas, żyjących o wiele niżej 
skali, przyjętej na zachodzie dla zakładów dobroczynności, mo- 
żemy dopisać kilka zer majątkom, dość już ich mającym 
a klasie średniej pozwolić żyć na stopie obecnej z pieniędzy 
własnych, nie pożyczanych — ale wykluczonem jest, abyśmy 
kiedykolwiek mogli zaważyć na szali potęgj> finansową. Mo- 
ralną — możemy zawsze. Silni, wpatrzeni w wielkie cele, 
pełni zapału na wewnątrz — będziemy niezłomną silą na ze- 
wnątrz. .,Xiijvvyższcm bogactwem narodu — pisał niedawno 
ekonomista zawodowy i socyolog, „materyalista dziejowy" L. 



« KRYTYKA. 

Krzywicki — nie są mnrtwe mienie i korzystny bilans wy- 
wozu, leez zdrowa i wrząca krew w żyłach, entuzyazm i świe- 
żość uczuć, szczerość i wiara w siebie i ludzi". I bardzoż — 
zapytłijmy — jedynie prawdziwie to bogactwo rośnie między 
nami w Galicył? 

Nigdzie nie panuje taka, jak u nas, dysproporcya mię- 
dzy ideałem a rzeczywistością. Nigdzie, ludzie używający tej 
samej mowy, nie mówią tak obcym sobie nawzajem językiem. 
Nigdzie nie istnieją tak ogromne jak tutaj przepaście moralne 
między jednostkami, nastrojonemi na ton tak wysoki, że sięga 
ksiąg prorockich — a ogółem, pogrążonym w najgrubszym fe- 
tyszyzmie. Nigdzie też życie nie jest takiem pickielnem udrę- 
czeniem dla ludzi-twórców, dla pionierów myśli i czynu, 
dla dążących choćby do najmniej metafizycznego, do najprzy- 
stępniejszego absolutu — zdrowia moralnego i umysłowego^ 
a rajem dhi pstrego, z tysiąca łat i szmat sklejonego oportu- 
nizmu, bizantyinzmu, mandarynizmu. Dla nas nie cierpią męczen- 
nicy, nie śpiewają wieszcze, nie szturmują niebios myśliciele. 
Odkąd odpadła walka z Precliczkiem — a i jego nie (ialicya 
zwalczyła — życie jest wygodnem wylegiwaniem się choćby 
w kałuży. Dlatego „drogi duszy" są tutaj mitologią. Dlatego 
„przeciętny" galicyanin ledwie porozumieć się może z króle- 
wiakami, którzy wydają nam się ludźmi innej rasy. Dlatego 
między ..starymi'' a „młodymi** u nas panuje tak głębokie, 
trwałe nieporozuuiienie. Na tem tle powstaje u starych wstręt 
jeszcze większy do wszystkich „nowinek", a między młodymi 
gorszy od wszystkich najniebezpieczniejszych przekonań — 
brak przekonań, dekadentyzm i nihilizm 

Drogi ducha prowadzą w l^lsce w ostatnich dwudziestu 
latach na szczyt kopca, gdzie wspaniałe rozpięte słońce. Ale 
w (łalicyi wielcy i mali przytuleni do ścian najniższych ście- 
żyn, gdzie nie doznają zawrotów i bezpiecznie mogą swoje 
skorupie gniazdko przytwierdzić, słońca nawet nie widzą, do 
szczytu nie dojdą. 




„Przychodzisz do mr\ic..." 

Ptzyohodzls?. do mnie cichu, zatzuwioDa, 
PrzycliocUisz świętą iikojcń gorlziną, 
PadasK Da aerco, w stęsknione ramiona — 
I tak nam i:liwilc dhigie co noc l>lynij, 

Xa czoło twoje (Uoii mą składam drżfcy, 
SeiBzam knvi tenttia, !cd\vo pierś oildcclia: 
Dnsza mi twoja, Ijiah- kwiat milczący, 
Ufnie glab swego roztwicra kielicha. 

Kiepamięt! iiłuil iycia, sennie falą, 
Niesie nas ciclio na swój brzeg świetlany, 
Dzieli się powszedni mgieł zasuwa dalą, 
(joją się wszystkie krwawe dtioba rany, 

Dloii w dłoni społem — jak wtedy przed laty I — 
I'o jakiejś w słoiicii za<ltimanej łące 
I /iem i^ątlz na^zyeii zwiędłe tlepeąc kwiaty, 
riwio diisze bliźnie, wolne już, milczące; 



■Słów nam nie trzeba, nie trzeba spojrzenia, 
Ai poeatiiuktiw i>łomicnnej pieczęci ; 
Oto się tajną mocii w ekroi milczeniu 
v'iid w nas — najświętszy end miłości święć 



10 KRYTYKA. 



Tak do mnie — wiesz tv o tern, l'traooiia ? 
Przychodzisz świętą ukojeń godzina 
Wiocznośr twa w moje zamykad ramiona — 
I tak nam chwile długie eo noe płyną. 



Powrotny ton. 

z krwi naszej dawno przebrzmiałej symfonii 

— Jak wtedy słonce świeciło inaczej ! — 
Został ton jeden zbłąkany^ tułaczy: 
Motvw powrotny naszych źadz agonii. 

Słyszę go nieraz w skroś północnej głuszy, 
(rdy mi na piersiach wspomnieli wampir siada, 

— Jakże upiorna twarz księżyca biada! — 
Kozpacznie płacze ugór mojej duszy, 

Rozpaezna skarga bije w strop gwiaździsty, ' 
W kosmicznych pyłów cicliy bezmiar płynie... 
Słuchaj, co Anioł nasz mi szepce czysty 

Kiedyś w dalekiej dopełnieii godzinie, 
Do tego tonu, kiedy świat przeminie, 
l^óg hvmn dusz naszych nawiąże wieczvritv !... 




S^ 



LUDWIK KULCZYCKI. 



Niedomągaaia parlamcataryzmu 

współczesnego. 

Wady parlamentarvznHi sa różnorodne i wynikała: z naturv 
samej budowy s;)ołecznej danego typu, a wiec z całoks/tałtn sto- 
sunków społecznych; z istoty wszelkiego ])r/edstawieielstwa, w któ- 
rem rozstrzygać nuisi wiekszoś(5, niezależnie od swego charakteru; 
wreszcie z poszczegóhiych form i przepisów ustawodawczych, nor- 
muja<»yeh przedstawicielstwo. Tylko po uwzględnieniu powyższego 



:NIED()MAGANIA parlamentaryzmu WSPOhCZESNEOO. 11 

rozróinienia odpowiedzied można na pytanie, czy parlamentar\'zm 
znajduje sio w stanie beznadziejnym, a w przeciwnym razie jakie 
reformy mogą ^o uzdrowi<5. 

I. 

Jeżeli w niektórych krajach np. w Stanach Zjednoczonych 
Ameryki północnej, pr/y bardzo demokratycznej organizacyi przed- 
stawicielstwa, istnieją oburzające przekupstwa posłów, kartele i inne 
grupy kapitalistów trzęsą parlamentem stanów pojedynczych i ogól- 
no-pnństwowym organem prawodawczym : to przyczyna tych gor- 
szących i krzyczących naduźyó tkwi nie w formach przedstawiciel- 
stwa narodowego, lecz głębiej — w samej istocie ustroju kapita- 
listycznego. Zapewnia on olbrzymie zyski posiadaczom różnych form 
kapitału, i przy każdej organizacyi prawno państwowej mają oni 
możnośó wyzyskiwania swego położenia na niekorzyśó innych. 

Absolutyzm przedstawiałby jeszcze większą, niż w powyższym 
wypadku swobodę działania potężnym kapitalistom, a to dlatego, 
że: w państwach demokratycznych ])rzekup8twa wymagają niesły- 
chanych środków, gdyż dzieli się niemi mnóstwo osób, podczas gdy 
system absolutnych rządów wymaga łapówek dla znacznie mniej- 
szej liczby ważniejszych urzędników. 

Walki narodowościowe, które w czasach ostatnich przybierają, 
coraz ostrzejszą formę, uniemożliwiają często płodną pracę parla- 
mentarną Dosó wspomnieó Austryę. Ale w danym wypadku, jak 
i w po|»rzednim, jałowośó prac parlamentarnych zależy nie tyle od 
istoty organizacyi przedstawicielstwa, ile od typu państwa miesza- 
nego. 

Państwo, w których jianujc okropna nędza licznych mas lu- 
dowych i ciemnota, potrzebują szybkich i energicznych reform, a ja- 
łowoHÓ prac parlamentarnych zależy tu przedewszystkiem od ogól- 
nego położenia kraju. Przykładem takim sa : Włochy i Hiszpania. 
Gdyby zniesiono tam instytuoye ])arlament4irne, to byłoby jeszcze 
gorzej, i zwiększyłby się wyzysk f-fer rządzących niozem już nie 
krępowany i ciemne masy popadłyby w większą jesz<*.ze apatyę. 
Błędną bowiem jest teorya o potrzebie najpierw oświecenia mas, 
a potem dopiero nadania im praw politycznych. 

Orfwiata ogólna, polityczna /aś w szczególności, wtedy tylko 
przynieśó może wielką korzyśó, kiedy nie jest oderwaną od życia 
społecznego. Pojedyncze, szczególnie uzdolnione jednostki mogą sio 
wykształció politycznie, nie biorąc udziału w życiu publicznem i nie 
mając szerokicli praw obywatelskich, zapewniających w|>ływ na 
prawodawstwo; nie można jednak tego powiedzieó o masach. Naj- 
ciemniejsze nawet korzystają potrosze, jakkolwiek nieraz bardzo 
wolno, z udziału w życiu publicznem. Brak tego ostatniego nie da 
się zastąpió przez książki. 

II. 

Wszelki ustrój parlamentarny opiera się na uznaniu uchwał 



1 :> KRYTYKA 

powziętych przez większość w ciałach prawodawczych. Jeszcze 
Nordaii zauważył, źe uchwały wit^kszości zgromadzenia, złożonego 
7. najwybitniejszych ludzi, są banahie i nie zdradzają udziału 08Ób, 
przewyższających ])rzeoictny poziom ogółu. Fakt ten objcOŚnia on 
tem, źe zgromadzenie najwybitniejszych uchwala tylko to, co 
stanowi podobieństwo ich poglądów, a ponieważ wybitnośó jedno- 
stek tkwi w ich poglądach indywidualnych, wiec sfera podobień- 
stwa obejmuje tylko wszystko to, co jest banalne i powszednie. 
Xa podstawie powyższego rozumowania przeciwnicy parlamentary- 
zmu twierdzą, że tkwią w nim wady organiczne, nie dające sio 
usunąd. 

Pierwsze zgromadzenie prawodawcze podczas wielkiej rewo- 
hicyi francuskiej przejawiło wielką energię, twórczość i wyższość 
uczuć swych członków. Jakkolwiek stosunkowo skromne były re- 
formy sejmu czteroletniego w Polsce, jednakże jego uchwały wy- 
rażały wyższy poziom uczuć i pojęć obywatelskich od przeciętnego 
w społeczeństwie. Nie można wiec twierdzić, że ])arlament, jako ca- 
łość, jest zawsze banalny, i że nie przewyższa ogólnego poziomu. 

Wyżej cytowane twierdzenie Nordaua jest słuszne jedynie 
w wypadkach krańcowych, to jest w zastosowaniu do zebrań wy- 
łącznie z ludzi wvbitnvch, i to o tyle, źe nie sa oni w stanie 
podlegać wpływom poszczególnych osób. W takich razach oczy- 
wiście uchwały ciał zbiorowych muszą być dość banalne, ])Otężne 
indywidualności centra;! izują się bowiem zupełnie, i pozostaje tylko 
— szara, wspólna wszystkim powszedniość, na której tle powstają 
ucliwały. 

W praktyce jednak nigdy nie bywa takich zgromadzeń, zło- 
żonych wvłacznie z wybitnycli indywidualności. Natomiast widzimy 
W nich tylko przedstawicieli różnych stronnictw, kierowanych prze/ 
swych przewódców, będących zwykle wybitniejszemi jednostkami 
w swym obozie. Najsilniejsze stronni ctM'0, hib koncentracya stron- 
nictw nadaje ton pracom parlamentarnym. Ponieważ przeważająca 
większość tworzy pod pewnymi względami opinię jednolitą i kiero- 
wana jest przez jednostki wybitne, wyznająoe ]>oglądy pokrewne, 
więc skutki pracy większości parlamentarnej zależą w znacznym 
stopniu od poziomu moralnego i umysłowego przewódców wię- 
kszości. 

O ile parlameiit rozbity jest na liczne frakc\e, o tyle tru- 
dniej jest o jednolitą większość, o konsekwencyę i o wyższy po- 
ziom twórczości prawodawczej. 

Niema włe<? tei konieczności, abv uchwały i>nrlamentarne no- 
siły zawsze piętno miernoty. Zgadzając się jednuk z tem, nie chce- 
my zaprzeczać tym niewątpliwym faktom, że często mniejszość ma 
słuszność, lepiej rozumie potrzeby swego narodu itp. Ale z tego 
nie wynika, źe zasada przewagi większości w prawodawstwie po- 
winna ustąpić. 

Z punkta widz nia interesów całości społeczeństwa mniejszem 
złem jest niezadowolenie mniejszośtM z prawodawstwa, niż więk- 
szości. Nie ma i nie m>źe być kryłeryum, okre ''łającego to, co jest 



*■> 



NI1:D( )MAGANI a PARLAMENTARVZMU współczesnego. 1 '6 

racyonalne a co nie. Nie ma też moŹDOŚei stworzenia takiej „wy- 
branej raniejszości'*, kt<)raby zawsze miała racye. 

Jeżeli nawet j>o stronie mniejszości społeczeństwa jest słusz- 
no8(^, jeżeli proponowane przez nią sroJki prawodawcze sij skute- 
czniejsze od zalecanych przez wiokszosd, to sam fakt, że la ostatnia 
jest im wroga, dowodzi, że społeczeństwo nie jest do nich ]irzy^o- 
towane. Stan uczud i pojod większości jest miernikiem dojrzałości 
społeczeństwa, kY)iy mied powinien decydujące znaczenie. 

Są wprawdzie chwile wyjątkowe, przełomowe chwile wojen 
i rewolueyi, kiedy wypadki polityczne następują po sobie z bły- 
skawiczną szybkością, i kiedy trzeba je umiejętnie wyzyskać, wów- 
czas niema zwykle możności ścisłego rachowania się z większością, 
ale też wówczas niema parlamentaryzmu w ścisłem słowa tego zna- 
czeniu